MITYNG 01/79/2004
DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO
Lista propozycji
tematów MITYNGU
Wielokrotnie byliśmy pytani o sprawy, jakie interesują
czytelników MITYNGU. Poniżej przedstawiamy listę
tematów, na które szczególnie
oczekujemy odpowiedzi. Potrzebujemy Waszych doświadczeń, siły i
nadziei. Po pierwsze oczekujemy wypowiedzi dotyczących stosowania
naszych Tradycji AA oraz relacji wspólnotowych służb
wszystkich poziomów.
Ponadto:
Luty - Relacje w rodzinie, poczucie wstydu
Marzec - Trzeźwość emocjonalna, złość, strach
Kwiecień - Robimy obrachunek moralny
Maj - Nasz główny cel, grupy specjalne
Czerwiec - Kącik weteranów, trochę historii AA, z naszych
archiwów
Lipiec - AA w zakładach karnych
Sierpień - Siła jedności, radość trzeźwienia
Wrzesień - W mojej grupie AA
Październik - Dobrze zorganizowana .. ale wspólnota
Listopad - Wdzięczność w działaniu, Medytacja
Grudzień - Jestem odpowiedzialny, koniec samotności
Styczeń 2005 - Trzeźwienie w służbie
Mamy nadzieję, że czytelnicy zechcą podzielić się z nami swoimi
doświadczeniami, siłą i nadzieją pamiętając, że aby wypowiedź mogła być
wykorzystana w danym miesiącu, musi dotrzeć do redakcji minimum około
półtora miesiąca przed planowanym terminem. Zachęcamy
również do wyrażania swoich doświadczeń w formie
rysunków.
Teksty i rysunki można
przekazywać w drugi czwartek miesiąca, do zespołu literatury,
godz.17-19, w PIK-u.
ul. Berezyńska 17 lub email: mityng@op.pl
Można też zostawić w PIK-u w kopercie z dopiskiem MITYNG.
Redakcja MITYNGU
Czyżby
Mickiewicz znał program AA?
Obecnie alkoholik poszukujący recepty na swoje życie może skorzystać z
wielu propozycji, a w tym z programu AA. Ale jak odróżnić
program AA od innych programów, na czym polega jego
unikatowość i skuteczność? Jak wiemy, alkoholikiem i członkiem AA, może
nazwać się właściwie każdy, kto przekroczył próg mityngu AA
i pragnie zachować trzeźwość. Jest to sprawa osobistego odczuwania.
Nasza Trzecia Tradycja nie stwarza właściwie żadnych
przeszkód. Lecz czymś zupełnie innym jest dostępność
programu, a czymś innym umiejętność korzystania z niego, pragnienie
życia zasadami AA. Nieraz odnoszę wrażenie, że to łatwa dostępność
sprawia, iż program AA jest niedoceniany i lekceważony, a jego
realizacja odkładana na później. Pewnie i ja mam w tym
swój udział. Buńczuczne prezentowanie własnych
poglądów na naszych mityngach, bez odniesienia do programu,
nie zachęca do jego stosowania. Był czas, że nie zdawałem sobie z tego
zupełnie sprawy, choć to takie proste. Jeśli można mieć sukcesy bez
programu, to po co zajmować się programem? Kto wie, czy przy okazji nie
odzywa się również dziecinna przekora, by akurat nie
postępować jak inni? Szybko ktoś przypomni ci, że tylko profesjonalna
terapia przynosi efekty, jakbyśmy nie dostrzegali wielu pozytywnych
przykładów wokół nas. Przez pamięć osobistych
cierpień związanych z moim nałogiem mam wielki szacunek dla każdego,
kto uwolnił się od przymusu picia, niezależnie od wybranej drogi
abstynencji. Cieszę się z każdego uratowanego. Mam wiele wdzięczności
za pomoc, jaką otrzymałem szczególnie w najtrudniejszym,
pierwszym okresie trzeźwości. Dla tonącego chyba najmniej ważne jest,
jakim stylem płynie pomoc. Liczy się skuteczność, przerwanie
śmiertelnego picia. Ja związałem się z AA i jestem z tego zadowolony.
Ponad dziesięć lat trzeźwości upoważnia mnie chyba do dokonania
próby oceny działania programu AA. Wyróżniającą
się cechą programu AA jest jego trójelementowa struktura.
Wyznaczają ją słowa: ZDROWIE, JEDNOŚĆ, SŁUŻBA, z których
każde ma swoje rozwinięcie. I tak: do ZDROWIA zmierzamy wypełniając
treścią 12 Kroków, JEDNOŚĆ jako wspólnotę
zachowujemy stosując się do zaleceń 12 Tradycji, zaś SŁUŻBĘ pełnimy w
myśl 12 Koncepcji. Najbardziej znane jest 12 Kroków AA
wykorzystywane w pracy różnych ośrodków
terapeutycznych. Wiele wspólnot przyjęło je jako
wzór dla swojej działalności. Pamiętam, że przez jakiś czas
chodziłem dumny jak paw, że z mojego - czyli AA - programu korzystają
specjaliści. My jesteśmy najlepsi - myślałem, - niech się od nas uczą -
i tym podobne brednie. Tym bardziej zaskoczyło mnie pewne zdarzenie.
Otóż wpadła mi w ręce książka z listami Adama Mickiewicza.
Zacząłem kartkować i przypadkowo natknąłem się na list pisany w Hawr w
1851 roku. /Dzieła wszystkie. Tom XII str 228-9 Nakład Księgarni H.
Altenberga we Lwowie/ Ze zdumieniem w radach dla jakiejś hrabiny
zacząłem odczytywać nasz program. Czytałem: … a ciągle jedno
ci śpiewam i proszę, żebyś o tem ciągle pamiętała, że twoje zdrowie
najwięcej zależy od ciebie, od twego wewnętrznego życia…to
wewnętrzne życie nie zależy na tym, żeby wiele myśli przepędzać przez
głowę i plątać się różnymi zamiarami. Trzeba mieć cel
zawsze… Tym celem jest dla ciebie podniesienie się do żywej
wiary , że wszystko co się nam zdarza, jest na nasze dobro, że będzie
lepiej na świecie i że my do tego lepszego musimy w naszej cząstce
przyczynić się. Wszelki kłopot i bieda na to dane, aby je zwyciężyć.
…Każde dziecko, kiedy próbuje chodzić,
naprzód musi padać i plątać się. Więc nie trzeba
przeszłością trapić się nadto..., aby w czemś ku dobru
wspólnemu się przyczynić .. Choć słowa były inne, to
wyrażały myśli 12 Kroków, no, może bez odniesienia do
alkoholu. W tym momencie zdałem sobie sprawę, że program pomocy dla
zagubionych w życiu znany był kilkadziesiąt lat przed powstaniem AA i
nie ma żadnego powodu, aby się pysznić czymś, co od dawna jest znane.
Więc co decyduje o skuteczności AA? Atrakcyjność!!! Program przywraca
cel i radość życia, swobodę, ruch, a nade wszystko żywotność. Życie
odradza życie. Trzeźwość rodzi trzeźwość. Skuteczność programu AA wiąże
się z wdrożeniem 12 Kroków w środowisku
wspólnoty. Tak dawno znane znalazły wśród
alkoholików stosujących w życiu Tradycje i Koncepcje AA
szczególnie sprzyjające warunki do rozwoju. Opieka nad
nowymi członkami, wspólnotowe życie, aktywne uczestnictwo to
coś więcej niż praktyczne poznanie prawideł i zasad, według
których należy żyć. To wzajemnie przykłady stosowania zasad
AA i wszelkich od nich odstępstw. Na naszych oczach dokonuje się
duchowa przemiana, gdy egoistyczny, żałosny pijaczyna staje się
wartościowym, pełnym poświęcenia członkiem AA, rodziny, a także swojej
społeczności. Albo, co się też zdarza, odchodzi nie znajdując
zadowolenia w trzeźwości. Historie opowiadane na mityngach wyraźnie
przestrzegają, że trzeźwość nie jest dana, ani ofiarowana raz na
zawsze, że trzeba ją stale pielęgnować we współpracy z
innymi, a w zmaganiach z własnymi słabościami kształtować nowy
charakter. Te wszystkie możliwości dają nasze mityngi, struktury służb.
Ale warunek: trzeba przekroczyć próg niechęci i honorowo
podjąć się różnych zadań. W grupie i poza nią. Zyskując
przyjazne środowisko łatwiej jest przestać pić, odnaleźć cel i sens
życia, budować motywację do zmian charakteru. Rozwinąć poczucie
przynależności do czegoś większego niż my sami. Kto wie, czy nie jest
to pierwszy krok na drodze poszukiwania Siły Wyższej. W miarę
zaangażowania mamy szansę poznać nowe reguły postępowania. Okazuje się,
że 12 Tradycji i 12 Koncepcji służb to bardzo praktyczne
wskazówki. Wspólne dobro, rodzina,
współpraca, Miłujący Bóg, wspólne,
grupowe sumienie, a nie tylko moje, unikanie postawy karzącej i
dominującej, rozsądek finansowy - to kilka z wielu punktów
programu. Przyjaciele ze wspólnoty i sponsor pomogą. Szybko
zauważą niepokojące oznaki, nawet gdy zainteresowany jeszcze nie zdaje
sobie sprawy z niebezpieczeństwa albo przyklasną potwierdzając dobrą
postawę. To stale działa. Odrobina zainteresowania staje się często
początkiem sponsorowania, koniecznego do utrzymywania własnej
trzeźwości. To moment, gdy wspólnota oferuje alkoholikowi
wybawienie ze śmiertelnej samotności, gdy nie tyle uczy zdobywania
przyjaciół, co pokazuje jak być przyjacielem, jak ulżyć w
cierpieniu innym. Jeśli nie wszyscy, to przynajmniej ja muszę pamiętać,
że nawet jeden kieliszek może być początkiem zdarzeń kończących się
śmiercią. Jeszcze nie zapomniałem, ile spustoszenia dokonała gorzała w
moim życiu. Zarówno na ciele jak i duszy. Dlatego, gdy
widzę, jak ktoś ignoruje i zagłusza swoje sumienie, próbuje
udawać błogą nieświadomość tradycji, niepokoję się. Źle pojęta duma,
osamotnienie, egoizm dręczą …..i pokonują. Idea trzeźwości
musi wypełnić pustkę po alkoholu. Przyjaźń i zaangażowanie też są w
stanie tę pustkę wypełnić, poza tym kryją ogromną niespodziankę.
Chociaż przyszedłem do wspólnoty AA by skończyć z piciem,
uporządkować życie, znaleźć chwilę wytchnienia dla skołatanych
nerwów, to zupełnie nieświadomie rozpocząłem
wędrówkę w poszukiwaniu Boga. Odnalazłem pragnienie poznania
Jego woli wobec mnie. Codziennie w jedności z najbliższymi muszę
mobilizować siły, by ją wypełniać. Mam przekonanie, że
któregoś dnia stanę przed Stwórcą i podziękuję za
nie do końca zabałaganione życie.
Marek W-wa
Moje życie...
Mam na imię Bohdan i jestem alkoholikiem. Dziękuję za tę możliwość
opisania swojego życia, które jest nieustanną plątanina
upadków i tragedii. Wychowałem się w rodzinie, gdzie na
porządku dziennym rodzice spożywali alkohol. Mój pierwszy
kontakt z alkoholem był w wieku 5 lat. Po imieninach mojej matki, kiedy
już wszyscy spali pijani, wziąłem ze stołu wódkę i wlałem
sobie do szklanki, a do niej dolałem oranżady i wtedy wypiłem sam nie
wiem ile, bo znaleziono mnie nieprzytomnego, koło stołu leżałem i nie
kontaktowałem na próby obudzenia. Ojciec w domu częstował
mnie przeważnie piwem mówiąc, że to na apetyt dobre. Zaczął
mi się coraz bardziej podobać taki stan po alkoholu i
później sam już podkradałem piwo z lodówki.
Ojciec pił coraz więcej i w domu zaczął robić awantury i doszło do
tego, ze matka zabierała mnie i dwie moje siostry i musieliśmy uciekać
z domu, to był po prostu koszmar. Kiedy już miałem 13 lat piłem do
utraty przytomności, aby nie czuć bólu jaki mi zadawał
ojciec bijąc mnie kablem od żelazka. Doszedłem do tego, że już sam nie
wiedziałem co jest dobre a co złe, bo za wszystko byłem karany przez
niego. Kiedy matka próbowała mnie bronić, wtedy była bita i
ona. Pewnego wieczoru po jednej z awantur wziąłem strzykawkę z igłą
nabrałem powietrza i wstrzyknąłem w żyłę. Położyłem się spać mając
nadzieję, ze już nigdy się nie obudzę. Zabieg ten nie udał mi się, bo
rano się obudziłem z ręką opuchnięta, widocznie przebiłem żyłę na
wylot. Kiedy się obudziłem, rozpłakałem się, że nie umarłem, a tak
bardzo chciałem odejść z tego świata i co wieczór modliłem
się do Pana boga aby mnie zabrał, lub żeby zakończył ten koszmar w inny
sposób, ale to nic nie dało. Zacząłem się izolować od świata
tworząc swój prywatny, ale i tam ręka ojca mnie dosięgała. W
domu było coraz gorzej, rodzice przepijali wszystkie pieniądze i nie
mieliśmy już nawet co jeść. W lodówce było pusto, a siostry
cichutko płakały bo były bardzo głodne, postanowiłem kraść jedzenie w
sklepach i na bazarach. Starałem się zaradzić temu wszystkiemu, ale i
za przynoszenie jedzenia byłem bity. Nie mogłem już tego wytrzymać,
znalazłem w domu dwie paczki relanium, które zjadłem mając
nadzieję, że może tym razem się uda. Obudziłem się w szpitalu i ze
smutkiem patrzyłem na moją matkę siedzącą przy szpitalnym
łóżku. Było mi smutno, ze los zgotował nam takie życie.
Matka kiedy zauważyła że się obudziłem zaczęła mnie przytulać i ze
łzami na twarzy obiecywała, że wszystko się zmieni. Po powrocie ze
szpitala do domu kilka dni było spokojnie, ale po kilku dniach wszystko
powróciło do poprzedniego stanu i znów zaczął się
koszmar, to było coś strasznego, ale widocznie tak musiało być. Kiedy
tak byłem bity coś się we mnie zablokowało i już nigdy nie płakałem.
Moje życie przestało mieć jakikolwiek sens. Spotykałem się z kolegami
starszymi od siebie z którymi mogłem pić alkohol. Poznałem z
nimi, wszystkie meliny w okolicy jakie tylko były. W domu byłem tylko
raz na jakiś czas. Do szkoły chodziłem w kratkę, z nauką zaczęły się
problemy i zrobiłem się agresywny w stosunku do otoczenia. Zaczęły się
pobicia kolegów, za które wzywano ojca do szkoły.
Przez kilka dni po takiej wizycie, nie mogłem pokazać się w domu. W
szkole okradałem kurtki z pieniędzy, które dzieciaki tam
sobie trzymały, były to grosze, bo starczało mi na jakieś tam wino.
Później kradłem wszystko co można było sprzedać, lub
zastawić za alkohol. Po kolejnej awanturze domowej zabrałem moja
młodsza siostrę, wcześniej kradnąc kramarce na bazarze pieniądze,
uciekliśmy do Łodzi, gdzie zatrzymano nas w izbie dziecka, skąd odebrał
nas ojciec. Po powrocie do domu zaczęło się konkretne wychowanie, że
ledwo chodziłem na własnych nogach. Po jakimś czasie wyniosłem się z
domu do babci. Tam było mi dobrze, bo wszystko było mi wolno, mogłem
pić ile chciałem a miałem dobrego kompana do picia, był nim
mój wujek. Kiedy przed Świętami Bożego Narodzenia, matka
uprosiła ojca aby skompletować rodzinę-przyjechali po mnie i
znów uwierzyłem, że wszystko będzie dobrze. Po kilku dniach
koszmar powrócił i zacząłem znów pić do utraty
świadomości i było mi obojętne czy zabije mnie czy nie. Nie mogłem
patrzeć jak inne dzieci są przytulane przez swoich rodziców,
bardzo im zazdrościłem wszystkiego. Jako nieletni byłem wielokrotnie
notowany na komisariatach za moje wybryki. Cały czas brnąłem w coraz to
większe bagno nie zdając sobie sprawy co ja robię. Chodząc już do
szkoły zawodowej w bardzo krótkim czasie zostałem z niej
wyrzucony za to ze źle wpływałem na uczniów i często
przychodziłem na lekcje po całonocnej libacji alkoholowej. Z dnia na
dzień staczałem się coraz bardziej nie mogąc wyhamować. Kiedy
skończyłem 17 lat zostałem skazany na 3,5 roku za przestępstwo,
które ciąży na mnie do dziś. Napadłem na kobietę,
której przez swoja głupotę uszkodziłem 3 kręgi szyjne a ona
na dodatek była w 7 miesiącu ciąży. Byłem wtedy taki pijany, ze nawet
tego nie zauważyłem. Jeszcze dzisiaj jest mi ciężko o tym
mówić pomimo, ze minęło już tyle lat. Siedząc w wiezieniu
często marzyłem o butelce wódki i po wyjściu swoje marzenie
spełniłem. Upiłem się tak, że nie pamiętałem jak do domu
wróciłem. Po kilku dniach zacząłem pracować, ale tylko do
pierwszej wypłaty, którą przepiłem do ostatniego grosza, a z
pracy zostałem zwolniony i znów wróciłem na drogę
przestępczą. Zajmowałem się różnymi przestępstwami, aby
tylko mieć z tego pieniądze. Z domu wyprowadziłem się całkowicie,
wynająłem mieszkanie i mogłem robić co chciałem. Piłem nadal. Alkohol
zabijał moje dobre uczucia, zostawiając mi wstyd, złość i nienawiść.
Pewnego dnia poznałem wspaniałą dziewczynę, która bardzo
pokochałem, została moją żoną. Początkowo ukrywałem, przed nią
mój problem z alkoholem, gdyż nie chciałem jej stracić.
Kiedy zamieszkaliśmy razem, wszystko wyszło na jaw. Moja żona
zaprowadziła mnie do przychodni odwykowej, gdzie przez kilka dni
chodziłem tam dla świętego spokoju, a później
znów zacząłem pić nadrabiając zaległości. Wielokrotnie
miałem wszyty esperal, ale i to nie zmobilizowało mnie do powstrzymania
się od picia alkoholu. Cały czas wszystko się kręciło w koło,
znów kradzieże – więzienie. Kiedy urodziła się
moja córka, piłem przez półtora miesiąca, aż
trafiłem na Detox na ul. Kolska poprzez wycieńczenie organizmu. Był to
rok 1996, po detoxie poszedłem na terapię odwykowa, było mi wstyd za
moje zachowanie w stosunku do najbliższych. Całe moje życie legło w
gruzach, nie sprawdziłem się jako mąż, ojciec, żona straszyła mnie
rozwodem, z pracy zostałem zwolniony, pieniędzy już nie miałem i sam
nie wiedziałem co mam ze sobą zrobić. Podczas terapii starałem się jak
najwięcej wiedzy pojąc, aby zacząć nowe trzeźwe życie. Wtedy to
wstąpiłem do Wspólnoty AA. Poznałem tam wielu wspaniałych
ludzi, którzy chcieli mi pomóc w moim
trzeźwieniu. W domu zaczęło się wszystko układać, na mityngi chodziłem
regularnie 3 razy w tygodniu przez pół roku. Po tym czasie
poczułem się już taki mocny, że przestałem uczęszczając na spotkania i
w pewnym momencie zapiłem. Zawiodłem wszystkich , którzy mi
zaufali, skrzywdziłem moją żonę, która nabawiła się nerwicy
przez moje wybryki pijackie. Piłem wtedy przez miesiąc, przechodząc
przy tym piekło. Powróciły ataki padaczki, omany wzrokowe i
słuchowe, zdrowie moje zawodziło, byłem wypalony i myślałem, że to już
koniec. Kiedy wytrzeźwiałem i doszedłem do siebie cieszyłem się z tego,
ze wytrzeźwiałem, ale zaraz moja radość znikła, zaczęły się
wymówki żony, a ja niczego nie mogłem zrozumieć. Bardzo
często rozmyślałem o samobójstwie, ale brakowało mi odwagi.
Zacząłem pić dalej, chociaż nie miałem ochoty, ale nie mogłem sobie
znaleźć miejsca. Z dnia na dzień robiłem się obojętny i jakiś dziwny,
bo nawet kiedy dzisiaj wspominam te chwile to nie mogę tego zrozumieć.
Do domu nie wracałem, przez jakiś czas mieszkałem w domu kolegi, do
którego miałem klucze. Z jego domu zrobiłem melinę i nic
sobie z tego nie robiłem. Pieniądze mi się skończyły, koledzy ode mnie
się odwrócili- zostałem sam. Wtedy wróciłem do
domu i na kolanach prosząc żonę o wybaczenie i aby mi dała następną
szansę, przyrzekając jej, że to już ostatni raz, ale i tym razem nie
dotrzymałem słowa, bo cały czas postępowałem tak samo niszcząc
wszystko, co stało mi na drodze. W roku 1999 zostałem wplatany w
przestępstwo, w którym nie brałem czynnego udziału, ale
byłem tak wtedy pijany, że nie wiedziałem co się wokół mnie
dzieje. Kiedy zapadł jeden wyrok, potem drugi, przeanalizowałem całe
swoje życie. Nie mogłem spać, ani jeść i cały czas nie mogłem
zrozumieć, do czego dążę. Zgłosiłem się do psychologa więziennego,
prosząc o skierowanie na Atlantis. Po prawie dwóch latach
czekania zostałem przewieziony na Mokotów, gdzie ukończyłem
terapię odwykową i właśnie na tej terapii otworzono mi oczy i na niej
zobaczyłem swoje dotychczasowe życie i zrozumiałem, co ono jest warte,
po prostu dano mi szansę i za to jestem wdzięczny całemu gronu
terapeutycznemu, bo dali mi nowe życie. Zacząłem chodzić na mityngi,
gdzie poznałem wspaniałych ludzi, którzy dają mi wiarę w
siebie i którzy przez życie szli podobnie jak ja.
Również poznałem tutaj kolegę-prawdziwego przyjaciela,
który wyciągnął do mnie rękę, przekazał mi swoje
doświadczenie i wiedzę. Dziś jest już on na wolności i jest przykładem
na to, że można nie pić i być szczęśliwy. Staram się chłonąć wiedzę jak
gąbka wodę, którą przekazują mi przyjaciele ze
wspólnoty. Kiedy wspominam moje dawne życie, jest mi po
prostu wstyd, że mogłem tak bez serca podchodzić do wszystkiego.
Dzisiaj jestem już innym człowiekiem, przede wszystkim trzeźwym i
jestem z tego bardzo dumny i pomimo tego, ze jestem w wiezieniu
zrozumiałem to, że życie może być piękne, czego przykładem są moi
przyjaciele ze Wspólnoty. Bardzo dziękuję moim przyjaciołom
ze Wspólnoty za drogę, którą mi wskazali i za
wsparcie duchowe, jakie otrzymuję od nich.
Trzy postawy
Uczestnik mityngu
Uczestnikiem mityngu zostałem już wtedy gdy po raz pierwszy się na nim
pojawiłem.. Siedziałem gdzieś, gdzie mnie posadzili, mówili
coś czego słuchałem i dziwiłem się skąd wiedzą tyle o mnie. Wiedziałem
już, że tu spotykają się ludzie, którzy są chorzy tak jak ja
i mają taki sam problem, problem z życiem. Raz wierzyłem w to co
mówią, raz nie. Na dziś czuję to w ten sposób.
Uczestnik mityngu to ja przychodzący dobrowolnie ale nie do końca
godzący się ze wszystkim i
wszystkimi. Stojący gdzieś z boku. Pamiętam doskonale jak na siłę
próbowałem uzyskać efekt by trzeźwienie było proste, łatwe i
przyjemne. Chciałem znaleźć swoją najlepszą i najszybszą drogę do
trzeźwienia, nie trzeźwiejąc wcale. Przed mityngiem mówiłem
„dzień dobry” a po mityngu „do
widzenia”. Byłem zamknięty w sobie, nieufny, z ciągłą obsesją
picia nie szukający wcale pomocy by ruszyć z miejsca. Przeszkadzał mi w
tym mój egoizm. Niby poznawałem ludzi ale nie potrafiłem się
do nich zbliżyć, zaufać im, uwierzyć bezgranicznie w to co
mówili. Przynosiłem na mityng tylko ciało a po mityngu byłem
tak jak kiedyś sam. Członek grupy Dzięki pomocy przyjaciół
zrozumiałem, że żeby trzeźwieć należy coś robić w tym kierunku.
Zacząłem od prostej służby mycia szklanek. Po raz pierwszy w życiu
robiłem coś za darmo poświęcając swój czas dla innych.
Powoli zacząłem myśleć inaczej, że Ci ludzie tu na mityngu pomagają
sobie wzajemnie. Zacząłem utrzymywać kontakty poza mityngiem z
członkami grupy. Wymieniałem się z nimi telefonami, spotykałem się na
różnych płaszczyznach. Po około roku nie bez
oporów przyjąłem propozycję poprowadzenia mityngu. Był to
okres gdy zrozumiałem co to znaczy obowiązkowość, systematyczność,
pokora. Dziś dla mnie członek grupy to ten kto dba o jej
rozwój nie zapominając o swoim. Dba o przestrzeganie na
mityngu tradycji. Troszczy się aby nowoprzybyły nie czuł się samotny,
aby miał opiekę bo inaczej już tam nie wróci. Członek grupy
troszczy się o to by służby były w 100% obsadzone, bo przecież im
więcej jest ludzi zaangażowanych tym więź pomiędzy nimi jest trwalsza.
Zaczynają traktować grupę jako swoje wspólne dobro. Członek
grupy musi być z nią na dobre i na złe. Nie są mu obce problemy i
radości grupy. Jest to jego miejsce, w którym czuje się jak
w domu i umożliwia drugiemu uczestnikowi aby też się tak czuł. Członek
grupy reprezentuje grupę na zewnątrz i działa tam dla dobra grupy.
Członek wspólnoty Stwierdzenie to nie ja jestem w tym
wszystkim najważniejszy jest poparte czynami. Takie działanie to mi
przede wszystkim służy. W procesie trzeźwienia nadszedł taki czas, że
czuję potrzebę zrobienia czegoś dla tych co mi dali życie na nowo, co
mnie uratowali od zguby. Moje działanie ma szerszy zakres niż tylko
moja macierzysta grupa. Zrozumiałem, że ktoś musi ciągnąć ten
wózek, i że ja mogę też gdy tylko chcę. Już nie neguję
działalności służb bo zrozumiałem istotę, że służba jest tylko kolejnym
elementem służącym do zdrowienia i jak chcę zdrowieć muszę służyć, a
komu innemu jak nie tym, którzy mi pomogli. Z pokorą, ze
szczerego serca nadszedł czas by dać odrobinę siebie w zamian tego co
przez ostatnie lata otrzymywałem. Bez tego moje zdrowienie będzie
niepełne. Jest tak, że gdy coś robię naprawdę szczerze i gdy na to
robienie jestem gotowy mam wielką satysfakcję i uczucie spełnienia. We
wspólnocie jest wiele do zrobienia, wiele
zespołów służb w których działalność jest pomocna
w zdrowieniu. Co ja mogę zrobić? Wystarczy, że się rozejrzę i na pewno
gdzieś lub komuś się przydam. Pracy nie brakuje a i tak to służenie da
najwięcej mi samemu. Co mi da? Spełnienie, spokój, poczucie
bezpieczeństwa. Chcę być odpowiedzialny za los Wspólnoty i
służyć tak, jakby nikt inny za mnie tego nie mógł zrobić.
Wtedy na pewno z całym
mym zakłamaniem, znojem i rozwianymi marzeniami ciągle jeszcze ten
świat będzie piękny.
Pogody Ducha, Wiary i
Nadziei Roman A.A.
Piciorys
Jestem najmłodszy z trzech braci. Starsi ode mnie o 6 i 7 lat bracia
byli moimi profesorami w moim dorastaniu. Jako młodzież często upijali
się. Ja 12 latek uczestniczyłem w tych balangach. Towarzystwo starszych
dziewczyn było atrakcyjne. Ja sam czułem się doroślejszy niż byłem. A i
zainteresowanie seksualne nie było bez znaczenia. Wino
spróbowałem około 14 roku życia. Nie od razu tak było.
Wcześniej moi bracia pozwalali sobie na słabe alkohole. Pamiętam jak
dostawali za to lanie od ojca. Ojciec wracał często pijany i wszczynały
się awantury z moją matka i braćmi. Bywały tygodnie, że każdego dnia
ktoś na zmianę wracał do domu podpity. Pamiętam lamentowanie matki i
jej protesty. Nie raz odwracałem uwagę kolegów z
podwórka, kiedy widziałem wracającego do domu pijanego ojca.
Wstydziłem się go. Moja matka ukrywała ten problem. Wydawało się, że
byliśmy przeciętną rodziną. Mój pierwszy zapamiętany kontakt
z alkoholem miał miejsce na zakończenie szkoły podstawowej. Przed
zabawą i uroczystym rozdaniem świadectw popiliśmy śliwowicy z moim
kolegą. Ledwo ukryłem stan upicia się. Zimne kąpiele pozwoliły mi
oprzytomnieć. Zawsze intuicyjnie czułem wrogość do alkoholu.
Doświadczenia dzieciństwa skutecznie mnie odstraszały. Matka
spostrzegała mnie jako wroga alkoholu. Uczyłem się dobrze. Zdawałem do
kolejnych szkół terminowo. Jedynie moja agresywność do
rówieśników sprawiała mi zawsze problemy. Na
najdrobniejsze konflikty reagowałem agresją i bójką.
Jednocześnie chęć bycia akceptowanym, sprawiała nadmierną moją
uniżoność i uczynność, wobec kolegów. Próbowali
to wykorzystać a wówczas trafiali na moją agresję. Bali się
mnie. Do czasu szkoły średniej zdarzyły mi się, może ze cztery przygody
z alkoholem zakończone torsjami. Jeździłem na obozy młodzieżowe,
uprawiałem sport, trzymałem się jak najdalej od złodziei,
„gitowców”, nie miałem
konfliktów z prawem. Byłem uważany za dobrego chłopaka.
Zdałem maturę i poszedłem do pracy. Jako młody latałem po
wódkę. Sport gdzieś odpadł z moich zainteresowań, moim
marzeniem było pojechać za granicę. Odkładałem pieniądze i już
wówczas szukałem drogi awansu społecznego. Moją wartością
stały się pieniądze. Wyjazd za granice zrealizowałem z wielkim
sukcesem, ale wówczas piłem więcej i częściej. Kontakty z
alkoholem były na poziomie towarzyskim, ale dla mnie często kończyły
się upiciem. Nie spostrzegałem wówczas tego. Byłem młody, i
odnosiłem sukcesy zawodowe. Wokół mnie byli bardzo podobni
do mnie ludzie. Nie widziałem niczego dziwnego w tym, że mi czasem
picie alkoholu zaszkodziło. Zdarzały się upicia, pojawiły się
„urwane filmy”, całonocne popijawy. Wiek 22 lata,
uznałem za dostateczny do założenia rodziny. Wraz z tym wzrosły
potrzeby bytowe i finansowe. Starałem się temu podołać, ale stres i
wysokie wymagania jakie sobie stawiałem sprawiały, że potrzebowałem
odskoczni. Ulgę przynosił alkohol. Urodzili się moi synowie, dochody
miałem wysokie, byłem gwiazdą towarzystwa. Mając 27 lat budowałem dom,
miałem samochód. Żony kolegów stawiały mnie za
wzór. Budziło to niechęć wobec mnie. Nikt nie wiedział, że
wracałem do domu pijany, że nie wracałem nieraz wcale, że dochodziło do
awantur z moją ładną żoną. Że została w wyniku tego pobita. Nie czułem
się dostatecznie rozumiany. Nawet w rodzinie czułem się inny a wobec
rówieśników lepszy. Samotność dla mnie była tak
przykra, że jedynie alkohol przynosił mi ulgę. Piłem go coraz więcej i
częściej. W ukochanym domu i wymarzonym dobrobycie, a mimo to coraz
mniej byłem zadowolony z siebie. Krytyka mojego picia, oraz zdarzeń,
które miały miejsce po alkoholu uwalniały we mnie agresję
wobec żony. Wstyd, przepraszanie, poczucie winy, odnowa, poprawa,
upicie się ponowne, to zegar który odliczał to samo przez
prawie 20 lat małżeństwa. Piłem coraz częściej i więcej. Nadal nie
spostrzegałem problemu. To żona była moim problemem, wszyscy w koło,
poza nią, byli zadowoleni. Tak mi się zdawało. Trzy dni przerwy w piciu
to długi okres, tak sobie udowadniałem, że mogę pić, kiedy chcę.
Towarzystwo zaczęło się odsuwać ode mnie, bo byłem przykry, żona i
dzieci bały się mnie. Poczucie sukcesów ekonomicznych,
pomnażanie dóbr materialnych dawało mi poczucie władzy,
budziłem respekt i zazdrość przyjaciół. Imponowało mi to.
Zacząłem pić sam. Przydarzały mi się ciągi kilkudniowe. Pojawiły się
odtrucia, kroplówki. Bezsenność, nadmierne rozdrażnienie,
kace moralne, interwencja milicji, zagrożenie rozwodem, ucieczka żony z
dziećmi do swoich rodziców, myśli samobójcze. Już
czułem intuicyjnie, że coś jest nie tak, ale co to może być? Na
poczuciu winy po kolejnej pijatyce, dałem się przekonać na ograniczenie
picia. Na wizytę u psychiatry i zaszycie
„Esperalu”. Rozmowa z kobietą, psychiatrą
uświadomiła mi, że alkohol jest przyczyną moich problemów.
Rozpłakałem się u niej w gabinecie. Uwierzyłem jej. Za pomocą
leków opanowałem drżenie rąk. Nie piłem aż miesiąc. No może
dwa. Nie pamiętam tego, bo funkcjonowałem wtedy jak lunatyk. Czułem się
jak ostemplowane mięso na haku u rzeźnika. Wszyscy na pewno widzieli,
że jestem zaszyty. Na plaży nie mogłem zdjąć spodni, bo mi się
wydawało, że wszyscy na mnie patrzą i wiedzą. Żyć to chciałem, ale nie
zważając na zagrożenie kupiłem butelkę alkoholu i poleciało –
upiłem się. Poleciałem pijany do szpitala żeby mnie ratowali i usunęli
„Esperal”. Nie usunęli. Nie przyjął się na
szczęście i sam wypłynął. Ruszyłem w dalsze picie. Była to
równia pochyła. Nie umiem powiedzieć jak długo to trwało.
Powróciły myśli samobójcze i rozczulenie nad
sobą. Żona postawiła warunek; albo alkohol, albo rodzina? Po prostu
któregoś dnia wyszedłem z domu, a było to w moje urodziny -
w dygocie, pojechałem do centrum miasta i odnalazłem ośrodek odwykowy.
Po rozmowie kwalifikacyjnej, moje samopoczucie natychmiast podniosło
się, zgodził bym się tego dnia na wszystko, aby tylko naprawić
swój związek. Podpisałem w poradni kontrakt na okres
leczenia. Przystąpiłem do terapii. Uczestniczyłem w niej ponad rok. Nie
piłem. Uczęszczałem solidnie na zajęcia i na mityngi AA. Stosunki w
domu strzeliście poprawiły się. Poczułem się szczęśliwy. Żona tez
wzięła udział w spotkaniach Al- Anon. Poprawa relacji trwała z
pół roku. Oboje staliśmy się innymi ludźmi. Zyskiwaliśmy
nową osobowość. Ale porozumieć się nadal nie potrafiliśmy. Po
krótkich okresach poprawy, przychodziły stare pretensje i
urazy. Oboje mieliśmy bardzo rozbudzone oczekiwania. Życie na trzeźwo
okazało się trudniejsze niż było, gdy piłem. Tak naprawdę nie
potrafiłem żyć zgodnie z zasadami programu AA. Zaangażowałem się nawet
w służbę dla wspólnoty AA. Chodziłem na mityngi, a tu nie
wiele się w moim domu zmieniało. Powinno być lepiej, przecież nie piję!
Miałem bardzo dużo oczekiwań. Miałem wrażenie, że żona wymagała ode
mnie coraz więcej i więcej. A ja nie potrafiłem wypełniać funkcji ojca,
męża, partnera. Miłość okazywałem przez prezenty i zaspokajanie potrzeb
bytowych, mojej rodziny. Na potrzeby duchowe reagowałem złością i
agresją nie rozumiałem, czego ode mnie chcą. Nie umiałem tego dawać.
Zafascynowały mnie inne kobiety , miałem z nimi bardzo dobry kontakt.
Jak to jest pytałem siebie? Może nie jestem taki zły? O brak
zrozumienia obwiniałem żonę. Coraz częściej czułem się nie rozumiany,
wykorzystywany, niedoceniony. Dawałem przecież z siebie wszystko, a ona
ciągle była niezadowolona. Obcy ludzie zaczęli spostrzegać, że nie piję
tylko nie ona. Zacząłem omijać mityngi AA, odszedłem od służby,
zniknąłem w ogóle z horyzontu AA, skoro nic mi to nie
pomagało. Jeszcze jakiś czas nie piłem, ale i nie realizowałem zaleceń
programu AA. Chciałem żeby moje życie się zmieniło, ale nie umiałem nic
zmienić. Nadal wartością były dla mnie pieniądze, a miłość potrafiłem
okazywać jedynie poprzez zainteresowanie potrzebami materialnymi.
Trudno mi powiedzieć, jaki to był okres czasu, ale zacząłem delikatnie
smakować piwo, wino, trunki gatunkowe. Ale i upicia ponownie zaczęły
się zdarzać. Bardzo bałem się pić mocne trunki. Wzmogło się
wokół mnie życie towarzyskie. Często znikałem na samotne
wyjazdy żeby popić w ukryciu. Trwało to około 5 lat. Mam wrażenie, że
stosunki z żoną nawet poprawiły się w tym okresie. Całkowicie oddaliłem
się od AA. Uznałem, że jestem inny. To nie dla mnie. Oceniałem ludzi,
ignorowałem ich doświadczenia. Pewnego dnia spotkałem znajomą z AA.
Rozmawialiśmy. Nie miałem odwagi przyznać się do picia. Ona jednak
wiedziała. Spotkaliśmy się jeszcze kilka razy. Jakakolwiek wzmianka o
AA, czy leczeniu powodowała we mnie gniew. Unikałem tematu. A mimo to
dałem się jej namówić na spotkanie z dawnym przyjacielem z
AA. Miałem do niego wielkie zaufanie. Coś się we mnie przełamało po tej
rozmowie. Ruszyłem ponownie w kierunku trwałej trzeźwości. Poszedłem na
mityng. Jeden, drugi, trzeci. Tak mnie wciągnęło, że chodziłem 5 razy w
tygodniu. Zapragnąłem tym razem osiągnąć trzeźwość wyłącznie dla
siebie. Po 5 miesiącach znalazłem sobie sponsora. Zacząłem realizować
założenia programu AA. Odświeżyłem literaturę. Sponsor wprowadził mnie
w drobne służby AA. Niechętnie je przyjąłem, ale cieszy mnie poczucie
przydatności. Ja też coś komuś mogę dać i to na pewno nie pieniądze!
Sponsor zwrócił moją uwagę na studiowanie literatury. Robię
to z nim dwa razy w miesiącu. Łażę za nim bo mam coraz więcej pytań i
wątpliwości. Opisuję zadane przez niego tematy. Czuję, że przemieszczam
się do przodu. Nowa interpretacja mojej starej wiedzy staje się teraz
łatwą układanką. Zyskałem poczucie przynależności do grupy ludzi. Wiem
wreszcie, kim jestem. Uczę się każdego dnia wprowadzać ten prosty
program AA w moje życie. Zaprzyjaźniam się z ludźmi takimi jak ja.
Zaczynam do nich dzwonić, gdy jest mi źle. Uczę się prosić o pomoc.
Okazuje się, że nie jestem inny. Mogę być dobrym człowiekiem. Wolno
opuszcza mnie poczucie osamotnienia. Zaczynam z większą tolerancją
znosić porażki. Zaczynam dostrzegać inne wartości niż materialne.
Staram się uporządkować swoją pracę, aby mieć więcej czasu dla siebie.
Spostrzegam, że na skutek zmieniającego się we mnie systemu wartości
podejmuję łatwiej dobre dla mnie decyzje. Poczułem wreszcie, co to jest
duchowość programu AA. Codziennie pogłębia się we mnie akceptacja
mojego alkoholizmu. Coraz częściej czuję się szczęśliwy.
Mam na imię Zbyszek!
Mam na imię Zbyszek i jestem alkoholikiem. Jak większość z nas
doszedłem do wniosku, że alkohol jest poważnym problemem w moim życiu i
zacząłem uczęszczać na mityngi AA. Zauważyłem, że wielu z nas łączą
podobne problemy i przeżycia i zapragnąłem o tym napisać. Moje problemy
z alkoholem dały o sobie znać, gdy miałem 19 lat. Poznałem dziewczynę,
którą bardzo pokochałem; moje uczucia były odwzajemnione.
Wkrótce pomiędzy nas wkroczył alkohol i zaczęły narastać
konflikty. Po pewnym czasie listy moich win była tak długa, że moja
dziewczyna postawiła ultimatum: „Ja, albo koledzy i
alkohol!”. Niestety, moje uzależnienie było tak silne, że
alkohol zwyciężył. Zwyciężał jeszcze wielokrotnie. Obecnie przebywam w
Z.K., gdzie zacząłem uczęszczać na mityngi AA. Tutaj uczę się od nowa
żyć i nawiązywać normalne kontakty z ludźmi. Naprawiam swoje relacje z
Siłą Wyższą i mimo trudnej sytuacji odzyskuję Pogodę Ducha.
Zbyszek Alkoholik, 08.11.2003
Zza kraty ...
Moje problemy z alkoholem zaczęły się ponad 38 lat temu. Gdy miałem 16
lat upiłem się winami i piwem, a następnego dnia strasznie bolała mnie
głowa. Było to ostrzeżenie, by nie używać alkoholu, lecz gdy
ból minął i wszystko wróciło do normy zapomniałem
o tej przestrodze. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, że po wypiciu
dwustu gram wódki stawałem się nieobliczalny i mogłem
popełniać najgorsze rzeczy. Przez alkohol żyłem na bakier z kodeksem
karnym i w końcu trafiłem
do więzienia. Już przed ukończeniem 17 roku życia byłem aresztowany i
skazany za usiłowanie zabójstwa. Potem były kradzieże i
włamania po spożyciu alkoholu i znowu „odsiadka”.
Amnestia dała mi możność wcześniejszego wyjścia na wolność, ale
powitałem ją upiciem się. Na wolności przebywałem 13 miesięcy, a do
Z.K. wróciłem za włamanie pod wpływem alkoholu i tak w
kółko. Nie zdawałem, albo nie chciałem sobie zdawać sprawy z
tego, że stałem się alkoholikiem i to niebezpiecznym. Przynosiłem wstyd
rodzicom, którzy chcieli dla mnie jak najlepiej. Przez picie
stałem się zakałą rodziny i zdarzały się przypadki, gdy wynosiłem z
domu rzeczy, by sprzedać je na alkohol. Nie piłem
„wynalazków”, ale gdy byłem na wolności
często przez alkohol zmieniałem pracę. Podczas ostatniej
„odsiadki” nabawiłem się gruźlicy płuc i po wyjściu
na wolność piłem mniej, a póki nie piłem wszystko było
dobrze. Kiedy sięgnąłem po alkohol koszmar zaczął się od nowa. Zostałem
aresztowany za czyn najgorszy z możliwych, za zabójstwo
drugiego człowieka, za co dostałem wyrok 25 lat więzienia. W Z.K.
przebywam już 20 rok, a ko końca kary pozostało mi jeszcze 5 lat i 7
miesięcy. Wiem, że jestem chorym alkoholikiem i zrozumiałem to w czasie
mityngów AA grupy „Szansa” w Z.K. w
Siedlcach, na które uczęszczam. Zdrowieję już 20 rok i
często zastanawiam się, czy po wyjściu na wolność po tak długim wyroku
będę potrafił utrzymać trzeźwość. Myślę, że jeśli będę chodził na
mityngi i utrzymywał kontakt z ludźmi, którzy kochają
trzeźwe życie to na pewno mi się uda. Będzie to tym trudniejsze, że w
oczach innych będę nie tylko alkoholikiem, ale także złodziejem,
bandytą i mordercą. Tam za murami nie wszystko jest takie proste i nie
zawsze wystarczą chęci; liczy się także ocena i akceptacja przez
innych. Ci, którzy mają rodzinę mogą liczyć na jej wsparcie,
ja zaś na taką pomoc liczyć nie mogę, gdyż moi rodzice nie żyją, a brat
i siostra zerwali wszelkie kontakty ze mną i nawet nie wiem, czy żyją.
Często zastanawiam się głęboko, jak sobie poradzę z tym, co czeka mnie
po wyjściu na wolność. Czy zdołam rozwiązać problemy, które
czekają mnie za murami? Z jednej strony chciałbym wyjść na wolność, z
drugiej boję się wolności, na której nie ma pracy
– podstawy egzystencji.
Alkoholik Stefan, Z.K., Siedlce, 08.11.2003