MITYNG 10/100/2005
DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO
Obrazki z pewnej Konferencji
Całkiem młody
chłopak zostaje wybrany do jednej z kluczowych służb. Jest wyraźnie wzruszony,
gdy wychodzi podziękować za zaufanie. Mówi, że jeszcze parę lat temu, będąc na
swoim dnie alkoholowym nie umiałby takiej sytuacji sobie wyobrazić. Któryś z
jego kolegów woła z sali:" nie wstydź się, popłacz sobie " A
on nie bardzo się wstydzi....
Na Konferencji toczy się wiele dyskusji, polemik, czasem dość ostrych
kontrowersji. Nic w tym dziwnego, tu jest na to miejsce. Ale jest pewien
moment, kiedy wszyscy delegaci, powiernicy, pracownicy BSK, kibice i ciekawscy
- wstają podają sobie ręce i odmawiają wspólnie Modlitwę o Pogodę Ducha. Nie
umiem tego opisać. Kto to przeżył, ten wie.
Z sali obrad wypada delegat, człowiek o dość dużym temperamencie i krzyczy
do jedynego obecnego w holu słuchacza - czyli mnie. "Ty wiesz, co
"oni" przegłosowali? Kompletny idiotyzm!!! Daj papierosa" Pół
godziny później widziałem go na obiedzie. Siedział przy jednym stoliku z
"nimi" i gawędził przyjacielsko.
Miałem okazję w czasie Konferencji widzieć kilkakrotnie ludzi, którzy "przegrali", odpadli w wyborach, ich koncepcje zostały odrzucone, pomysły przepadły w głosowaniach. Widziałem ich napięcie podczas oczekiwania na wynik, a potem żal, smutek, rozczarowanie, czasem złość i irytację. W końcu jednak godzili się z sytuacją. Tak sobie myślę, że to właśnie dzięki postawie tych "przegranych" Konferencja ma szansę być głosem zbiorowego sumienia AA w Polsce.
kibic
Zachowania
kompulsywne obecnie stają się tematami "z
pierwszych stron gazet". Codziennie w telewizji pojawiają się osoby
cierpiące na takie zaburzenia. Przez lata przekonanie, że jest to tylko mój
osobisty problem napawało mnie lękiem, że ktoś może to odkryć. Dziś już nie
czuję się dziwakiem. Wiem, że jest to choroba, na którą podobnie jak ja
uskarżają się miliony mi podobnych a także, że moje kompulsywme
i uzależnione zachowania nie są moim skrywanym grzechem. Od wczesnego
dzieciństwa szukałem sposobu na skuteczną ucieczkę od otaczającej mnie
rzeczywistości od samego siebie i od życia. Miałem nieprzepartą ochotę na
ucieczkę od lęków i wiecznych moich niedociągnięć i uczucia nieprzystosowania.
Jako dziecko uciekłem w świat książek i fantazji; byłem zachłannym czytelnikiem
i marzycielem. Godzinami potrafiłem pławić się w swoim urojonym świecie.
Czasami czułem się jakbym dotykał czegoś co jest umieszczone za szklanymi
drzwiami. Nawet wtedy stanowiłem dla siebie wielkie zagrożenie. Wkrótce
odkryłem to co określane jest mianem "zaburzenia łaknienia" i
uczepiłem się tego tak jak tonący brzytwy. To zaburzenie stanowiło o mojej
tożsamości a co więcej było jak gdyby społecznie akceptowalne. Problemy z
jedzeniem miały bardzo niekorzystny wpływ na mnie, gdy byłem dwudziesto- i
trzydziestolatkiem. Jako dziecko pamiętam, że jedzenie było wszechobecne.
Skoncentrowany na nim był cały system nagród jak i gróźb. Nie dziwne, że byłem
dzieckiem otyłym do czasu gdy w wieku piętnastu lat odkryłem "świat
diet". Rozpoczął się mój koszmar; nieustannie oscylowałem pomiędzy
głodzeniem się i karykaturalną szczupłością i objadaniem się ponad miarę co
wpływało na gwałtowne przybieranie na wadze i towarzyszącą temu depresję. W
związku z zaburzeniami łaknienia pojawiły się uczucia i zachowania podobne jak
przy uzależnieniu od alkoholu: lęk, wstyd, i poczucie winy. Dziś uświadamiam
sobie, że całe moje życie było nieustannym balansowaniem pomiędzy
restrykcyjną kontrolą a jej utratą.
Wykraczało to oczywiście poza moje problemy z jedzeniem. Nigdy nie było we mnie
równowagi fizycznej, emocjonalnej i umysłowej. Zawsze wynajdowałem jakieś
bardziej oczywiste lub sprawiające mi kłopot sposoby. W pewnym sensie wszystkie
moje poczynania w takich aspektach mojego życia jak: nauka, praca, ćwiczenia
fizyczne, relacje z innymi itp. miały charakter kompulsywny. Alkohol, który po raz pierwszy spróbowałem w
wieku czternastu lat stał się najskuteczniejszym lekarstwem. Ale picie alkoholu
było jedynym przynależnym mi zachowaniem, które uważałem przez długi czas za
normalne. Nawet najbardziej szalone okresy mojego picia wydawały się normalne,
bo inni czynili podobnie. Ponad to jeszcze kilka lat temu mogłem na jakiś czas
zaprzestać picia, czy też pić "umiarkowanie" przed dłuższe okresy. Z
reguły piłem w towarzystwie, rzadko w samotności i potajemnie. Nie odczuwałem
dolegliwości zdrowotnych. Jakże nierealistyczne były wszystkie moje dylematy
pomimo, że w zasadzie odpowiedziałem
"tak" na większość pytań w kwestionariuszu - "Czy masz
problem z piciem?" Ponieważ moje picie intensyfikowało się, by osiągnąć
swoje apogeum, gdy byłem dwudziestolatkiem trudno mi było dostrzec rozwój
choroby. Gdy dwa lata temu odnalazłem Wspólnotę AA, trudno mi było wtedy
zaprzeczyć, że mam problem z alkoholem choć do końca nie byłem przekonany, że
znajduję się we właściwym miejscu. Moim osobistym dnem było dno emocjonalne,
dlatego też nie miałem doświadczeń w zakresie fizycznej degeneracji i utraty
kierowania swym życiem podobnych do opisywanych przez innych. Jedyny alkoholik,
którego znałem, gdy już bliski byłem swojego upadku jawił mi się jako wrak
człowieka, którego społeczeństwo i autorytety lekarskie spisały już na straty.
Nie rozumiałem także dlaczego mam całkowicie przestać pić, gdy nie jestem w
stanie porzucić wszystkich moich innych zachowań będących powodem moich
problemów. Musiałem tym wszystkim kierować, czyż nie?. Dlaczego więc mam wyrzec
się alkoholu? Nigdy nie chciałem zostać alkoholikiem, ponieważ w odróżnieniu od
zaburzeń łaknienia, alkoholizm nie był społecznie akceptowalny. Zabrało mi to
około sześciu miesięcy nim zajaśniało we mnie światełko, dzięki któremu
dostrzegłem istotę mojego problemu; mam fizyczne uzależnienie od alkoholu, co w
praktyce oznacza, że gdy sięgnę po pierwszy kieliszek mój organizm domaga się
następnych. Niezależnie od stanu mojego umysłu, ducha i emocji, to fizyczne
uzależnienie nigdy mnie nie opuszcza. Psychiatrzy mogą przeanalizować całe moje
dzieciństwo i wysnuć hipotezy dlaczego jestem tym kim jestem; inne grupy
samopomocowe i wspólnoty dwunastokrokowe mogą dać mi sugestie zawarte w
programach, ale dopiero Wspólnota AA utwierdza mnie w przekonaniu, że mam
alergię na alkohol i tylko całkowita abstynencja może być dla mnie
rozwiązaniem. Dziś widzę, że wszystkie symptomy mojej choroby mają odniesienie
w Programie. Odczuwam coraz więcej równowagi we wszystkich aspektach mojego życia,
nabywam przekonania o własnej wartości i akceptuję otaczającą mnie
rzeczywistość. Wierzę w Siłę Wyższą i sprawowaną przez nią kontrolę nad moim
życiem pod warunkiem, że Jej na to
pozwolę. Rozumiem działanie silnej woli. Ponieważ do końca życia pozostanę
alkoholikiem - a więc osobą o kompulsywnej
osobowości, tylko z pomocą Programu i drugiego alkoholika mogę się nauczyć żyć
z tym w zgodzie. Każde 24 godziny daje mi dziś satysfakcję. Najważniejszym jest
jednak fakt, że opuściła mnie obsesja picia. Wiem, że mogę przeżyć, gdy zetknę
się z kilkoma batonikami Mars, a z całą pewnością nie w kontakcie z czteropakiem mojego niegdyś ulubionego piwa.
Problemy inne niż alkoholizm.
Po wielu latach utrzymywania
trzeźwości kilku alkoholików z AA spostrzegło swoje problemy z intymną sferą
swojej seksualności i sposobów okazywania i dawania miłości. Założyli oni
wówczas w USA opartą na programie AA, wspólnotę ludzi Uzależnionych od Seksu i
Miłości (z ang.SLLA). W Polsce przyjęła ona
dość kontrowersyjną nazwę Anonimowi Erotomani.( Ta nazwa jest aktualnie
przedmiotem weryfikacji). Gdy poszedłem na pierwszy mityng AE, towarzyszył
mi wstyd i skrępowanie. Mam wrażenie, że znacznie łatwiej było mi powiedzieć
„jestem alkoholikiem” w AA. Nie czułem się zaślinionym erotomanem z
mglistym wzrokiem, atakującym sąsiadki w ciemności korytarza. Mimo to
intuicyjnie czułem, że moje doświadczenia ze sfery seksualnej nie są zgodne z
moimi własnymi normami, sam ich nie akceptowałem. Podobnie jest wśród
alkoholików, każdy z nas musiał zdiagnozować się sam, czy jego własne picie
przysparza mu „moralniaków” i określić
swoje własne dno. Granica między chorym interpretowaniem miłości a tak zwaną
trzeźwością emocjonalną jest sprawą każdego z osobna. Już pierwsza godzina
mityngu AE, pokazała mi podobieństwo moich problemów emocjonalnych do
pozostałych uczestników. Po wysłuchaniu kilku opowieści utwierdziłem się, że
jest to dobre miejsce dla mnie, aby spróbować coś w swoim życiu zmienić,
wybaczyć winnym moich przykrych wspomnień, spotkać się ze swoim wstydem, bólem,
wyjść z ciemności samotności. Dotąd bardzo szczelnie ukrywałem niektóre przykre
doświadczenia ze swojego dzieciństwa i późniejszego „dorosłego”
życia. Obecność w AE ośmieliła mnie do otwarcia się i uwolnienia od dręczących
myśli i wspomnień. Nie potrafiłem tego zrobić nawet w obecności terapeuty czy
psychologa. Nie wyobrażam sobie abym miał to zrobić na mityngu AA. Sam
traktowałem zdeklarowanych AE, w AA z wielką powściągliwością. Jeszcze raz
potwierdziła się w moim przypadku reguła, że razi mnie to, co mnie samego
dotyczy! Nie zmierzam do reklamowania czy popierania innych wspólnot niż AA,
którą uważam za swoją pierwotną, lecz pragnę się z wami podzielić swoją
radością z doznanej ulgi i zachęcam do poszukiwań. A oto krótka charakterystyka
AE - (SLL):
„Anonimowi Uzależnieni od Seksu i Miłości są wspólnotą opartą na
programie 12 Kroków Anonimowych Alkoholików. Członkami Wspólnoty są zarówno ci,
którzy cierpią z powodu kompulsywnej potrzeby seksu,
jak też ci, którzy desperacko przywiązują się do jednej osoby. Niemal wszyscy
uczestnicy Wspólnoty popadli w kompulsyjno-obsesyjne
wzorce o podłożu seksualnym, emocjonalnym lub uczuciowym, utracili poczucie
własnej wartości, a ich zachowania i kontakty z ludźmi doprowadziły do
pogłębiającej się destrukcji we wszystkich obszarach życia.
Inroduction to S.LAA excerpted @ 1985 S.LAA”
(z Biuletynu Nr.1 wspólnotyAugustyńskiej
SLLA)
anonimowo: X
***
Droga żono!!! Od pewnego
czasu widzę jak oddalamy się od siebie, jak przestaliśmy ze sobą rozmawiać.
Przez jakiś czas próbowaliśmy opowiadać sobie historyjki, ale dzisiaj nie
mówimy już nic. Czuję w Tobie wroga. Długo zastanawiałem się dlaczego tak się
dzieje, i co się stało, że wróciliśmy do etapu sprzed kilku lat. Doszedłem do
wniosku, iż przyczyn jest kilka: - to pieniądze - ja znowu od Ciebie słyszę, że
za mało zarabiam, że za mało pracuję - seks - znowu stosujesz stary schemat
odmowy, karania seksem. Jak masz pretensje o pieniądze to odmawiasz mi seksu.
Próbujesz mnie karać i nagradzać jak wtedy, gdy piłem. Nawet nie widzisz, że
robi to większą krzywdę Tobie niż mnie. Moja droga, przez te kilka lat leczenia
zmienił się mój stosunek do seksu, i może tego nie zauważyłaś, ale potrzebuję
go znacznie mniej niż kiedyś. - niezadowolenie - to Ty jesteś wiecznie
niezadowolona, i wszystko jedno co zrobię, to i tak jest źle. Potrafisz mnie
tylko krytykować. Ja nie pamiętam, kiedy od Ciebie usłyszałem jakieś dobre
słowo.
- dzieci - Ty pozwalasz im na wszystko, a gdy chcesz coś na nich wymusić
to straszysz ich moją osobą. Gdy chcę ustalić jakiś podział obowiązków w domu,
to go negujesz, wprowadzasz zamęt i masz do mnie pretensje, np,
że córka źle umyła łazienkę. - To chyba przesada!!! Dużo z Twych zachowań
rozumiem. Rozumiem Twój strach o byt i lęk o pieniądze, karanie seksem - bo
pewnie tak masz "zakodowane", że jest to "metoda na wychowanie
chłopa"- rozumiem nieumiejętność w postępowaniu z dziećmi, bo ja też nie
umiem i popełniam błędy. Nie rozumiem jednak niechęci do Al-Anonu,
wiecznego krytykowania i niezadowolenia. Wiesz? Jestem już tym zmęczony. Po
prostu zmęczony. Kiedyś myślałem, że jak przestanę z Tobą walczyć to jakoś się
ułoży, że moja miłość wystarczy dla nas dwojga. Ale niestety, dzisiaj wiem, że
nie wystarczy. Ja nie mam już siły, zdrowia i ochoty do tego, żeby jeszcze raz
Tobie wszystko tłumaczyć, wybaczyć, zapomnieć. Coraz częściej pojawia się taki
schemat myślenia: - skoro mam żonę, która dla mnie nic nie robi oprócz
wrzucania do pralki moich ciuchów a w zamian za to muszę znosić odrzucenie i
krytykę wszystkiego co robię, to wolę odejść, mieć
spokój. A ciuchy do pralki wrzucę sobie sam. Wiem, że będziesz miała sto
argumentów, by powiedzieć, że to nieprawda. Uwierz, że coraz częściej tak
myślę. Czarno widzę naszą przyszłość.
Powodzenia!!!
Załamany
życiowo G……
PS. - Jestem przekonany, że tylko podjęcie przez Ciebie leczenia może nam
pomóc.
PS od redakcji - a może wspólne leczenie?
Z korespondencji mejlowej
***
Moje małżeństwo,
"podlewane" alkoholem, właściwie od początku było naznaczone piętnem
wzajemnego niezrozumienia. Lody były "przełamywane" przy wspólnie
wypijanych drinkach, ale nie na długo i do czasu... Potem zaczęło się piekło
wzajemnych oskarżeń, pretensji, kłamstw i czego by tam jeszcze nie wymienić.
Jeszcze później, w bardzo dużym skrócie, byłam tą, która pierwsza zobaczyła, co
się dzieje ze mną i dlaczego...W efekcie poszukałam pomocy zaprzyjaźnionej
doktor psychiatry i zostałam przez nią skierowana na terapię zamkniętą. Było to
prawie osiem lat temu i była to niewątpliwie, jedna z najlepszych decyzji,
jakie w życiu podjęłam.
Jakże
dobrze rozumiem osoby, które piszą o tym, co się dzieje w domu, w małżeństwie,
w rodzinie... po rozpoczęciu nowego życia... Bowiem
dopiero wówczas brak zrozumienia osiągnął apogeum. Mąż pił dalej, tyle, że
wyniósł swoje picie poza dom, ale wracał do domu ze swoimi
kacami, humorami i pretensjami do świata. Czułam się potwornie samotna i
niezrozumiana, ale byłam zdeterminowana - być trzeźwa za wszelką cenę! Nie
wrócić do kieliszka, choćby nie wiem, co się działo. Trzymać się zasad 12
kroków, wiedzy z terapii, książek, kontaktów z innymi alkoholikami i
jednocześnie żyć w normalnym świecie. Próbowałam zachęcać mojego małżonka do
podjęcia terapii, pójścia na mityng... Raz chyba udało mi się namówić go na
mityng świąteczny Wielkanocny. Nie osiągnęłam oczekiwanego efektu. Odwrotnie;
zdarzyło się po dwóch latach mojej trzeźwej drogi, że mąż postawił na stole
piwo "bezalkoholowe " dla mnie i dla siebie z alkoholem.. Czy możecie
sobie wyobrazić mój gniew i złość? On czekał, że ja w końcu nie wytrzymam i
sięgnę po kieliszek....Wszelkie moje "gadanie", to był przysłowiowy
"groch o ścianę", ale... minęło jeszcze
trochę czasu i chyba w trzecim roku mojego trzeźwienia zaczął ze mną jeździć na
rekolekcje do Zakroczymia, potem do Lichenia...Co? powoli zaczęło "przemakać" w tej jego szczelnej
skorupie. Po chyba 6 latach spróbował abstynencji...Oczywiście, jak łatwo się
domyślić... nie wyszło. No i trzeba było utraty pracy
i osiągnięcia dna, którym stały się konsekwencje pijanego życia...żeby wreszcie znalazł drogę do trzeźwienia. W tym miejscu
można by powiedzieć CUD i BOGU CHWAŁA. Faktycznie, ale teraz wcale nie jest
łatwiej w kwestii porozumienia... On świeżo terapeutyzowany,
(po 6 tygodniach w Charcicach i aktualnie 2x w tygodniu na grupie) odzywa się
do mnie terapeutycznym slangiem, a ja muszę sobie przypominać, jaka sama byłam
w pierwszych miesiącach na tej drodze, żeby to akceptować i tolerować. Nie
mówimy wcale, wiele o sobie nawzajem, ale pooowooolutku...
chwilami... udaje się znaleźć
wspólny język i jakie takie porozumienie. Coraz częściej towarzyszy nam duch
wzajemnej tolerancji, ale z tym "duchem miłości" wciąż ciężko. Wiem,
że moim dużym problemem było współuzależnienie, ale
odkąd mąż zajął się sobą łatwiej mi również "odpuszczać" różne
sytuacje, które dawniej, mimo woli, usiłowałam kontrolować. Z drugiej strony
wiem, że nic nie przychodzi łatwo. Najłatwiej jest przestać pić, a chodzi
przecież o to, żeby umieć inaczej żyć. I tego wciąż uczę się na nowo. I cieszę
się, bo póki się uczę, wszystko jeszcze może się zmienić. A pamiętam z
terapii", że trzeźwienie to wchodzenie po ruchomych schodach, które jadą w
dół. Jeżeli się zatrzymasz- zjeżdżasz." Staram się nie zjeżdżać w dół,
tylko pracowicie, każdego dnia posuwać się do góry i do przodu. Służy mi do
tego modlitwa, medytacja i trzymanie się prostych zasad, miedzy innymi HALT; a
także mityngi, rekolekcje w Zakroczymiu,
spotkania w Licheniu czy Częstochowie, fachowa literatura z dziedziny
psychologii, filozofii, religii i wszystko inne, co może mnie wspierać w
trzeźwym życiu. A najważniejsze: miłość i wsparcie moich synów, ich żon i
wnucząt. One i ich dzieci znają mnie tylko trzeźwą i to jest nieocenione.
Bliskość z nimi jest dla mnie wartością bezcenną. Wierzę też, że mimo
straconych, w pewnym sensie, wielu lat, nasze małżeństwo - dwojga ludzi, którzy
odkrywają na trzeźwo prawdę o sobie ma jeszcze szanse, by duch miłości w nim
zapanował. No i to by było na tyle. Pozdrawiam wszystkich i życzę pogody ducha.
Bożena
***
Wraz z podjęciem leczenia
liczyłam, że i mój współmałżonek zechce skorzystać z nowoodkrytego cudu. Nie
było tak od razu. Pierwsze pół roku mojego trzeźwienia naznaczone było z jego
strony najgorszym okresem picia. W tym czasie zachowywałam się jak typowa współuzależniona żona. Ja ponosiłam konsekwencje, dzwoniłam
do jego szefa, usprawiedliwiałam w pracy, prałam, sprzątałam i przejmowałam
wszystkie domowe obowiązki. W końcu, podczas jednej z pijackich awantur nie
wytrzymałam i powiedziałam - koniec. Szefowi powiedziałam, że los jego
pracownika a mojego męża przestał mnie interesować ponieważ jest
nieodpowiedzialnym alkoholikiem, a samemu mężowi oświadczyłam, że to już nasz
koniec. Skończyło się okrutną awanturą, wezwaniem policji. W konsekwencji mąż
wszył sobie kolejny esperal. Wtedy właśnie zaczęłam
oczekiwać. Zaczęłam ciągać go na mityngi, na zabawy abstynenckie, zapraszać do
domu przyjaciół z AA, w myśl, że skoro on na mityngi chodzić nie chce, to ja
sprowadzę mu mityngi do domu. W lipcu wzięliśmy nawet ślub kościelny, którego
udzielił nam ksiądz Maliński, wielki autorytet Wspólnoty i mój osobisty. Ciągle
liczyłam, że to coś zmieni, że musi być inaczej. Dla mnie otworzyła się kolejna
brama - do Boga. Mój mąż nie przyjmuje nadal nic. Zaprzestałam starań i
tłumaczeń, czasem pytam, czy chce ze mną pójść, pojechać na zlot, dni
skupienia, chociaż już teraz wolę jeździć sama....
....
Jakiś czas temu przestałam mówić o sobie, przestałam opowiadać mężowi o
przeszłości, o teraźniejszości, o tym co robię w AA,
czy co robiłam na terapii. Żyjemy sobie obok siebie, staram się nie wchodzić w
konflikty, nie wypominam i nie pozwalam aby mnie
robiono wypominki. To nie jest łatwe. Bo nawet te wszystkie ówczesne kłopoty,
akty zazdrości z jego strony, przeglądanie mojego telefonu, podpytywanie - to
wszystko jest podszyte brakiem zaufania, niewiarą w zmiany. Nie jestem w stanie
tego zmienić dzisiaj, ale co gorsza, nie potrafię przestać oczekiwać, że on sam
zrozumie, zmieni się. Więc nie rozmawiam w żadnym duchu, unikam rozmów, uciekam
od nich, bo nie widzę możliwości porozumienia w duchu miłości, a choćby
tolerancji. Brak zaufania jest obustronny.
Ania
Bagaż mam już tylko jednodniowy
Czy przypominacie sobie mit o Syzyfie? Z wyroku bogów musiał
Syzyf nieustannie toczyć głaz pod górę, a kiedy zbliżał się do szczytu, głaz
wymykał się z rąk i ciągle spadał na dół.
Smutna ta historia, jak żywo przypomina moje życie, szczególnie tą
część, gdy alkohol zdominował wszelkie działania. Każde picie, kolejny ciąg
pozostawiał po sobie żałosny ślad. Jeszcze raz, kiedy nie udało się osiągnąć
sukcesu, mimo wielokrotnie autentycznego wysiłku czy dobrych chęci, sięgałem za
kieliszek. Wystarczył moment, chwila nieuwagi, brak przypomnienia, jak
skończyło się ostatnie "balangowanie", a
osiągałem nie tylko dno, ale coraz częściej depresję. Któregoś dnia nie mogłem
już podnieść się ze swojego dna, przestałem tego pragnąć, straciłem nadzieję,
że można żyć inaczej. Dlaczego mnie to spotyka, czemu się na mnie uwzięli,
dlaczego wszyscy robią mi na złość - takie pytania zadawałem i konałem samotnie
nie znajdując, a nawet nie oczekując już odpowiedzi. Czułem się pokonany przez
życie. Nie pamiętam już jak kompletnie pijany, w środku nocy znalazłem się w
piwnicy pełnej worków z ziemniakami. Nagle zamknęły się drzwi, nastąpiła
kompletna ciemność, a ja przewróciłem się, straciłem orientację. Nie mogłem
znaleźć schowanej butelki. Paliło w gardle. Ani wypić, ani znaleźć wyjścia.
Nadeszła kolejna fala dreszczy. A jeśli nie znajdę drogi, kto mnie tu
odnajdzie, to tak mam umierać? Jeśli kiedykolwiek byłem absolutnie bezradny,
pełen strachu, to na pewno właśnie w tamtej chwili. Boże pomóż - wyszeptałem,
choć nawet nie wiedziałem o co proszę. Miałem nadzieję, że za chwilę znajdę
drogę do wyjścia. Tak jednak nie było. Duchota, brak powietrza. Przynajmniej
dwie godziny, po omacku, co krok obijając się, kląc i
płacząc na zmianę - szukałem wyjścia. Wreszcie się udało, dotarłem na korytarz.
Tam widać było blask gwiazd. Całe to zdarzenie jeszcze nie zakończyło
pijaństwa, ale wołanie o pomoc uświadomiło mi, że jestem alkoholikiem. Jeszcze
chyba pół roku piłem prawie nieprzerwanym ciągiem. Dopiero wtedy mogła dotrzeć
Jego odpowiedź na me wołanie. Dziś nie pij - tak zaczynał swą drogę
każdy w AA. - Kiedy zapragniesz trzeźwości, otrzymasz pomoc. Wstąpiłem
do wspólnoty AA i znów, niczym mityczny Syzyf, kolejny raz rozpocząłem
wędrówkę, tym razem trzeźwy. Jednak
stare zobowiązania ciążyły niemiłosiernie - długi, niezapłacone świadczenia,
brak wystarczających dochodów, właściwie brak wszystkiego. Kiedyś jeden
kieliszek pozwalał zapomnieć o kłopotach, tym razem takie rozwiązanie nie
istniało. Ciężko, a nowy dzień dokładał jeszcze kolejne ciężary. Strach, że
znów się nie uda. I wtedy dotarł do mnie jakiś głos, nawet nie wiem skąd. - Spójrz,
wokół są ludzie, nie piją, są zadowoleni z życia, nie musisz swego ciężaru
nieść sam. Faktycznie, wielokrotnie, gdy na mityngu podzieliłem się
kłopotami, było lżej i łatwiej było znaleźć rozwiązanie. Równocześnie, powoli
zaczęło do mnie docierać, że na końcu wędrówki jest On. Czeka by odebrać trud
życia. Mityczny Syzyf chyba nie miał komu oddać swego ciężaru, nie mógł więc
zaznać uwolnienia. Ja mogę to robić. Teraz również borykam się z ciężarem
życia, ale bagaż mam już tylko jednodniowy. Wieczorem, gdy cały swój dzienny
trud oddaję w Jego ręce, to od rana jestem przygotowany by ponownie zmierzyć
się z przeciwnościami losu. Pozdrawiam pogodnie.
Barmin
2001
A co słychać w służbach?
Coraz częściej spotykam się
z informacją o tym, jak ktoś ze znaczną ilością lat trzeźwości niechętnie
wypowiada się o służbach AA. Mówi, że "te całe służby" są
niepotrzebne, to przerost ambicji "działaczy", za ich czasów tego nie
było i temu podobne opinie. Wygląda na to, że niektórzy starzy członkowie
/weterani/ nie za bardzo chcą odnaleźć sens nowej rzeczywistości. Niby nic w
tym tragicznego, choć szkoda, że te opinie znajdują posłuch u nowych, którzy
już na początku swej drogi są niechętnie nastawiani do służb. Zdaję sobie
sprawę jak wiele wysiłku musiałem włożyć aby przebić się przez sferę własnych
wyobrażeń czym jest AA, ile trzeba było trudu aby stworzyć system
poznawania doświadczeń AA z całego
świata. Jak często doświadczenia alkoholików z macierzystego mityngu stawały
się dla mnie niewystarczające. Jeśli ma być rozwój to przecież warto zapoznać
się z zawartymi w literaturze AA doświadczeniami tych, którzy wyzdrowieli,
tych, którzy osiągnęli sukces trzeźwości Ale aby taka informacja dotarła do
potrzebujących niezbędni są ludzie, którzy tego dokonają i przekażą. To cel
naszych służb.
Jest też niestety prawdą, że ostatnio w nasze zespoły wstąpił chyba nie do końca dobry duch. Atmosfera spotkań się zagęszcza. Nieustanne polemiki, argumentacje, niecierpliwość. Kwitnie kunktatorstwo, pustosłowie i brak własnych zobowiązań. Jaki to stanowi obraz dla coraz częściej pojawiających się nowych AA ? Zapomina się, że "być na nie" potrafi każdy a to nic ważnego / przekora jest rzucającą się w oczy cechą większości alkoholików -"12x12"/ Spotkania służb to miejsce, gdzie mamy okazję aby pokazać ile z programu AA faktycznie zdołaliśmy przyswoić, to praktyczna weryfikacja wyobrażeń o sobie i własnych możliwościach. Tak sobie myślę, że właśnie nasze służby regionalne potrzebują rozwagi, doświadczenia i wiedzy naszych weteranów. Literatura AA dostarcza nam informacji jak wiele niepokojów, awantur przeżyli nasi poprzednicy. To oni ukuli słowo "krwawiący diakon" ale też pokazali, że ten stan można przeżyć, zostać wspaniałym liderem i przynieść wiele dobrego dla wspólnoty. Aktywność, poświęcenie, entuzjazm obecnych oponentów oraz spokój i wiedza weteranów to najlepszy składnik postępu w AA. Obyśmy tylko chcieli być razem.
Barmin.
Grupa macierzysta
Opracowanie redakcji MITYNG na podstawie "The AA
Service Manual"
Doświadczenie pokazało, jak dla wielu członków AA istotne w utrzymywaniu trzeźwości jest członkostwo w grupie AA znanej jako "Grupa domowa". W początkowym okresie Wspólnoty, członkowie AA rzeczywiście spotykali się w domach zaprzyjaźnionych członków i tam dzielili się doświadczeniem, siłą i nadzieją z innymi. Z tych "Grup domowych" wychodzili by pomagać nowym w osiągnięciu trzeźwości, a przez lata tradycyjne Grupy domowe stały się w USA istotną częścią AA. Specjalnie sprawdzało się to w miejscach, gdzie odizolowani alkoholicy znajdowali trzeźwość, wspólnotę, zadowolenie z uczestnictwa w życiu właśnie w tej jednej własnej grupie AA. Obecnie w Polsce najczęściej grupy AA spotykamy zorganizowane przy ośrodkach leczniczych, domach opieki i kościołach, choć spotyka się również nieliczne grupy domowe. Tradycyjnie, od lat, większość członków AA uważa za ważne określenie swej przynależności do konkretnej, jednej grupy, którą nazywają "Grupą macierzystą". To jest grupa, w której stali się odpowiedzialni i gdzie poznali smak przyjaźni. I chociaż wszyscy członkowie AA są zwykle mile oczekiwani w każdej z grup i czują się jak w domu na każdym mityngu, to pojęcie "Grupy macierzystej" wciąż pozostaje najsilniejszym związkiem pomiędzy wspólnotą AA a jej członkami. Grupa stwarza członkom AA przywilej uczestnictwa w sprawach, które mogą mieć wpływ na AA jako całość a prawo do głosowania stanowi niewzruszoną podstawę naszych służb. W Koncepcji 1 Bill W. pisze: "Ostateczna odpowiedzialność i najwyższa władza Służb Światowych AA powinny na zawsze należeć do zbiorowego sumienia naszej całej wspólnoty". Oczywiście, że jak we wszystkich sprawach sumienia grupowego, każdy członek AA ma tylko jeden głos i to może być idealnie realizowane w Grupie macierzystej. Głos sumienia grupy mandatariusz przenosi na spotkania Intergrupy. Członkini AA z pewnego okręgu tak wyrażała się na temat swej grupy macierzystej: "To grupa, gdzie poczułam odpowiedzialność za to, że jestem poinformowana i dyspozycyjna. Grupa nie może świadomie szukać sprzeczności z kimkolwiek, nie może włączać się w spory ani rywalizacje na temat, która z grup jest lepsza lub kto najdłużej pozostaje trzeźwy. Nie będzie też oceniać czyjegoś wkładu w służbę albo dopuszczać do głosu tylko najbardziej pożądanych mówców. ... częścią mojego zaangażowania jest witanie nowych przy drzwiach na mityngach w mej "grupie macierzystej" oraz pozostawanie do dyspozycji nowicjuszy - nie tylko dla nich lecz także z korzyścią dla mnie samej. W grupie są ludzie, którzy mnie znają, którzy mnie słuchają. Oni prostują moje ścieżki, gdy zaczynam zbaczać na manowce. Grupa macierzysta troszczy się o mnie, a ja mogę więc z wdzięcznością dbać o jej nowych członków, którzy przychodzą do nas. Gdy pojawia się nowy chciałabym, by uzyskał wszystko co najlepsze, to co może dać AA, tak jak ja to otrzymałam. ... jeśli każdy z nas pozostaje aktywny w życiu swojej macierzystej grupy, biorąc udział w przygotowaniu mityngu, dbając o przychylną atmosferę, praktykując Kroki i zachowując Tradycje - to grupa nie tylko przetrwa, ale istnieć będzie przez lata, by oferować wszystkim miłość, radość i wolność jakie AA może dać nie tylko nam, ale również tym wszystkim, którzy podążą za nami.
M…..
Jak po śmierci Bill`a
w ruchu trzeźwiał Szpila
Mam na imię
Ryszard,
jestem
przyjacielem Bill`a W.
Dziś, gdy sięgam pamięcią
W swoje lata młode
To ja prawie od kołyski
Waliłem tę ognistą wode
Od sześciu lat paliłem
Od dziewięciu piłem
Kumple leżeli już dawno pod darnią
A ja ciągle żyłem
Ja wszystko w swoim życiu
Robiłem bez mała
Ale chyba najlepiej
To mi szła gorzała
Wreszcie trafiłem do ruchu
Bo wyjścia nie miałem
Prosili mnie - tu zostań Szpila
- i w ruchu zostałem
Boże!!! Jak się Janusz wyginał
Chcąc zrobić mi z mózgu wode
Na Pięknej byłem we wtorek
Na torach leżałem znów w środe
A potem jeszcze trzy lata
Kumple i wódy skrzynka
Aż walło mną o glebę
Zapaść, paraliż, derylka
Wyjąłem w nocy
kartkę porwaną
Ktoś mi podrzucił, nie wiem dlaczego
Choć grup w Warszawie już było kilka
Wybrałem jedną - grupę KANTEGO
Miałem nadzieję, że tu zostanę
Tak chciałem znaleźć miejsce w tej grupie
A znowu widzę te same mordy
Takie przechlane i takie głupie
Mogliby siedzieć chociaż
cholera
Każdy u siebie, na własnej grupie
A dzisiaj Szampon mnie znowu spienił
Pięć lat nie pije, a takie głupie
Niech tylko dzisiaj wrócę do domu
Sam sobie zrobie mityng w piwnicy
Teraz pił będę kontrolowanie
Nie będę się szwendał po ulicy
Po co mam łapsom lać jeszcze
w dupe
Sam się załatwie na cacy
Zacząłem!!! - Finał był tylko jeden
Znów miesiąc nie byłem w pracy
Rysio Szpila Cdn…..
Fraszki Staszka, czyli „staszki”
***
Mężatką była, gdy ją bajerowałem,
zgadnijcie za kogo ją miałem?
***
Mówię – żona mnie nie rozumie,
zła i jędza.
Tak trzynasty krok napędzam.
***
„Uwodziciel” – gdy narzeka na
żonę…
oj, uciec radzę gdzieś na stronę.
***
Gdzie dwie myśli,
tam trzy zdania.
To - „trzeźwości” są przesłania?
***
Morał płynie,
prawda – stoi,
bo niczego się nie boi.
***
Czy chcesz żyć
dobrze i pogodnie?
Myśl i działaj
wciąż taktownie!
***
Obcej łatwo, mówił „ że kocha”.
Gdy jego odeszła – szlocha.
***
10 lat jedyną prawdę głosił,
jak szczęścia i Boga szukać,
aż w końcu musiał
usta przepłukać.
***
Nadęty jak balon,
wszyscy go podziwiali,
o mało razem z nim się nie zachlali.
***
Kokieteria – narzędzie szatana,
głupi uwierzy,
mądry poszuka woli Pana.
***
Byłam nieszczęśliwa,
przez męża stłamszona,
teraz płacze inna żona.
***
Ja miałam zawsze rację,
nic złego nie robiłam.
Skąd on wie, że
cudzołożyłam?
Stanisław S
Czy w październiku muszę być
tak cholernie pokorny?
Często słyszymy
na naszych mityngach, że nie jesteśmy święci i pewnie długo nam to jeszcze nie
grozi. Bardziej oczekujemy od siebie rozwoju duchowego, niż doskonałości. To,
co warto w życiu osiągnąć, to stan pokory. Ale jak wygląda to w praktyce?
Spróbujmy prześledzić.
….
Zupełnie zapominałem o słowach - Nie próbuj być zbyt dobry do czwartku! - które zostawił nam jeszcze Bill W. Może do dzisiaj nabrały
one już podręcznikowego smaku, ale bliższe spojrzenie pokazuje, że jest to
sprawdzony sposób ostrzegania przed pychą, wyimaginowaną doskonałością i
nieuzasadnioną dumą.
Gdy po pewnym czasie we wspólnocie
zostajesz wybrany do służb, natychmiast wokół ciebie znajdą się ludzie, którzy
będą ci przytakiwać, choćbyś i nadal gadał głupstwa, zaczynają cię szanować,
dostrzegać, a potrzeba akceptacji szybko może przerodzić się w potrzebę
dominowania. Trzeba wielkiej siły woli, aby złapać ten moment i nie pozwolić
sobie zgłupieć. Z zaczadzenia, gdy wydaje się nam, że oto prawie zawsze mamy
rację, rodzi się łatwość idealizowania siebie i niestety łatwość potępiania
innych. Dostęp do informacji AA sprawił, że wiedziałem więcej, i to też, że
inni tego nie wiedzą. Wreszcie czułem się kompetentny i odkrywałem bezmiar niekompetencji
innych. Powoli,
opętany ambicją, bujając gdzieś w obłokach, przestawałem szukać porozumienia z
przyjaciółmi.
…..Zaniechałem
tego, co jest chyba najistotniejszym elementem pokory - nieustanne
potwierdzanie, czy nie zbaczam na manowce, bo do tego niezbędny był udział w
sumieniu grupy, do tego dobrowolny, uczciwy, pełny. Wolałem, aby się działa
moja wola. Dzisiaj wiem, że wracał obłęd, a z nim samotność.
….Zupełnie
podręcznikowo wpadałem prosto w schematy z czasów mojego picia, kiedy koncentrując
się zbytnio na potęgowaniu przyjemności, budowałem niebezpieczny egocentryzm.
Znów pojawiły się te same, stare cele - moc, sława i uznanie.
Tylko
wspólnocie mogę podziękować za możliwość zrobienia inwentury osobistej i
codzienne jej uzupełnianie. Najlepiej wyraża to fragment z książki UWIERZYLIŚMY
str 135 „Dane mi było spojrzeć obiektywnie na to, kim
byłem i kim się stałem. Po raz pierwszy w życiu wyraźnie dotarto do mnie, że
jestem bezwzględnym skończonym draniem i stuprocentowym farbowanym lisem. Byłem
tak egocentryczny i miałem tak rozbuchane „ ja", że omal siebie
nie zniszczyłem. Przez lata obcowania z AA nauczyłem się jedynie „nie odkorkowywać
flaszki". Zupełnie
natomiast nie zadbałem o to, żeby podjąć pracę nad w s z y s
t k i m i Dwunastoma Krokami”.
…..Nawet
przez moment nie zabiegałem o to, aby wprowadzać w swoje życie to, co mówiłem.
Mityng to mityng, a życie życiem. Na mityngu niosłem przecież posłanie, to „oni” mieli się
zmieniać a „cel uświęca
środki”. Mówiłem tak, aby „oni” zrozumieli to, czego
sam nie chciałem zrozumieć.
….Musiałem więc ponownie rozpocząć swoją drogę. Początkiem
było poproszenie o pomoc i przewodnictwo. Przed sponsorem mogłem nareszcie być
szczery i wyjaśniać wszelkie rozterki, gdy prawda uczuć i prawda rozumu wyraźne
się rozmijały, gdy traciłem swą spontaniczność i zaczynałem się czuć jak jakaś
marionetka w nieswoim płaszczyku. Łatwo powiedzieć, że „mam być sobą”, ale co to znaczy?
…..Chwilowe
przyjemności powodowały chwilową poprawę samopoczucia, ale na dłuższą metę
osłabiały wolę działania, zagłuszały poczucie czasu. Samozadowolenie to
najlepsza droga do wyprowadzenia w pole. Zobaczyłem, jak wielkim szczęściem
jest, że mam czujnego, wymagającego sponsora, któremu na sercu leżą moje
postępy. Łatwo szachrować z samym sobą, posługiwać się
kłamstwem czy szukać fałszywych usprawiedliwień. Ale wobec sponsora czuję się
zdemaskowany a nawet
zawstydzony. Nieraz odnoszę wrażenie, że jest niesprawiedliwy, że brak mu
tolerancji i zrozumienia. A jednak nie widać na nim zniechęcenia. Krytykuje,
dodaje ducha, żałuje, ma nadzieję. Trudno się obejść bez jego prostych uwag.
Dziwię się często, że nie nuży go ta niewdzięczna rola, a jeszcze słyszę, że z
tej pracy jest dumny. Nie potrafię tego objąć rozumem. To chyba wielka
tajemnica.
….Załamać się, poddać, potrafi każdy. Być zwycięzcą, przestać pić i
odnajdywać radość życia jest daleko trudniejsze niż być pokonanym, ale
równocześnie nic nie daje takiej satysfakcji jak pokonywanie kolejnych
przeszkód życiowych. Tę drogę mogą rozpocząć wszyscy, ale efekty są dla
wytrwałych, tych, którzy tej drogi uczciwie pragną.
… Nieustanna służba we wspólnocie staje się wspaniałą kuźnią
charakterów. Uczę się powoli tej trudnej sztuki, uczę się walczyć z sobą, z
pokusą pychy i samowoli. A jeśli chodzi o pokorę, to zdaje się, że jest
przydatna nie tylko w październiku.
Marek
Warszawa 2002