MITYNG 11/101/2005
DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO
Niesiemy posłanie AA. Anonimowość.
XXIV Konferencja Służb Regionu Warszawa, już za nami. 15X2005 spotkaliśmy się w Łomiankach. Z wielką odpowiedzialnością zorganizowała ją Intergrupa Mazowiecka. Jak zwykle odbył się warsztat na temat: „JEDNOŚĆ”. Doświadczeniem najpierw podzielili się Rzecznicy Intergup, a potem pozostali chętni. Warsztat w trakcie konferencji to najbardziej korzystna okazja podniesienia świadomości. Tylu „gigantów trzeźwości" w jednym miejscu! Najwięcej radości przyniosła mi prezentacja kandydata Regionu AA Warszawa na powiernika klasy „A”, nie alkoholika - magistra Jerzego Jechalskiego. Uzyskał 100% poparcie. W części wyborczej zatwierdzono na Skarbnika Regionu Teresę z grupy Kontakt. Na zastępcę Rzecznika Regionu ds. PIK-u Andrzeja z Rembertowa, brak kandydatur na Kolportera Regionu. Przyjęto sprawozdania służb Regionu. Naszą troskę o nieobecną Intergrupę NAREW wyraził Rzecznik Regionu Stanisław. Pogody Ducha przyjaciele! O nowych inicjatywach Regionu o niesieniu posłania możecie dowiedzieć się w zespołach tematycznych spotykających się przy Regionie. Podano tematy naszego biuletynu na 2006 rok. Następna Konferencja Regionalna odbędzie się nietypowo 22.04.2006 w znanym już Ośrodku Celników w Świdrze. Zorganizuje ją Intergrupa Wschód pod tytułem „Niezależność w Jedności”. Dyrektor BSK. AA – Witek, podziękował przyjaciołom z Warszawy za pomoc przy XXXIV Krajowej Konferencji Służb pod tytułem „Służyć po służbie”, której przyglądałem się tydzień wcześniej 7do9.X.2005. Tam to dopiero była jazda! Jestem zachwycony ilością przyswojonej wiedzy i tradycji AA. Przysłuchiwałem się w komisji literatury, to wielka satysfakcja z poznania pracy nad naszą literaturą. Uczestniczyłem też w sesji warsztatowej. Niektórzy przyjaciele przejechali wiele setek kilometrów. Ja miałem to „pod nosem”, jako warszawiak. Mało osób spotkałem z naszego Regionu. Poznałem trudy pracy kolportera i pracowników biura BSK. Na pamiątkę dostałem nowy kalendarz na 2006 rok.. Dziękuję za „obciążenie” mnie tą służbą. Raport z KKS przygotuje biuro BSK.
- redaktor Mityngu
Po co mi anonimowość?
“Wolę być znanym
pijakiem niż anonimowym alkoholikiem” to
zdanie często cytowałem
przy libacji w knajpie
podczas mojego pijanego życia. Jednak
gdy walnąłem w moje dno zasada anonimowości –
czyli jak to wtedy rozumiałem – nie muszę nic o sobie
mówić, nawet
nazwiska i imienia, bardzo mi się podobała. Właściwie, to było chyba
to, co
przeważyło o moim pojawieniu się w przychodni. A tu rozczarowanie
–
pierwsze pytanie to dane osobowe, bo ten z góry (dla mnie
Bóg) skierował moje
kroki do przychodni “PETRA”, mnie się
wydawało, że wszędzie gdzie
leczą alkoholizm obowiązuje anonimowość. Jakoś to przebolałem; w
gruncie rzeczy
było mi wszystko jedno, takiego miałem kaca i tyle lęków w
głowie. Pamiętam
różne “wpadki”
na początku mojej drogi,
gdy uczęszczałem na zajęcia terapeutyczne i chodziłem na mityngi.
Często w
rozmowach z przyjaciółmi z AA próbowałem włazić z
buciorami w ich życie. Później
gdy zostałem tylko w AA, gdy skończyła sie terapia, anonimowość, ta
najprościej pojęta –
osobista – stała się dla mnie bardzo ważna. Na grupę AA
zacząłem
uczęszczać w swoim mieście i nie chciałem, aby moje dorastające dzieci
chodziły
z piętnem “ojca alkoholika” po ulicy.
Na
szczęście
do tego aspektu anonimowości nie jestem zbytnio przywiązany i to czy
ludzie się
dowiedzą czy nie zostawiam temu u góry (dla mnie Bogu).
Natomiast uważam, iż
nie przestrzeganie zasady anonimowości osobistej
(czyli
zdanie – mi nie zależy) jest podbudowane egocentryzmem i
brakiem miłości
do innych i troski o nich, zwłaszcza nowicjuszy oraz tych AA,
którym bardzo
zależy na pozostaniu anonimowym. Dziś ważna dla mnie jest anonimowość,
która
wyraża się w działaniu lub w jego zaniechaniu
– co
też często jest wartością samą w sobie. Dziś wiem, że powiedzenie, iż
anonimowość ratuje mnie w AA, a AA przede mną, jest w pełni uzasadnione.
Dawniej dla poklasku, dla
akceptacji, dla znaczenia, dla władzy i bycia na szczycie, robiłem i
zgadzałem
się na różne rzeczy. Pamiętam jak łatwo było mi obiecać
wszystko, co ode mnie
chciano i oczekiwano, natomiast jak łatwo też było nie wywiązywać się
do końca
z żadnych obietnic. Bardzo chciałem, aby wszyscy w koło mieli o mnie
wysokie
mniemanie. Manipulowałem ludźmi i sobą, szastając obietnicami na prawo
i lewo.
W
pijanych
czasach pasowało do mnie określenie “słomiany
zapał” jak ulał.
Zaczynałem wszystko i nic nie kończyłem, zapału starczało na początek,
a
później zapał opadał po równi pochyłej. Nie jedno
przedsięwzięcie w ten sposób rozwaliłem.
Natomiast
nie
wiem jak to działa, ale zasada anonimowości bardzo pomogła mi w
służbach w
naszej wspólnocie. Po pierwsze nie pcham się do służb
– tylko dla tego,
bo będę znany, będą mnie lubili. Także dla tego, że nie mogę kolejną
służbą,
jakiej się podejmuję nakarmić mojego ego – służby w grupie
(chociaż czasami uciążliwe) pełnię od początku do końca
jak tylko mogę
uczciwie. Z możliwie największym zaangażowaniem. Nie robię tego dla
poklasku
tylko z miłości do wspólnoty AA, która
przywróciła mnie do życia i której
pragnę służyć najlepiej jak dziś umiem i na ile mnie stać, pamiętając
abym nie
krzywdził innych. Zdaję sobie sprawę, że może mógłbym
więcej dawać z
siebie, ale to słowo “może” przeszkadza mi,
ponieważ chciałbym
wspólnocie dawać tylko to, co mam najlepsze, jest tego warta
– a
„My” alkoholicy jak, powiedział jeden z
założycieli, potrzebujemy
tego, co najlepsze dla naszego zdrowienia. Muszę się jeszcze nad tym
zastanowić
czy to pokora – czy wymówka?
Do
zobaczenia na szlaku Włodek W.
Historia, którą poniżej
przedstawiamy pochodzi z wcześniejszego wydania amerykańskiej Wielkiej
Księgi.
Przekład nie jest autoryzowany i nie powinien być wykorzystywany do
dalszego
rozpowszechniania
PROFESOR I PARADOKS
Mówi
się: My aowcy poddajemy
się, by wygrać, dajemy by
dostawać, cierpimy by czuć się dobrze i umieramy by żyć.
Pracuję w informacji publicznej o
biznesie. Używam tego zwrotu, czy określenia, ponieważ, jeśli
mówię, że jestem
profesorem uczelni, wszyscy mają tendencję do ucieczki. A kiedy
dowiadują się,
że jestem specjalistą od angielskiego, obawiają się okropnie, że
zapomną języka
w gębie. Często żałuję,
że nie sprzedaję butów,
ubezpieczeń samochodowych lub rur hydraulicznych –
mógłbym mieć więcej
przyjaciół.
Moja historia nie jest wielką
sprawą, nie różni się od innych, poza kilkoma specyficznymi
detalami. Wszystkie
drogi alkoholizmu prowadzą do tego samego miejsca i sytuacji. Myślę, że
zawsze
byłem nieśmiały, wrażliwy, bojaźliwy, zazdrosny i pełen urazy.
Systematycznie,
arogancko udawałem niezależnego, inną osobę. Przypuszczam, że zdobyłem
stopnie
naukowe głównie dlatego,
że chciałem zarówno wywyższać
się jak i poniżać wszystkich innych. Opublikowałem wielkie dzieło o
badaniach
naukowych, myślę, że z tego samego powodu. Tyle determinacji, tyle
nauki dla
perfekcji, jest niewątpliwie godne podziwu, praktycznym sprawdzianem
możliwości. Jednak, kiedy ktoś łączy ten sprawdzian z alkoholem,
ostatecznie
rozwala go to zupełnie na kawałki. Przynajmniej mnie - rozwaliło.
Zacząłem pić towarzysko lekko po dwudziestce. Picie nie stanowiło dla
mnie
problemu, aż do ukończenia uczelni w wieku trzydziestu lat. Ale, jako
że
napięcia i lęki mego życia zaczęły narastać i perfekcjonizm wyostrzał
się,
balansowałem na linie pomiędzy umiarkowanym piciem i alkoholizmem. Nie
mogłem
już dłużej pić kilku piw, czy koktajlu jednego, czy dwóch i
na tym poprzestać.
Nie mogło już być miesięcy, a nawet tygodni bez trunku. I kiedy piłem,
wchodziłem w świat marzeń i alkoholowej fantazji – teraz to
wiem. Potem
przez około pięć lat narastającego, co raz gorszego alkoholicznego
picia,
napełniając moje życie i dom
coraz większym i
większym dziadostwem -
tak to wyglądało - jechałem tym
toboganem destrukcji do samego końca. Może nie czułem się tak źle, jak
wielu
innych. Muszę wyznać, że nigdy nie przyszedłem do pracy pijany lub
podpity, ale
byłem okropnie skacowany. Mój schemat to pijaństwo w nocy,
przyprawiające o
gęsią skórkę na myśl o pracy rano, doprowadzające do picia
następnej nocy,
znowu przyprawiające o gęsią skórkę na myśl o pracy rano.
Nie mogłem wypić tak
dużo whisky jak inni, ale nie było nikogo, kto wypiłby tyle „Sal Hepatica",
co ja! Teraz
mamy wiele rodzajów pijaków. Są melancholijni
pijacy, płaczliwi, podróżnicy,
rozbawieni i głupkowaci i cała masa innych różności. Ja
byłem zwyczajnym,
okazjonalnym, ale gwałtownym pijakiem. Nigdy byście nie myśleli ile
taki mały
facecik jak ja może narobić demolki.
Po pijaku jestem
czystym dynamitem. Nie zamierzałem wtedy zmieniać modelu
picia. Uniwersytet dawał mi jeszcze kopa, „haj"!
Doszedłem w rzeczywistości do przekonania, że życie by nie byłoby warte
życia,
gdyby nie to, że mogłem pić. Byłem kompletnie nieszczęśliwy a czasami
zdesperowany, żyjąc zawsze z poczuciem zdążania ku katastrofie
(wiedziałem, że
coś prowadzi do rozkładu). I aby uciec od strachu, musiałem pić trochę
więcej z
nieuchronnym rezultatem – w tym czasie jeden drink wywoływał
u mnie
nieodpartą chęć wypicia następnego i następnego, aż do kompletnego
zalania lub
„zwałki" i znajdowania się w kłopotach. W pijanym widzie
mogłem
przyrzekać, że nie dotknę więcej ani kropli, a już następnego wieczoru
byłem
pijany. Przynajmniej wiedziałem, że muszą nastąpić jakieś zmiany.
Próbowałem
zmienić czas, miejsce i ilość mojego picia. Próbowałem
zmienić otoczenie,
miejsce zamieszkania, jak większość z nas, którzy częstokroć
myślą, że nasze
kłopoty są bardziej geograficzne niż alkoholowe. Głosiłem nawet ideę
zmiany
żon. Chciałem zmienić wszystko i wszystkich, oprócz siebie
– jedyną
rzecz, jaką mogłem zmienić.
Nie wiedziałem, że dla mnie pić
umiarkowanie jest fizyczną niemożliwością. Nie wiedziałem, że moje
ciało zużyło
się i nie można wymienić jego kawałków. Nie wiedziałem, że
właśnie ten jeden
drink powoduje niezdolność do kontrolowania mojego zachowania i
dyrygowania
przyszłym piciem. Nie wiedziałem, że wkrótce utracę
odporność na alkohol. Moja
rodzina i przyjaciele wiedzieli i rozumieli te rzeczy na długi czas
przed tym,
nim ja je zrozumiałem. Ostatecznie, jak u większości z nas w AA,
przyszedł
kryzys. Zdałem sobie sprawę, że mam problem z piciem, który
musi być
rozwiązany. Moja żona i wąska grupa przyjaciół
próbowali perswadować bym tylko
skontaktował się z członkiem Anonimowych Alkoholików,
którego znaliśmy w
mieście. Na to się nie zgodziłem. Ale zgodziłem się, że
mógłbym przestać pić
całkowicie, przekonany mocno i szczerze, że mogę i potrafię rozwiązać
ten
problem własnymi siłami. Będę czuł się znacznie lepiej, robiąc w ten
sposób -
nalegałem. Pozostałem trzeźwy przez całe dwa tygodnie! Potem wpadłem w
straszną
pijacką awanturę, stałem się gwałtowny i szalony. Wylądowałem w
miejskim
więzieniu.
Nie wiedziałem
dokładnie, co się stało. Ale było kilka rzeczy, o których mi
później
opowiadano. Po pierwsze policjanci, którzy przyszli do mego
domu, nie chcieli
mnie wcale zabrać, ale ja nalegałem. Także upierałem się, by czekali w
salonie,
podczas gdy ja przebiorę się w sypialni i wrócę w najlepszym
ubraniu (w
skarpetkach i wizytowym krawacie), tak bym mógł ładnie
wyglądać w więzieniu.
Nie pamiętam podróży do centrum miasta, ale kiedy dotarłem
na więzienny
korytarz, nie spodobała mi się mała klatka, do której mnie
wpychali. Tak, więc
nie zgodziłem się i zadarłem z trzema policjantami natychmiast wdając
się z
nimi wszystkimi w szarpaninę. No i „spałowali" mnie i
zagrozili
bronią. Co to, więc było za myślenie i działanie? To niedorzeczność,
absurdalna
pretensjonalność, jakiś rodzaj choroby umysłowej, co to było? Ponieważ
wrzeszczałem głośno robiąc wiele hałasu, wylądowałem na dołku w
izolatce. (Fajne miejsce
do spędzenia nocy dla profesora uniwersytetu
– no nie?).
Dwa dni później byłem gotów
spróbować AA, o którym tylko trochę,
ogólnikowo słyszałem parę miesięcy
wcześniej. Zadzwoniłem do człowieka, który zakładał grupę w
moim mieście i
następnego wieczoru poszedłem z nim pokornie na mityng AA.
Kiedy spojrzę wstecz, musiało mi się
coś stać przez te dwa dni. Jakieś
siły musiały
pracować, naprawdę nie rozumiem. Przez te dwa dni pomiędzy więzieniem i
AA, coś
stało się ze mną, co nie zdarzyło się nigdy przedtem. Powtarzam - nie
wiem, co
to było. Może „postanowiłem" – właśnie część Kroku
Trzeciego
(podejmowałem wiele obietnic, ale nigdy postanowienia), chociaż wydaje
mi się,
że byłem wtedy zbyt zrezygnowany i zamulony, by jakieś postanowienia
podejmować. Może była to prowadząca ręka Boga lub jak my Baptyści
mówimy,
Święty Duch. Lubię myśleć, że właśnie zostałem pokierowany by odnaleźć
własną
drogę odkrycia i zrozumienia Dwunastu Kroków. Cokolwiek by
to nie było, jestem
w AA i nie piję, aż do teraz. To było więcej niż, sześć lat temu.
AA nie funkcjonuje w sposób, którego
ludzie normalnie oczekują. Na przykład zamiast używać naszej
„siły
woli", jak każdy spoza AA zwykł myśleć, że jej używamy. My oddajemy
naszą
wolę Sile Wyższej, nasze życie w ręce - niewidzialne ręce - silniejsze
od
naszych. Inny przykład: jeśli
dwudziestu, czy
trzydziestu z nas naprawdę piło a wychodzi z domu i spotyka się gdzieś
w
centrum miasta w sobotę wieczór, normalnym przypuszczeniem
będzie, że wszyscy z
nas – tych dwudziestu, czy trzydziestu - z pewnością
kompletnie się upiją
i tym razem nie będzie to zabawka, nieprawdaż? Albo, kiedy
mówimy o whisky i
starych pijanych dniach, ktoś mógłby normalnie pomyśleć, że
to tylko podsyca
pragnienie, ale to wcale nie działa w ten sposób, czyż nie?
Nasz program i
sposoby wydają się być w wielu aspektach sprzeczne z normalnymi
opiniami.
A więc
pozwólcie mi przekazać, jakie cztery paradoksy dotarły do
mnie. O
tym, jak AA działa. (Paradoksem, który prawdopodobnie już
znacie, jest zdanie,
które jest wewnętrznie sprzeczne, a mianowicie takie:
zdanie, które jest
fałszem, ale które przy uważnym sprawdzeniu w pewnym
przypadku, udowadnia, że
jest prawdą.)
1.
PODDAJEMY
SIĘ, BY ZWYCIĘZYĆ
Na pierwszy rzut oka, poddawanie się
oczywiście nie wygląda jak wygrywanie. Ale tak jest w AA. Dopiero, gdy
dojdziemy do naszego dna, w jakiejś dziedzinie naszego życia wyrżniemy
głową w
mur tak, że dalej iść nie możemy; wtedy, kiedy uderzymy d..., wpadniemy w desperację i poddamy
się - możemy osiągnąć
trzeźwość. Trzeźwość, której nigdy przedtem nie mogliśmy
mieć. Musimy to robić
i robimy to, poddajemy się z rozkazu, by zwyciężyć
2. DAJEMY, BY MIEĆ.
To wydaje się absurd i fałsz. Jak
możesz mieć coś, jeśli to oddasz? Ale w nakazie trzymania czegokolwiek
jest to,
co my przynosimy do AA. Musimy zabiegać o dawanie tego innym, nie dla
zapłaty,
czy nagrody w jakiejkolwiek postaci. Jeśli nie możemy pozwolić sobie na
dawanie
to, co możemy otrzymać lekką ręką w AA? Ano, lepszą gotowość do naszego
następnego pijaństwa. To się zdarza. Musimy kontynuować dawanie tego z
nakazu
posiadania.
3. CIERPIMY, BY CZYĆ SIĘ DOBRZE
Nie ma sposobu ucieczki od
strasznego cierpienia z powodu wyrzutów sumienia, żalu,
wstydu i skrępowania,
które przywiodło nas na drogę robienia sobie dobrze i
ucieczki od naszego
nieszczęścia. Nie ma nowego sposobu zgubienia kaca. Jest on bolesny. A
dla nas
siłą rzeczy, tak bardzo. Mówiłem to swojemu przyjacielowi, kiedy siedział skulony,
łkający na brzegu
łóżka, w strasznym stanie, gotów umrzeć dla kilku
kropel. Powiedziałem:
„Przegrany Janie" – taki miał przydomek –
„Przegrany Janie, wiesz, że masz zamiar zafundować sobie
pewną ilość trzęsiawki
prędzej, czy później". „Dobrze",
powiedział, „ze względu na Boga zróbmy to
później!". Cierpimy, by
czuć się dobrze.
4. UMIERAMY, BY ŻYĆ
To jest piękny paradoks prosto z
Biblijnego Przesłania o „ponownych narodzinach", czy
„stracie
życia, by je
odnaleźć". Kiedy pracujemy na naszych Dwunastu Krokach, stare życie
żałosne i z zamglonym myśleniem, ze wszystkim tym, co ono niosło,
stopniowo umiera. My
nabieramy innego, lepszego sposobu życia. Nasz
niedostatek usunął się, jedno nasze życie umarło, a inne żyje. My w AA
umieramy, by żyć.
Tłum,
Zbyszek K. Warszawa 17 listopada 1998
#### Zza krat
#####
Mam
na imię Krzysztof i jestem alkoholikiem, w wieku 42 lat. Chcę
opowiedzieć część swojego życia, które zmarnowałem przez
alkohol. Mój pierwszy
kontakt z alkoholem miałem w wieku lat 7, wtedy po raz pierwszy napiłem
się
wina. Dziś nie pamiętam ani smaku ani czy mi smakowało czy też nie, tak
było
przyjęte w ferajnie. Następne moje spotkania z alkoholem miały miejsce
trzy
lata później wtedy to też miałem pierwsze problemy żeby
kupić sobie wino to
kradłem dyrektorowi szkoły jajka z kurnika aż mnie któregoś
razu złapał, nie
zdałem do następnej klasy ale
dzięki interwencji
kuratora oświaty zaliczyłem rok komisyjnie. Ponownie sięgnąłem po
alkohol w
wieku 12 lat, byłem na weselu, wypiłem 4 kieliszki, ukradłem wino i
piwo a po
wypiciu tego urwał mi się film. Znaleźli mnie moi rodzice, dostałem
opiernicz.
Z nauka w szkole dawałem sobie radę, nie miałem większych
problemów, miałem
swoja hodowle królików, gołębi
więc i o pieniądz nie
miałem ciężko, zawsze cos tam zarobiłem lub zahandlowałem i było na to
czy
tamto. W roku 1977 już częściej popijałem
ale moi
rodzice nie wiedzieli o tym ponieważ zawsze starałem się to robić tak
żeby
nawet im to do głowy nie przyszło – piłem na rybach gdzie
specjalnie
zostawałem na tak zwane nocki. Ale w roku 1978 miałem kontakt i dostęp
do alkoholi
różnej maści, piłem już bardzo dużo i tak straciłem na
początek miejsce w
internacie, w dalszym ciągu piłem gdyż nie wiązałem tego z alkoholem, w
efekcie
tego wydalenia i ciągłego mego picia nie zaliczyłem szkoły I klasa
Rolnicza.
Podjąłem ponownie naukę w 1979,
która trwała 2 m-ce,
podczas picia alkoholu w internacie interweniował
wychowawca, w efekcie doszło do rękoczynów i usunięcia mnie
ze szkoły, ponieważ
dyrektor zażądał bym ja przeprosił wychowawcę, ale moja duma nie
pozwalała mi
na schylenie karku. Około pół roku żyłem w domu
rodziców i utrzymywałem się z
kłusownictwa oraz drobnych kradzieży i hodowli. Ponownie rozpocząłem
naukę w
szkole Morskiej tym razem, była to szkoła wieczorowa a pracowałem w
stoczni,
był to gorący rok 1980 strajki, dużo wolnego czasu, uciekałem przez
płot po
wódkę dla innych i kradłem lub napadałem by mieć na swoją
działkę. Wtedy też po
raz pierwszy trafiłem do aresztu Śledczego. Dostałem wyrok do odsiadki,
pierwszy raz poczułem lęk i strach przed więzieniem, szybko przeszedłem
nad tym
do porządku dziennego, ale dręczył mnie wstyd
który
zrobiłem rodzicom, pakując się w taki ambaras. Rodzice wydali masę
pieniędzy na
to by wyrok nie był duży, ale ja nawet będąc za kratami nie umiałem
tego
uszanować i jak tylko natrafiła mi się okazja to się napiłem i to
alkoholu nie
spożywczego tzn.: denaturatu. Dziś nie wiem
co mnie do
tego pchnęło ale myślę że chodziło mi oto by pokazać kolegom jaki
jestem
twardziel. Po 2 latach opuściłem ZK,
powrót do domu
był bardzo miły, koledzy się momentalnie znaleźli i alkohol
wszędobylski.
Miałem problemy z pracą z wielkim trudem znalazłem i szybko straciłem
przez
alkohol, znalazłem ponownie tam gdzie już nie było chętnych do pracy -
rozładunek wagonów. tam
potrzeba było głupich i
silnych można było pić cały czas – a to mi odpowiadało.
Poznałem dziewczyną z którą
wziąłem ślub, mam z nią 3 dzieci. 2 mam
ze związku a trzecie to już po rozwodzie. Najstarsza
jest córka z 1988, prawie jej nie wychowywałem w tym czasie
byłem już w ciągu alkoholowym
który trwał do 31-12-1984. Miałem wtedy pracę w
Stilonie, zarobki były bardzo dobre
ale jeszcze
większy był mój apetyt na alkohol. Od 1-1-1985 roku podjąłem
samowolnie
abstynencję i zszedłem się z żoną
– bo już
dochodziło do tego że raz mieszkałem w domu innym razem nie w
zależności co mi
na daną chwilę najbardziej pasowało. W abstynencji utrzymałem się do 21
IX
1985, w trakcie tej przerwy piłem czterokrotnie, kiedy była uroczystość
rodzinna, poczułem się bardzo mocnym „mogę się napić
kiedy chcę i mogę również nie pić” to
mnie zgubiło i wpadłem w
ciąg. Żona była w ciąży i rodziła w grudniu, a ja jak zacząłem chlać we wrześniu to chlałem tak
długo aż urodziła i znajomi
wraz z rodziną szukali mnie bym odebrał żonę ze szpitala. Znaleziono
mnie i
odebrałem po przyjeździe do domu, przepraszałem i na kolanach przysięgałem że to się więcej nie
powtórzy. Wytrzymałem
tylko do rana, gdyż rano jechałem załatwić sprawy meldunkowe i więcej
się nie
pokazałem – uciekłem jak tchórz przed ojcostwem w
objęcia gorzałki.
Ponownie trafiłem do ZK za włamania na 2lata, po opuszczeniu byłem wolny ponieważ w trakcie mojego
odbywania wyroku żona wzięła
ze mną rozwód i ograniczyła mi prawa rodzicielskie, więc
piłem sobie od nowa aż
razu pewnego spotkałem córkę. Spytałem
co tu robi
itp.; rzeczy, córka powiedziała mi że mama tutaj pracuje i
ona sama chodzi do
przedszkola, kupiłem jej cukierki i odprowadziłem do mamy. Takim
sposobem
ponownie zetknąłem się z byłą żoną, tam też zobaczyłem syna po raz
pierwszy,
teściowa przywiozła go na szczepienie i przyprowadziła do żony do
zakładu. Po
długich rozmowach zastanowieniach oboje postanowiliśmy
spróbować ponownie ze
względu na dzieci. I tak w roku 1988 ponownie zamieszkałem z żoną i
dziećmi.
Pracowałem prywatnie i miałem dobrego pracodawcę, doradził mi
co i jak mam zrobić trochę pomógł załatwieniu
spraw w urzędzie bo miał
chody tzw. Rozpocząłem intensywny etap w moim życiu, dom
– załatwiłem mieszkanie na 5 lat /okres budowy/. Kupiłem plac
z budynkiem
do rozbiórki ok.
Po
wyjściu z ZK nie przyjechałem do domu do żony i dzieci i
rodziców,
tylko poszedłem chlać do
kumpla z puchy, tam też
przyjąłem propozycję kradzieży, dokonałem kradzieży i pobicia pod
sklepem.
Kolega mnie wtedy zabrał ale
ja się obraziłem kupiłem
wina i z drugim kolegą poszedłem do autobusu. Dojechaliśmy na PKP i
jechaliśmy
w jednym kierunku, wtedy spotkało mnie przekleństwo, pobiłem i
wyrzuciłem z
pociągu obcego człowieka. Na wolności byłem 7 dni a w domu 1 dzień,
przyjechałem w sobotę a w poniedziałek już straciłem wolność na 6 lat
za napad.
W między czasie byłem na niepowrocie 15 miesięcy, które
również piłem, ale już
mój związek rozpadł się
definitywnie – od 1992 żona już mi
nawet nie chciała
odpisywać na listy. Podczas niepowrotu piłem bardzo duże ilości
alkoholi, w
pewnym momencie zamknięto mnie w Niemczech za pobicie kierownika
pociągu. Tym
swoim wybrykiem dorobiłem się deportu i straciłem szansę na
zamieszkanie tam
oraz otrzymałem zakaz wjazdu na 10 lat. Ponownie trafiłem do Polski i
tutaj do
chwili zatrzymania to jest do lutego 1995 kradzieże były moim
źródłem
utrzymania. Opuściłem ZK na Andrzejki 1998, byłem bardzo szczęśliwy, do
domu
jechałem trzeźwy dlatego
iż kilka miesięcy wcześniej
zmarła mi mama, nie otrzymałem przepustki na pogrzeb. Gdy
wróciłem z cmentarza
z ojcem, to wtedy kupiłem wódkę i rozpocząłem ponownie okres
chlania, ale też
kradłem co było przyczyną mojej wojny z ojcem, z domu się wyniosłem na
altankę
zimą /grudzień/ , by w
spokoju pić. Zostałem
zatrzymany ale bez aresztu , wtedy
uciekłem i
ukrywałem się rok, ten cały rok 1999 piłem na umór, pod
koniec roku piłem już
denaturat, spałem raz w parku raz na klatce a i dworzec nie był mi obcy
w
tamtym czasie. Miałem też w tym czasie 3 ataki padaczki
ale
i to mnie nie wystarczyło i piłem dalej. Zatrzymano mnie w lutym 2000r,
do tych
włamań do końca października siedziałem w AŚ, uchylono mi sankcję
ale ja nadal nie przejmowałem się i na rozprawę
przyjechałem pijany, to
zaowocowało ponowną sankcją. porobiono
mi badania i
okazało się do chorób, które mam od 1991r, gdy
miałem atak nerek, wątroba i
paradontoza doszła mi jeszcze gruźlica i początki miażdżycy /żylaki/.
Na
szpitalu przeleżałem 9 miesięcy. Wyszedłem w 2002r, we wrześniu na
wolności
byłem 1 miesiąc i przez ten miesiąc piłem
co dnia
alkohole nie konsumpcyjne. W 2003 spotkałem swego syna
którego nie wychowywałem w AŚ, wtedy to
przeżyłem wstrząs który
doprowadził mnie do tego że podjąłem leczenie alkoholowe, i uczęszczam
na
mityngi AA gdzie poznaję wspaniałych ludzi i nowych
przyjaciół. Do wspólnoty należę
od 7-01-2005r, to bardzo mały staż, ale myślę iż tu
nie o staż chodzi a o przestrogę dla innych ludzi
alkoholików. Napisałem to dla
swoich dzieci i żony, ale też dla siebie, ponieważ dziś trzeźwieję i
teraz
dopiero widzę co
narobiłem. Napisałem to też dla
alkoholików niedowiarków. Życzę wszystkim którym to
będzie służyło za przestrogę by nigdy nie dopuścili się do takiego
stanu jak
ja. Życzę wszystkim alkoholikom ze wspólnoty wytrwałości w
trzeźwości, oraz
Pogody Ducha w każdej chwili życia.
Alkoholik
Krzysztof.
PRZEBACZANIE
Wg SHARE July
2002 str. 6-8
Wraz
z
postępem trzeźwienia widzimy jak przebaczenie jest procesem zwrotnym.
Dla
innych przebaczających nam my musimy przebaczyć sobie. Musimy
również
doświadczyć samo przebaczenia, aby uznać człowieczeństwo innych ludzi i
przebaczyć im.
Zgodziłem
się wstępnie na napisanie tego tekstu około miesiąca temu.
Stwierdziłem, że jest to bardzo interesujący temat i zapewniając
dodałem, że
jadę na narty tak, że będę miał dużo czasu na napisanie go, i tak oto
jest
ostatni dzień przed oddaniem tekstu
... nic nie
napisałem.
To stało
się tego wieczoru, gdy siedziałem na mityngu a ktoś raczej nie
zamierzenie wspomniał o przebaczaniu. Moje serce stanęło. Zaczęło mi
być
naprzemian zimno i gorąco a znajome uczucie winy i głupoty przepłynęło
przeze
mnie falą paniki.
Ale
stop.!
Wśród was alkoholików - jest idealne miejsce dla
mnie do spotkania się z tym
tematem. Sparaliżowany przez znajome jadowite ukąszenie mojej własnej nie przebaczającej natury,
która podczas mego picia
odpłacała mi wielodniową obojętnością a w końcu całkowitym paraliżem.
Jestem
gorącym wyznawcą poglądu i takie jest również moje
doświadczenie, że
przebaczanie jak też miłosierdzie zaczyna się w domu. Jak większość
alkoholików, cechy których nie akceptowałem u
siebie kiedy piłem, były
natychmiast przerzucane na bliskie mi osoby.
Uczestnictwo
w AA zaczęło pokazywać mi to. Było to dla mnie oburzające. Ten proces
analizy
zarówno podsycał moje zaprzeczenia (czasem myślałem, że to
ja, ale częściej, że
to oni) a jednocześnie izolował mnie w przekonaniu o moim uprawnionym
oburzeniu. Pod zaprzeczeniem leżało dno wstydu i braku własnej
wartości. Proces
samo odkrycia w Krokach czwartym i piątym zaczął rozluźniać lodowy
ucisk wstydu
i niesmaku w mojej duszy. Poprzez mgłę lat alkoholizmu zacząłem widzieć
osobę,
którą naprawdę jestem. Często słyszę na mityngach:
„sam bym aresztował
siebie za to jak traktowałem siebie, kiedy piłem”. To prawda!
Czasem
nie
mieści nam się w głowie, że choroba alkoholowa była powodem popełniania
czynów,
w które sami nie mogliśmy potem uwierzyć. Jak mogliśmy
widzieć siebie inaczej,
niż "złych ludzi"? Jak wiele razy kurczyliśmy się w sobie kiedy nasi
przyjaciele raczyli nas historiami o naszym nieodpowiednim, okrutnym a
czasem
poniżając prostackim zachowaniu. Początkowo
nawet
wybaczali nam. A jak my możemy przebaczyć sobie? Stopniowo następowało
polepszenie w szczerym, ale bezkrytycznym samouświadomieniu. W trakcie
pracy
nad pierwszymi siedmioma Krokami stworzyło się we mnie miejsce dla samo
przebaczenia, które było istotnym wstępem do Kroku
ósmego. Kiedy całkowicie i
głęboko zrozumiałem istotę mojej choroby, wtedy pokazało się, że
„ta
zaraza” głęboko zraniła wielu członków mojej
rodziny i przyjaciół.
Zrozumiałem, jakie szkody wyrządziły moje nieokiełzane
instynkty i
wynaturzenia. Jakie moje wady uczyniły krzywdy innym? Dotąd
próby
zadośćuczynienia były jak strzelanie w ciemność. Kiedy pierwszy raz
przyszedłem
do AA i zacząłem badać moje życie, często twierdziłem, że ja nie
wiedziałem, co
robiłem w tych wszystkich lukach życiorysu i "zerwanych filmach".
W pamięci utkwiło mi wspomnienie z przed dwóch
lat o leżeniu w rynsztoku
pod pubem w Soho, krwawiłem
z ucha, portfel przepadł, koszula była porwana od pasa do kołnierza.
Kiedy tak
leżałem miły wewnętrzny głos szeptał mi: " To nie jesteś ty Tim. Dlaczego
to sobie zrobiłeś"? To był ten sam głos, który sześć lat
później
doprowadził mnie do ośrodka terapii i do odrodzenia się. Ten słodki
delikatny
głos, który był moim przewodnikiem i kamieniem węgielnym
jest dla mnie esencją
przebaczenia. Zarazem jest twardy odpowiedzialny i pewny, nigdy nie
zawadiacki,
stały i drogi zawsze jest kochający jednocześnie cudownie miły.
Niektórzy mogą
nazywać to świadomością. Wielu
określi to Bogiem. Ja nie nazwę tego jakkolwiek, ale ja to odbieram
jako
najczyściejszą ekspresję mojego własnego - JA.
Przez parę lat byłem
przekonany, że
byłem jedyny, który słyszał to. Jedyny, który go
miał. Uświadomiłem sobie,
kiedy przyszedłem do AA, że ten głos był tutaj zawsze na każdym
mityngu. Kiedy
czytałem opowiadania z „Wielkiej Księgi”, lub
powtarzałem za
słowami Bill’a
W. z
„Dwanaście na Dwanaście”, ten głos przybliżał mi
ducha AA.
Jest to głos ludzkiej
godności. Kiedy nowy
przybywa na swój pierwszy mityng w AA niebiosa cichną
ponieważ człowiekowi jest
przywracana godność. Ktoś
znowu jest zaakceptowany jak
równy przez kolegów alkoholików,
którzy dzielą się wspomnieniem agonii i
desperacji, tej „czarnej zarazy”, z
której podnieśli się do życia.
Proces "identyfikacji" z historiami kolegów, z ich uczuciami
i ich
wdzięczność tworzy bezpośrednie połączenie z intensywną socjalną siłą
milionów
zdrowiejących ludzi jak świat szeroki, którzy podążają
zadziwiająco podobnymi
ścieżkami. Wielu wyszło z ciemności na światło, by rozpocząć
przebaczanie, lecz
tylko najbardziej zatwardziali i zakłamani nie znajdują drogi dla
siebie. Kiedy
teraz patrzę na siebie, a tamten czas kiedy przyszedłem do
Wspólnoty w 1984, to
widzę nie tylko człowieka, który jest fizycznie 18 lat
starszy, lecz również
widzę człowieka, który jest dojrzały mentalnie i duchowo. Poprzez
obraz moich lęków, okrucieństwa, gniewu i niepowodzenia,
moją wybujałą ambicję,
zazdrość, pożądanie i łapczywość zobaczyłem jak posłużyło mi to w
pewnym
sensie, aby uczynić ze mnie osobę, jaką dziś jestem. Zaakceptowałem
moje upadki
i moje człowieczeństwo.
Zacząłem dostrzegać, że to,
co było uwierającymi
kamykami w moich butach często przyczyniało się do szlifowania wad
mojego
charakteru na kształt mocniejszego i bardziej solidnego, co dało mi
szansę
przejścia dodatkowego dystansu.
Poprzez przekształcenie i
ewolucję moich wad tą
drogą, stopniowo ujrzałem moje ograniczenia jako zwykłą część ludzkiego
charakteru, a nie jako zestaw złych cech zebranych we mnie. Duża
część tej mądrości przyszła do
mnie w trakcie 20 - krotnego wysłuchania Piątego Kroku podczas
ostatnich 10
lat. Słuchając takiej rozmaitości indywidualnych doświadczeń bazujących
na
wspólnych odczuciach, sam zobaczyłem, że jako alkoholicy
jesteśmy dużo bardziej
jednakowi niż różni. Jednym z wielkich katharsis
(oczyszczeń) Piątego Kroku
jest nadchodzące uświadomienie sobie, że nie jesteśmy samotni i
wyjątkowi w
naszym wstydzie. W moim własnym Piątym Kroku unikalnym elementem
przebaczenia (aczkolwiek ,oczywiście
nigdy nie użyjemy tego wyrażenia w
tym kontekście) była obecność innej osoby słuchającej mojej historii od
początku do końca bez osądzania, ukierunkowania, porad, fałszywej
sympatii i co
najbardziej dziwne to za darmo.
Istotny dar bycia
wysłuchanym jest czasem
przeoczony w AA, ja osobiście zawsze personifikowałem
AA jako kobietę, może matkę. I jak dobra matka mityng zwraca na mnie
uwagę,
zbiera moje emocje, słyszy moje myśli, a potem bez komentarza zwraca
swą uwagę
ku następnej części. W przestrzeni stworzonej dla mnie przez to, mogę
podsumować moje najgłębiej skrywane upiory moje najdziksze radości i
wiem, że
spotkają się z milczącą identyfikacją i współodczuwaniem
wielu obecnych w tym
pomieszczeniu. Ludzie, których wziąłem na otwarte mityngi
zauważali najczęściej
ciepłą atmosferę akceptacji, która podtrzymuje przywiędłą
godność
zgromadzonych. Nie raz mój przyjaciel lub kolega powiedział:
Chciałbym żeby
były mityngi dla ludzi, którzy nie są alkoholikami. Lecz tak
naprawdę mówią
tak: Jeżeli miałbym gdzieś przynieść moje kłopoty i problemy to tylko
tam,
gdzie znalazł bym grupę osób z tak niezmiernie pojemną
zdolnością wybaczania
jak tu.
TIM
M. Londyn
Z
korespondencji mailowej
Czy
mam
świadomość, że alkoholikiem będę do końca życia, bez względu na to, jak
długo
będę żyć i jak długo nie będę pić?
Mam, i jeszcze raz mam tę
świadomość, jestem 100%
ALKOHOLIKIEM.
Ja
nie
cierpiałem z powodu alkoholu, to ja zawsze zadawałem ból.
Niszczyłem
wszystkich dookoła, miałem dobrą zabawę jak inni cierpieli. Alkohol był
moja
jedyna miłością, dla niego potrafiłem kraść, oszukiwać, staczać się w
otchłań
nicości. Pobiłem żonę ojca brata. Bilem i kradłem dla niego/alkoholu/,
on był
moim Bogiem. Nie pamiętam dobrych chwil z tą wredną kochanką -
alkoholem.
Zabrał mi wszystko.
Wylądowałem
na ulicy, w obcym mi wtedy kraju, samotny. Alkohol mnie zabił. Nie
mogłem żyć
bez niego i nie mogłem z nim żyć.
Dopiero
w
szpitalu doszło do mnie, że chcę żyć, ale nie wiedziałem jak to zrobić.
Poprosiłem o pomoc. Dłoń podała mi Rita Rosjanka. Była w AA. Zawiozła
mnie na
mityng i tam zobaczyłem TRZEŹWYCH LUDZI, pierwszy raz w dorosłym życiu.
Od
tamtej pory ja też chcę być RZEŹWY. Nigdy już nie sięgnąłem po alkohol.
Bóg
zabrał mi obsesję picia, nigdy nie wróciła. Powoli uczyłem
się żyć na nowo;
byłem jak czarna, pomazana kartka.
Wiele
lat
zajęło mi układanie nowego życia, nauczyłem się rozmawiać z Bogiem,
poznałem
swoje wnętrze. Stałem się uczciwy - sam dla siebie. Nie oszukuję.
Nauczyłem
się
żyć z bolesną pamięcią strasznych rzeczy z okresu picia. Popełniam
błędy, ale
zawsze jestem ufny. Wierzę, że Bóg mi da siłę do TRZEŹWOŚCI.
TRZEŹWOŚĆ i
PROGRAM AA są dla mnie najcenniejsze.
Nie
ma już
mojego Taty, nie przeproszę Go. Zmarł, kiedy żyłem na ulicy, kiedy
pijąc za
jego zdrowie zadawałem mu ból. Po latach byłem na jego
grobie, prosiłem o
przebaczenie. Nie wiem, czy nie za późno. Prosiłem o
przebaczenie żonę i
dzieci. Zostali ze mną, ale wiem, że nie zapomnieli.
Jestem
pogodzony z resztą świata, ale on mi tego nie zapomni. Ja też nie mogę
zapomnieć. Nauczyłem się z tym żyć. Potrafię kochać i być kochany.
Nauczyłem
się ufać i sam ufam; nauczyłem się wierzyć w Boga.
Mogę
rozmawiać o wszystkich sprawach. Jestem odpowiedzialny.
Jestem
szczęśliwy w TRZEŹWOŚCI. Mam marzenia, mam cel w życiu, mam wiarę
Stan
z Toronto
Ps: Znowu
sylabizuję Wielką Księgę AA. Dostałem nowe
wydanie polskie i bardzo stare po angielsku i wciąż mnie coś zaskakuje.
Poprzednio zawsze coś przeoczyłem.
Nie
mogę do niej chować
zaskórniaków, bo często zaglądam do WK i zbyt
łatwo je znajduję. Życzę Pogody
Ducha
- Stanisław
alkoholik