MITYNG 06/96/2005
DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO
Wakacje. Wspomnienie wyjazdów w wieku lat …nastu. Lato, zapach trawy, słońce, upalne dni i noce, ciepłe kąpiele, lenistwo, cykady, wieczorne ogniska, tłum rówieśników, romansiki obozowe, las sosnowy, zapach żywicy, nocne podchody z latarkami, śpiewy… Potem wyjazdy z rodziną, dziećmi, ze znajomymi, rano obolała głowa, pieczenie w jelitach, powroty „w stanie wskazującym”. Pogoń za brylowaniem, za uznaniem, za prestiżem, za chęcią przynależności, akceptacji. Mroczna dziura, która dawniej wydawała się celem i szczytem szczęścia. Rozgoryczenie, niechęć, poczucie bezsensu, apatia, rozdrażnienie. Bezradność. Jakże inne są moje wspomnienia od dzisiejszych realiów, gdy staje się coraz bardziej odpowiedzialny za wybór sposobu swojego życia, spędzania wolnego czasu. Za dbałość o swoje zdrowie, wygląd. Już nie mogę, nie wypada powiedzieć: nie chciałem, nie wiedziałem. – „Jestem alkoholikiem”- to zobowiązuje. To ja dokonuję wyborów, gdzie i z kim dziś pojadę, spotkam się, co będę jadł lub pił. Czy nie będę marnotrawił godzin, dni, lat. Co mi pomaga, a co szkodzi? Coraz rzadziej mam dylematy, jakiego dokonać wyboru? Jak spędzać czas na plaży w upalny dzień, gdy wokół pije się schłodzone napoje? Jak odmówić, nie tłumacząc się? Nie tęsknię, nie zazdroszczę już, nie zadaję sobie pytania: „dlaczego to właśnie ja”? W AA mimowolnie nauczyłem się dostrzegać korzyści i radość z bycia trzeźwy, wolny. „Jak to zrobić” - to uporczywe pytanie skłania mnie do nieustannego szukania odpowiedzi w doświadczeniach tych, którym się to od lat udaje. Odnajduję je na mityngach, w rozmowach ze sponsorem, w literaturze AA. Teksty „ o pierwszeństwie zasad przed osobistymi ambicjami” wskazują, co i jak mam robić w każdych warunkach – skoro jestem alkoholikiem. Zawsze je znałem tylko nie stosowałem. Znowu po latach odkrywam to, co dawniej mnie tak zachwycało, znowu las staje się zielony. O czwartej rano słychać żurawie, słowiki, mlaskanie, kukanie, klekotanie, kumkanie, pohukiwanie, cykanie, brzęk owadów. Znam wszystkie osoby śpiące wokół mnie! Wiem skąd tu jestem. Kot nie tupie, czasem jest burza a często pochmurnie, dzień każdy inny – i widzę! Wiem, że żyję!
red mityngu
Moje pierwsze wakacje…
bez alkoholu?
Zaledwie
po 3 miesiącach abstynencji w terapii, zorganizowałem wyjazd miesięczny dla
całej rodziny. Nic nie zapowiadało, że wymarzone wakacje życia będą takie
trudne. Z żoną i dziećmi, pojechaliśmy samochodem do Hiszpanii, przez Czechy,
Włochy, Francję. Miał to być fajerwerk na odkupienie poczucia winy. Wiele razy
w ten sposób je odrabiałem. Cały wyjazd rozplanowałem i miały to być najlepsze
wakacje z rodziną. Prawdę mówiąc były, no może nie „naj”
piękniejsze, ale na pewno najdłuższe. Nigdy potem nie udało mi się tego
dokonać, choć tęsknię nadal za podróżami i mam coraz więcej czasu. Każdy postój
lub posiłek był trudny w związku z moją małą wiarą i powszechnie występującym
alkoholem w restauracjach, na plażach i campingach. Wówczas, przed wyjazdem nie
zdawałem sobie z tego sprawy, lecz ciągle byłem rozdrażniony. W czasie podróży
samochodem dochodziło do konfliktów z błahych powodów. Wieczorami, gdy
rozpoczynało się towarzyskie życie nocne problem „ssania
alkoholowego” powracał. Nie miałem wykształconych zachowań abstynenckich.
Jeszcze tego nie wiedziałem nie dostrzegałem. W czasie całej podróży nie byłem
na ani jednym mityngu. Obce mi było zadbanie o adresy spotkań AA, przed
wyjazdem. W ogóle nie zastanawiałem się czy są jakieś mityngi AA poza
Polską a najmniej, czy są mi potrzebne? Nie umiałem stosować prostych sposobów
utrzymania trzeźwości, typu: miej przy sobie coś słodkiego, staraj
się być syty, wypij wiadro mineralnej zanim sięgniesz po alkohol, czytaj
literaturę, wykręć telefon do kogoś z AA zanim odkręcisz butelkę a najlepiej
jedź z innymi AA. Problem zaczął narastać u celu naszej podróży. Było
bardzo gorąco, a tam wokół ludzie opijali się schłodzonym piwem i winem.
Pochodziłem z zahukanego komunistycznego kraju i nieznana mi była taka tradycja
powszechności spożywania. U nas kupowało się z trudem, a piło po kryjomu. Mam
wiele zdjęć z tego wyjazdu, lecz na większości z nich moja żona i dzieci nie
uśmiechają się. W tym czasie myślałem, że coś z nią nie w porządku, zawsze
czepliwa i podejrzliwa, przecież nie piłem - samo to miało być szczęściem!
Mieliśmy korzystać z życia, o co chodziło nie rozumiałem. Ona widziała, co się
dzieje. Ja nie! Pewnie nie potrafiła tego inaczej wyrazić, więc się gniewała,
obrażała, stroiła fochy a mnie się zdawało, że wszystko gra. Do czasu, aż po
jakiejś drobnej sprzeczce wypiłem sobie dwa piwka. Nie ruszyłem dalej w ciąg,
zbyt się bałem. Ale nie było wcale tak słodko, męczyłem się. Dopiero teraz
sobie przypominam, jak to było. Jakiż ja byłem bezbronny i naiwny? Ogarnia mnie
smutek i żal jak o tym myślę. Mój Boże - miało być tak pięknie a jest tylko na
zdjęciach i to nie na wszystkich. Minęło od tego czasu 11 lat, wiele razy sobie
obiecywałem, że powtórzę ten wyjazd. Jednak coś zawsze stoi na przeszkodzie.
Dziś moje dzieci są już dorosłe i mogę pojechać, ale sam, to już nie to. Marzę
sobie czasem i szkoda mi minionego czasu, lat bez uśmiechu i radości. Może,
kiedyś jeszcze spróbuje wyjechać w to samo miejsce? Będzie to na pewno bardziej
bezpieczny i czynny wypoczynek. Inaczej się do niego przygotuję. Może się
uda? Do zobaczenia
na plaży – L
Moje wakacje
Czy pamiętam
swoje wakacje z
czasów gdy piłem ? Raczej tak
i całe szczęście,
bowiem mam skalę
porównawczą. Pamiętam na
pewno jakie miałem
cele. Były takie same
jak całe moje
życie. Wakacje i wszelkie
wyjazdy były tylko
po to, bym mógł
się napić ile
tylko dusza zapragnie, na
ile sił i
pieniędzy wystarczy. Nie liczyły
się żadne zasady, po
całym roku „ciężkiej” pracy
potrzebowałem się przecież
napić tym bardziej, że
piłem za swoje
(oczywiście do czasu).
Wydawało mi się, że
jest to jedyny
możliwy rodzaj spędzania
wakacji. Jeśli chodzi o
zwiedzanie to najczęstszymi
miejscami były bary, restauracje i
najrozmaitsze meliny. Piłem byle
gdzie, z byle kim i
byle co
aby tylko więcej
i więcej. Trwało to
około dziesięciu lat.
Później nastąpił okres niepicia w zaparte by
udowodnić rodzinie, że wszystko
ze mną w
porządku. Wyjeżdżałem wtedy najczęściej
z domownikami nad
wodę. Był to okres
gdy dwa tygodnie
bez alkoholu dało
się wytrzymać tym
bardziej, że w perspektywie
już szykowałem się
do picia, które następowało
zaraz po powrocie. Przez cały
czas pobytu byłem zdenerwowany
i zły. Czułem się
jak dziecko, któremu odebrano
najukochańszą zabawkę –
alkohol. Kolejnym etapem spędzania
wakacji był okres
gdy byłem już we Wspólnocie. Okres ten
był swoistym przekładańcem. Trzy miesiące
bez picia, trzy
miesiące ciągu alkoholowego. Pamiętam doskonale
jak raz pojechałem
w góry do
Karpacza. Byłem wtedy w
okresie 3 miesięcznej
abstynencji. Turnus w domu
wczasowym trwał dwa
tygodnie. Tydzień wytrzymałem bez
picia, z drugiego niewiele
pamiętam, chyba tylko twarz
nachylonego nade mną
ojca. Przyjechał by odebrać
syna będącego w
stanie kompletnego wycieńczenia. Został wezwany
przez kierownictwo gdyż
sam nie byłbym
w stanie zwolnić
pokój dla drugiego
turnusu. Pamiętam te wczasy
bardzo dobrze, był to wyjazd,
którego nie zapomnę
do końca życia. Nie
przypominam sobie abym
kiedykolwiek się tak
wstydził jak wtedy.
W dalszym okresie
preferowałem tylko krótkie
wypady za miasto
najwyżej na tydzień. Na
więcej nie miałem
środków finansowych a
tolerowany byłem już
tylko gdy miałem
jakiekolwiek pieniądze. Były to
głównie wyjazdy pod namiot
z coraz młodszym
towarzystwem. Moi rówieśnicy już
dawno pozakładali rodziny
a tylko mi
biednemu jakoś się
nie udawało. A taki
przecież byłem „dobry, porządny i
mądry”.
Nadszedł jednak
czas gdy i ja dostałem
swoją szansę. Dane mi
było poznać Anię. Ona podobnie jak
ja z czasów
młodzieńczych bardzo lubiła
i lubi nadał
podróże i rozmaite
wyjazdy. Spędziliśmy
już z sobą
kilkanaście wakacji i
urlopów, jednakże różniły się
one od siebie
diametralnie. Kiedy
jeszcze byliśmy sami
bez dzieci wystarczyło
tylko jedno zdanie
i już siedzieliśmy
w samochodzie. Było bardzo
fajnie ale prawie
zawsze wszystko potrafiłem
zepsuć. Pamiętam
doskonale z tych
wyjazdów swój despotyzm, arogancję, wielokrotnie chamskie
zachowanie. Wszystko
musiało być tak
jak ja chcę. Nie zostawiałem za
grosz swobody. Nie dawało
się ze mną
wytrzymać. Sam
popełniając wiele błędów
nie dawałem prawa
do popełniania ich
przez Anię. Gdy do
naszych wakacji w
późniejszym czasie dołączyła córeczka bywało
jeszcze gorzej. Niby kochałem je
nad życie ale
poprzez swoją zaborczość
odpychałem. Kto
mógłby wytrzymać z takim
tyranem. Rosło
zdenerwowanie przed każdym
wyjazdem. Gdy
zbliżały się wakacje (dziś
to wiem) żona
się po prostu
bała co ją
czeka z mojej
strony. Powiedziała
mi to dopiero
trzy lata temu. W 2002r. urodził się
synek. Scenariusz wyjazdowy pewnie
by się powtarzał
w nieskończoność gdyby
nie nasza szczera
rozmowa. Zapragnęliśmy
ratować nasze małżeństwo, naszą rodzinę, nasze dzieci. Zwróciłem się
o pomoc do
przyjaciela ze Wspólnoty, dzięki niemu
powoli zacząłem odbudowywać
to co przez
lata niszczyłem. To
on pomógł mi
określić mój cel
w życiu. To dzięki niemu
zrozumiałem, że nie mogę
niszczyć tego co
kocham. To po prostu jest
niedojrzałe. Zachciałem pójść
tą drogą, choć była
ciężka i wyboista.
Z perspektywy czasu
mogę stwierdzić, że na
pewno się to
opłaca. O ile spokojniejsze
są dziś nasze
wyjazdy ? Gdy
widzę uśmiechnięte twarze
żony i dzieci - nie
żałuję żadnej chwili
mijającego czasu. Jak to dobrze
nie oglądać strachu
w oczach najbliższych. Czy jest
coś wspanialszego na
świecie jak wspólne
wygłupy na plaży
z własnymi dziećmi, jak
wspinanie się po
Tatrach mimo iż trzeba
niejednokrotnie nieść to
jedno dziecko to
drugie ? Nie da
się opisać mojego
zachwytu z obserwacji
tego jak radzą
sobie dzieci jak
czują się swobodnie
jak się śmieją
od ucha do
ucha. Wystarczyło tylko
zrzucić maskę pychy
i egoizmu, dać
swobodę swoim najbliższym. Teraz dopiero są
to wakacje, które mogę
przeżywać i rozkoszować
się nimi. Wystarczyło tylko
chcieć zrozumieć swoich
bliskich, uwierzyć w nich. Wiara przecież czyni
cuda.
Mogę z całą
odpowiedzialnością powiedzieć -
to nie
było łatwe ale
naprawdę się opłaciło. Wreszcie mam
wakacje na które
czekam wraz z
Rodziną cały rok, muszę
tylko pamiętać by
nie były to
moje a nasze
wakacje.
Pozdrawiam ROMEK.
Moje wakacje w AA.
Jak
to dobrze, że nie musiałem już planować swoich wakacji według starego sposobu
myślenia, „że to mnie musi być dobrze” i to jeszcze za nie swoje
pieniądze. Tak było przez 30lat bez zmian. Wyjeżdżałem niczego nie
podejrzewając, ale zawsze działy się dziwne i nieprzewidziane okoliczności,
które zabierały radość i pogodę ducha. Na różne sposoby spędzałem wakacje: na
autostopie, nad morzem, nad jeziorami, w górach, poza granicami Polski, w NRD,
CSRS. Najczęściej były to wakacje za pieniądze innych, którzy inwestowali we
mnie jak w studnie bez dna. Brałem i nigdy nie dawałem to jeszcze marnowałem
innym te wakacje. Alkohol musiał popsuć to, co jemu podlegało. Oczywiście
uzależniałem od swoich zachowań innych. Skończyło się to w 1991r. Moje wakacje zaczęły przebiegać, lub raczej
płynąć innym nurtem. Nie miałem już rodziny, ale pozostali przyjaciele z AA.
Mieszkałem w małym miasteczku nad Wisłą u rodziny mojego sponsora, miałem do
użytkowania działkę, którą uprawiałem i lubiłem to. Kwiaty, powietrze, drzewka,
krzewy, łapałem nad Wisłą sandacze na blachę, zbierałem grzyby w lesie.
Nauczyłem się handlować owocami i nie bałem się alkoholu. Mogłem wreszcie żyć
inaczej. Nie tęskniłem za urlopami, które przypominały mi poprzednie
doświadczenia. Przez 4 lata cieszyłem się tym, w co wkładałem wiele trudu.
Zmiany same zachodziły niepostrzeżenie. Wróciłem do warszawy w 97r i wróciłem
do wspólnoty AA. Już w pierwszym roku założyłem z przyjaciółmi grupę, podjąłem
w niej służbę. Miałem podopiecznego – Jacka. W drugim roku dołączyli
inni, Ewa, Beata. Jeździliśmy z nimi na działkę w niedzielę, na mityngi do
Dąbrówki. Trwało to kilka lat, było nam tak dobrze. Nie tęskniliśmy za
wyjazdami daleko i drogo. Chodziliśmy do opery, na spacery do Łazienek, do
Powsina. Pojechaliśmy wspólnie do Lichenia, Zakroczymia,
Sandomierza, Nałęczowa, Kazimierza nad Wisłą, Płocka. Zdarzyło się kilka
wypadów w nieznane. Zwiedzaliśmy i odkrywaliśmy na trzeźwo to, czego wcześniej
nie widzieliśmy. W tym roku będę gościł brata z Australii, pierwszy raz po 30 latach
i cześć wakacji spędzę z nim. Może w tym roku pojadę trochę dalej od domu na
urlop, ale i przy domu umiem odpoczywać. Trzeźwość jest dla mnie najważniejsza,
poczytam trochę literatury, coś może napiszę podzielę się z wami swoimi
doświadczeniami. Życzę wam i sobie udanych, trzeźwych i pogodnych wakacji w
2005r, pełnych słońca, zdrowia i miłych wrażeń.
Andrzej.
Z
korespondencji meilowej
To zaczęło się w Poznaniu.
Wspominałem
ostatnio dni spędzone w Poznaniu na Jubileuszu 25 lecia
AA w Polsce. Wśród wielu zaplanowanych imprez jedna zgromadziła tak wielką
ilość zainteresowanych, że trzeba było zamienić salę na dużo większą, a i tak była zatłoczona. Dotyczy to spotkania
alkoholików z profesjonalistami pracującymi na polu zwalczania alkoholizmu oraz
sympatykami AA. Szykowałem się do wypowiedzi na tym spotkaniu. Miałem zabrać głos,
w którym chciałem wylać z siebie wszystkie nagromadzone żale. Jednak do tego
nie doszło a wszystko się stało za przyczyną mojego sponsora. Kiedy
przedstawiłem sponsorowi swój zamiar, nastąpiła chwila zadumy a po chwili
sponsor oznajmił:" Możesz posiadać pięć fakultetów, nauczyć się mówić o
chorobie alkoholowej, przestudiować nawet setki kroków, ale pamiętaj, dla
lekarza czy terapeuty jesteś tylko alkoholikiem, uczestnikiem terapii, którą on
prowadził. Nie jestem nawet pewien, czy widzi w tobie członka AA - dodał.
Poza tym musisz wiedzieć, że takie wylewanie żalów w niczym nie poprawia
wizerunku AA w oczach profesjonalistów; przyczynia się tylko do powstania
niezbyt miłej atmosfery. Natomiast, czy w zamian obrzucania wypominkami nie
warto pomyśleć o wyrażeniu wdzięczności za pomoc w trzeźwieniu?" I to
było to!!! Oczywiście, w tamtym czasie jeszcze nie dawałem sobie prawa do głosu
wdzięczności, więc zrezygnowałem z wystąpienia. Jednak uwagi sponsora
zapamiętałem do dziś. Od tamtego zdarzenia upłynęło ponad 5 lat, nabrałem
pewnego dystansu, powoli uświadamiam sobie pewne trudności mego trzeźwienia. Pewnie
wielu z nas spotkało na mityngach czy zlotach radości alkoholików usiłujących w
swoisty sposób ratować się przed banałem. Zaczynają swoje opowieści ubarwiać
filozofowaniem. A choć niewiele mają do powiedzenia o zmianach swego charakteru
to z zapałem oddają się studiom nad psychologią zachowań innych. Ta choroba i
mnie dotknęła. Ktoś fajnie nazwał ten stan. Wszystko wiem, nic nie działa. Z uwagi na udział w szkoleniach na tematy
choroby alkoholowej, odbytych kilku turnusów terapeutycznych, spotkań
religijnych, przeczytanych lektur a nawet odbytych służb uważałem siebie za
kogoś w rodzaju psychologa, w części za psychiatrę, coś w rodzaju specjalisty
od spraw duchowych i życiowych. Uczestniczyłem w mityngach próbując dopasować
rzeczywistość wspólnoty i jej mityngów do obrazu jaki sobie utworzyłem na
podstawie całej dostępnej mi wiedzy. Grałem rolę tego, kto zna różne
zagadnienia, literaturę, zapominając, że do wspólnoty przyszedłem po pomoc, że
uwiodła mnie i zatrzymała w niej serdeczna atmosfera. To w niej polubiłem
trzeźwe życie. W konsekwencji swojej
wiedzy oczekiwałem od innych ludzi czytelnego świadectwa, jasnego postępowania,
by mówili tak, jak według mnie należy mówić. By dopasowali się do portretu,
jaki im przygotowałem. Co gorsza, te wymagania potrafiłem nakładać również na
rodzinę albo tych, którzy próbowali pomóc mi w trzeźwieniu, choćby
profesjonalistów z poznańskiego spotkania. Za to dla siebie miałem wyjątkowo
dużo tolerancji i życzliwości jakby zasady innych mnie nie obowiązywały. Stąd
wiele wdzięczności za wytrwałość i życzliwość, z jaką w tamtym okresie znoszono
moje fanaberie. Z drugiej strony, czy to nie śmieszne, gdy jeden alkoholik
próbuje patrzeć na drugiego z góry?. - Można się śmiać, ale mnie wtedy nie było
do śmiechu. Trudno jest żyć w atmosferze niespełnianych
żądań czy oczekiwań. Jakoś nie przychodziło mi do głowy, że właśnie mam
wyjątkową okazję nauczyć się kochać różnych ludzi, nawet tych, których postawa
odbiega od moich wyobrażeń. Ludzie są jacy są.
Jeszcze raz doszło do mnie, że aby zachować swą trzeźwość muszę nauczyć
się przebywać we wspólnocie, ( kłaniają mi się Tradycje ) nie wolno mi swą
arogancją zrażać innych. Inne problemy
odkryłem gdy zastanawiałem się dalej nad swymi niechęciami.
Był taki czas kiedy podejmowałem się wielu służb. Jednak sobie uświadomiłem, że
kto wie, czy nie często ważnym motywem działań było złośliwe pokazanie, że ktoś
czegoś nie robi. Tak zaczęło się
intensywne tłumaczenie literatury zagranicznej. Wielkim zadowoleniem się
cieszyłem, gdy posiadałem przetłumaczoną na język polski pierwszą wersję
poradnika służb. Podobnie dotyczyło to Koncepcji. Choć były to wersje dalekie
od poprawności, to wzbogacały pewne pojęcie o służbach na świecie. Napawało
mnie to dumą. Teraz mogłem swoje wypowiedzi opierać o treści tam zawarte
wiedząc, że inni ich nie znają. Lecz później przyszła refleksja, że w tej
pewnego rodzaju samowiedzy pozostawałem sam. Trudno było z kimś podyskutować,
choćby po to, aby samemu coś lepiej zrozumieć. Mimo wewnętrznych oporów
przekazałem te dokumenty do służb krajowych. I stało się coś zupełnie
niewyobrażalnego. Przed chwilą
pisałem o dumie i zadowoleniu z dostępu do większej wiedzy. To wszystko - to
nic, absolutnie nic wobec uczucia jakie się pojawiło w mym sercu w trakcie
przekazania. Tyle wysiłku, wyrzeczeń, determinacji a tu honorowo przekazane
kolegom. I co? Choć mając już źródła, teraz koledzy nie czuli potrzeby aby ze
mną rozmawiać, to jednak odnalazłem w sobie uczucie szczególnej szlachetności.
A kto nie chce o sobie dobrze myśleć? A jeszcze coś zrobić? Pamiętacie może -
zrobić dwa dobre uczynki i nie chwalić się nimi. Dzisiaj pamiętam wielu tak postępujących
przyjaciół, bezimiennie oddających swe umiejętności, czas i wysiłek dla
wspólnoty. Wśród nich można odnaleźć
wielu terapeutów, lekarzy, duchownych itp.., którzy za swe oddanie otrzymują od
nas czasami tylko kiepskie słowa. Nie
dziwi więc powiedzenie, że dla alkoholika można czasami coś zrobić ale z
alkoholikiem, jeszcze przyuczonym, rzadko. Dlatego wydaje się, że warto pokazać
naszym przyjaciołom, że się zmieniamy, że potrafimy już podziękować za trud
opieki nad nami. Na koniec słowa Bill`a z książki
"Język serca" będących tytułem cyklu artykułów: Bądźmy przyjaźni
dla naszych przyjaciół.
Pozdrawiam
pogodnie Marek z Warszawy
Drodzy Przyjaciele.
Mam na imię Jacek, mam trzydzieści trzy lata, jestem alkoholikiem. Na samym początku chcę pozdrowić wszystkich alkoholików, którzy są świadomi jak i nieświadomi swojej choroby, jaką jest alkoholizm, jak i tych, którym jest trudno w jakiś sposób przyznać się, że są alkoholikami. Wszystkich, którzy zmieniają swoje życie, żyjąc w trzeźwości i tych, którzy zmierzają do jej zachowania. Sam nigdy nie przywiązywałem tak wielkiej wagi do tego, że ten problem, jakim jest alkoholizm dotyka i mnie i z czasem wzrasta pogłębiając się do takiego stopnia, iż mogło mnie to kosztować nawet i życie. Omal go nie straciłem pijąc. Były to dwa, może trzy wypadki z udziałem alkoholu, gdy byłem na granicy życia i śmierci. Z jednej strony ubolewam i nie mogę opanować swoich przeżyć, jakie zaistniały pod wpływem alkoholu i tego feralnego dnia, który sprawił, iż znalazłem się w zakładzie karnym, z którego piszę. Zaś z drugiej strony dzięki temu żyję i nie zapiłem się na śmierć, co było moim zamierzeniem jak zrozumiałem swój problem, jakim jest alkoholizm i moja choroba alkoholowa, która pogłębiała się z każdym rokiem mojego życia. I tu za tą wiedzę i uświadomienie sobie mojej choroby jak i za zaakceptowanie tego, że jestem alkoholikiem chciałem podziękować swojej terapeutce z oddziału „Atlantis” zakładu karnego Warszawa-Mokotów. Małgosi jak i wszystkim pozostałym terapeutom, którzy w pewnym stopniu pomogli zrozumieć i uświadomić mi moją chorobę. Tym trzeźwiejącym alkoholikom, którzy przychodząc na mityngi do zakładu karnego Mokotów. Oni sprawili swym wsparciem, iż stałem się otwarty i szczery wobec swojej choroby i siebie samego. To właśnie poprzez terapię odwykową i mityngi, które prowadzę na oddziale terapeutycznym, jak i odbywających się w soboty, które prowadzi Krzysztof, poczułem taką pewność siebie i nadzieję w tym dążeniu do trzeźwości. Stałem się bardziej otwarty, co do mych przeżyć, jakie miałem spożywając alkohol, poprzez które krzywdziłem swoich bliskich przyjaciół, kolegów, rodzinę, przypadkowo spotkanych ludzi jak i samego siebie. Wiele szans w życiu dla niektórych, gdybym opisał, byłyby niewiarygodne – zaprzepaściłem przez alkohol. Wszystkie moje zainteresowania, najlepsi przyjaciele, rodzina poszli na bok. Liczył się alkohol i ta szara rzeczywistość, w której żyłem. Pijąc nie liczyłem się ze skutkami i konsekwencjami, na które patrząc dziś robi mi się przykro i okropnie ubolewam wstydząc się mojego postępowania po alkoholu. Nigdy wcześniej nie potrafiłem podać przyczyny tego, że tak postępuję, że zaniedbuję swoje obowiązki, że lekceważyłem siebie i wszystkich dookoła mnie, że wyrządziłem tak okropny ból swojej matce, której do dziś dnia nie powiedziałem tak prostych i zwykłych słów, jakimi są „dziękuję” i „przepraszam”. Ogarnia mnie smutek i współczucie z tego powodu, iż musiała tyle cierpieć przez mój nałóg, jakim jest alkoholizm. Dzisiaj wiem, że ten problem to zbyt częste sięganie po alkohol i moja choroba, o której nie miałem zielonego pojęcia. Przyznaję, że słyszałem wcześniej będąc na wolności o czymś takim jak mityngi AA, ale tak naprawdę zawsze miałem swoje zdanie na ten temat. Ktoś taki jak alkoholik kojarzył mi się z tym najgorszym brudnym, zarośniętym, nic nie wartym człowiekiem śpiącym na rowach czy dworcach, którego każdy omija z dala. Dziś jest mi przykro z tego powodu, że powiedziałem te słowa, bo w zasadzie byłem taki sam: brudny zarośnięty, pijacy wszystko począwszy od piwa, skończywszy na denaturacie. Często się użalałem nad sobą i obwiniałem innych w pewnym stopniu. Myślałem, że to wina ojca za to, że piję, z którym nie miałem dobrych wspomnień z dzieciństwa, też był alkoholikiem. Alkohol doprowadził do tego, że nie panował nad sobą, widziałem jak go niszczył i niszczył naszą rodzinę. Często tą złość wyładowywał na mnie i gdyby nie siostra i dalsza moja rodzina mógłbym już nie istnieć w tej rzeczywistości. Zawsze sobie mówiłem, iż nigdy nie będę taki jak mój ojciec do swoich dzieci i rodziny. Jednak cały czas wydaje mi się, że jestem gorszy od niego, że alkohol zniszczył moja duszę całkowicie. Miałem myśli samobójcze, stałem się ze spokojnego małego chłopca – dorosłym człowiekiem palącym za sobą mosty, buntownikiem życiowym, alkoholikiem, przestępcą i kryminalistą. Pamiętam jak rodzina z niecierpliwością czekała na mnie. Miałem bardzo ważną sprawę do załatwienia i po pracy miałem wrócić jak najszybciej – zawiodłem! Piłem alkohol, po czym czując się pewnie wsiadłem w samochód i jak najszybciej chciałem jechać do domu, bo raptownie mi się przypomniało, że ktoś czeka, ale po co, nie wiem. Byłem pewien, że nic mnie nie grozi, bo nie wypiłem aż tak dużo abym nie mógł dojechać. Nie dojechałem. Z szybkością 160km uderzyłem w drzewo. O wszystkim dowiedziałem się od lekarzy, budząc się ze śpiączki po tygodniu, w którą zapadłem. Dziś dziękuję Bogu za to, że dał mi szansę być może szansę którą mam do dziś dnia i z której chcę skorzystać jak najlepiej. Dziękuję Bogu nawet za to, że przyjechałem na terapię odwykową za to, że poznałem na mityngu i terapii wspaniałych ludzi, terapeutów i tych, którzy przychodzą z wolności na mityngi, dzięki którym otworzyłem oczy na mój problem, jakim jest alkoholizm. Na dzień dzisiejszy godzę się, że wszystkim, z czym muszę się godzić przyjmując to z pokorą nie wstydzę się tego, że jestem alkoholikiem, w pełnym tego słowa znaczeniu przyznaje się do tego otwarcie. Tu będąc na terapii zrozumiałem, że jestem uzależniony od alkoholu. Zauważyłem, że byłem w fazie chronicznej i do czego zmierzałem. Czasem myślę, że gdyby w tym czasie, co byłem na wolności i słyszałem o mityngach AA, ktoś mi pomógł moje życie byłoby zupełnie inne, ale niestety czasu nie cofnę. Jedynie mogę zmienić swoje życie na lepsze, żyjąc w trzeźwości i na trzeźwo je przechodzić. To, co napisałem jest małą częścią tego, co chciałbym jeszcze napisać. Wiem, że czeka mnie dużo pracy nad sobą, z czym jestem pogodzony i gotów stawić czoła temu dążeniu, utrzymując cały czas kontakt ze wspólnotą AA.
Jacek
alkoholik – 33lata.
Moje wakacje w trzeźwości.
Zabrałem się do pisania i na
dobrą sprawę nie wiedziałem, co napisać. Z pomocą przyszła mi żona,
powiedziałem, że mam temat
„Moje wakacje w trzeźwości” i nie wiem co napisać. Roześmiała się i
powiedziała rozradowana: dlatego, że jesteś w AA,
jesteś trzeźwy, to ja byłam razem z tobą na XXX-leciu
AA w Krakowie, byłam w Łagiewnikach i na wieży skąd widziałam zarys gór i nawet
jest to na zdjęciach jako pamiątka. Dla mnie takie króciutkie wakacje więcej
znaczą niż miesiąc pijanego urlopu. I tu w tym momencie stanęła mi przed oczami
cała moja pijana historia, wszystkie wakacje, których praktycznie nie było. Pamiętam, że
zdarzały się wypady z dziećmi nad wodę, ale byłem wtedy przeważnie skacowany i
nie myślałem o tym, żeby dzieci nauczyć na przykład pływać, bo na dobrą sprawę
głowa nie pracowała, bałem się wody, bałem się siebie, bałem się wszystkiego,
myślałem tylko jak wykombinować jakieś piwo. Wszystkie moje wakacje w czasie,
kiedy piłem były takie same: to samo picie tylko w innym miejscu. Te kilka słów
żony uświadomiły mi, że nie liczy się ilość dni urlopu czy wakacji, ale jakość.
Teraz, kiedy jestem trzeźwy gdzie tylko mogę wyjeżdżam z żoną, a córki chętnie
zostają i opiekują się domem, bo widzą szczerą radość w oczach matki nawet z
tak krótkiego odpoczynku. Uświadomiłem sobie, że nie koniecznie trzeba wyjechać
żeby poczuć się jak na wakacjach wystarczy, że jestem trzeźwy, biorę rowery i
żonę na wypad po okolicy a tu jest co zobaczyć. kiedy piłem tego nie było ja piłem gdzieś na łonie natury, a
żona siedziała w domu smutna, zmartwiona. Dostrzegam też różnicę w odpoczynku
na podwórku „grill” po pijanemu nigdy coś takiego nie miało to miejsca, obecnie,
kiedy jestem trzeźwy bywają takie parogodzinne wakacje z przyjaciółmi lub tylko
z rodziną. Jestem pewny, że te kilka godzin więcej znaczy niż cały pijany
urlop. Aby utrzymać trzeźwość muszę włożyć sporo wysiłku, ale takie jedno grillowanie
wynagradza ten wysiłek. Jestem wdzięczny Bogu, Wspólnocie, rodzinie i
prawdziwym przyjaciołom za te krótkotrwałe a także przyjemne wakacje. Wszystkim
„AA” życzę takich przyjemnych długich i króciutkich wakacji.
Z pogodą ducha Sta
AA
Zlot Radości z okazji 20lecia
"Zdroju" tym
razem zgromadził AA w Sianożętach k. Ustronia
Morskiego. 30 IV - 2 V, dwa dni spotkań i rozmów upłynęły szybko, w łagodnej i
spokojnej atmosferze rodzinnej. Może pogoda nie przypominała gorących wakacji,
lecz równoważyła to ilość zadowolonych i trzeźwych przyjaciół. W zlocie
uczestniczyło ponad 1000 trzeźwych osób. Każdy otrzymał w ramach akredytacji
okolicznościowy numer "Zdroju" i plakietkę z imieniem. W ciągu dwóch
dni odbyły się mityngi Al-Anon, AA, których tematy
koncentrowały się wokół historii powstania biuletynu "Zdrój",
wspominaliśmy redaktorów, ich pierwsze doświadczenia i trudności w wydawaniu
go, a także znaczenia literatury AA w sponsorowaniu i procesie zdrowienia.
Odbyły się również spotkania warsztatowe dotyczące tradycji AA oraz spotkanie z
Radą Powierników, na którym mieliśmy sposobność spotkać się z naszymi
powiernikami. Organizatorzy: region zachodnio-pomorski dostarczył nam
wieczorami rozrywki zapraszając młodzieżowy zespół taneczny "Tirlitonki" oraz zespół ludowy "Pomorzanie",
który zabawiał nas do późnego wieczora znanymi piosenkami. Swój recital miała
również Ania, która zaprezentowała stare i nowe przeboje. Następnego wieczora
zorganizowano zabawę taneczną: dla młodszych dyskotekę, a dla
"weteranów" w rytm walczyków i poleczek - potańcówkę w parach. W
trakcie całego zlotu oferowano literaturę AA i nowość - "Anonimowi
Alkoholicy" wzbogaconą o polskie historie osobiste. Niewątpliwą atrakcją
było oferowanie pieczęci okolicznościowej zlotu, przystawianej na zakupionej
literaturze.
Sprawozdanie z mityngu informacyjnego w Płocku
W dniu 22
kwietnia 2005 r. odbył się w Płocku, w siedzibie Stowarzyszenia Rodzin
Abstynenckich, mityng informacyjny dla lekarzy, terapeutów, policjantów z
udziałem przyjaciół z AA i Al.-Anon. W organizacji
mityngu współuczestniczył Zespół Informacji Publicznej Regionu AA Warszawa. Na sali
obecnych było 90 osób w tym ze środowisk profesjonalistów: lekarze,
psycholodzy, terapeuci - 11 osób, kuratorzy - 21 osób, policja strażnicy
miejscy - 8 osób, pracownicy socjalni, urzędnicy - 23 osoby, pedagodzy,
nauczyciele, księża - 6 osób.
Prowadzącym mityng Włodek przywitał gości spotkania i
odczytał tekst wprowadzający oraz Preambułę AA. Jacek dokonał prezentacji
Wspólnoty AA (krótka historia AA w Polsce i na świecie, jubileusz 30-lecia AA w
Polsce, jubileusz 70-lecia w Toronto). Włodek zaprezentował Wspólnotę
AA - Płock (pierwsza grupa '' Grażyna '' w Płocku powstała w 1987
r.). Wiktor przekazał informacje nt. Programu 12
Kroków. Mówił o tym czym jest program, o programie
duchowym anonimowych alkoholików, o roli sponsora w procesie trzeźwienia. Wiktor
alkoholik z 22-letnim okresem abstynencji, mówił również o swojej drodze do
trzeźwości. Wypowiadał się na temat skutków jego picia i sposobów radzenia
sobie z nimi. Stosowanie przez niego Programu 12 Kroków uporządkowało jego
życie i nadało mu sens.
Andrzej przedstawił informacje o literaturze AA. Omówił
niektóre z nich: '' 12 Kroków i 12 Tradycji j '', '' Życie w trzeźwości '', broszura ''
44 pytania '', broszura '' Nowicjusz pyta '', ulotka '' Rzut oka na AA ''. Andrzej
mówił również o roli literatury w sytuacjach kryzysowych.
Literaturę
można zakupić w Fundacji BSK AA oraz poprzez internet
na stronie
www.fundacja.aa.org.pl.
Gertruda od 16 lat w Al.-Anon
przekazała informacje o Wspólnotach rodzinnych Al.-Anon
(grupy Al.-Anon w Płocku, ich rola i zadania). Świadectwo AA dali Jurek
i Jerzy, którzy ukazali swoją drogę upadku poprzez rozwój choroby
alkoholowej, od ostrego picia, poprzez mocne postanowienie bycia trzeźwym,
ukazanie własnej bezsilności wobec alkoholu po proces trzeźwienia oparty na
Programie 12 Kroków AA. Głos zabrali również profesjonaliści z Ośrodka Odwykowego ,,Atlantis'',
który mieści się w Areszcie Śledczym przy ul. Rakowieckiej w Warszawie. Pan Czesław
wypowiadał się na temat mityngów oraz współpracy Ośrodka z AA. Spotkanie zakończył Włodek, który
podziękował uczestnikom za przybycie.
Darek AA