MITYNG 07/97/2005
DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO
Samowystarczalni alkoholicy?
„Zawsze
wyciągaliśmy rękę. Gdy dostrzegaliśmy lata marnotrawstwa wpadaliśmy w panikę.
Gdy teraz sami zaczynamy płacić swoje rachunki, jest to zdrowa odmiana.”
„Zawsze byliśmy od czegoś zależni. W poczuciu nadmiernych ambicji
mieliśmy przekonanie, że zasługujemy na górę pieniędzy. Potencjalna niepewność
materialna jest losem niemal wszystkich ludzi na świecie.”/ JWB
Zadziwiła
mnie kiedyś na mityngu trudność w zbiórce „do kapelusza”. Byłem
nawet skłonny sam za własne pieniądze zakupić potrzebne produkty. Nie zrobiłem
tego, a istotę samowystarczalności zrozumiałem służąc jako skarbnik. Musiałem
nauczyć się robić zakupy za skromne środki grupy w tanim, odległym sklepie,
mimo że w drugiej kieszeni miałem własne pieniądze. Nauczyło mnie to szacunku
do tego, co mi powierzono. Mówi się, że postęp duchowy zawsze idzie przed
dobrobytem materialnym, nigdy odwrotnie. Lecz trudno bez pieniędzy skutecznie
nieść posłanie. Większość
funkcji porządkowych wykonujemy dla AA sami. Wielu z nas w ramach wypełnianej
służby ponosi koszty dojazdu, biletu, paliwa, mniejszych dochodów z własnej
pracy zawodowej. Cel jest jeden – nieść posłanie. Najdrobniejsze sukcesy
w tej kwestii przynoszą satysfakcję i trzeźwość. Łatwo jest nieść posłanie
za cudze pieniądze! Lecz mam wątpliwości czy jest to wówczas duchowe
posłanie AA? „Kiedy pracę traktowaliśmy wyłącznie jako źródło zarobku,
a nie jako szansę pożytecznego działania, kiedy zdobywanie pieniędzy w celu
zapewnienia sobie niezależności materialnej wydawało się ważniejsze niż oparcie
w Bogu pozostawaliśmy ofiarami nieuzasadnionych lęków”. /str75 JWB.
Często
po wytrzeźwieniu stawaliśmy się skąpcami i dusigroszami. Rozbawiła mnie kiedyś
odpowiedź pewnego alkoholika na pytanie: „a po co ta siódma tradycja -
boli mnie, że nie mam, co wrzucić do kapelusza!”. - „ I ma boleć.
On leży po to, abyś zobaczył, jakim się stałeś bankrutem w swojej chorobie!
Dziś samowystarczalność widzę w szerszym aspekcie - wzajemnej pomocy. Jeden
alkoholik pomaga drugiemu. Splatamy ręce na powitanie i po mityngu też, to
piękny symbol. Dzielimy się doświadczeniami z przebytej drogi w trzeźwości, jak
nie wracać do picia?! Pomagamy sobie wzajemnie spotykając się na mityngach AA.
Sponsorzy twierdzą, że więcej dostają niż dają. Podopieczni odwrotnie, że gdyby
nie sponsor to marnowaliby czas na odkrywaniu tego, co dobrze znane i
sprawdzone. Samowystarczalność w AA pokazała mi, że wielu z nas odnalazło w
naszych spotkaniach sens życia. Nawiązały się piękne znajomości, przyjaźnie.
Spotykamy się na ogniskach rodzinnych, rocznicach, zlotach radości, wczasach,
pielgrzymkach. Zaspokajamy swoje towarzyskie potrzeby. Codziennie dowiaduję
się, że nie jestem sam, ze swoim problemem, że innym bywa jeszcze trudniej. Nie
jest tak źle jak się czasem wydaje. Fenomen Programu AA dziś. też działa
Red. MITYNGU
MITYNG ORGANIZACYJNY - Gdzie się pojawia sumienie grupy.
Jedność
grupy nie jest czymś stałym, jest to raczej niekończąca się podróż. Żywy wyraz
temu dają mityngi organizacyjne, nazywane często mityngami sumienia grupy.
Jeżeli w naszej grupie te spotkania nazwiemy mityngami organizacyjnymi -
żartował ktoś z AA - nikt się na nich nie pokaże. Ponieważ każda z grup jest
autonomiczna, obserwujemy wiele różnych scenariuszy przeprowadzenia mityngu.
Bezspornym jest jednak, że jak pokazuje zbiorowe doświadczenia AA mityng
organizacyjny, który zwyczajowo przeprowadzany winien być raz w miesiącu lub
kwartale daje możliwość dokonania uzgodnień spraw zarówno pozornie nieistotnych
jak i ważkich dla grupy - od tego jak grupa może pomóc nowicjuszowi do dyskusji
nad pełnieniem służb w grupie. To tu następuje zgoda i osiągany jest grupowy
consensus. Niektóre grupy wyznaczają specjalne spotkania inwentury, gdzie
zbiorowe sumienie grupy decyduje o trudnych i konfliktowych sprawach i
poglądach. Celem takich spotkań jest poddanie osądowi grupy, wysłuchanie
różnych zdań i przedyskutowanie spraw przed przystąpieniem do głosowania. Nie
zawsze jest to dobrze interpretowane, ale sumienie grupy, które pojawia się w
Drugiej Tradycji pozwala pogodzić zróżnicowane osobowości i wznieść się ponad
osobiste ambicje, aby zjednoczyć się dla osiągnięcia podstawowego celu -
pozostać trzeźwym i pomagać alkoholikom, którzy jeszcze cierpią. Słowa naszej
Deklaracji Jedności mówią: „To powinniśmy czynić dla przyszłości
AA: Na pierwszym miejscu stawiać nasze wspólne dobro; Zachowywać jedność naszej
wspólnoty, gdyż od jedności AA zależy nasze życie i życie tych, którzy do nas
dołączą.” Broszura "Grupa AA" powszechnie
stosowana w amerykańskich i kanadyjskich grupach jako praktyczny poradnik jak
założyć grupę i jakie są zasady jej funkcjonowania podkreśla, że: "w
sprawach delikatnych grupa pracuje rozważnie, nie podejmując formalnych ustaleń
zanim nie wyłoni się wspólny pogląd. Dając pierwszeństwo zasadom przed
osobistymi ambicjami (Dwunasta Tradycja) członkowie grupy okazują swoją
nieufność wobec wszelkich przejawów dominacji, wsłuchując się w zdania członków
zanim w wyniku tego procesu, dobrze poinformowana grupa dojdzie do
porozumienia. W końcowym rezultacie dochodzi do głosowania (za i przeciw) i
jest to coś więcej niż zwykłe liczenie głosów - jest to wyraz działania sumienia
grupy jako całości." Mityngi organizacyjne zwykle odbywają się
przed lub po regularnym spotkaniu grupy AA i uczestnicy są o tym
informowani z wyprzedzeniem. Komunikowane jest to ustnie podczas mityngów,
umieszczane na tablicy ogłoszeń lub przedstawiane w formie specjalnych
plakatów. Czasami, gdy grupa czuje taką potrzebę, spotkania informacyjne
improwizowane są spontanicznie przed lub w trakcie mityngów. Konieczność
podjęcia decyzji o zmianie charakteru mityngu z zamkniętego na otwarty lub też
zareagowania w celu usunięcia z mityngu osoby, która może destruktywnie wpłynąć
na jego przebieg często wymaga natychmiastowego stanowiska sumienia grupy.
Większość z grup wykształciła w sobie praktykę, która jest stosowana w takich
wypadkach. Mityngi organizacyjne zwykle mają charakter nieformalny choć
zwyczaje i stosowane praktyki są indywidualne dla danej grupy. W niektórych
grupach przestrzegane są reguły parlamentarne pokazujące, że niektórzy
uczestnicy są zbyt niedoświadczeni w stosowaniu demokratycznych procedur albo
też czują się zbyt zastraszeni aby zabierać głos. W niektórych grupach, aby dać
możliwość podzielenia się każdemu swoimi poglądami stosowane są ilościowe lub
czasowe ograniczenia wypowiedzi w danej kwestii. Zdarza się też tak, że decyzje
podjęte przez sumienie grupy na podstawie nawet najbardziej idealnych procedur
są chybione. Przewidziane to zostało może trochę asekuracyjne przez naszych
poprzedników w Czwartym Gwarancie Koncepcji 12 - "gdy decyzja podjęta
przez zdecydowaną większość okaże się błędna nie powinno to być powodem do
wzajemnych oskarżeń. Każdy będzie mógł powiedzieć. Po wnikliwej dyskusji
podjęliśmy błędną decyzję - Z pewnością następnym razem pójdzie nam
lepiej!"
(Poradnik Służb AA / Dwanaście Koncepcji Służb wersja
amerykańska str. 69)
KROK
SIÓDMY - Zwróciliśmy się do Niego w pokorze, aby usunął nasze braki
ZYSKUJĄC WŁAŚCIWY WYMIAR
Na
pierwszy rzut oka Krok Siódmy wydawał się "pestką", szczególnie w
porównaniu z poprzedzającymi go Krokami. Jak to jednak zwykle bywa, przy
głębszym poznaniu jego pozorna łatwość
okazała się złudna. Myślałem, że ten krok jest czymś w rodzaju końcowego
przystanku, po którym będę mógł osiąść na laurach. W tym czasie bardzo się
myliłem. Kroki od pierwszego do szóstego pokazały mi jak wielce
niewystarczające były moje siły i zasoby w odniesieniu do mojego problemu z
alkoholem. Poza tym musiałem wykazać swoją gotowość do rozstania się z moimi
wadami charakteru (Krok Szósty), do czego w ogóle nie byłem przygotowany.
Wcześniejsze kroki z pomocą "weteranów" i mojego dobrego przyjaciela
pozwoliły mi w pewnym stopniu wniknąć w istotę mojego uzależnionego ja.
Słyszałem jednego członka wspólnoty składającego gratulacje drugiemu za
wypowiedź. W odpowiedzi mówca rzekł: "Nie dziękuj mnie, wyrazy uznania
należą się Bogu". Postanowiłem wtedy, że gdy ktokolwiek w przyszłości
podziękuje mnie za wypowiedź podobnie, pełny pokory odpowiem. W efekcie, gdy
pewnej nocy zaistniała taka sytuacja powiedziałem: "Nie dziękuj mnie.
To Bóg uczynił" Mój stary przyjaciel uśmiechnął się, czule mnie objął
i odpowiedział "Kochany, nie ma tak dobrze!". Od tamtego czasu
pokora stała się dla mnie swego rodzaju inspirującą pożywką. Od samego początku
widziałem moje wady znacznie wyraźniej niż moje zalety. To nie było dobre. Co
gorsza, pewne moje wady poczytywałem jako zalety. Podczas gdy inni członkowie
Wspólnoty zyskiwali na identyfikacji swoich wad, ja mogłem mieć tylko na to
nadzieję. Analizując zalecenia poszczególnych Kroków oraz prowadząc ciągłą introspekcję
zauważyłem, że miałem dużo zahamowań i obrzydzenia po przepiciu. W Kroku
Siódmym słowo "pokora" stało się kluczem do regulacji rozchwianych
emocji. Wiecznie gorączkowo szperałem po słownikach , aby znaleźć definicję
"pokory", która byłaby do zaakceptowania przez mnie. Nie zadawalała
mnie także wyśmienita interpretacja tematu podana w książce "Dwanaście
Kroków, Dwanaście Tradycji". Pokorny? Blaga! Czy nie nadużywałem tego?
Pokora to slogan? A może jest to upokorzenie? Przez całe moje życie uczono mnie,
że sam jestem odpowiedzialny za mój charakter z włączeniem jego wad -
odpowiedzialny za samodyscyplinę jak również samodzielność. Przypomina to mi
kumpla, który twierdził, że wszystko zawdzięcza sobie, a jego inny przyjaciel
dodawał, że taka postawa z pewnością zwalnia Boga z krepującej
odpowiedzialności! Mimo wszystko dostrzegam złotą nić prawdziwej pokory, którą
utkane są wszystkie Kroki i wiem jak wielkie znaczenie miała moja pokora dla
uzyskania trwałej trzeźwości. Zaakceptowałem definicję, którą odnalazłem w
nowym wydaniu słownika: "Pokora oznacza osobistą skromność bez utraty
szacunku i zasadniczo różni się od upokorzenia, które sugeruje wystawienie
człowieka na pośmiewisko, wstyd, poniżenie czy też głupotę" i "ani
nadmierną dumę ze swoich talentów i możliwości, ani przesadne zawstydzenie
wadami i nieumiejętnościami będąc bezbronnym wobec
nich" jak również "wolność od próżności". Innymi
słowy (cytuję Tyrona Edwardsa)
"Prawdziwa pokora nie jest poniżeniem, pogardą duszy, jest natomiast
naszą godnością i szacunkiem w oczach Boga". Moja gotowość do
usunięcia wad charakteru była poparta realizacją mojego rozwoju duchowego w
powiązaniu z moimi starymi przekonaniami i wadami.
Czy Krok Siódmy jest prosty? Nie dla
twojego uzależnionego ja !
LITERATURA !!!
Poznałem
już prawie wszystkie służby w grupie, nadal uczestniczę w spotkaniach intergupy, przychodzę do PIKu na
dyżury telefoniczne. Tu spotkałem się z kolporterami: Jackiem, Andrzejem i
świętej pamięci Adamem. Postanowiłem podjąć się służby kolportera. Po jakimś
czasie zgłosiłem się do Jacka i Andrzeja o poradę: jak zostać kolporterem? I
tym sposobem zostałem nim w grupie i intergrupie.
Pomyślałem, że może być to ciekawe nowe wyzwanie, nowi ludzie. Tak staram się
od początku mojej abstynencji okazywać swoja wdzięczność wspólnocie AA –
przez służbę nieść posłanie. Nie piję – więc mi się opłaca! Przygotowałem
się do tej służby, a na początek przeczytałem część naszej literatury. Szczerze
mówiąc przez pierwsze 3 lata abstynencji nie miałem za wiele z nią do
czynienia. Idąc za radą Adama przeczytałem „Anonimowi Alkoholicy”,
później „Życie w Trzeźwości” i kilka ulotek. Za każdym razem
stwierdzam, że zbyt późno się za to wziąłem. Mam wrażenie, że moje trzeźwienie
byłoby lepszej jakości, gdybym czytał wcześniej AAowską
literaturę. Gdy obejmowałem tę służbę czułem się jak rzucony na głęboką wodę,
ale ja umiem pływać, a poza tym czułem opiekę przyjaciół z większym
doświadczeniem, którzy rzucali mi koło ratunkowe, gdy zaczynałem tonąć.
Sprzedawałem literaturę i operowałem powierzonymi mi pieniędzmi. Choć moje
prywatne pieniądze nie bardzo się mnie trzymały to z majątkiem intergrupy obchodziłem się ostrożnie i rzetelnie. Miałem
pokusy żeby wydać troszkę na swoje potrzeby. W końcu nikt mnie tak szczegółowo
nie kontrolował, ale moje sumienie mi na to nie pozwoliło. Uczę się odpowiedzialności.
Przyjaciele obdarzyli mnie zaufaniem a ja nie chcę go tracić, bo ciężko mi było
je odbudować. Nie raz nie chciało mi się jechać na intergrupę,
ale „służba nie drużba” – musiał „ktoś” otworzyć
szafę i sprzedać literaturę. Teraz wdrożyłem się w życie intergrupy,
chodzę z prawdziwą przyjemnością. Spotykam się z ludźmi, rozmawiamy, nie jestem
samotny, czuję się potrzebny. Już nie myślę, że Ci w Warszawie to
„oni” i nie wiadomo, co „oni” na tej intergrupie robią, na co właściwie wydają te
„nasze” pieniądze? Uczestniczę w tym całą „gębą” i
sercem. Odwalamy kawał dobrej roboty w niesieniu posłania tym, którzy jeszcze
cierpią i nie wiedzą nic o wspólnocie AA, a jest sposób by żyć inaczej. Poprzez
moją służbę mam kontakt z AA i mogę przyglądać się innym służbom. Nie grozi mi
zasiedzenie się w grupie, choć nie uważam tego za coś złego, jednak wolę
zdobywać kolejne stopnie trzeźwości i postępować do przodu, rozwijając się jak
tylko się da i tak jak to możliwe. Służąc jako kolporter przez ponad rok, pojąłem
znaczenie hasła: „czysty stolik”. Sprzedaję tylko literaturę AA,
inne pozostawiając biznesmenem i akwizytorom. Ja nie zarabiam nawet złotówki na
literaturze AAowskiej. Wspólnota AA tak wiele mi
dała, że nie chciałbym choćby „troszkę” jej zdradzić swoim niekonsekwentnym
postępowaniem. Skoro jestem w AA – propaguję literaturę AA!
Postępuję zgodnie z własnym sumieniem i duchem 12-tu Tradycji AA.
To dla mnie najlepsza recepta na POGODĘ DUCHA!
Tego
i Wam życzę – Eryk
"Czy
stosuję Program Dwunastu Kroków
we wszystkich aspektach mojego życia?"
Wracałem właśnie z mityngu późną, wieczorową porą.
Miasto było ciepłe, gorące, pachniało asfaltem, majem, bzem i wspomnieniami
szalonych, tułaczych, alkoholowych
peregrynacji… Ludzie wysiadali z autobusów, trzymając puszki z piwem w
ręku, a mój wzrok bezwiednie wędrował na te puszki. Tak kiedyś też tułałem się
nocą po mieście. Fajnie było? Zaświtała w głowie nostalgia? Czyżbym zaczął
sobie wspominać coś, czego jako alkoholik nie powinienem wspominać, a
przynajmniej nie w ten sposób? Nagle usłyszałem trąbienie. Parę pasów jezdni od
ławeczki na której przysiadłem czekając na autobus, przez niezmierzone
przestrzenie asfaltu, przez ocean jezdni, kołysząc się z boku na bok, niczym
kuter rybacki wchodzący po sztormie do portu, wędrował przez ulice pijany
jegomość, zupełnie nie zwracając uwagi na trąbiące wściekle auta. Cudem jakimś
dotarł do mojego przystanku. Nic mu się nie stało. Bełkotał coś i machał ręką,
odganiając się, jak od much. Ten gość i te trąbiące samochody, to też klisza z
filmu, jaki dobrze znam. Ze mną w roli głównej. I w mojej głowie natychmiast
wszystko ustawiło się w odpowiednim porządku - nie dla mnie już puszki z piwem
w autobusie. Nie dla mnie, bo jestem alkoholikiem. Przyznałem, ze jestem
bezsilny wobec alkoholu - że przestałem kierować własnym życiem. Mnie taka
jedna puszka piwa doprowadzi natychmiast do stanu, w jakim był ten "kuter
asfaltowy". W tej chwili na przystanku, w głowie przepracowałem Krok Pierwszy
- od patrzenia na ludzi z puszkami piwa w dłoniach, po przypomnienie sobie, kim
jestem, gdy przypatrywałem się przygodom brata alkoholika, jeszcze
cierpiącego...
Czekałem na autobus. Dość długo go nie
było, a ja zacząłem się czuć źle. Siedziałem jeszcze po mityngu, rozmawiając o
naszym Programie z Przyjacielem, a teraz wracam po nocy. Złapałem za telefon i
zadzwoniłem do domu. Po co? Żeby powiedzieć, ze czekam na autobus, ze będę za
pół godziny. Niech Magda się nie martwi. Zrobiłem malutki ułamek mojego Kroku Dziewiątego
- zadośćuczyniam także przez takie proste uczynki.
Dzwonię w takich sytuacjach, bo przez wiele lat robiłem odwrotnie, wyłączając
telefony, kryjąc się i kłamiąc.
Wsiadłem do autobusu. Zbliżyłem się do
kierowcy, by zakupić bilet i okazało się, że bilety mu się skończyły. Podjąłem więc decyzję, by dalej kontynuować jazdę, pomimo
zagrożenia, jakim była możliwość pojawienia się kanarów i obłożenia Tomka
Alkoholika trzeźwego mandatem karnym. Nie wiem, który z Kroków wtedy wykonałem,
ale zapewne Trzeci - powierzyłem swoje życie i kwestie ewentualnych opłat za
jazdę na gapę opiece mojej Siły Wyższej. Szybko skalkulowałem też wymówkę,
jakiej użyję w wypadku złapania mnie - że przecież kierowca nie ma biletów, a
powinien mieć, więc jestem czysty. Wykonałem też częściowo Krok Dziesiąty - bo
podsumowałem swoje zachowanie i z miejsca przyznałem się do błędu (w końcu
powinienem był zabezpieczyć bilet wcześniej i mieć pewność i spokój), co nie
zmieniło jednak mojej decyzji i rozsiadłem się wygodnie na siedzeniu zaraz
niedaleko kierowcy. Gdzieś brzęczało coś w uszach o "bezwzględnej
uczciwości", z rozdziału "Jak to działa", ale w końcu jechałem
sobie spokojnie dalej, a winny i tak był kierowca.
Wyciągnąłem z torby ostatni, majowy numer
biuletynu "Mityng" i wgłębiłem się w lekturę. Czytałem właśnie z
radością, jak ktoś krytycznie pisze o materiałach "Służba po
służbie", bo coś żywego się zadziało w tym tekście, no prawie całkiem, jak
na gorącej inwenturze, gdy autobusem mocno szarpnęło. Spojrzałem w przód.
Staliśmy w wąskiej uliczce, którą normalnie ten autobus nie jeździ. Ale Boże
Ciało, procesje i miasto poblokowane, porobione
objazdy. Przed nami, po prawej, jakieś roboty drogowe, po lewej zaparkowane
auto przed knajpą, ale tak, że autobus się nie
zmieści. Kierowca nagle wstał i wyszedł ze swojej kabinki, stanął przed
pasażerami i zaczął perorować: - Debil!!! Widzieli Państwo debila? O - debil! W
naszym kraju tacy debile są!!! Zaparkować w ten sposób - przecież tylko debil
może tak zaparkować!!! Ludzie z autobusu patrzyli z milczeniem, a ci z dalszych
miejsc pewnie nie wiedzieli w ogóle, dlaczego kierowca tak krzyczy. Tymczasem
on wyznawał drugiemu człowiekowi istotę jego błędów. Zagłębiłem się w lekturę,
wykonując Krok Drugi - uwierzyłem, ze Siła Większa ode mnie rozwiąże te
wszystkie problemy i kierowcy przywróci zdrowie i równowagę. Po kilku minutach
i trąbieniu jeszcze jednego autobusu stojącego przed nami, ruszyliśmy w dalszą
drogę.
To nie był jednak koniec przygód. Kierowcy
i mnie siedzącego niedaleko, z numerem majowym biuletynu "Mityng" na
kolanach. Oto zatrzymaliśmy się na przystanku pod Muzeum Narodowym. Tuz przed
nami stał autobus linii prywatnej, jeżdżącej do podwarszawskich miejscowości.
Ponieważ zajmował on cala "zatoczkę" przy przystanku, kierowca naszego
autobusu czekał spokojnie, aż tamten odjedzie. Wtedy podbiegła do przednich
drzwi spocona, zdenerwowana starsza pani. - Pan wypuści, bardzo pana proszę!
Bardzo proszę, to na tamten zdążę się przesiąść!!! - mówiła
patrząc błagalnie. Kierowca westchnął i otworzył przednie drzwi, które rozwarły
się z sykiem. Starsza pani truchtem dobiegła do stojącego przed nami autobusu.
Zdążyła wsiąść. Ale w tej właśnie chwili z przystanku ruszyła grupa czekających
pasażerów i zaczęła się wdzierać do naszego autobusu, przez drzwi, które
właśnie z dobroci serca, otworzył kierowca. Wskoczyła młodsza zdyszana kobieta
i spojrzała na kierowcę tak piorunującym spojrzeniem, ze na jego miejscu
natychmiast zamienił bym się w kupkę popiołu z kawałkiem nadpalonego krawatu ze
znaczkiem MZA. - Jak tak można!!! -
wysyczała - Jak tak można, dwadzieścia metrów od przystanku drzwi
otwierać!!!!!! Co pan sobie myśli!!! Przyjrzałem się
kierowcy i jego zamglonemu spojrzeniu, skierowanemu w dal. Przysiągłbym, ze,
pomimo ciemności, widziałem, jak bieleją mu kostki rąk zaciskanych na
kierownicy. Tym razem jazda do następnego przystanku trwała krótko, była
dynamiczna i nawet, rzec by można, w pewnym sensie rajdowa. Zajechaliśmy na
Rondo Waszyngotona. Schowałem do teczki biuletyn
"Mityng" i stanąłem do wyjścia. Zebrałem się w sobie, i przechyliłem
przez szybkę, gdy kierowca już otworzył drzwi.
-Wie pan co? - powiedziałem mu - Życzę Panu Pogody Ducha.
I facet nagle
rozjaśniał na gębie, uśmiechnął się szeroko.
- Dziękuje Panu! - odpowiedział,
śmiejąc się.
Po zrobieniu tego Dwunastego Kroku i
zaniesieniu posłania AA do innych, zacząłem stawiać kolejne Kroki z przystanku
w stronę domu. Spojrzałem na autobus. Gdy mnie mijał, zobaczyłem, że
uśmiechnięty kierowca macha mi ręką.
Tomek DeDektyw
Alkoholik
„Jak AA współpracuje z profesjonalistami”
W dniu 25 maja 2005 r. w Otwocku
odbyło się spotkanie z profesjonalistami z okazji obchodów 25-lecia AA w
Warszawie. W spotkaniu udział wzięli zaproszeni profesjonaliści: dr. Bohdan Woronowicz / powiernik klasy A/, Jerzy Jechalski - Kierownik Oddziału Psychologii Szpitala MSWiA w Warszawie, ks. Adam oraz przyjaciele ze wspólnoty
AA. Gości powitał Mirek i o zabranie głosu poprosił dr Bohdana Woronowicza. Dr
Bohdan Woronowicz w swojej wypowiedzi odniósł się w pierwszej kolejności do
określenia „profesjonaliści”. Wg dr Woronowicza mianem
profesjonalista powinno się definiować osoby, które mają własne doświadczenia w
pracy z osobami uzależnionymi, ukończyły odpowiednie szkoły i najlepiej, aby
miały stosowny certyfikat. Nie zgadza się, że profesjonalistami są osoby, które
legitymują się tylko ukończonymi szkołami a także ze stwierdzeniem, że tylko
alkoholik może pomóc drugiemu alkoholikowi. Najlepszym sposobem pomocy
alkoholikowi jest połączenie wiedzy lekarza i doświadczenia innego alkoholika.
Dr Bohdan Woronowicz jako pierwszy w Polsce zaprosił alkoholików ze Wspólnoty
AA na oddział detoksykacyjny do Instytutu Neurologii w Warszawie przy ul.
Sobieskiego aby podzielili się z pacjentami swoim doświadczeniem i nadzieją na
trzeźwe życie. Współpraca profesjonalistów ze Wspólnot AA przynosi wymierne
efekty: odciąża lekarzy w pracy, zapewnia spokój o pacjenta po leczeniu na
oddziale, daje możliwość pacjentowi uzyskania pomocy w każdej chwili (mityngi),
drugi alkoholik jest czasem bardziej wiarygodny (poprzez swoje doświadczenie
niż profesjonalista. Następnie głos zabrał mgr Jerzy Jechalski
- psycholog, Kierownik Oddziału Leczenia Uzależnień Szpitala Specjalistycznego MSWiA w Otwocku, który powiedział, że wiedzę otrzymał od
alkoholików na początku lat 90-tych tj. od kiedy zaczął ich leczyć. Dzięki
Wspólnocie AA nie tylko poznał program AA ale także otrzymał możliwość zmiany
własnego życia duchowego. Wg Jerzego Jechalskiego
profesjonaliści to osoby biorące pieniądze za pracę z osobami uzależnionymi. Są
trzy kategorie profesjonalistów: mistrz, rzemieślnik i partacz. Oczekuje od
Wspólnoty AA, żeby istniała i dalej wspaniale opiekowała się osobami
uzależnionymi. Wspólnota AA nauczyła dr Jerzego Jechalskiego
pokory, słuchania innych oraz udowodniła, że nie zawsze racje mają profesjonaliści.
Ks. Adam - bardzo serdecznie podziękował za zaproszenie i powiedział o wielkiej
potrzebie istnienia Wspólnoty AA, która przyczynia się do lepszej jakości
życia. Tadeusz - alkoholik z Galicji, delegat narodowy wybrany przez Krajową
Konferencję -powiedział o współpracy i opiece profesjonalistów nad mityngami AA
w USA, która bardzo dobrze się rozwija i sprawdza w praktyce. Dr Bohdan
Woronowicz stwierdził, że kiedy mówi się o zasługach Wspólnoty AA dla
trzeźwienia alkoholików nie można deptać innych i nie zauważać zasług
terapeutów i oddziałów uzależnień. Suma doświadczeń terapeutycznych i mityngów
powoduje najlepszą jakość trzeźwienia. Wspólnota AA i profesjonaliści nie mogą
traktować się jak konkurenci i uważać, że tylko jedna ze stron lepiej rozumie
alkoholika lub coś lepiej wie. Mgr Jerzy Jechalski
podkreślił, że alkoholik to istota bardzo skomplikowana. Klucze do alkoholika
są w rękach profesjonalistów, Wspólnoty AA i Klubów Abstynenckich. Nie należy
więc się wzajemnie zwalczać. Nie może być licytacji kto jest ważniejszy. Każdy
ma swoją rolę w procesie trzeźwienia alkoholika. Dr Bohdan Woronowicz zwrócił
uwagę na problem związany z przyjmowaniem leków przez trzeźwiejących
alkoholików. Potępia branie leków jako środek na niepicie, ale jednocześnie neguje
bezpodstawne oskarżenia na mityngach AA alkoholików biorących leki depresyjne
(prawidłowa diagnoza lekarska) jako lekomanów i osoby, które zastąpiły alkohol
lekami. Dzięki lekom te osoby mogą normalnie funkcjonować. Na koniec spotkania
Mirek podziękował gościom i przyjaciołom z AA za udział w spotkaniu.
Tablica Trzeźwości
Na początku mojej trzeźwości kupiłem sobie korkową
tablicę. Postawiłem ją na wielkim biurku, przy którym pracuję i zacząłem
zawieszać na niej różne karteczki, z ważnymi dla mnie sprawami. Tak, żebym nie
zapomniał i żeby zawsze gdy siadam do komputera (pracuję sporą część czasu w
domu) te najważniejsze rzeczy docierały do mnie mimochodem. Na tablicy zawisł
tekst "Dezyderatów", który międliłem w głowie bardzo długo,
zastanawiając się, czy świat jest rzeczywiście, taki jaki być powinien, pojawił
się list Rudyarda Kiplinga, który wieloma pięknymi
zdaniami mówił mi tym, jakie warunki muszę spełnić, bym mógł nazwać się
człowiekiem, a także wiele innych karteczek z mądrościami AA - "daj czas
czasowi (do czasu)", "Tu i teraz", oraz tekst modlitwy o Pogodę
Ducha, po polsku a nawet po fińsku, otrzymany swojego
czasu od Przyjaciół ze Skandynawii. Do tego modlitwa Kroku 11. I jeszcze różne,
inne, filozoficzne i piękne teksty. Wisiały tak dzień po dniu przez te dwa i
pół roku, jak nie piję. Ja patrzyłem na nie, myślałem, a mózg aż się
gotował… Aż dzisiaj, gdy usiadłem, jak co dzień od dwóch i pół lat przy
tym samym biurku, dotarła do mnie porażająca prawda. Tablica z tymi wszystkimi
mądrościami, pięknie sformułowanymi zdaniami, a nawet wezwaniami, bym modlił
się o odwagę potrzebną do zmieniania rzeczy, które mogą zmienić, stała nie
zawieszona, jak należy na ścianie, ale oparta o nią. Z tyłu, na tablicy, gdy ją
kupiłem, nie było niezbędnych uchwycików, więc
postawiłem ją wtedy, ot tak, na blacie, oparłem "plecami" o ścianę i
zacząłem przyczepiać karteczki z mądrościami trzeźwościowymi.
Pomyślałem wtedy - "kiedyś kupie takie uchwyciki
i ją zawieszę, jak należy". Ale nie kupiłem i nie zawiesiłem. Czas płynął,
a ja, co pewien czas myślałem sobie - "kurczę, powinienem zawiesić tę
tablicę, bo to jest niechlujne i zabiera mi miejsce z tyłu na biurku". Ale
ciągle odkładałem tę sprawę, ciągle były "pilniejsze". "Zajmę
się tym kiedy indziej, teraz mam ważniejsze sprawy na głowie". Aż do
dzisiaj. Do dzisiaj, gdy siadłem przed nią i nagle dotarło do mnie, że ta
tablica jest jak symbol tego wszystkiego, co ja często robie ze sobą, pracując
nad Programem - że widzę wierzchnią filozofię, a nie sięgam po rzeczy konkretne
i takie tuż obok mnie do zrobienia. Że koncentruję się na
"karteczkach" i "mądrościach", a zapominam o zwykłym uchwyciku. Że jak żona mi czegoś nie wytknie, to mi się nie
chce za to zabrac w domu. Szybko się ubrałem i
pobiegłem do sklepu z gwoździami. Kupiłem uchwyciki.
Kosztowały 0,90 złotego. Tyle kosztowała dzisiaj moja trzeźwość. Gdy piszę te
słowa tablica już wisi na ścianie. Cała operacja trwała dziesięć minut, a ja
odkładałem ją przez dwa i pół roku.
Tomek alkoholik, Warszawa, grupa macierzysta "W
drodze"
PS.
Jeszcze jedno na koniec. Jak wracałem z tego sklepiku, z uchwycikami
w kieszeni, to tak się ucieszyłem, że zaraz wykombinowałem, jaki tekścik o tym
napiszę do biuletynu MITYNG. Ciągle jest we mnie
jeszcze ta natura, ta chęć błyszczenia i popisywania się.
Porozmawiajmy
U
zbiegu ulic Targowej i Solidarności w Warszawie stoi cerkiew prawosławna.
Codziennie jadąc do pracy oglądam jej kopuły wyłaniające się pośród zieleni
drzew. Wiele lat temu byłem w środku. Nie pamiętam dlaczego, ale byłem. Innym
razem, w zupełnie obcym mieście za granicą złapał mnie ulewny deszcz. Nie
rozmyślając długo schroniłem się w pobliskiej cerkwi. W ten sposób zostałem
przypadkowym świadkiem uroczystości chrztu. Wszystko wyglądało szalenie
malowniczo. Złocenia, liczne palące się świece. Wrażenia potęgowały melodyjne
śpiewy, na które jestem uwrażliwiony. Zauroczony patrzyłem na "ich"
zachowania jakby coś na kształt zakazanego a może odmiennego zjawiska. Typowe
dla turysty uczucie odrębności. Ja i reszta świata. Oczywiście, zadowolenie z
oglądanej uroczystości ani przez moment nie świadczyło o mojej wierze. Ktoś
wyciągający opinię na podstawie zaobserwowania mojej obecności w cerkwi byłby
daleki od rzeczywistości. Podobne uczucie towarzyszyło mi w czasie pierwszych
mityngów. Z jednej strony wzruszałem się wysłuchiwanymi opowieściami a z
drugiej czułem się jak wspomniany turysta. Miałem ciągle uczucie, że za chwilę
wyjdę i nic mnie nie będzie łączyć z ludźmi z mityngu. Wzrosło ono jeszcze gdy
w domu i pracy nastąpiły objawy zmian na lepsze. Coraz więcej zaczęły się
pojawiać myśli o rezygnacji z mityngów tym bardziej, że historie już nudziły,
powtarzały się wielokrotnie. Jeszcze jak przyszedł ktoś nowy to była chwila
naturalnej świeżości a potem atmosfera wracała do szarej rutyny. Przecież i tak
nie piłem, a czy muszę ponosić trudy wspólnotowego życia? A w ogóle jestem
tutaj tylko na chwilę. Zauważyłem, że takich jak ja „turystów”
oczekujących od innych stale nowych wrażeń było chyba więcej. Dawała się
zauważyć ich pobłażliwa obojętność do nawoływań o zgłaszanie się do służb.
Zainteresowanie wzbudzały jedynie informacje o zabawach i spotkaniach
jubileuszowych. W końcu i to też nudziło. Powoli opuszczali szeregi uczestników
mityngów zanim poznali smak pełniejszej trzeźwości. Ja też się szykowałem. Nie
wiem oczywiście jak by wyglądało moje dalsze życie gdyby nie pewne zdarzenie.
Na mityng przyszedł po dłuższej przerwie jeden z "turystów". Wyglądał
żałośnie. Brudny, zarośnięty, gołym okiem widać było, że wypił dużo więcej niż
mógł. Najdziwniejsze, że mówił o wyjątkowym szczęściu, że czuje się wybrańcem
losu. Jego kolega tej pijatyki nie przeżył. - To nie był jedyny znany mi
przypadek. Przypomniałem sobie wielu, których zabrała gorzała. Następstwa picia
mogą być tragiczne, a ja też nie tak dawno byłem blisko końca. Alkoholizm to
nie żarty. Przestraszyłem się. Już setki razy słyszałem, że gdy alkoholicy nie
wzniecają w sobie zapału do służb, nie rozwijają ideałów, nie są dumni z nowej
postawy, to również nie będą mieli siły by bronić swej trzeźwości. Tu miałem
przed oczyma kolejny przykład. Zrozumiałem, że "turystyczne"
trzeźwienie nie zawsze kończy się sukcesem.
Marek Warszawa 5 06 2005r
Warsztaty krok 4 i 5
W
naszym PIKu, na ul. Berezyńskiej 17 spotkaliśmy się
4.06.2005 aby porozmawiać o doświadczeniach z pracy nad czwartym i piątym
krokiem. Ciekawe materiały przygotowała grupa „Michał” i oni
poprowadzili spotkanie. Wielu z Nas pojechało do Częstochowy na pielgrzymkę.
Lecz ci, którzy zostali skorzystali nie mało. Przynajmniej ja. Próbowaliśmy
omawiać punkty, które wzbudzały najwięcej wątpliwości w rozumieniu i realizacji
programu AA. Większość z nas mówiła o zasadności pracy ze sponsorem w AA.
To bezpieczna i korzystna forma. Jeden z uczestników przyznał, że wyznanie
niektórych wad było możliwe dopiero przed psychologiem. Mówiliśmy o swoich
wynaturzonych popędach, o egoistycznych i egocentrycznych postawach. O
zaburzonych relacjach z otaczającymi ludźmi. Wielu z nas mówiło o braku
odwagi przed zabraniem się do pracy nad programem. Jeden z nas mówił o
niechęci do pozbycia się niektórych wad, są one czasem przyjemne, kuszące,
podniecające lecz trudno z nimi żyć i osiągać trwałą trzeźwość. Wracanie do
przykrych przeżyć z okresu picia może wydawać się niecelowe, lecz jak
dokonać remanentu nie okazując pokory w gruntownym i odważnym spojrzeniu na
swoje mało odpowiedzialne życie? Jak stanąć w prawdzie o sobie nie
użalając się nad sobą, poskromić pychę? Jak stać się na powrót sobą, jak
pokonywać strach i poczucie winy, odejść od swojej boskości, jak
odnaleźć sposób na bycie lepszym dla innych? Czy próżność jest czymś złym? Wszyscy
zgodnie uznaliśmy, że odnalezienie odpowiedzi na te i podobne pytania ułatwia podjęcie
ćwiczeń wypełniając służby w AA. Niewątpliwie udział w tych warsztatach
pozwolił nam dokonać kolejnego postępu w przełamaniu oporu do wypowiedzi o
swojej uczciwości w realizacji programu AA.
Krokowi piątemu poświęciliśmy czas po
przerwie. Dotarcie do istoty naszych wad okazało się bardziej złożone i
długotrwałe w procesie trzeźwienia. W moim odczuciu „istotę wad
charakteru” coraz to na nowo spostrzegam w miarę wkładanej pracy nad
sobą. Kolejność wyznawania naszych wad: Bogu, sobie i drugiemu człowiekowi nie
miała aż tak wielkiego znaczenia. Można je wyznać innemu alkoholikowi lub
duchownemu, każdy sam decyduje. Bez względu na kolejność pokora jest niezbędna
na drodze do wybaczania. Piłem, aby się nie bać, by zyskać akceptację
środowiska, by uciec od problemów, aby być kimś innym-wielkim, z powodu
ustroju, braku pracy lub jej nadmiaru – wyznawali uczestnicy
warsztatu. Odrzuciliśmy wiarę, Boga, dekalog i wszelkie zasady, które nam
stały na drodze do władzy, prestiżu, realizacji własnych ambicji. Lęk,
strach, nieudane dzieciństwo, brak zasad moralnych, społecznych, nie
przestrzeganie ich, przekora, egocentryzm, pycha, nadmierne oczekiwania, to
istotne powody moich błędów. Ponownie przypomniano zdanie z literatury AA:
„…jak gębko musimy cierpieć, nim nauczymy się prostych prawd,
według których należy żyć?” Pod koniec spotkania pojawiła się
najbliższa mi refleksja określająca istotę moich wad. Najtrafniej jest ona
ujęta w 12-tej tradycji „ przypominając nam o pierwszeństwie zasad
przed osobistymi ambicjami”. Niewątpliwie to sam alkohol zmusił nas do
słuchania rad innych, gdy nasze sposoby na szczęśliwe życie nie sprawdziły się.
sprawę zdał Lechu, alkoholik