MITYNG 08/98/2005
DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO
Moja wdzięczność a literatura AA
Od pierwszych dni mojej
obecności w AA czułem wdzięczność głównie za abstynencję, wiele opowiadałem o
niej. Wydawało mi się, że osiągnąłem swego rodzaju „mistrzostwo
świata”. Gratulowałem sobie, że spotkał mnie ten rodzaj
„wyróżnienia”. To nie lada wyczyn! Pozwalało mi czuć się lepszym,
przecież nie piłem! Oczekiwałem nagród, uznania. Wydawało się, że reszta sama
się dokona. Wystarczy być! Przecież nie chciałem być alkoholikiem. To nie ja,
to choroba! Nie potrafiłem wówczas nic więcej z siebie dać, bo nie umiałem i
sam nie miałem wiele. Prawdziwą wdzięczność znacznie później zacząłem okazywać
wspólnocie. Czytane fragmenty i wiedza z literatury nie przekładały się na moje
życie. Mawiałem: „wiem wszystko a nic nie działa”. Prawdę mówiąc
nie bardzo rozumiałem sens słów z literatury. GOTOWOŚĆ kojarzyła mi się jak
dawniej z życzeniowym chciejstwem nie zaś z deklaracją podjęcia działania, by
zacząć wiarę przekuwać w uczynki. Największym hamulcem był strach i pycha które ręka w rękę próbowały powstrzymać nas…
Intuicja mówiła mi, że coś robię nie tak, może szukam drogi na skróty?
Dokonałem obrachunku moralnego ze sponsorem. Zwolniłem tempo życia, bardziej
odszukując wolę Boga wobec mnie niż kreując własną. Nie bez oporu i buntu.
Zacząłem mieć wątpliwości: „czy umiem kochać”, „czy pragnę
wybaczenia, czy potrafię je dawać”, „czy byłem ofiarą, czy
oprawcą”, „co mnie łączy a co dzieli z moją rodziną”,
„czy chcę być lepszy od innych, czy dla innych”, „na czym polega
braterstwo”? Wiele odpowiedzi znalazłem podczas spotkań ze sponsorem,
brałem udział w warsztatach tematycznych w naszym PIK-u, nawet podczas
konferencji zyskiwałem praktykę. Przyglądałem się tym, którzy żyli szczęśliwie
w AA. Pozazdrościłem im „poskładania swoich rodzin”, pogody ducha,
pokory. Przypomniało mi się: jeśli pragniesz tego co
my w AA posiadamy…, rzadko się zdarza by doznał niepowodzenia ktoś,
kto…? Zacząłem ponownie zaglądać do „Anonimowi Alkoholicy” i
„12x12” wypisując zdania, które szczególnie dotyczyły moich
trudności. W miarę wczytywania się coraz bardziej odnosiłem wrażenie, że cała
treść jest mi coraz bliższa, i że mam przed sobą „gotowca”. Idąc za
sugestią mojego sponsora uczestniczę w służbie wspólnoty. Z zadziwieniem
stwierdzam, że mogę w ten sposób uczyć się stosować to, co wyczytywałem z literatury.
Wyraźniej niż kiedykolwiek dostrzegłem sens istnienia zespołów tematycznych
działających w Regionie jako miejsce ćwiczeń. Zaangażowałem się w jeden z nich.
Nie zostałem z boku, mówiąc o swojej wiecznej niegotowości. Początkowo było mi
trudno. Przy okazji nauki, stawałem się użyteczny, potrzebny, wdzięczny AA.
Uczyłem się bezinteresowności, łagodziłem w ten sposób samotność i porażki w
życiu prywatnym, czasem bardzo bolesne, jednak będące konsekwencją mojej
nieodpowiedzialności jeszcze z „tamtego życia”.
Czasem jeszcze użalam się, czasem skowyczę pogrążając się w swoim
cierpiętnictwie nie jestem idealny! Nikt nie mówił, że będzie łatwo i
przyjemnie, do AA nie przyszliśmy się zabawić, nie ma tu aniołów i ideałów
– pocieszacie mnie. To prawda. W nadziei podtrzymują mnie doświadczenia
innych AA i Al-Anon, nie jesteś sam, nie jesteś
jedyny, jest nas wiele, twoje problemy są na miarę twoich sił - dodajecie
otuchy. Przy okazji pokochałem drugą wspólnotę: Al-Anon,
którą dotąd lekceważyłem. Spostrzegłem, co nas łączy! Dobrze, że jesteście!
Moja rodzina zdrowieje.
Razem z wami dojrzewam do potrzeby tworzenia mojej listy osób
skrzywdzonych. Wpisałem na nią moją żonę, synów, siebie, rodziców, moich braci,
znajomych, sąsiadów. Swoich najbliższych raniłem najdotkliwiej. Trudno nadal
trzymać się przekonania, że pijąc nigdy nie skrzywdziłem nikogo prócz siebie.
Trudne to do przyjęcia, ale nie niemożliwe.
L. alkoholik
Wdzięczność jest pamięcią
serca.
Dziś,
gdy z sukcesem przeżywam kolejne trzeźwe drzwi, w mojej pamięci, sercu i
najskrytszych zakamarkach mojej duszy chyba na zawsze pozostaną trzy
wydarzenia, które stanowią kamienie milowe mojego nowego życia.
Pierwsze z nich to moje przyjęcie do wspólnoty
AA. Pamiętam mój bezgraniczny wstyd, proboszcza który
doprowadził mnie pod drzwi salki katechetycznej, oklaski, uścisk dłoni, czułe
objęcie mnie przez moją "matkę chrzestną" Danusię i ciepło oraz
bezwarunkową miłość jaką zostałem obdarzony. Jestem wdzięczny za to nowe dla
mnie poczucie bliskości, które wiem że płynie ze
wspólnego dla nas wszystkich cierpienia. Od tego czerwcowego ciepłego wieczoru,
a było to 3 lata temu zaczęło coś we mnie się zmieniać - był to początek mojej
nowej drogi.
Drugie to swoista chwila prawdy w moim życiu -
mój ostatni jakże upokarzający 45 dniowy ciąg alkoholowy. W tym doświadczeniu,
które dane mi było przeżyć za sprawą mojego miłującego Boga było wszystko: ja
na “urwanym filmie” leżący pod drzwiami mojego domu rodzinnego,
izba wytrzeźwień, dołek, wielkie cierpienie zapijane co
rano, ucieczka żony z moją ukochaną córką z domu i całkowita utrata mojego
wizerunku w oczach moich przyjaciół, sąsiadów i najbliższych. Dziś moje serce
jest pełne wdzięczności za to, że dane było cierpieć ból tych dni i mojego
alkoholizmu, bo bez tego nie był bym tym kim dziś
jestem, nie byłoby tej nowej jakości życia, którą teraz odczuwam.
I ostatnie chyba kluczowe wydarzenie w moim życiu
to pobyt na stacjonarnej terapii odwykowej. Tam nastąpiło moje uznanie,
uwierzenie i powierzenie - swoista akceptacja i gotowość do zmiany moich
przekonań. Jeszcze raz pełen wdzięczności chylę głowę przed moją terapeutką Ewą
i innymi przewodnikami. Poza tym, że wręczyli oni mi elementarz, przekazali mi
wiedzę, ukształtowali mnie duchowo uświadomili mi przede wszystkim, że jednym z
niesamowitych narzędzi, jakie mogę wykorzystać do poprawy mojego życia, jest
wdzięczność.
Dziś radując się i będąc wdzięcznym za to co mam, nie zamartwiam się niepotrzebnie tym czego
jeszcze nie posiadam, czy też nie osiągnąłem. Bardzo bliska staje się mnie
definicja cnoty wdzięczności wypowiedziana przez św. Augustyna: "Jest to
pamięć o otrzymanych darach i chęć odpłacenia za te dary". Wiem, że podstawa
wdzięczności uwidacznia się w bezinteresownej służbie potrzebującym i tym,
którzy jeszcze cierpią. Dlatego też, staram się aktywnie działać we wspólnocie
AA, której tak wiele zawdzięczam. Wyrazem tego są podejmowane przeze mnie
służby, aktywny udział w mityngach, czy też praca w zespole literatury. Jestem
wdzięczny mojemu Bogu, który tak sowicie mnie obdarował, dał mi odwagę, wiarę w
siebie samego i zainspirował
do działania. Za sprawą łaski Bożej dosięgnął mnie cud zdrowienia i połączyła braterska
więź w AA jakiej nigdy przedtem nie zaznałem.
Wielką zaletą wdzięczności jest fakt, że do
mojego życia powraca spokój i pogoda ducha jako alternatywa dla poprzedniego
chaosu, beznadziei i samotności. Już nie muszę żałować przeszłości, żyję Tu i
Teraz oraz posiadam duchową perspektywę życia. Dzięki ci Boże za Program i
Wspólnotę AA, gdzie spotkałem wielu kochających ludzi, a ja tę miłość mogę
odwzajemnić. We Wspólnocie nieustannie uczę się korzystając z doświadczenia
innych. Odczuwając wdzięczność, poprawiam sobie samopoczucie i własnoręcznie
przyczyniam się do polepszenia mojego życia. Moja lista wdzięczności każdego
mojego trzeźwego dnia jest coraz dłuższa - owoce wdzięczności wciąż rodzą się
na nowo.
Andrzej 04 AA
Wdzięczność i Literatura AA
Kilka książek, trochę broszur
i ulotek, za co być tu wdzięcznym – pomyślałem. A jednak, gdy
przeglądałem książkę „Jak to widzi Bill” napotkałem takie zdanie
(Wdzięczność należy kierować naprzód) i dalej (Serce przepełnione wdzięcznością
nie pozwala na zarozumialstwo). Kiedy to przeczytałem, głęboko się zastanowiłem. Ja czynny alkoholik byłem tak zarozumiały i
przemądrzały, że ludzie zdrowi czuli do mnie wstręt, a nie tylko zdrowi,
towarzysze od gorzałki też mieli mnie dość, często słyszałem: dawaj ile masz do
przepicia i wynoś się, bo zaraz będziesz się wymądrzał. Mam
za co być wdzięcznym. Rozwiązania zawarte w doświadczeniach opisanych w
literaturze pozwalają mi dostosować moje trzeźwiejące życie do realiów dnia
codziennego. Wdzięczność moja jest ogromna za to, że uczę się pomagać innym, a
wskazówki, jak to zrobić znalazłem w literaturze. Dziś literatura w dużym
stopniu naprawia mój wypaczony alkoholem charakter. Ja tylko czytam i staram
się zrozumieć i stosować te proste rozwiązania w życiu. Jeżeli trafię na
trudniejszy fragment, czegoś nie zrozumiem to proszę przyjaciół o rozmowę.
Jestem wdzięczny, że mam przyjaciół, a oni mają literaturę, w ten sposób
problem, jaki napotkałem możemy rozwiązać wspólnie nawet przez telefon. Przypominam
sobie sytuację: w pracy doszło do nieporozumienia i gotów byłem porzucić pracę,
zachować się jak dawniej po pijaku, a jednak przyszedłem do domu otworzyłem
jakąś książkę AA (już nie pamiętam jaką), przeczytałem
jedną może dwie strony i uspokoiłem się. Jestem ogromnie wdzięczny za to
AOWSKIE RELANIUM. Mój porywczy charakter, decyzje podejmowane bez
zastanowienia, a w dalszym etapie mojego alkoholizmu życie bez decyzji
doprowadziło do tego, do czego doprowadziło. Wdzięczny jestem Bogu, że
„nie do śmierci a do raju jakim jest AA”.
Jestem wdzięczny za wskazówki na normalne, trzeźwe, uczciwe życie. Na drodze,
jaką dziś idę jest mnóstwo znaków, jak je odczytać uczę się z doświadczeń
przyjaciół opisanych w literaturze. Jestem wdzięczny, że mam takich przyjaciół
na całym świecie. Literatura AA to kopalnia wiedzy, to ode mnie zależy jak
pracowitym jestem „górnikiem”. Tej odpowiedzialnej pracowitości
uczę się właśnie z literatury AA. Jestem ogromnie wdzięczny za tę wiedzę
zawartą w literaturze, za to, że jestem maleńkim przecinkiem w tej wielkiej
książce, jaką jest „AA”
Z pogodą ducha
„ST. AA”
Czy to dotyczy AA?
Zapytano Diogenesa, co najszybciej się starzeje? - WDZIĘCZNOŚĆ - odparł
filozof
Głosowanie nad wolą Boga
Nieautoryzowane tłumaczenie z Grapevine
09. 2000 str 21
Pochodzę
z rodziny, w której piło się ostro. Moja praca to zbiorowe uzależnienie, w
którym każdy napędzany jest osobistymi żądzami. Nic dziwnego
więc, że byłem przekonany, że przynależność do czegokolwiek, nie mówiąc
o udziale w jakiś grupach, było dla mnie oznaką słabości, głupoty i
nieumiejętności zadbania o siebie. Najlepszym potwierdzeniem tego była dla mnie
polityka, w której manipulacja, nieuczciwości i oszustwo rządzą ludźmi. Byłem też więc przerażony Drugą Tradycją mówiącą, że niektóre moje
wybory i zachowania powinienem podporządkować sumieniu grupy. Jako nastolatek
uciekałem z domu przed pijanym ojcem lub zamykałem się w swoim pokoju.
Dwanaście lat później, w końcówce picia pracowałem samotnie, unikałem
przyjaciół i rodziny, planowałem by przenieść się w odległe strony, gdzie, jak
myślałem, "prawdziwi ludzie" żyją według swojego własnego uznania. Z
równie wielką nieufnością przyjmowałem też stwierdzenie jakoby miłujący Bóg
kierował grupą AA. W "12x12" i w rozdziale " My niewierzący"
Wielkiej Księgi odnalazłem własne szyderstwa wobec zorganizowanej religii. To
pozwoliło mi zmienić stanowisko. Stałem się zdolny przyznać, że byłem dotąd
skoncentrowany na błędach religii i nie dostrzegałem ich dobrych stron.
Poznałem parę osób zaangażowanych w te sprawy: zazdrościłem im spokoju i
zadowolenia. Ale przyznanie, że miłujący Bóg kieruje decyzjami grupy nadal
przekraczało moje siły. Uważałem takie przekonania za przejaw samozadowolenia i
arogancji. Po dwóch latach zostałem prowadzącym mityng. Zajmowałem się też
kolportażem literatury. Zaraz też jako zamiłowany biblofil
dorzuciłem do stolika z literaturą AA parę broszur, kilka przekładów z
francuskiego i dwie książki o alkoholiźmie kupione w
dziale psychologicznym księgarni, które mi się spodabały.
Książki szybko zostały sprzedane, ludzie, którzy je kupili byli zadowoleni,
więc dodałem kilka następnych. Po trzech miesiącach połowę stolika zajmowały
wydawnictwa komercyjne a drugą literatura AA zaaprobowana przez Konferencję.
Granica była wyraźna. Pierwsza połowa kusiła atrakcyjnymi okładkami i
krzyczącymi tytułami. Inne uzalenienia, Al-Anon, alternatywne podejście do trzeźwości, terapia.
Druga połowa była raczej jednokolorowa i bez ozdobników. Ludzie byli zachwyceni
różnorodnością, książki sprzedawały się. Ktoś zaproponował by
mityng nazwać "książkowym". Byłem wniebowzięty. Pewnego wieczora do
stolika podszedł jeden z członków grupy , taki z 10 -
letnią trzeźwością, i spytał: "Nie przypominam sobie by grupa głosowała
nad sprzedawaniem literatury spoza AA. Czyżbym opuścił jakiś mityng
roboczy?" Głosowanie ? - myślałem., że żartuje. Przecież ludzie to kupują! Organizujemy loterię,
zwycięzca wybiera sobie pozycję ze stolika, a losy idą jak woda! Zarabiamy
pieniądze! Wszyscy są zadowoleni!. Nad czym tu głosować? Usłyszałem na to, że
poprzez sprzedaż literatury z zewnątrz łączymy AA z innymi przedsięwzięciami a
ponadto odbieramy dochody Służbie Światowej, które są finansowane częściowo z
zysków ze sprzedaży literatury AA. "Jesteśmy jako grupa niezależni i mamy
prawo to robić" - ripostowałem. A on: " Tak, ale taką decyzję musi
podjąć grupa a nie jedna osoba, nawet jeżeli prowadzi
mityng" Diabli nadali faceta z jego 10 letnią trzeźwością - pomyślałem.
Czy nie widzi jakim powodzeniem cieszą się te książki?
Chce głosowania? świetnie. Ogłosiłem mityng roboczy na
następny tydzień. Z reakcji ludzi, którym podałem temat można było oczekiwać,
że przyjdzie wiele osób. Byłem pewien, że są ze mną. Głosowanie? - dobra, pokażemy mu głosowanie! Ale przebieg mityngu
zaskoczył mnie. Paru weteranów wypowiedziało się dokładnie w tym samym duchu co mój oponent. Gdy mówiłem o tym, jak dobrze stoją
finanse grupy i jak wielu ludzi przychodzi do nas ze względu na książki, to
unikałem patrzenia na poważne i zatroskane twarze innych uczestników. Wynik głosowania
był za wycofaniem książek spoza AA : 26 do 1. Byłem
zrezygnowany. Gdzie podziały się komplementy? Stało się dokładnie to, co zawsze
w każdej grupie. Ludzie mówią jedno a potem robią co
innego! Mój sponsor poradził mi bym powstrzymał swoje żale - w mowie i w piśmie
- i bym próbował modlić się o pogodzenie z tą sytuacją. Nie powiedziałem
więc nic. Dalej zostałem prowadzącym, choć bez dawnego zapału. Byłem zły
i rozżalony, jakby grupa zrobiła mi specjalnie na złość. W "12x12"
Bill W. opisuje jak grupa uświadomiła mu, że
przyjmując płatną posadę w Towns Hospital
wystawił Wspólnotę na wielkie ryzyko. Bill po paru latach przyznaje, że był w
błędzie a grupa miała rację. Nie potrafię powiedzieć, ile czasu mnie to zajęło.
Dopiero po paru latach umiałem inaczej spojrzeć na moją próbę
skomercjalizowania AA. Mimo, że członkowie grupy
osobiście interesowali się literaturą, to ich wspólna decyzja była dla AA
najlepsza. Oni mieli rację - nie ja. Dziś jestem świadom, że sumienie grupy
jest w stanie zwyciężyć nad wadami jednostki, robiąc to z miłością i
wielkodusznością. Od tamtej historii byłem wielokrotnie świadkiem jak grupa
wchłaniała i rozpraszała urazy i żale alkoholików takich jak ja. Dziś wierzę,
że grupa dążąca do rozwoju duchowego osiąga większą i wyższą mądrość / a może
nawet doskonałą ? / niż jestem w stanie osiągnąć sam
na własną rękę. Mam taki zwyczaj, że oceniam wszystkie działania według
rezultatów, jakie przynoszą. Muszę więc na koniec
powiedzieć, że długofalowym rezultatem decyzji mojej grupy było ochronienie
Wspólnoty. Przekonuje mnie to, że sumienie grupy jest głosem miłującego Boga.
Z korespondencji meilowej
Znalazłem troszkę czasu. Już
jest po Konferencji AA w Toronto.
Dla mnie, Stanisława alkoholika nadchodzi czas refleksji.
Mottem było zdanie
wypowiedziane w 1965 roku w Toronto przez Bila W. "Czy jestem
odpowiedzialny" i powiem wam, że jestem. Tak
jestem odpowiedzialny za siebie i moją trzeźwość.
Jestem odpowiedzialny za moją
rodzinę, jestem odpowiedzialny za moje życie.
Dziękuję wszystkim
przyjaciołom z AA, cieszę się, że mogłem być z Wami.
Stan z Toronto
Ps:
Moja żona pierwszy raz od 18
lat była na mityngu otwartym i na Konferencji. Nie jest alkoholiczką, a płakała
jak bóbr. Widziałem to przez łzy szczęścia.
Wdzięczny i odpowiedzialny
stan Alkoholik
W czerwcu odbyliśmy kolejne
spotkanie robocze w naszym PIK-u na temat:
„Grupa AA gdzie wszystko
się zaczyna”.
Spotkanie przygotowała grupa
NIMB a prowadził Andrzej. Omawiano znaczenie grupy i najczęściej występujące
wątpliwości i trudności w grupie AA. Podkreślano wagę i znaczenie
systematyczności spotkań, dopasowania godzin spotkań, tak aby
nie kolidowały z innymi grupami. Sugerowano, że istnienie każdej grupy wiąże
się zawsze z potrzebą: wewnętrzną lub zewnętrzną. Zewnętrzne to te, gdy
lekarze, księża, przychodnie terapeutyczne, kluby lub dowolne inne organizacje
są inicjatorami powstania grup. Grupy AA powstają oczywiście też z inicjatywy
naszej wspólnoty. Zakładane są wówczas przez członków AA i te nazwaliśmy
wewnętrznymi potrzebami. Nieraz zauważamy, że cele takich grup zmieniają się w
zależności od intencji inicjatorów ich powstania.
Dobrze jest, gdy grupa AA ma określony cel, który nie odbiega od tradycji
jedności AA jako całości. Najważniejszym celem jest opieka nad nowymi AA, oni
pomagają nam utrzymać naszą trzeźwość. Jesteśmy po to, aby pomagać sobie
wzajemnie, możemy to robić i żyć, albo umrzeć w samotności.
Wspomniano też, o pewnych
subtelnościach przy nadawaniu nazwy grupie. Aby przyjmować ją z umiarkowanym
skojarzeniem do wyznawanej religii, imion świętych czy nazw patronów parafii
lub instytucji użyczających lokal. Mamy tradycję upoważniającą nas do tego.
Ważne okazuje się, aby jedna grupa
AA nie przeciwstawiała się istnieniu drugiej, aby unikać zwalczania wzajemnych
przedsięwzięć. Wskazano tu przykłady z naszej książeczki adresowej gdzie
wyraźnie daje się spostrzec rywalizacja grup w mniejszych miejscowościach, gdy
termin spotkania jednej grupy pokrywa się z terminem drugiej. Czy możemy
wówczas mówić o tradycjach AA? Czy spełnienie osobistych ambicji może być celem
grupy AA? Mieliśmy wątpliwości, czy ten sposób działania grupy służy
komukolwiek. Nasze działania i przedsięwzięcia umiemy już koordynować. Powstały
odpowiednie służby odpowiedzialne za to: mandatariusz, rzecznik intergrupy, regionu, itd…
Wzajemne nakładanie się terminów różnych ważnych spotkań AA ogranicza
dostęp większej liczbie alkoholików. Czy zasadne jest organizowanie nowej grupy
AA w terminach spotkań zespołów tematycznych, czy mandatariusz będzie miał
szanse wówczas wziąć w nich udział. Obserwujemy
organizowanie zabaw tanecznych, rocznic grup, przypadające w terminach ognisk w
Wesołej, zwoływanie konferencji prasowej w dni ważnych wydarzeń państwowych,
gdy dojazd jest utrudniony lub wręcz niemożliwy. Planowane niesienie posłania
na pewno przyniesie lepsze rezultaty. W PIK-u na ul. Berezyńskiej powstał
kalendarz takich spotkań, korzystajmy więc z niego.
Informujmy z dużym wyprzedzeniem o swoich zamiarach i pomysłach. Żadna grupa
nie powstaje sama dla siebie. Przy zakładaniu nowej grupy warto przemyśleć, kto
ją będzie prowadził, czy będzie dostateczna ilość zainteresowanych do objęcia
służb, na jak długo można wynająć lokal, jaki cel ma spełniać ta grupa? Mówiono
o próbach przenoszenia zasad obowiązujących w terapii na mityngi alkoholików. A
przecież mityng AA nie jest terapią. Podano wiele przykładów na niezależność
grupy. Wielu z nas mówi; „grupa AA jest najważniejsza”! To prawda.
W niej każdy zaczyna. Mnie grupa kojarzy się ze szkołą podstawową. Można
pozostawać w niej do końca życia i w niej skończyć edukację, choć wielu z nas
idzie uczyć się dalej. Co się stanie wówczas z tą grupą? Czy zadbaliśmy o
naszych następców? Jesteśmy odpowiedzialni za to, że kiedy minie zapał niech
nowa inicjatywa nie przypomina porzuconego, nieślubnego dziecka. Zrobić każdy
potrafi, ale wychować..? Nasze zaangażowanie wyznacza zakres poznania. Aby
rozwijać się, musimy nieustannie do niego dążyć. Angażując się więcej, więcej
poznamy. W grupie uczymy się podstaw naszego programu. Uczymy się wypełniać
podstawowe służby przydatne również w życiu poza AA. Wypełnianie ich pokazuje
na ile przyswoiliśmy wiedzę. Poddajemy się w ten sposób weryfikacji, co
przyswoiliśmy a co należy ćwiczyć nadal. Łatwo powiedzieć; „ja bym to
zrobił lepiej”! Lecz zrobić znacznie trudniej. Ten wie, o czym mówię, kto
spróbował. Wówczas można dopiero zobaczyć, że to, co myślę o sobie nie jest
takie piękne w rzeczywistości jak mi się wydawało.
W grupie funkcjonuje tak zwane „sumienie grupy”. Składa się
ono z sumienia tego „nowego”, tego „średnio”
zaawansowanego, ale i tego „weterana”. Trudno jest czasem pogodzić
wszystkie potrzeby, przełamać konflikt pokoleń, ustalić wspólną świadomość z
poszanowaniem wszystkich. Trzeba wówczas poświęceń, wyrzeczeń, trzeba odłożyć
własne ambicje, poczekać i pozwolić dorosnąć pozostałym uczestnikom.
„Nowy” zostanie „średniakiem” a „średniak”
– „weteranem”, być może warto wówczas wrócić do sprawy?
Doświadczenia z naszych rodzin pokazują nam, że trudno kogoś przekonać choćby w
oparciu o najlepszą wiedzę i najlepsze intencje. Trwaliśmy w przekonaniu o
wyższości nad innymi ludźmi, popadając w stan obłędu umysłowego. Sami także nie
pozwalaliśmy się przekonać. Górowała przekora i egocentryzm. Przekonał nas
ostatecznie sam alkohol a w konsekwencji choroba alkoholowa. Wszędzie czuliśmy
się nieszczęśliwi, mimo że w domu mieliśmy wszystko. Do wspólnoty przygoniła
nas zabójcza samotność. Dostrzegłem nasze tradycje. Przydały się. Aby móc
uczestniczyć w grupie AA, musiałem nauczyć się porozumiewać z innymi
uczestnikami. Jako jedyny autorytet przyjąłem Boga. On był między nami, gdy
osiągaliśmy wspólne zdanie – marzyłem o tym, aby być lepszym dla drugiego
człowieka. Słyszałem też opinię, że jeśli w grupie brakuje służb to nie ma w
niej sumienia grupy. A w książce „AA wkraczają w
dojrzałość’/str325/ wyczytałem; wierzę też, że każda grupa i każda
jednostka, która zaniecha uczestnictwa w przedsięwzięciu organizacyjnym
wyrządza sobie i swojej grupie niedźwiedzią przysługę nie przestrzegając
wartości dyscyplinujących nieodłącznych od takiej działalności. Można się w to
nie wikłać, ale oznacza to brak ograniczeń dla EGO. Szanse na zachowanie
trzeźwości są nie wielkie. To samotna podróż i któregoś dnia potrzebny okaże
się kolejny cud, który może się nie zdarzyć.
relację
przygotowała redakcja MITYNGU
Złote Myśli Aowca
O mój Panie!!!
O mój Boże!!!
Nie pić łatwo
Trzeźwieć gorzej
***
Brak
mi taktu
Brak
ogłady
A
tu Kroki
I
zasady
***
Przy tak nędznej
dyspozycji
Jak się zabrać
do
Tradycji
***
Byłem
na terapiach
Wiele
mi to dało
Po
roku wypiłem
Wiary
mi nie stało
***
Po pierwszym
mityngu
Żona się zdziwiła
Po trzydziestu
latach
Trzeźwego
zobaczyła
***
Trzy
lata na grupie
Dużo
ja gadałem
Powiedz:
czy ja zapiłem?
Czy
jeszcze nie trzeźwiałem?
***
Działa stara grupa
We wsi z trzema
chaty
Założę jeszcze
jedną
Co mi tam legaty
S. Aowiec
Poszedłem na terapię -
przestałem pić
Chodziłem na jeden mityng
tygodniowo - poznałem drogę do trzeźwości
Dwa mityngi tygodniowo
sprawiły, że polubiłem siebie
ale
gdy trzy razy w tygodniu aktywnie uczestniczyłem w mityngach - wreszcie
polubili mnie
Czym bywa mityng?
W swojej drodze do trzeźwości
bywałem na wielu różnych mityngach, w wielu miejscach i miejscowościach. Bywało
mi tam świetnie, bardzo dobrze, tak sobie, ale też źle, głupio, smutno. Dlatego
z mityngów wychodziłem w świetnym nastroju, odświeżony, pełen nadziei, ale też
z uczuciem niedosytu, wątpliwości, zażenowania itp. Jednak dzisiaj mimo
wszystko nie żałuję czasu poświęconego na każdy z nich. Moim zdaniem nie ma
złych mityngów, chociaż bywają źle zorganizowane, ale i te nie wynikają ze złej
woli a raczej z niedoświadczenia uczestników. Tym artykułem chciałbym podzielić
się swoim doświadczeniem i wiedzą przekazaną mi od bardziej doświadczonych AA
oraz tą zdobytą w czasie studiowania literatury AA na temat mityngów. Chciałbym
też się podzielić swoimi odczuciami przeżywanymi na różnych mityngach. To, że
niektóre z nich po swojemu nazwałem nie wynika z chęci krytyki i polemizowania,
czy ośmieszania kogokolwiek. Po prostu uważam, jak w tekście desideraty, że każdy ma swoje zdanie, a ja akurat takie i
myślę, że lepiej je wyrażać otwarcie. Wiem też, że wielu AA to moje zdanie
podziela. Tak więc oprócz już nazwanych jak:
zamknięte, otwarte itp. ja podzieliłem je jeszcze na:
Mityng dla mityngu.
Zaczyna się parę minut później, powoli cichną rozmowy w czasie czytania
stałych tekstów w przypadkowej kolejności, a potem kroków, tradycji. Większość
przygotowuje sobie "niezbędne atrybuty": kawa, herbata itp. Potem
prowadzący prosi o ciszę i proponuje dzielenie się wrażeniami ostatniego
tygodnia, radościami i smutkami. Bywa dłuższa przerwa, a potem różnie: czasem
20 min. ktoś mówi o problemie, z którym nie może sobie poradzić przez 2 lata (np. z rodziną). Następnie inny mówi np.
to czego dowiedział się na terapii, inny, że ma
"nawrót choroby", kolejny cieszy się z udanego interesu, narzeka na
pracę, ustrój, księdza itp. W tym, czasie widać uśmieszki, spoglądania na
zegarki, słychać tu i ówdzie szepty, a prowadzący zdaje się myśleć, co też
będzie w domu na kolację. W czasie spóźnionej przerwy słychać rozmowy o
samochodach, polityce, interesach itp. Przerwa się wydłuża, prowadzący pyta czy już wszyscy są, woła spóźnialskich i pyta, czy ktoś
jeszcze chciałby coś powiedzieć. Ktoś mówi, mówi, mówi ..... Jak
starczy czasu - zapytanie czy kogoś jakiś problem nie ciągnie na wódkę. Na ogół nie ma takich, chociaż niektórzy wyglądają na
zawiedzionych. Sprawy organizacyjne - zdarzają się zaproszenia typu: dnia, o
godz., w miejscowości msza św., mityng jubileuszowy i zabawa taneczna. Skarbnik
powie czasem ile ma, ale nie powie na co. Pożegnanie i
szybko każdy przeważnie sam biegnie w swoją stronę.
Mityng pochwalny.
Na tym mityngu najważniejszy jest stół, na nim tort lub torty i dużo
innych wiktuałów. Temat jest oczywisty: n-ta rocznica
AA. W wypowiedziach gratulacje, życzenia i pochwały. Na jednym z takich
mityngów miałem wrażenie, że 90% obecnych zawdzięcza życie
"jubilatowi". Przemawia ten jubilat - jak przystało na jubilata,
kocha każdego, bez wyjątku, AA, żyje chyba tylko po to, żeby wspólnota nie
upadła. Z takiego mityngu bardziej wzbogacone wychodzi ciało niż dusza.
Mityng rocznicowy.
Tu też dużo dla ciała. Są tematy dopasowane do okoliczności. Ale mówcy
często chwalą się ogólnie lub obecnych najbliższych (żona, mąż). Na takich
mityngach bywają specjalni goście, prosi się ich czasem o zabranie głosu. Są
zasłużeni, o nich wypada wspomnieć. Uczestnicy siedzą w grupach rodzinnych lub
wtajemniczonych, czasem wedle zasług. Szeptem przedstawiani są
co znaczniejsi goście. Im więcej ich znam, tym więcej znaczę. Stopniowo
brakuje mówców, zbliżamy się do pożegnania - i części artystycznej.
Mityng pojednawczy.
Jest to mityng otwarty, gdzie w części "radości i smutki"
przeprasza się żony, mężów, dzieci, znajomych itp., składa się samokrytykę i
obietnicę poprawy. Jeśli są tematy, to takie, które ułatwią pojednanie.
Podzieliłem sobie też niektórych uczestników mityngów wg ich wypowiedzi:
Elektrycy - przychodzą na mityngi nieregularnie, tylko po to, by naładować
"akumulatory" Z ich wypowiedzi często wynika, że te akumulatory nie
rozładowują się przez pracę. (Prawdziwe bezczynne też się rozładowują), a jeśli
pracują to tylko dla ich posiadacza - dobre i to.
Czyścioszki - na mityng przychodzą "wyrzucić z siebie" - czasem
trwa to długo, ale i tak nie da się wszystkiego wyrzucić, bo trzeba może, żeby
nie dokładać, może z czyjąś pomocą "pozaszywać dziury" i coraz mniej
będzie do wyrzucania.
Samopocieszający się - w swoich wypowiedziach
najczęściej porównują siebie dzisiaj do siebie z okresu picia. Co by się z nimi
nie działo zawsze wychodzi na to, że dziś jest lepiej - przynajmniej do
następnego samo pocieszenia.
Obiecujący -oni widzą, że "coś" jest z nimi nie tak, ale
obiecują sobie, że "muszą coś ze sobą zacząć robić".
Bojaźliwi - uciekają jak najczęściej na jakiekolwiek mityngi, tu czują się
bezpieczni. To co na zewnątrz to ich przeraża i
determinuje, bo nie chcą się przystosować do ich trzeźwienia.
Kolekcjonerzy - chodzą na mityngi i liczą dni, tygodnie, lata niepicia.
Ale to wszystko i ci wszyscy są potrzebni dla kontrastu. Zresztą jak
wszystko na świecie i to się zmienia i ludzie się zmieniają. Nie wątpię, że świat jest taki jaki być powinien. Na dowód opowiem o jeszcze innym
mityngu. Rozpoczął się co do minuty. na stole była herbata, kawa, słone paluszki. W kąciku
człowiek, który służył sobą, podając te rzeczy dochodzącym. Prowadzący po
odczytaniu stałych tekstów preambuły, zasad wewnętrznych grupy, czasu trwania,
czasu przerwy, zapytał czy oprócz niego są inni alkoholicy. Wszyscy podnieśli
ręce. Na pytanie kto jest po raz pierwszy, nikt się
nie zgłosił. Padło pytanie prowadzącego, czy ktoś ma taki problem, z którym
sobie nie radzi, a chciałby, żeby on był tematem pierwszej części. Nie było.
Okazało się, że grupa cyklicznie omawia wspólnie Program 12 Kroków. Ktoś
przeczytał fragment tekstu, ktoś pierwszy się zgłosił, a prowadzący poprosił,
żeby następnie głos zabierali następni w prawo od niego. Przypomniał przedtem,
że oczywiście nie ma obowiązku zabierania głosu, prosząc jednocześnie uczestników
o wypowiedzi nie dłuższe niż 5 minut, aby było ich jak najwięcej. Przekazał też
swoje doświadczenie, że dłużej o wszystkim najlepiej się rozmawia po mityngu w
gronie zainteresowanych lub ze swoich sponsorem, który jak dowodzi wieloletnie
doświadczenie Wspólnoty AA, jest niezbędny do radosnego i skutecznego
trzeźwienia. Żadna z wypowiedzi nie trwała dłużej, chociaż kilka razy
prowadzący przypomniał o upływającym czasie. Parę razy też pomógł wrócić do
tematu komuś, komu to umknęło. Ponieważ zrobił to z dużym wdziękiem i widoczną
życzliwością, łatwo to zostało przyjęte.
Ostatnią wypowiedź prowadzący przerwał, kiedy zbliżała się punktualnie
godzina przerwy, mająca trwać 10 minut, przepraszając mówiącego, zawczasu
obiecując mu dokończenie po przerwie. Tak też się stało. Druga część zaczęła się mimo, że parę miejsc zostało wolnych. Ci
co przyszli, bardzo dyskretnie zajęli swoje miejsca. W czasie mityngu
nie zauważyłem szeptów, nikt nie patrzył na zegarek, oprócz prowadzącego. Dwie
osoby po cichutku wyszły wcześniej, żegnając się uśmiechem i przyjaznym gestem
ręki. W sprawach organizacyjnych dowiedziałem się, że opłaty są na bieżąco,
jest mały zapas na następny miesiąc, że za miesiąc upływa "kadencja"
kelnera (parzącego kawę i zmywającego), tu zgłosił się następny chętny.
Mandatariusz bez żadnych emocji i komentarza przekazał wiadomości ze spotkania intergrupy. Ktoś przypomniał o książkach i broszurkach
leżących na stoliku obok i że będzie z nimi w miarę potrzeb po mityngu. Było
zaproszenie na warsztaty Tradycji i o powstaniu jakiejś nowej grupy. Połączenie
rąk, modlitwa III kroku, uścisk dłoni i ... potworzyły
się grupy i grupki żywo dyskutujące o wszystkim, także o Programie. Jeszcze
kilkanaście minut toczymy indywidualne pożegnania. Ze mną zabrał się jeden z przyjaciół,
podwiozłem go pod dom i jeszcze godzinę wymienialiśmy
nasze poglądy i wrażenia oraz doświadczenia z trzeźwienia
Mirek AA.