MITYNG 09/99/2005
DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO
Sponsorowanie
Zaryzykuję
stwierdzenie, że ilość podopiecznych jest dobrym
wskaźnikiem trzeźwości. Jakie to odpowiedzialne zajęcie spostrzegłem
obserwując
swojego sponsora. Ile
poświęcił mi czasu i wysiłku.
Jest systematyczny i stale gotowy. Widać, że kocha wspólnotę
AA
bo ciągle jej służy, choć równocześnie wiem, że
nie wszyscy w AA jego
kochają. Zaproponował wspólne uczestnictwo w
którymś z mityngów. Wskazał małą,
choć „starą” grupkę. Mityngi tam nie wydawały mi
się zbyt
atrakcyjne. Znałem lepsze miejsca, gdzie było wesoło i dowcipnie, a
kwieciste
wypowiedzi nadawały kabaretowy nastrój rozrywki i humoru. A
tu w tej nielicznej
grupie? Niby wszystko, co powinno być było, ale… Spotykałem
tam kilku stałych bywalców
i grupkę przechodnich. Skarbnik ogłaszał, że zebrał siedem złotych, a
mimo to
na kolejnym mityngu jakoś pojawiała się kawa, cukierki. Większość
członków
grupy domyślała się, że pewnie dokłada własne pieniądze. Ten sam
przyjaciel z
wielkim poświęceniem od lat parzył kawę, za każdym razem dźwigając ją w
termosach z domu. Podziwiałem go. Po szafkach, między herbatą a
łyżeczkami
można było spostrzec nieaktualne ulotki, wymieszane z ogłoszeniami
zaprzyjaźnionego klubu. Po jakimś czasie dołączył do nas drugi i trzeci
podopieczny mojego sponsora. Po jakimś czasie, już na innych mityngach,
poznałem następnych. Gdzieś zmienił się prowadzący w grupie. Został nim
„młody”. Gdzieś indziej jedna z
przyjaciółek zajęła się
kolportażem, też „młoda” duchem. Na stołach
mityngowych pojawiły się
nowe ulotki, broszury, książki. Czytano „Refleksje
AA”, fragmenty
12x12, wybrano nowego „herbatkowego”.
Lecz w mojej grupie, choć składki do kapelusza nieco zwiększyły się, to
nie na tyle, aby pokryły
potrzeby grupy. Na jednym ze spotkań
skarbnik ogłosił: „kawy za tydzień nie będzie, ponieważ na to
nas nie
stać”. Omawialiśmy właśnie tego dnia siódmą
tradycję. Ruszyło mnie
sumienie za serce i kieszeń. Za tydzień dowiedziałem się, że nie tylko
mnie.
Skarbnik ogłosił z wielką dumą, że opłacił salę, zrobił zakupy i ma forsę na zakup ulotek adresowych,
bo zebrał ostatnio 88
złotych. Byłem zdumiony. Jak to się działo, że poprzednio trudno było o
siedem
złotych? Czyżbym się przyzwyczaił, że wrzucać do kapelusza nie trzeba,
skoro
wszystko jest? Skąd ja to znam? Ale odbiegłem
od tematu. Sponsor
zachęcał nas do uczestnictwa w pracy zespołów regionalnych.
Tam poznawaliśmy
struktury AA, tajemnice wykonywania służb poza grupą. Można było
ćwiczyć pokorę
przy uzgadnianiu spraw wspólnoty. Uczestnictwo w życiu
Regionu pokazało mi, jak
mogę poskromić niecierpliwość, gwiazdorstwo, chęć dominacji. Nabywałem
praktyki
w stosowaniu teorii. Co należy zrobić i co jest nie tak w AA, wszyscy wiedzą. Lecz trudniej było
wspólnie naprawić. Włączyć się w
inicjatywy, kiedy sprawy nie układały się po mojej myśli. Nie obrażać
się i nie
trzaskać drzwiami.
Po
niedzielnych mityngach, wieczorem, spotykaliśmy się jeszcze u sponsora
w domu.
Rozmawialiśmy przy kawce na wcześniej zadane tematy. Wyjaśniał nam
znaczenie
doświadczeń zawartych w naszej literaturze. Często rozmawialiśmy o
naszych
postawach w życiu codziennym i w AA. Rzadko o swoim nieszczęściu.
Wcześniej
sądziłem, że praca ze sponsorem podobna jest do spowiedzi przed
konfesjonałem.
Myliłem się. Oczekiwałem rad, co i jak mam zrobić, aby rozwiązać swoje
problemy.
A on uporczywie odwoływał się do wybranych fragmentów z
literatury AA. Drażni
mnie to do dziś. Po przemyśleniu przyznaję jednak rację. Czas knajpy już minął. Po pewnym
czasie ujawniły się problemy z
DDA. Nie było żadnych sprzeciwów na spotkania terapeutyczne,
raczej wiele
przychylności. O sponsorowanie poprosiłem bez przekonania. Po prostu
postanowiłem zrobić wszystko to, co w AA się zaleca. A potem dopiero,
kiedy
sposób się nie sprawdzi, miałem zamiar to odrzucić. Jednak
pomogło! Trzymając
się wspólnoty i opieki sponsora przeszedłem bardzo trudne
zakręty. Prawdę
mówiąc sam się dziwię, że się nie napiłem. Wszystko da się
przeżyć bez
gorzałki! W samotności pewnie bym sobie nie poradził, bo tej pory
zawsze
wracałem do picia. ... Sam
też próbowałem być sponsorem.
Na razie bez sukcesów. ...
Ale może następnym razem mi
się powiedzie. Pewne doświadczenia już mam. Praca ze sponsorem bardzo
różni się
od rozmów z terapeutą. Terapeuta pomógł mi w
identyfikacji choroby i wyjść z
dołka. Sponsor zaś pomaga mi dowiedzieć się, kim jestem i jak w
praktyce
stosować zasady, według których należy żyć, aby nie wracać
do picia i nie
wpadać w dołki ponownie. Wiem, że trudno jest czasem przełamać wstyd i
pychę,
aby poprosić o sponsorowanie. Mnie też nie przyszło to łatwo. Teraz
śmieję się
z siebie, gdy to wspominam, a jak wielki i śmiertelny wstyd towarzyszył
mi po
piciu?
Nigdy nie
chciałem zostać alkoholikiem, lecz skoro już wiem, że nim
jestem…?
„Nie
lękajcie się” Tu chodzi o życie!!!
red.
MITYNGU
SPONSOROWANIE
Jeśli bym
jeszcze czegoś pragnął poza trzeźwością, to sponsorowania. My
sponsorzy, także musimy być światłem miłości, prawdą pokory, życiem w
trzeźwości. Tego nauczyłem się od swojego sponsora, który
pozwolił mi mieszkać
ze sobą, być członkiem rodziny i dobrym partnerem na drodze
trzeźwienia. Dzięki tym doświadczeniom wróciłem do
rodziny, do wspólnoty i
do Warszawy. Kiedy zacząłem sponsorować byłem rzecznikiem grupy.
Razem z podopiecznym i innymi zakładałem nową. Do tego
potrzeba
akceptacji, odwagi i wiary w Boga. Program, dzięki któremu
poznawaliśmy wszyskie
Kroki i Tradycje pozwalał nam być partnerami
pomimo różnicy wieku. Droga AA uczyła nas uczciwości,
przynależności i
odpowiedzialności za te wyzwania. Sponsorowanie jest chyba
najważniejszą służbą ale
i inne muszą towarzyszyć i pomagać. Dobrze
współpracuje się i wywiera wpływ na innych poprzez
rozwój i postęp. Przyjaciel
ożenił się bo zaufał
sponsorowi i Programowi, a ja
byłem świadkiem na ich ślubie. Jesteśmy osiem lat w jednej grupie
ale odwiedzamy też inne. Tam, gdzie sponsor i sponsorowany
są o
jednakowych przekonaniach, tam panuje duch wspólnoty AA.
Zapraszamy Was do
współpracy w służbach, gdzie zdobywa się doświadczenia
potrzebne do
sponsorowania krocząc drogą 12 Kroków I 12 Tradycji, niosąc
posłanie wszystkim
alkoholikom, którzy pragną rozpoczęcia życia inaczej, życia
w trzeźwości.
Sponsorując wyraża się najgłębszą wolę wdzięczności za dar otrzymany
przez
Boga, którego nie można zmarnować. Łączymy się ze wszystkimi
w duchu jedności i
miłości w służbie.
Andrzej
Głównodowodząca
Mam na imię Peggy i jestem alkoholiczką. Jestem chyba osobą najmniej upoważnioną do mówienia o służbie w moim okręgu, jako że w ciągu moich pierwszych ośmiu lat pozostawania w trzeźwości nie zrobiłam absolutnie nic. Miałam za to wspaniałą wymówkę. Mieliśmy z mężem chatę w środku Kolumbii Brytyjskiej i spędzaliśmy tam większość czasu. Moja standardowa odpowiedź na wszelkie prośby o pomoc brzmiała więc tak: - chciałabym coś zrobić, ale zbyt rzadko jestem na miejscu. Później - było to kilka lat temu - byliśmy już zbyt starzy aby utrzymać naszą wiejską chatę, więc sprzedaliśmy ją i spędzaliśmy większość roku w mieście Tacoma. Wkrótce jakiś dociekliwy członek służby dotarł do mnie i powstała propozycja: „Niech Peggy to zrobi. Zaangażujmy ją.." Potrzebowałam następnej wymówki, mówiłam więc wszystkim, że jestem zbyt stara, niech robią to młodsi. Ale inni nie chcieli tego kupić. W końcu jednak włączyłam się. Zanim zdałam sobie z tego sprawę, zdzierałam zelówki biegając na spotkania, warsztaty, zebrania, konferencje, i ku mojemu własnemu przerażeniu, zaczynało mi się to podobać! Odzyskałam pewność siebie, czułam się młodsza, byłam szczęśliwa. Bawiłam się świetnie. Wybrano mnie na mandatariuszką mojej macierzystej grupy i zaczęłam nieustającą walkę z tym cholernym Poradnikiem Służb? /W Polsce dopiero trwają prace na opracowaniem takiego poradnika - przypis redakcji /. Ale udowodniłam sobie, że wciąż mogę nauczyć się czegoś nowego. Była jednak jedna dziedzina, której nie chciałam się podjąć, a było to sponsorowanie. Wcześniej tylko raz byłam sponsorem. Kilka lat temu spędziliśmy kilka miesięcy w San Diego, gdzie uczestniczyłam w codziennych mityngach , w domu dla próbujących powrócić do normalnego życia po wyjściu z więzienia. Jednym z jego mieszkańców był wielki, brodaty, były członek Aniołów Piekła*, który szczególnie mnie polubił. Ciągle powtarzał, że jestem wspaniała, że jestem jego inspiracją, mogę być jego zbawieniem, i tym podobne banały. Ja, będąc głupią, starą kobietą, uwierzyłam w to wszystko. Kiedy błagał mnie, żebym została jego sponsorem, zgodziłam się - na pewien czas. Wszystko szło świetnie. Ja dzieliłam się z nim swoją bezkresną wiedzą, a jego komplementy stanowiły dla mnie inspirację. Nagle - katastrofa. Pewnego dnia, kiedy Anioł Piekła odprowadzał mnie do domu, zobaczył nas mój mąż. Kiedy wsiadłam do jego samochodu, zawarczał: „Skąd, do cholery, wytrzasnęłaś tego zarośniętego niedźwiedzia?". Odpowiedziałam, „Nie mów tak o nim - jestem jego sponsorem." Odpowiedział z naciskiem: „Nie, nie jesteś". Dwa dni później wróciliśmy do naszego domu w Tacoma. Muszę jednak powiedzieć, że po raz pierwszy w ciągu naszych pięćdziesięciu lat małżeństwa uwierzyłam, że mój mąż mnie docenia. A wiem na pewno, że jest ze mnie dumny, ponieważ słyszałam, jak mówił naszym krewnym podczas rodzinnego zjazdu: „Peg jest głównodowodzącą Anonimowych Alkoholików". My wiemy, że w AA nie ma głównodowodzących, ale cóż on może o tym wiedzieć?
Peggy
N. , Tacoma, Waszyngton
*
Na wpół przestępcza grupa w USA, której cechą
charakterystyczną są motory
Harley Davidson
należące do jej członków.
Kto
zadba o
interesy AA?
Do powstania
tego artykułu przyczyniła się rozmowa
jaką
przeprowadziłem z pewnym psychologiem stykającym się nieraz w swojej
pracy z
alkoholikami. Mówiliśmy na temat naszej
wspólnoty. Ze zdziwieniem usłyszałem o
ostrożności z jaką postępuje wobec osób informujących go o uczestnictwie
w AA. Tak się składało, że często za
taką informacją szło oczekiwanie o inne traktowanie,
prośba o opinię do sądu, że to od kilku dni
delikwent jest aniołkiem i nie katuje już żony, albo gwałtownie
potrzebuje
zasiłku, itp…
Sięgnąłem pamięcią do moich
pierwszych dni trzeźwości. Już po uczestnictwie w kilku mityngach
uważałem się
z członka AA. Jako potwierdzenie miałem w uszach oklaski na pierwszym z
nich i
słowa, że zostałem przyjęty i mam prawo do uczestnictwa w mityngach na
całym
świecie. Uwierzyłem wtedy głęboko w swoją przynależność do AA; poczułem
się
członkiem, który ma prawo do wszystkiego co tylko jest
dostępne dla alkoholika
i chciałem z tego korzystać. Przy okazji moja próżność
zastała skutecznie
połechtana. Niech się cieszą - że taka wspaniała osobistość, czyli ja -
zaszczyciła wspólnotę swą obecnością. Powstał jednak dylemat
Czy moje
przekonanie było wystarczające by już nazwać się członkiem AA?
Szczególnie
wobec ludzi spoza wspólnoty? Na początku drogi nie zadawałem
sobie tych pytań,
później zrodziły się wątpliwości. Każdy może nazywać się
wedle swego
upodobania, nawet w to uwierzyć, a mimo to stwierdzać coś co
dopiero może stać się prawdą. Postawa konsumencka nie jest oczekiwanym
obrazem
przynależności, raczej jest nim dopiero podjęcie aktywnej
odpowiedzialności za
funkcjonowanie wspólnoty. Kiedyś, chcąc otrzymać
skierowanie do
Strzyżyny, poszedłem do centrum odwykowego i tam po wypełnieniu ankiety
otrzymałem je. Za jakiś czas przysłano mi inną ankietę, w
której byłem
wypytywany jako pacjent tego ośrodka o wyniki terapii. Nie
odpowiedziałem.
Byłem wdzięczny za pomoc / choć
pewnie jedynie w tych
słowach / lecz ani przez moment nie mogłem się nazwać pacjentem tego
ośrodka,
tym bardziej uczestnikiem terapii. Nie czułem się odpowiedzialny za
jego
pracę. Teraz rozumiem dlaczego na mityngach AA możemy spotkać
ludzi
zupełnie nie zainteresowanych życiem wspólnoty AA. Zachowują
się podobnie jak ja
w stosunku do
pracy centrum odwykowego. Nastawiony byłem na osiągnięcie doraźnej
korzyści a
nie udział w terapii. A teraz wielu zachowuje wstrzemięźliwość wobec
wspólnoty.
Niestety zupełnie zapominają o prostym fakcie. Nie nauczy się
pływać, kto
nie wejdzie do wody i nie skorzysta z programu AA, kto nie
zaangażuje się w
życie wspólnoty. Samo oglądanie nie pozwoli poznać smaku
ciastka. Powstaje
tylko problem. Wystarczy przez moment wyobrazić sobie mityng, gdzie
wszyscy
przyszli szukać doraźnej korzyści, wyrzucić coś z siebie albo pochwalić
sytuacją materialną, opowiedzieć o ostatniej awanturze.
Mówią kolejno a nikt
nie słucha. Brak zainteresowanych wzajemnymi doświadczeniami.
Robi się nudno,
narasta zniecierpliwienie, chęć ucieczki. Kto wtedy uzdrowi atmosferę?
Jakie
posłanie otrzyma nowy, który akurat przyszedł na
swój pierwszy mityng? I jak tu
mówić o dbałości o interesy AA. Stawianie własnych oczekiwań
nad dbałością o
źródło pomocy rokuje kiepskie czasy dla naszej
wspólnoty. Bogu dziękuję za
uczestników mojego macierzystego mityngu. Każdym nerwem
czułem, czym dla
mówiących jest wspólnota i jej program. Byłem dla
nich najważniejszy.
Obdarowano mnie bezinteresowną miłością i zainteresowaniem. Tego
brakowało mi
najbardziej. A jeszcze dali nadzieję na życie bez alkoholu. Dzisiaj
czuję, że
tak obdarować potrafią tylko ci, którzy sami zostali
obdarowani przez Boga. Tej
miłości nie mogłem odpłacić odrzuceniem.
Nieraz
się słyszy, że alkoholicy nie potrafią działać dla wspólnego
celu. Chyba jest w
tym stwierdzeniu dużo racji. Miałem ostatnio okazję przebywać na Zlocie
Radości
AA poza Warszawą. Własnym oczom nie wierzyłem, gdy zobaczyłem stoisko
sprzedaży
literatury. Kolorowo, bogato, ale nie od publikacji wydawanych przez
BSK AA.
Tego nie widziałem. Poczułem się kompletnie zdezorientowany. Rozsądek
nakazuje najpierw wypełnić obowiązki wobec własnej
wspólnoty, a dopiero
później, jeśli są możliwości to również pomagać
innym, a nie odwrotnie. To
nie koniec niespodzianek.
Brałem udział w spotkaniach warsztatowych, gdzie wyraziłem zdziwienie
brakiem
literatury AA. Odniosłem wrażenie, że jednemu z kolegów nie
spodobały się moje
słowa. Wieczorem wszystko się wyjaśniło, gdy zobaczyłem tego kolegę
rozkładającego drugie, jeszcze bardziej imponujące stanowisko
literatury spoza
AA. Dla mnie był przykładem osoby dbającej bardziej o własne interesy
niż zainteresowanego
niesieniem
posłania naszej wspólnoty.
Ale tak się
często dzieje, gdy inne cele zasłaniają wartości AA. Z
niedocenianiem zasad AA możemy się
czasem spotkać wśród ludzi podejmujących pracę na polu
zwalczania alkoholizmu.
Lecz musimy przy tym pamiętać, że zawodowi pracownicy
różnych placówek
odwykowych, nawet jeśli
są trzeźwiejącymi
alkoholikami, zajmują się przede wszystkim realizowaniem zadań swojej
placówki
a nie dbałością o wspólnotę AA czy propagowaniem jej
programu. I trudno się
dziwić. Za to mają pieniądze. Podobnie się dzieje jeśli alkoholicy utworzyli
stowarzyszenia
pomocy potrzebującym, fundacje czy inne formy zorganizowanej
działalności
charytatywnej. Wymagają one zupełnie odmiennych metod pracy. I mimo iż
wypełniają cele podobne jak AA, to teraz działanie tej instytucji staje
się
dobrym powodem na poniechanie zadań wspólnoty AA, a co
gorsza, to również i
zasad AA. Im dłużej się zastanawiam, jak to się dzieje, że nasza
wspólnota
istnieje i nadal pomaga cierpiącym alkoholikom, tym bardziej utwierdzam
się w
uczuciu uczestniczenia w nieustającym cudzie. Gdy jedni utrwalają
postawę
niegotowości, drudzy odchodzą do zadań poza AA albo znikają z
horyzontu, to
jednak znajduje się grupka ludzi podejmujących trud służby. Nie
sposób
przecenić ich rolę. Ktoś powiedział, że 1/10 członków AA
wykonuje 9/10 wszystkich niezbędnych
prac. Myślę, że liczba aktywnych członków może być nawet
mniejsza. Powrócę więc
do podstawowego pytania. Kto zadba o wspólnotę
AA? A gdy przychodzą mi na myśl rozpadające się rodziny, pokaleczone
związki,
zawiedzeni przyjaciele, odpowiedź może być jedna. Czas dorosnąć. Działa
to w co
wierzysz.
I za
to jestem odpowiedzialny. A Ty?
Pozdrawiam
Marek
Warszawa 21 lipca 2005r
Egoizm
i egocentryzm.
Od
najmłodszych lat potrafiłam wiele dawać innym od siebie; udzielałam
się wolontaryjnie przez
kilka lat w wielu
organizacjach. Byłam dla wszystkich, tylko nie dla siebie. Ale wtedy
byłam na
swój sposób szczęśliwa., "Dawanie" było moim życiem, czułam
się spełniona. Znamienne dla
tamtego okresu było to, iż byłam blisko Boga. Byłam zawsze tam,
gdzie mogłam być
potrzebna. Mówili na mnie Anioł. Później
... coś się
zmieniło, odeszłam od Boga, trochę od ludzi.... na
czele pojawił się egocentryzm, który wyrażał się poczuciem
krzywdy. Dom
rodzinny zaczął koszmarnie na mnie wpływać, nie dawałam rady. Rodził
się we
mnie ogromny bunt na sytuację rodzinną (ojciec pił,
był agresywny, na co
dzień stwarzał nam piekło w domu, nigdy nie czułam się w nim
bezpiecznie). Bunt
pociągał za sobą egoizm. Nie liczyło się nic więcej, byle przetrwać, przeżyć ...dzień za dniem. Czułam
się przegraną na starcie.
Doszło samookaleczanie,
anorexia,
próba samobójcza - jednym słowem autodestrukcja w
pełnym tego słowa znaczeniu.
Byłam ja i
mój
ból istnienia.
Jakże wtedy
byłam egoistyczna, zapatrzona w siebie, jak błędne było moje
myślenie, jak bardzo krzywdziłam moich bliskich takim postępowaniem.
Widziałam
łzy mojej mamy, która nie wiedziała jak mi pomóc,
jak mnie wydobyć z otchłani
beznadziei. Mówiłam jej, że potrzebuję miłości, drobnego
gestu jak przytulenie.
Lecz ona nie umiała mi tego dać, nie potrafiła. Wiec znów
rozgoryczona szukałam ujścia w
rożnych zachowaniach autodestrukcyjnych. Gdzieś po drodze pojawił się
alkohol,
który na tamten czas dawał mi zabawę
ale i ulgę w
cierpieniu. Czułam się panią parkietu i duszą towarzystwa Zaczęłam
wkraczać w
dorosłe życie z dużą dawką egoizmu i egocentryzmu. Wtedy tego nie
widziałam,
dziś widzę wyraźnie. Szlam przez życie zapatrzona w siebie,
nieświadomie
krzywdząc bliskie mi osoby. Liczyłam się tylko ja i mój
ból. Wszyscy mieli
chodzić wokół mnie na palcach, a jeśli nie - biada im.
Uważałam się za pępek
świata, pokrzywdzona przez los. To mnie się należało, ja, ja, ja,
mi, mi, mi. I tak było;
bliscy dawali się na to nabrać. Z całą swoją pychą, z uwielbieniem
jakże długo
oczekiwanej niezależności, zaczęłam topić swą "radość" w alkoholu.
Potem topiłam już wszystko; radości, smutki, pustkę, nudę... Wydawało
mi się to
nieszkodliwe. Raniłam bliską mi osobę, a tych, co nie pili, omijałam
szerokim
łukiem. Lecz najbardziej szkodziłam sobie, nie mając o tym pojęcia.
Aż wreszcie nastąpiło wielkie bum
– moje „dno” poniżenia. Z bagażem ślepego
egocentryzmu wkroczyłam
na drogę AA. Wciąż manifestował się poczuciem krzywdy, zagubienia,
niezrozumienia, poczucia niesprawiedliwości świata całego. W jakiś
sposób
czułam się lepsza, bo żyłam w przekonaniu, że ja nie jestem taka jak
inni
alkoholicy, że przecież jestem taka młoda, że przecież tylu rzeczy nie
straciłam, że … Na swojej, jakże jeszcze krótkiej
drodze w AA, spotkałam rożnych
ludzi, również i takich, którzy mi
mówili, że tak
naprawdę to mój biznes, czy będę pić czy nie, świat będzie
się kręcił dalej, a
mityngi będą się odbywać ze mną, czy beze mnie. Auć...
zabolało... jak to? To ja nie
jestem pępkiem świata? To ja mogę ot tak zwyczajnie pójść
się napić i nikomu to
nic nie zrobi? Dopiero jak to zrozumiałam, egocentryzm zaczął powoli
słabnąć.
Dopiero wtedy - czyli całkiem niedawno - doszło do mnie, czym tak
naprawdę jest
egoizm i egocentryzm.
Z
każdym miesiącem coś nowego do mnie dociera. Doszło do mnie, ze
użalanie się
nad sobą też jest pewną
formą egocentryzmu. - oh,
jakież było
moje zdziwienie. (czasami
to się czuję jak Kolumb;-)
Dziś myślę, że on wciąż we mnie jest, choć w mniejszym nasileniu.
Czasem
jeszcze czekam, aż ktoś odgadnie moje myśli i wyciągnie
do mnie rękę, oczekuję...a
oczekiwania rodzą frustracje. Muszę się nauczyć, że to ja
mam wychodzić do ludzi, zwłaszcza gdy
jest mi źle.
Muszę pamiętać, że
tak
naprawdę dawanie siebie innym, dzielenie się swoim doświadczeniem
uwalnia mnie
od egoizmu i egocentryzmu, może nie tylko pomóc innym, ale
przede wszystkim
pomaga mnie. I tutaj przypomina mi się jedna z definicji pokory "pokora
to nie znaczy
myśleć gorzej o sobie, to znaczy myśleć o sobie mniej" - i
dla mnie to
jest drogowskaz do tego jak żyć.
Z
pogodą ducha – Dorrita
(DT 5.02.2005)
„JAK
NIESIEMY POSŁANIE AA DO
ZAKŁADÓW KARNYCH
??”
Krzysztof:
Włodziu, ile to już lat
chodzisz na mityngi do
„puszki”?
Włodek:
od 1992 roku. Wychodzi na to , ze
od 13 lat.
K:
to całkiem niezła „pajda”
– taki „wyrok” wzbudza respekt nawet
wśród osadzonych. Po co
tym tam chodzisz ? Przecież
kiedyś mówiłeś, że
„sam do więzienia nie pójdę”. Chcesz
sobie zasłużyć na pójście do nieba
? Masz tam coś do załatwienia
?
W:
nie wygłupiaj się – chodzę tam,
aby dzielić się siłą, nadzieją i doświadczeniem. I aby oddać to, co sam
kiedyś
dostałem od innych alkoholików. W więzieniu tak naprawdę
mogę się przekonać ilu
nieszczęść udało mi się w życiu uniknąć, bo kiedy piłem, sam
postępowałem
mówiąc oględnie - nie do końca zgodnie z prawem. Dziś jestem
trzeźwy, żyję
normalnie i o tym mówię podczas mityngów w ZK. To
tam nauczyłem się mówić
prawdę o swoim życiu, kiedy sam chorowałem z alkoholem
– bez „farmazonu”
i bez
żadnych kombinacji. A przecież całe moje poprzednie życie oparte było
na
„bajerze”, kłamstwie i udawaniu
jaki jestem
twardy facet. To w ZK karnym po raz pierwszy opowiedziałem o tym jak w
końcówce
swojego picia sięgałem do tzw. „alkohole niespożywcze”.
K:
ale pytanie, na które mamy odpowiedzieć,
brzmi „jak niesiemy to posłanie”
?
W:
ja myślę, ze naszą obecnością, tam za
murem. Popatrz: chodzimy tam od lat - ja, ty, Kazio, Wojtek, Marek, a
od paru
lat przychodzą z nami również ludzie, którzy
teraz przychodzą „z
wolności”, ale swoje trzeźwienie zaczynali w ZK. Przychodzi
Sławek,
Jacek, Romek i wielu, wielu innych, których teraz nawet nie
potrafię sobie
przypomnieć, ale którzy są żywym dowodem, że
„złodziej” tez może
żyć na wolności uczciwie i na trzeźwo. Chodziło i chodzi nas sporo
–
nieżyjący już dziś - Marysia i Alek, którzy bywali w ZK na
Olszynce
Grochowskiej, kiedy powstała grupa „Kamczatka” i
spora grupa ludzi,
którzy chodzą nadal. To zawsze byli i są różni
ludzie, a ich obecność i
różnorodność pozwala osadzonym zobaczyć, że alkoholizm to
demokratyczna
choroba, która może dotknąć każdego, a nie tylko ludzi z
tzw. „nizin
społecznych” – a ja przez całe lata sam tak
uważałem. To też jest
ważna informacja, którą przynosimy im na mityngi.
K:
nie korciło Cię nigdy, żeby cos
chłopakom załatwić, coś przemycić – chociażby jakiś gryps z
wolności ?
W:
a pewnie, że korciło – w końcu ja
też kiedyś siedziałem. Ale pamiętam naszą rozmowę sprzed wielu lat,
kiedy
powiedziałeś „Włodek, jeżeli administracja ZK przyłapie nas
na jakichś nieprawościach,
to my sobie damy radę, bo w Warszawie wtedy
było 130 mityngów w tygodniu, ale co zrobią chłopaki, kiedy
zamkną im
mityng?” Od tamtej pory nawet o tym nie myślę. Nie po to tam
przychodzę.
K:
często też jeździcie do innych ZK. Wiem,
że bywacie w Łowiczu, Grudziądzu, Iławie, Bydgoszczy, Chełmie. Po
cholerę tam ??? Mało to
ZK w Warszawie.
W:
tam też siedzą ludzie, którzy chcą
trzeźwieć. Czasami są to ludzie, którzy zaczynali w W-wie i
wyjechali po
terapii w ZK na Mokotowie do innych Zakładów. Bywamy też na
rocznicach grup,
jakie spotykają się dziś w wielu więzieniach. Nie wiem czy wiesz, ale
to, że w
wielu zakładach karnych powstały grupy, to efekt zmiany nastawienia
administracji więziennej, który jest wynikiem tego, że parę
lat temu
jeździliście z Felkiem, Kaziem, Ryśkiem, Stasią
i Markiem – Akuracikiem do
Centralnego Ośrodka Szkolenia Służb Więziennictwa do Szczypiorna
koło Kalisza, żeby pokazać, że alkoholizm to choroba i że alkoholikowi
nawet w
zakładzie karnym można pomóc.
K:
cały czas szukam jakiegoś podsumowania
tej rozmowy i prostej odpowiedzi na pytanie „ jak niesiemy
posłanie AA do
ZK”.
W:
tak naprawdę nie wiem
kto tu komu to posłanie niesie – my po prostu
przychodzimy i
mówimy o sobie, a kiedy patrzę na chłopaków na
mityngu, to wiem do czego mogła
mnie doprowadzić moja agresja z czasów kiedy piłem i ilu
rzeczy udało mi się w
życiu uniknąć. To działa naprawdę w dwie strony.
Rozmawiali:
Włodek, zwany Lalką
i
Krzysztof zwany
Napoleonem.
Lipiec
2005 r
Profesjonaliści,
a wspólnota AA
Odpowiadając
na
ten problem można podzielić profesjonalistów, czyli osoby
zawodowo pracujące z
osobami uzależnionymi, na takich, którzy wiedzą, że AA w
ogóle istnieje i
takich, którzy nic nie wiedzą o jej istnieniu. Tych,
którzy wiedzą o jej
istnieniu, można podzielić na kolejne kategorie:
1.
tych,
którzy wierzą i wiedzą, że Wspólnota AA stanowi
dopełnienie, a w niektórych
sytuacjach, jedyną skuteczną pomoc dla osób uzależnionych
2.
tych,
dla których Wspólnota stanowi zagrożenie w tzw.
„pomaganiu” osobom
uzależnionym – bo np.
nie można na nich zarobić
3.
tych,
którzy są zazdrośni o swój sukces zawodowy i
muszą się nim dzielić ze Wspólnotą
gdy pacjent zdrowieje z choroby alkoholowej.
4.
.....
Tak
w przybliżeniu
przedstawiona mapa profesjonalistów pokazuje, że każda z
tych grup może
oczekiwać czegoś innego od Wspólnoty AA.
Profesjonaliści,
którym zależy na prawdziwym dobru pacjenta, uzależnionego
oczekują od Wspólnoty
AA:
1.
sojusznika
w zwalczaniu choroby uzależnieniowej
2.
świadczenia
o swojej obecności w różnych miejscach publicznych, tam
gdzie wciąż jeszcze
pacjent cierpi
3.
braku
rywalizacji ze strony Wspólnoty z profesjonalistami
– np.
nie podważaniu ich opinii
4.
........
mgr
Jerzy Jechalski
Kierownik OLUA Szpitala
Specjalistycznego MSWiA
w Otwocku
Tradycja
Dziewiąta
czyli
Podróż w
kierunku Odpowiedzialności
Wydaje
się, że każdego dnia pojawia się kilka nowych wskazówek do
Tradycji Dziewiątej.
Dyskusje – czasami bardzo ożywione – zmierzają na
ogół w trzech
kierunkach:
1.współpraca z
profesjonalnymi ośrodkami z poza
AA
2.praca
zespołów regionalnych AA
3.
osobiste pomysły.
Pierwsza
kategoria jest zwykle prosta i
jasna. Gdy kontaktuję się z administratorem jakiejś placówki
pomocy społecznej,
duchownym czy przedstawicielem mediów, wtedy szybko ujawnia
się znaczenie
Tradycji Dziewiątej. Ważne jest, czy przedstawiam siebie jako członka
zespołu
do współpracy z profesjonalistami czy też reprezentuję
osobiste zamysły. Czy te
działania mają na celu wspieranie zadań wspólnoty AA a może
są tylko próbą pominięcia
odpowiednich służb by czynić własną samowolę, a nawet, czy nie są
skierowane
przeciwko aktywnym służbom?. Tu ujawnia się cała prawda o naszej
przynależności. Musimy wiedzieć, że jak długo jesteśmy w zgodzie z
innymi AA w
kraju i na świecie, jeśli stosujemy się do wypracowanych i przekazanych
nam w
formie Tradycji doświadczeń, dopiero wtedy stajemy się odpowiedzialni
wobec
tych, którzy nam zawierzyli. Inaczej reprezentujemy tylko
własne ambicje i z AA
jako całością nie ma to nic wspólnego. Podporządkowanie się
zasadom AA jest
zasadniczą sprawą skuteczności Dwunastego Kroku. Bill W. mówił:
… by nieść posłanie musimy się do pewnego stopnia
zorganizować, w
przeciwnym przypadku pogrążymy się w chaosie. A chaos nie jest prostotą. Druga
kategoria – to
praca komisji i zespołów roboczych AA. Tam często mamy do
czynienie z trudnymi
sprawami. Faktem jest, że osiągnięcie jasności w przygotowywanych
zamierzeniach
jest nieraz poprzedzone gorącą dyskusją. - Oni tam tylko się
kłócą. Taką
wymówkę nieraz słyszę, gdy zapraszam na spotkania
zespołów. Jednak jak
doświadczenia wskazują nawet najbardziej zagorzali przeciwnicy nauczą
się współpracy gdy
pokonają osobiste ambicje. A o to w
Programie AA chodzi. I jeszcze uwaga. Dziewiątą Tradycję należy
stosować jako
duchowe narzędzie a nie jako broń przeciwko komuś. Byłem wtedy
członkiem służb intergrupy.
W nadziei na zachęcenie do uczestnictwa w
służbach regionu znalazłem się pewnego wieczoru na mityngu razem z
pewnym
weteranem, który ze złością kiwał palcem przy Tradycjach a
nagle wrzasnął:
„Widzicie!!! Nie powinni nigdy stać się organizacją! Idź
sobie! Nie
potrzebujemy służb. Interesuje nas tylko nasza grupa”.
Pomyślałem sobie
tylko: - gdzie tu jedność, współpraca, czy to jeszcze jest
AA? Jestem
wdzięczny, że wiele grup uważa zupełnie odwrotnie. Na miarę własnych
możliwości
wspierają różne zespoły tematyczne. To Dziewiąta Tradycja w
działaniu.
Trochę
zamieszania sprawia kilka pytań
Dziewiątej Tradycji zawarte w broszurze: PYTANIA DO 12 TRADYCJI AA
wydanej
przez BSK:
1)
Czy nadal
próbuję dyrygować wszystkim w AA i narzucać swoją wolę?
2)
Czy opieram się przyjętym w AA zwyczajom i obowiązującym zasadom
zachowania, ponieważ odbieram je jako zagrożenie dla mojej wolności?
3)
Czy
jestem wystarczająco dojrzały, aby rozumieć znaczenie wszystkich
elementów
Programu i korzystać z nich – chociaż nikt mnie do tego nie
zmusza
– z poczuciem osobistej odpowiedzialności?
4)
Czy
podejmując się zrobienia czegoś w AA, ćwiczę przy tym cierpliwość i
pokorę?
5)
Czy
jestem świadom swojej odpowiedzialności wobec wszystkich tych,
którym służę w
AA?
6)
Dlaczego
żadna grupa AA nie potrzebuje statutu ani regulaminu?
7)
Czy
gdy nadchodzi pora, umiem - zresztą z korzyścią dla siebie - godnie
zrzec się
pełnionej w AA funkcji?
8)
W
jaki sposób rotacja osób pełniących
różne funkcje służebne w AA wiąże się z
anonimowością? A z
pokorą?
Choć bywa, że pierwsze pytanie jest
kwitowane wybuchem śmiechu to reszta wywołuje raczej poważne uwagi.
Jestem wdzięczny przyjaciołom
którzy skierowali mnie do służby. Dzięki temu zobaczyłem
czym jest AA poza moim ulubionym mityngiem, że mityng jest
niczym
wierzchołek góry lodowej całej wspólnoty.
Zobaczyłem struktury mało widoczne z
grupy; brałem intensywny udział w spotkaniach intergrupy,
zespołów regionalnych, Radzie Regionu a nawet Konferencji
Krajowej. To niezła
szkoła życia. Właśnie tam, wewnątrz różnych komisji,
nauczyłem się lepiej
współdziałać z innymi a doświadczenia przydały mi się potem
w życiu rodzinnym.
Poznałem sens naszych Koncepcji; by unikać pochopnych decyzji, by
rozwaga
zapobiegała "wylewaniu dziecka razem z kąpielą", że nikt nie może
sobie uzurpować autorytetu władzy nad innym niezależnie od pełnionej
funkcji,
aby nie podejmować postawy karzącej wobec
kogokolwiek a także … wiele, wiele innych
zaleceń. Najciekawsze,
że ta szkoła może trwać do końca życia. Choć dziś już nie przewodniczę
żadnemu
zespołowi/ rotacja/, mam prawo nadal w nich uczestniczyć i dzielić się
swoim
doświadczeniem z nowicjuszami w służbie. To idealne miejsce do
sponsorowania. Każde spotkanie
zespołu w PIKu jest
także mityngiem, gdzie trzeba stale
pamiętać
o fakcie, że celem naszej służby jest niesienia posłania trzeźwości
wszystkim
potrzebującym. Równocześnie te działania mają obejmować
duchowe zasady
wynikające z naszych Tradycji. Osobną sprawą są dyżury w PIKu.
Ci, którzy brali udział w dyżurach telefonicznych często
opowiadają o ciekawych
zdarzeniach i zadowoleniu ze swej służby. Aż miło słuchać. Ale daleko
ważniejszą rzeczą jest chyba to, że działalność
punktu
informacyjno-kontaktowego jest obrazem naszego zorganizowania. To nie
klub,
fundacja ani stowarzyszenie korzystające z zewnętrznych funduszy i
profesjonalnych pracowników, ale sami alkoholicy ze
wspólnoty AA, za swoje
fundusze, potrafili odpowiedzialnie się zorganizować. Co to znaczy,
niech
odpowiedzą ci, którzy dzięki uzyskanym informacjom
rozpoczęli drogę trzeźwości. Na chwilę
się zamyśliłem. Pomyślałem sobie, że podróż w kierunku
odpowiedzialności stoi
otworem przed każdym trzeźwiejącym alkoholikiem. Wystarczy porozmawiać
ze
służbami w grupie, zaproponować swój udział, a dalej
… słuchać, stosować,
podporządkowywać się Tradycjom. To jesteśmy winni przyszłości AA.
Marek Warszawa 4 08
2005 r