MITYNG 08/110/2006
DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO
„...Nigdy nie zapomnę, kiedy pierwszy
raz spotkałem Billa Wilsona. Byłem trzeźwy od kilku
miesięcy i byłem taki podekscytowany i taki przejęty, ze spotykania oko w oko
ze współ założycielem AA, że zalałem go potokiem słów mówiących, czym jest dla
mnie moja trzeźwość i wyrażających moją dozgonną wdzięczność za stworzenie AA. A Kiedy zamilkłem wyczerpany, ujął moją dłoń w
swoją i powiedział po prostu: "PRZEKAŻ
DALEJ" Str. 7
„Lista przydatnych odpowiedzi"
Wielokrotnie,
gdy zwracałem się do przyjaciół, aby poszli ze mną na mityng lub podjęli
służbę, słyszałem między innymi takie odpowiedzi:
- Nie
jestem jeszcze gotów, ...właśnie szukam pracy,... chodzę na
terapię,... mam bardzo ważną pracę,… muszę
utrzymać rodzinę,… muszę zarabiać na chleb,… może później,... byłem w Strzyżenie,… jestem inny,.. właśnie
jadę do Zakroczymia,... idę
na mszę,... muszę zająć się sobą,... teraz jestem chory,... bardzo
ciężko pracuję,… jak pozałatwiam swoje sprawy,... daleko
mieszkam,... ja nic nie muszę!... teraz
opiekuję się chorą żoną,... wolny czas spędzam w
ogródku,... AA to nie wszystko,... nie nadaję się do
„rządzenia”,... to nie dla mnie,... wolę „nie pchać się do służby”,... mam własną drogę,… terapeuta mi nie pozwolił,…
ci w służbach to oszołomy,... jestem
niezależny,… co z tego będę miał?,… tobie
to dobrze, bo już długo nie pijesz!!!
....................................................................................
Myślę, że gdybym dłużej się
zastanowił, to jeszcze dużo mógłbym przypomnieć sobie takich odpowiedzi.
Wszystkie one, są bardzo ważne dla tych, którzy w ten sposób mówią. Ja też tak
mówiłem, głęboko wierząc w swoje słowa. Tylko, czy tak naprawdę byłem z nich po
czasie zadowolony? Dziś kiedy cisną mi się na język
takie odpowiedzi, przypominam sobie to, co stało się ze mną, kiedy mimo mojego
„NIE bo NIE” - dotarła do mnie treść modlitwy
III KROKU:
„ABY
ZWYCIĘSTWO NAD NIMI/trudnościami/
BYŁO
ŚWIADECTWEM DLA TYCH, KTÓRYM POŚPIESZĘ Z POMOCĄ ..."
zebrała redakcja MITYNG
Smak
radości
Mam już dość życia w świecie iluzji, budowania
snów o potędze i czekania na wróżkę.
Na jednym z moich pierwszych
mityngów Wspólnoty AA podszedł do mnie przyjaciel i powiedział "Andrzej
życzę tobie byś w swoim cierpieniu poznał smak radości". Tak jak
nie bardzo rozumiałem na tamten czas Program 12 Kroków i 12 Tradycji, tak też
te słowa wydawały mi się jakimś abstrakcyjnym paradoksem. Ale czułem, że chodzi
tu o coś ważnego. Niewiele pamiętam wypowiedzi przyjaciół z moich pierwszych
mityngów, ale te słowa głęboko zapadły w mojej głowie, zranionym sercu i chorej
duszy.
Jeszcze cztery lata temu gdy
chodziłem na pierwsze mityngi moje życie było ciągiem dłuższych lub krótszych
okresów "suchości" zapijanych w skrytości przed innymi i sobą.
Szukałem w butelce zwykle przemijających radości, takich powierzchownych, które
nie trwały długo, ale choć na chwilę dawały przyjemność i ukojenie
. Uciekałem wtedy przed Bogiem, samym sobą i innymi ludźmi w świat
iluzji i fantazji. Całkowicie nie byłem w stanie rozróżnić radości od
przyjemności.
Na terapii stacjonarnej i na coraz częstszych
mityngach we Wspólnocie moi przewodnicy przybliżyli mi prawdziwe znaczenie tych
słów. Przyjemność żyje chwilę i ginie - zostawia posmak śmierci, gdy tylko nią
będę się żywił. Radość jest natomiast duchowa i dlatego nigdy nie umiera.
Przyjemność nie może istnieć tam gdzie jest cierpienie, radość natomiast może
iść w parze z cierpieniem. To taki jeszcze jeden paradoks, który odkryłem w
kolejnym roku trzeźwienia według duchowej recepty AA.
Na mityngi chodzę aby Rozwijać siłę ducha, by w
nagłym nieszczęściu mogła ona służyć mi za tarczę. Idę tam by utrzymywać
stan równowagi zarówno, gdy życie przynosi mi trudne wyzwania jak i by moja
radość nie przerodziła się w euforię.
Moja radość ma swój smak, choć cierpienie czasem
wydaje się niesmaczne.
Jakże dużo radości przyniosły mi moje pierwsze
wypowiedzi na mityngach i pierwsze służby w grupie, pierwszy od wielu lat
taniec "bez wspomagania" na Zlocie Radości w Sianożętach,
Sylwester bez alkoholu w Radzyminie gdzie momentami moja dusza chciała fruwać,
przeżycia duchowe z Obór, Częstochowy i Lichenia, darowana mi miłość i uśmiech
przez przyjaciół ze Wspólnoty ........ Jednocześnie
wobec trudności życiowych, prób cierpień dałem sobie prawo do płaczu nie
rozstając się z radością kolejnych trzeźwych dni. Wiele spraw jest jeszcze nie rozwiązanych: sprawa rozwodowa, apelacja w sprawie
karnej, nikły kontakt z dziećmi, zobowiązania finansowe itp. Dziś swoje
zdrowienie pojmuję jako nawiązywanie świadomego kontaktu z rzeczywistością i na
tej bazie dokonywanie odpowiedzialnych wyborów. We Wspólnocie odnalazłem
prawdziwą miłość i wiem , że Ten kto naprawdę kocha
jest mocniejszy. Przyjmuję z równą radością łaskę uśmiechu jak i łaskę
ciężkich prób czasem okupionych łzami. Chyba już rozumiem sens i znaczenie tych
słów wypowiedzianych przez przyjaciela na jednym z pierwszych moich mityngów
Wspólnoty AA.
Mam już dość życia w świecie iluzji, budowania snów o potędze i czekania na wróżkę, która przyjdzie i swoją różdżką w mgnieniu oka usunie problemy z mojego codziennego życia. A co więcej nauczyłem się cieszyć z drobnych rzeczy, których to w moim pijanym życiu nie dostrzegałem: śpiewu ptaków, zapachu świeżo skoszonej trawy, smaku chleba, uroku zachodzącego słońca, wielobarwnej tęczy na nieboskłonie..... Wiem, że radość, którą odczuwam i okazuję Tu i Teraz jest bardziej cenna i wartościowa od tej, którą chciałbym odczuwać.
Andrzej 04 AA
Wizja
Syzyfa jakoś mi nie odpowiadała
Pierwszy raz ze słowem
„trzeźwiejący” spotkałem się na terapii. Siedziałem sobie
spokojnie, omawiając jakiś dzienniczek uczuć, albo inna pracę i nagle – o
zgrozo – wymsknęło mi się, że ja „jestem trzeźwy”. Zapadła
cisza, a terapeuta uniósł brwi tak, że zmarszczki na czole zjechały
mu prawie na kark. I wyjaśnił mi, iż trzeźwy to ja nigdy nie będę, a jak sobie
zacznę tak mówić, to będzie pierwszy krok do tego, żebym zapił, bo uznam, że
już nie muszę pracować nad sobą, ergo: przestanę pracować nad sobą i finalnie
cofnę się do punktu startowego, czyli do kieliszka stojącego przede mną na
barze. Bałem się, jak cholera, takiego obrotu spraw, a
na samą myśl, że mogę wrócić do pijanego koszmaru robiła mi się gęsia skórka.
Natychmiast zastosowałem się też do wskazówek. Zresztą - gdy wsłuchałem się w
niektóre wypowiedzi na mityngach AA, to również wyłowiłem uchem te
niedopowiedziane, zawieszone „trzeźwieję”,
„trzeźwiejący”, „trzeźwienie”. Byłem na etapie uczenia
się tego „slangu AA”, którego nijak nie mogłem załapać, zupełnie
jakbym był na Słowacji i tak rozumiał piąte przez dziesiąte z tego, co
„oni” gadają, używając słów właściwie dla mnie obcych, albo
brzmiących jakoś literacko (pokora, odpowiedzialność, miłość itd. itp.), choć w
miarę zrozumiałych, a w dodatku jakoś tak pragnąłem „wkupić się w
łaski”, być ten swój ten, co go znają ten, co jest w tej grupie. Więc też
zacząłem mówić, że „trzeźwieję”, albo, że literatura jest „aowska”. W końcu chciałem robić wrażenie, że też już,
co nieco znam się na rzeczy, znaczy na tym właśnie, jak to się mówi –
„trzeźwieniu”.
Właściwie taki styl wypowiedzi mi pasował, bo był
rodem z mojego starego świata, z tego pijanego świata, gdy nie potrafiłem jasno
i wyraźnie powiedzieć prawdy, użyć słów w ich odpowiednim znaczeniu, gdy byłem
małym krętaczem uwikłanym we własne kłamstewka i gierki. Bo przecież ja zawsze
tylko „popijałem” (nie chlałem na umór),
ja „mijałem się z prawdą”, a nie kłamałem, albo „musiałem
czymś się zatruć – może ta wódka była trefna?”, wtedy
gdy tak naprawdę mój organizm nie dawał rady udźwignąć potwornego kaca, który
wywlekał mnie przez oczy i usta na drugą stronę. I ja taki
„trzeźwiejący” to byłem właśnie, jak ten stary
„popijający” – ni pies, ni wydra.
Musiałem naprawdę dotknąć swojej bezsilności,
poczuć ją w kręgosłupie, gdy po prostu nie potrafiłem żyć bez alkoholu –
żyć dobrze i szczęśliwie, nawet nie podnosząc kieliszka do ust, żeby się
otrząsnąć i spróbować raz jeszcze, na nowo.
Bo ja do tej pory byłem ten
„trzeźwiejący”. Nie poszedłem na całość. Nie uwierzyłem AA. Nie brałem służb. Nie miałem sponsora. „Mi”
się zdawało, że jestem za mądry na jakiegoś sponsora, albo służby.
Któregoś dnia zatem,
stojąc znowu przed dylematem „flaszka w sklepie od razu, bo po co się
męczyć, albo jednak może mityng”, podjąłem ważną decyzję i wyrzuciłem ze
łba wszystko, co wiedziałem, „wyzerowałem” sobie mózg, jakbym, resetował komputer i spróbowałem jeszcze raz –
prosząc o służby we wspólnocie i o sponsorowanie. Jak mówi jeden z przyjaciół,
zacząłem na ostro „dłubać” w Programie. Przestałem
„trzeźwieć” w nieskończoność, a po prostu powiedziałem sobie, że
jestem trzeźwy. „Naszym jedynym celem jest trwać w trzeźwości i
pomagać innym alkoholikom w jej osiągnięciu” – dotarło do
mnie zdanie z Preambuły, które wielokrotnie słyszałem na mityngach, ale zawsze
zwracałem uwagę jedynie na ten sens, że moja trzeźwość jest uwarunkowana tym,
żebym pomagał innym, żebym niósł posłanie. Tym razem zauważyłem jeszcze, iż jest
tam mowa o trwaniu w
trzeźwości, oraz o jej osiąganiu. Czyżby trzeźwość
była, zatem czymś, co można osiągnąć, czymś konkretnym, a nie tylko jakimś
wymarzonym celem, którego nigdy nie osiągnę i mam jedynie do niego ustawicznie
dążyć? Wizja Syzyfa, który ciągle pcha pod górę głaz tego
„trzeźwienia”, ale co pewien czas musi się
„zrypać” na sam dół, jakoś mi nie
odpowiadała. Zacząłem, zatem, zgodnie z tytułem jednej z ważniejszych pozycji
naszej literatury żyć w trzeźwości, a nie tylko trzeźwieć.
I nagle się okazało, że postawa, jaką prawie
mimowolnie przyjąłem, mówiąc sobie o trzeźwości, a nie trzeźwieniu zaczęła mi
się bardziej podobać, a ja – w trakcie pracy ze sponsorem, przechodząc
przez kolejne Kroki Programu, zyskiwałem coś, czego tak bardzo mi było brak
– spokój i zaufanie. Jako „trzeźwemu” przestało mi
najzwyczajniej w świecie wypadać robić niektóre rzeczy, folgować swoim instynktom, czy emocjom. Otóż to – jak
byłem trzeźwiejący, to po prostu jakby „niedorobiony”, zawieszony
między dwoma światami – tym pijanym i tym trzeźwym. Jedna noga tu, a
druga tam. I co teraz? No i teraz, w zależności od tego, na którą stronę się
przechylę, to jako ten „trzeźwiejący”, mogę być bardzie trzeźwy,
albo bardziej pijany. Raz tak, raz tak. No a przecież jako temu „trzeźwiejącemu”
to mi wolno wiele rzeczy, to ja mogę się użalać nad sobą, albo
co gorsza kogoś skrzywdzić np. słowami (w
końcu ja „taki biedny”, niedoróbka i trzeźwiejący). Ja wchodząc do
AA, wchodząc na drogę trzeźwości, podjąłem jasną i konkretną decyzję – mam
gdzieś tamto życie i chcę budować nowe. Nie mam zamiaru trzymać jednej nogi
gdzieś w pijanym świecie, bo sobie najwyżej mogę ścięgna ponadrywać robiąc
jakiś dziwny szpagat, a uwierzcie mi – moja cielesność nie za bardzo
wskazuje na to, żebym potrafił robić szpagaty.
Ktoś powie – hej, czy ty przypadkiem nie
zapijesz, jak taki trzeźwy przestaniesz pracować nad sobą (co podobno robią
wszyscy „trzeźwiejący”, którzy tym się różnią od
:”trzeźwych”, że się rozwijają za pomocą pracy nad sobą)? A
ja na to odpowiadam, że nie wiem, czy zapiję – proszę Boga o kolejny
trzeźwy dzień i na razie ciągle dostaję, a teraz gdy
jestem „trzeźwy” pracuję dużo mocniej nad utrzymaniem tej
trzeźwości, niż wtedy gdy byłem tylko „trzeźwiejący”. Ktoś dalej
zapyta: a czy to nie pycha przez ciebie przemawia, jak tak mówisz o sobie
trzeźwy? A ja sobie myślę, że nie. Że odważnie, prosto i jasno mówię dzisiaj,
jaki jestem. Jestem trzeźwy dzień za dniem.
Trwam w trzeźwości. Codziennie
(Z napisu z szarfy przyznanej
spadkobiercom dr Boba w 1957 roku:
"....Powszechnie i po
przyjacielsku nazywany "doktorem Bobem" wytrzeźwiał
MOJA
GRUPA AA
Mam na imię Grzegorz i jestem alkoholikiem,
chciałbym się podzielić moimi doświadczeniami na temat grupy AA
– czym jest dla mnie grupa.
Wychodząc z terapii pytałem terapeutę
co będzie gdy nie będzie mi odpowiadała grupa na którą pójdę. Odpowiedział,
że jest obecnie tyle grup, że na pewno znajdę taką na której
będę czuł się dobrze, ale także od ciebie będzie zależało jak ta grupa
funkcjonuje.
Poszedłem na grupę taką która
odpowiadała mi miejscem i czasem spotkań, ale coś było nie tak. Grupa na którą poszedłem pracowała na okrągło na pierwszym
kroku (bezsilności).
Tematami wokół bezsilności było „co daje mi AA”,
„po co przychodzę na mityngi”, nie podobało mi się to, a będąc
jeszcze pełen pychy, zapatrzony w swoją wiedzę zdobytą na terapii, krytykowałem
wszystko co było nie po mojej myśli. Zapomniałem o sugestii terapeuty, że mogę
znaleźć dla siebie inną grupę lub powiedzieć o tym co
mi nie odpowiada,
czego oczekuję od grupy.
Zacząłem znikać po przerwie aż w końcu całkowicie przestałem uczestniczyć w
mityngach. Nie trzeba było długo czekać abym zapił, wałkowanie na okrągło o
bezsilności nic mi nie dało – wiedziałem że
jestem bezsilny ale stałem w miejscu. Stojąc w miejscu cofałem się i to bardzo
szybko, gdyż wróciłem do picia oczywiście, był to wybór wyłącznie mój na pewno
nie grupy. Miałem jednak nadal ogromną chęć zaprzestania picia i wiedzę na
temat alkoholizmu, którą musiałem wykorzystać, miałem też kilku przyjaciół którzy potrafili mi pomóc. Przyjaciel polecił mi
inną grupę na której był trochę inaczej, więc
postanowiłem spróbować raz jeszcze. Grupa w innym mieście, wydawało mi się
nawet, że inni ludzie, inne spojrzenie na trzeźwienie. Grupa ta pracowała na
krokach i tradycjach AA, były czytane teksty i dużo dzielenia się swoimi
doświadczeniami przez uczestników w realizacji programu dwunastu kroków i
tradycji. Na tej grupie poznałem dopiero czym jest
program jaki daje nam Wspólnota AA, zacząłem więc i ja powoli wprowadzać Go w
swoje życie.
Na tej grupie poznałem czym
jest służba w AA i ile może pomóc. Zacząłem służyć co
bardzo pomaga mi w realizacji programu. Wróciłem również na tą moją pierwszą
grupę. Zacząłem rozmawiać z przyjaciółmi na temat pracy grupy, o tym co można by zmienić.
Spotkałem się z akceptacją proponowanych zmian.
Zrobiliśmy inwenturę, gdzie sumienie grupy uznało, że dobrze by było aby grupa pracowała na programie
12 Kroków i 12 Tradycji. Oczywiście stawiając problemy i nowicjuszy na
pierwszym miejscu, gdyż są zawsze najważniejsze.
Na dzień dzisiejszy uczęszczam na obie te grupy i
jestem bardzo zadowolony, gdyż trzeźwienie przynosi mi wiele radości –
idąc do przodu przestałem się cofać.
Ostatnio rozmawiałem na temat grupy krwi A czy B, a może AB mój syn przerwał mówiąc – tata ma dobrą grupę AA. I to właśnie jest w tym wszystkim piękne trzeźwieć wiedząc, że ma się duże wsparcie z każdej strony. Nie chciałem aby ktoś źle mnie zrozumiał nie było moim zamiarem napisać, że są grupy lepsze lub gorsze. Każda grupa jest dobra, jeżeli pomaga utrzymać trzeźwość choćby tylko jednemu z jej uczestników. Teraz wiem dobrze, że ode mnie również zależy jaka jest grupa i jak funkcjonuje – jestem jej częścią i zawsze mam prawo powiedzieć jeżeli coś mi nie odpowiada i wiem że zawsze zostanę wysłuchany. Tak działa każda Grupa AA.
Pozdrawiam i życzę Pogody Ducha.
Grzegorz
TO JEST MOJE ŻYCIE (rozmowa II)
Krzysztof: kim Ty jesteś?
Mariusz: na imię mam Mariusz jestem alkoholikiem
K: to
jest twój pierwszy wyrok?
M. nie,
drugi
K.
powiedz mi czy był taki moment, że zacząłeś się zastanawiać, że te twoje wyroki
mogą być spowodowane tym, że pijesz?
M. tak, już
przy pierwszym wyroku. Chyba już wtedy wiedziałem, że alkohol wyzwala u mnie
niesamowitą agresję, że przez alkohol mam problemy, bo w zasadzie nigdy nie
dopuściłem się jakiegoś przestępstwa czy wykroczenia bez alkoholu, na trzeźwo.
K.
zastanawiałeś się nad tym ale czy zrobiłeś coś aby to
zmienić?
M. z tego
pierwszego wyroku wyszedłem z mocnym postanowieniem, że zrywam z alkoholem,
myślałem, że to jest kwestia po prostu silnej woli, że jeżeli będę chciał to
potrafię nie pić. Na początku to mi się nawet udawało. Trzy miesiące nie piłem
po wyjściu z zakładu karnego.
K.
potem zacząłeś od nowa?
M. tak i to
całkiem przypadkowo. Poszedłem na urodziny kolegi, którego nie widziałem prawie
cztery lata. Była impreza, wódka, dziewczyny. Zaproponowali mi, żebym wypił
jednego, ale nie chciałem pić. Po dłuższych namowach, pomyślałem, że wypiję
tylko jeden kieliszek. To było towarzystwo, które nigdy nie miało konfliktów z
prawem, więc pomyślałem, że niczego „nie nawywijam”. No i picie
skończyłem dopiero nad ranem. A
K. no i wreszcie trafiłeś drugi raz do
więzienia. Czy teraz jesteś przekonany, że wszystkie twoje kłopoty spowodowane
są przez gorzałę?
M. powiem
ci szczerze, że tak. Mam na sumieniu poważne przestępstwa. To wszystko są
„dziesiony z dwóją” [napady] i jest tych
spraw kilka. Wierz mi, że ja nigdy na trzeźwo nie dokonywałem przestępstw,
chociaż raz mi się zdarzyło, ale facet sam się nawinął
i szukał zaczepki, to go pobiłem i okradłem. Wiem jedno, że wszystkie
pieniądze, które kradłem, które pochodziły z przestępstwa, przeznaczałem na
alkohol. Moi wspólnicy potrafili jechać do domu a ja zostawałem i piłem dalej.
Zawsze znajdowałem takie towarzystwo, że spotkanie kończyło się w knajpie. Wtedy takie życie podobało mi się.
K. tak
spokojnie powiedziałeś mi, że jesteś alkoholikiem a przecież słowo alkoholik u
ludzi, którzy nie znają naszego problemu to brzmi tak trochę ”nie klawo”
Nie
boisz się tego, co sobie o Tobie pomyślą inni?
M.
szczerze mówiąc nie chciałem w ogóle przyjechać na tę terapie. Siedzę już 8 lat
z tego wyroku i uważałem, że skoro tyle czasu nie piję to nie mam już problemu
alkoholowego. Robiłem wszystko żeby nie wylądować na tym oddziale, a dziś
szczerze dziękuje Bogu, że tu jestem. Tu, na oddziale Atlantis
dowiedziałem się o tym, ze alkoholizm to choroba. Do tej pory nigdy nie
postrzegałem alkoholizmu jako choroby – myślałem, że to kwestia słabej
woli albo braku charakteru. Alkoholik to był dla mnie ktoś taki, kto pije
denaturat, kto jest na dnie – gardziłem takimi.
K. jesteś w tej chwili na terapii. Powiedz
mi, czego naprawdę oczekujesz po terapii?
M. powiem ci szczerze, że na początku nie
bardzo wiedziałem. Ale terapia pomogła mi po prostu popatrzeć z innej strony na
moje dotychczasowe życie. Dziś wiem, że wykłady i mityngi dały mi poczucie
bezpieczeństwa. Na mityngi chodzę dopiero od 2 miesięcy. Wiem już, że
alkoholizm to jest chorobą bardzo demokratyczną i każdy może na nią zapaść.
Pytasz, czego oczekuję? – przede wszystkim
wiedzy. Na terapii mam wykłady, czytam książki na temat choroby i chodzę na
mityngi. W czasie zajęć i mityngów słucham opowieści innych alkoholików i
konfrontuję to ze swoim życiem – momentami czuję się tak, jakby mówili o
mnie. Kiedy siedzę na wykładzie, podawany jest jakiś przykład to ja myślę:
„oni chyba znowu o mnie mówią?. Głupio się wtedy czuję, czerwienię się,
nie bardzo wiem gdzie uciec z oczami. A jak wykorzystam tę wiedzę - to życie
pokaże. Wiem jedno, że konfrontacja tej wiedzy z życiem nastąpi dopiero za
bramą więzienia.
K. Mariusz,
ile ty masz lat?
M. 30
K. a ile z tego odsiedziałeś?
M. 12 lat.
K. Rany Boskie! - to
więcej niż 1/3. Nie wystarczy już tego siedzenia?
M. powiem
ci szczerze - rzygać mi się chce od tego siedzenia. Dawniej zastanawiałem się,
że, gdyby był sposób jakiś bezbolesny i szybki sposób, żebym miał gwarancję, że
zejdę z tego świata to chyba bym skończył z sobą. Naprawdę mam dosyć monotonii
życia więziennego.
K. ale człowieku, masz 30 lat. Jeżeli będziesz trzeźwy to
całe życie jest przed tobą. Wierzysz w to? Wierzysz, że ci się życie ułoży?
M. mam
marzenia, mam plany na czas obecnej odsiadki i na
wyjście z zakładu karnego. Układam te plany tak, żeby były realistyczne i do
zrealizowania. Robię wszystko po prostu, żeby po wyjściu z zakładu karnego już
więcej tu nie przyjść. Kiedy zaczynałem tę odsiadkę zrobiłem kilka postanowień,
które realizuję i całkiem niedawno postanowiłem to, że po wyjściu będę się nadal
leczył. Wiem, że pierwsze kroki w trzeźwieniu są
najważniejsze.
K. mam prośbę do ciebie i mówię ci to z
własnego doświadczenia: nie ustawiaj sobie za wysoko poprzeczki; jesteś w
specyficznym miejscu i jesteś w specyficznym okresie swojego życia – na
razie jesteś w euforii. Pamiętaj o tym, że jak wyjdziesz na wolność, będziesz
musiał się zderzyć z tym, co cię czeka za bramą. I jak ustawisz sobie za wysoko
poprzeczkę, to może się okazać, że jej nie przeskoczysz i będziesz miał do
siebie pretensję, że jesteś do niczego, że czegoś nie potrafisz i będzie ci po
prostu trudno żyć w miarę normalnie.
Czeka
tam ktoś na ciebie za bramą?
M. nie i
to jest moja największa strata. Bo wbrew pozorom nie fakt, że siedzę w
więzieniu, chociaż to też jest bolesne – w końcu to już tyle lat.
Najgorsze jest to, że podczas tego wyroku straciłem mamę, brata i ojca.
Zostałem sam. Mam jeszcze młodszego brata, ale nie chcę z nim utrzymywać
kontaktu. „Wykręcił mnie” na mieszkanie po rodzicach. Kiedy była
potrzebna moja zgoda na zameldowanie to jeszcze jakoś to było – kiedy
załatwił wszystko – straciłem z nim kontakt. Dochodzą
do mnie wieści, że pije i znowu popadł w konflikt z prawem. To mój brat, więc
normalne jest to, że go kocham. Ale wydaje mi się, że nawet po moim wyjściu z
zakładu karnego, nasze kontakty będą ograniczone.
K. spokojnie Mariusz, na wszystko przyjdzie
czas. Teraz jest czas na twoją terapię, musisz odsiedzieć wyrok - później
przyjdzie pora na zastanawianie jak sobie to wszystko poukładać.
Chciałbym
na koniec cię prosić żebyś powiedział dwa słowa do takiego wyimaginowanego
człowieka, takiego, którego tu nie ma. Wyobraź sobie, że tu na moim miejscu
siedzi facet, który pierwszy raz w życiu przyszedł do
puszki, pierwszy raz w życiu się „przewalił”, miał podobne życie do
twojego, podejrzewam, że też się wpakował do „puszki” przez
gorzałę. On mnie nigdy nie uwierzy, bo ja nigdy w życiu nie siedziałem, chociaż
mam już niezłą „pajdę” za sobą – w końcu już prawie 16 lat tu
przychodzę. Gdybyś miał jemu powiedzieć dwa słowa, to, co chciałbyś powiedzieć?
M. żeby nie popełnił tego błędu, co ja,
żeby nie żył kryminałem, i starał się zmieniać. I żeby nie starał się
przypodobać nikomu, bo to jest największy błąd. Ja popełniłem ten błąd przy
pierwszym wyroku i konsekwencję tego ponoszę do dziś. Dziś nie obchodzi mnie
to, co inni mówią i to, co inni robią. Dziś żyję dla siebie. Kiedy szedłem do
więzienia to od początku walczyłem z administracją różnymi sposobami: a to
samookaleczenia, a to różne „jazdy” i wielokrotnie lądowałem w
izolatkach, Klawisz to był dla mnie najgorszy śmieć – tak chciałem się
przypodobać innym współosadzonym. Dziś postrzegam to inaczej, czasem leżę na łóżku i
zastanawiam się, kto jest gorszym frajerem, ja czy on.
I powoli doszedłem do wniosku, że faktycznie ja. Dlaczego? Ano, dlatego, że ja
siedzę i z życia nie mam nic, a on odbębni swoje 12 godzin, wraca do domu i
klepie żonę po tyłku i jest zadowolony.
K. zgadza się. Jeszcze tylko jedno pytanie,
może nie wygodne, ale chciałbym żebyś się zastanowił. Nie boisz się ze stracisz
twarz, tu w środowisku, wśród „złodziei”, takiego mocnego faceta - jesteś przecież kawał chłopa i kiedyś, jakby ci
ktoś podskoczył w więzieniu, to wiedziałbyś, co masz z nim zrobić. Nie boisz
się, że pryśnie mit twardziela?
M. nie, bo jeżeli bym
się tego bał, to nie miałaby sensu moja terapia, moja zmiana
bo ja tak jak powiedziałem zmieniam się dla siebie i nie patrzę jak
postrzega mnie ktoś inny. Niech sobie myślą o mnie, co chcą – w końcu TO JEST MOJE ŻYCIE.
K. tak, to jest twoje życie nikt ci go układać
nie będzie. Chcę ci powiedzieć tak, jak zawsze mówię, kiedy rozmawiam z
chłopakami w „puszce”: …”każdemu kiedyś otworzą tę
bramę” - życzę ci żeby to było jak najszybciej i chcę żebyś wiedział, że
za bramą będziemy na ciebie czekali. Powodzenia.
M.
dziękuję
W
Areszcie Śledczym Mokotów Rozmawiali:
Mariusz
AA i Krzysztof zwany Napoleonem /maj 2006 r/
„Żyjemy nie
tylko po to , by nie pić; żyjemy też po to, by uczyć
się, służyć i kochać”
Już
nie muszę być Kainem
Byłem odpowiedzialny za
pewną pracę wydawniczą dla wspólnoty. Już w momencie odbierania druków, ze
zgrozą zobaczyłem jak na samym wierzchu widnieje błąd wyraźnie utrudniający
sensowne odczytanie tekstu. Zmartwiałem. Naprawa nie wchodziła w rachubę. Z duszą
na ramieniu oddałem wydruki. Oczekiwałem najgorszego; słów krytyki, wymówek,
itp.. Nic takiego się nie stało. Przyjaciel nie wypowiedział nawet jednego
słowa nagany. To było dla mnie dziwne; sam pewnie bym zrobił karczemną
awanturę, żądał zwrotu pieniędzy, wyzwał od nieudaczników. Wydaje mi się, że
widział ból w moich oczach i zrezygnował z gorzkich uwag. Poczułem wdzięczność
za taką postawę; przecież i tak wiedziałem o swoim zaniedbaniu. Nie trzeba mi
dodawać kolejnych przykrości. Zdarzenie to głęboko utkwiło mi w pamięci, ma do
dziś wpływ na postępowanie w stosunku do ludzi, którzy w mojej ocenie nawalają
w jakiejś dziedzinie, chociażby w trzeźwości. Może to być również odmowa
wykonania zobowiązania - poprowadzenia mityngu z powodu potrzeby moczenia nóg w
tym czasie. Kto powie, że to nie jest ważne? Trudno mi sobie przypomnieć
przypadki, aby wymówki wprowadziły coś racjonalnego. Przede wszystkim nie
poprawiały atmosfery. Najczęściej powstawała przepaść na tyle wielka, że
uniemożliwiała porozumienie i pomoc.. Muszę się zgodzić, że nie każdy pragnie
uporać się z własnym egoizmem czy egocentryzmem. Gdy zapytałem się siebie,
czego z tego zdarzenia się nauczyłem, przypomniałem jak bardzo zaimponowała mi
postawa kolegi przyjmującego moją wadliwą pracę. Nie muszę już dłużej być
Kainem. Obydwaj zdawaliśmy sobie sprawę, że nawet przez najbardziej wymyślne
słowa nie zmienimy sytuacji; słowa nagany były zbyteczne. Natomiast jak zmienia
atmosferę życzliwe stwierdzenie – no cóż, następnym razem będzie lepiej,
nie trać nadziei. Wierzę, że chciałeś dobrze. Oczywiście brak wymówek nie jest
zachętą do wadliwej pracy, raczej wsparciem w drodze do uzyskania dobrych
wyników. Dzisiaj nikt nie musi mi przypominać o dodatkowym sprawdzeniu tekstów.
Zaś okazanie się przyjacielem w trudnej sytuacji ma większe znaczenie niż
awantury, nawet najbardziej słuszne.
Pozdrawiam
pogodnie Marek Warszawa 5
############# Zza krat ###############
Na imię mam Włodek, jestem alkoholikiem po raz
wtóry chciałbym podzielić się na kartkach Mityngu swoimi problemami
wynikającymi z picia alkoholu. Bardzo dawno temu, kiedy wydawało mi się iż piłem towarzysko, kontrolowanie, lekarz powiedział mi
iż mam problem z alkoholem ponieważ jestem alkoholikiem, a był to rok 1969.
Naturalnie ja mając wtedy lat 20 połknąłem „antabusa”,
wziąłem zwolnienie do tyłu, pomyślałem lekarz wariat, niespełna rozumu. Dzisiaj
wiem, iż ten facet niespełna rozumu miał rację. Potem
w niedługim czasie po raz trzeci straciłem wolność. A potem z mojej winy
Rodzinę, która nie wytrzymała moich ciągów, awantur, zaniedbywania itd. Dzisiaj
wiem, że każde moje picie wpędzało mnie w kłopoty, straciłem pracę, wolność,
rodzina odwracała się. A w 1989 r. picie, a potem kac „namówił”
mnie do popełnienia zbrodni. Po raz drugi tutaj na Mokotowie dowiedziałem się iż jestem alkoholikiem i picie zmienia mój sposób
myślenia oraz rozumowania.
Po odbijaniu piłeczki przyznałem się iż mam
problem i jestem alkoholikiem. Dzisiaj wiem, iż nie piłem alkoholu ileś tam dni bo obiecałem Mamie, Żonie czy dziecku. Ja chciałem pić
tylko nie piłem dla bliskich mi osób. Mogę pochwalić się iż
moja abstynencje trwała trzynaście lat, ale zapomniałem iż jestem alkoholikiem,
o przyjaciołach z AA, mityngach. Ja umiem pić kontrolowanie zapiłem, a ciąg mój
trwał pół roku, oprzytomniałem w szpitalu psychiatrycznym oraz pod celą w
Łowiczu.
Dzisiaj nie piję bo wiem, iż każde moje picie
wpędza mnie w kłopoty, pamiętam o wspólnocie, mityngach i wiem, że ja chcę być
trzeźwy dzisiaj. Myślę iż mi się uda po raz drugi
opuszczając więzienie nie wstąpić do sklepu i kupić połówkę wódy. Wszystkim
przyjaciołom z wolności, którzy dzielą się swoimi doświadczeniem na mityngach z
tej strony muru bardzo dziękuję i życzę wytrwałości.” Alkoholik Włodek
##############################################################
Jestem alkoholikiem, na imię mam Włodek.
We wspólnocie jestem od 1991 r., chociaż o chorobie swojej dowiedziałem się dużo wcześniej. Ja, alkoholik? Pomyłka. Wszyscy, ale nie ja. Chociaż bardzo dawno minęły czasy, gdy moje picie sprawiało mi przyjemność, kontrolowanie, towarzysko. Myślę, iż choroby nie przejąłem po rodzicach, chociaż upijałem się alpagami mając 13 lat, robiąc włamania do sklepów, gdzie znajdował się alkohol. Dzisiaj wiem, iż bardzo długo żyłem w świecie iluzji i zaprzeczeń i nie chciałem zdać sobie sprawy, iż jestem alkoholikiem. Na terapii uświadomiłem sobie, iż żyłem w stanie obłąkania i w tej sytuacji nie byłem zdolny do kierowania własnymi sprawami jak i swoim życiem. Dzisiaj wiem, iż urodziłem się po raz wtóry, kiedy znalazłem się na Mokotowie i odwiedziłem oddział „Atlantis”. I właśnie tutaj spotkałem mądrych ludzi, którzy wytłumaczyli mi wiele spraw (otworzyli mi oczy). Kiedyś na słowa mądrych ludzi nie zwracałem uwagi. Chyba nie rozumiałem ich. Jak każdy alkoholik nie uważałem się oraz nie miałem żadnego problemu z alkoholem. Jak chcę to mogę nie pić itd. Chociaż bardzo dużo straciłem w życiu z powodu picia wódy, jestem szczęśliwy iż mój Bóg nie pozwolił mi zapić się na śmierć, zaakceptować chorobę i przyznać się, iż jestem bezsilny. Trzynaście lat nie brałem jej do ust a pomogły mi mityngi, przyjaciele z AA. Ale przyszedł dzień, że zapomniałem o swojej chorobie, mityngach, przyjaciołach z AA i zachlałem. Naturalnie po półrocznej balandze znalazłem się ponownie z tej strony muru i tutaj przypomniałem sobie, iż jestem alkoholikiem. Jestem bardzo słaby i do picia kontrolowanego nie jestem stworzony. Teraz ponownie jestem na prostej drodze. Mityngów oraz grupy wsparcia nie opuszczam. Jestem wdzięczny przyjaciołom z AA, którzy pomagają mi utrzymać się na prostej drodze. Chociaż nie jest mi lekko, ale nikt nie mówił, że będzie mi lekko w życiu na trzeźwo. Dziękuję przyjaciołom, którzy przychodzą z tej drugiej strony muru na mityngi i dzielą się z nami swoimi doświadczeniami. Jestem pewny, iż po raz drugi w życiu, opuszczając bramę więzienia nie wstąpię do sklepu, aby kupić alpagę lub flaszkę wódy. A potem może i założę rodzinę i będę żył w trzeźwości. Pozytywne myślenie mnie nie opuszcza. Wiem, co dała mi wóda: kilkanaście lat więzienia, rozbitą rodzinę, byłem bardzo złym człowiekiem. Chcę to zmienić. Od kilkunastu miesięcy jestem ponownie zadowolony z siebie. Pomaga mi Bóg Jehowa, przyjaciele, wspólnota. Myślę, iż pokonam swoją chorobę i wytrwam w trzeźwości. A pomogą mi w tym przyjaciele z AA, mityngi i pamięć o chorobie. Wszystkim, którzy walczą z chorobą alkoholową życzę siły i wytrwałości.
Alkoholik Włodek
W.
...trzeba ją osłodzić.
Przypominam
sobie jak to na kacu
- dzień choć męczący to
radosny. Nie byłoby tej Radości. Bóg wysłuchał modlitw mojej żony i skierował
moje kroki do AA: inaczej być nie mogło - wierzę w to. To we wspólnocie AA
odbudowuję swoją pokorę, wyrozumiałość, umiejętność słuchania i Dar
służenia. Poprzez ten dar radość trzeźwienia staje się większa, słodsza.
Kiedy przypomnę sobie swoją dawniejszą opryskliwość, wulgarność, nietolerancję
i chamstwo zdaję sobie sprawę, że niewolnicze jarzmo nakładałem sobie sam, ale
obwiniałem innych. Dziś radość trzeźwienia to radość z
wolności, spokoju wokoło mnie. Tę radość z wolności, radość służenia i
inne kawałeczki radości poprzez grupę AA daje mi Bóg. Ja Stasiek
alkoholik muszę dbać o tę hierarchię i dążyć do tego by ten stan trwał.
Radości i Pogody Ducha „StAA”
„…jeśli nad
nimi prasujemy”
Nienawidzę prasować. Stanie przy desce z gorącym żelazkiem w ręku zawsze kojarzyło mi się z rozmemłanym facetem, co to jest pantoflarzem, a nie kowbojem, jakim kiedyś chciałem być snując się po knajpach wracając do domu o świcie.
Za każdym razem, gdy mam zabrać się za prasowanie bierze mnie cholera. Wściekam się sam na siebie i myślę sobie: „Czyś ty zdurniał do reszty? Czy ci odbiło? Czy nie lepiej legnąć na kanapie i ćwiczyć mięsień kciukowo-pilotowy zmieniając kolejne kanały?”
Mimo niechęci i złości na samego siebie za nakładane na siebie dobrowolnie „tortury” jednak staję przy tej wstrętnej desce i pracuję.
Czemu? Bo gdy po kilku latach trzeźwej drogi po raz kolejny robiłem (tak na porządnie, z kartką i długopisem w łapie, dokładnie według wskazań Wielkiej Księgi) Krok Czwarty dotarło do mnie, że ten pień moich wad, moich rozbuchanych instynktów, moich siedmiu grzechów głównych wijących mi się wokół kostek u nóg, że ów pień, czyli „egoizm, egocentryzm, koncentracja na samym sobie”, to zasadnicze źródło moich problemów (jak mogłem się doczytać w naszym „Big booku”) dalej jest we mnie piekielnie aktywny. Tylko inaczej…
W ten sposób, że łażę sobie na mityngi, a potem gdy jestem w domu, to leniwie spoglądam na krzątającą się w nim moją żonę, której pot perli się na czole. Ja jednak… Zupełnie, jakbym uważał, że moja trzeźwość jest jakimś rekordem świata, mistrzostwem, za jakie ona powinna po stopach całować, w domu po prostu… odpoczywam. Właściwie przestałem jej pomagać, znowu zostawiając dom na jej głowie, a samemu zajmując się jakimiś drobiazgami, dla „ściemy” (wyniosę śmieci i mam spokój). Czyli – wrócił ten sam system pt. JA – od wielkich spraw, ONA – od ziemniaków.
Po kolejnym przerabianiu Kroku Czwartego i Piątego, powziąłem w skrytości ducha decyzję dla mnie „straszną” – że w ramach Kroku Dziewiątego zajmę się w domu właśnie tym, co jest dla mojej żony najtrudniejsze. Wiedziałem co to, bo skarżyła się na to, od wielu lat, odkąd właściwie pamiętam. To właśnie to nieszczęsne, to dokuczliwie i „przerażające” (ha, ha)…. prasowanie. Ona tego nienawidzi, tak samo, jak ja. Tak samo jak ja stoi za deską z miną cierpiącego kota. Tylko, że ona to robi od piętnastu lat, a ja…Ja nie zrobiłem tego NIGDY. Przez piętnaście lat małżeństwa, moja „hrabiowska” rączka nigdy nie splamiła się wzięciem żelazka do ręki. Może dlatego, że alkoholizm to „choroba duszy”, a w starych żelazkach była „dusza”? ;-) Na koniec tylko wam opowiem, że zrobiłem tak: 1. podjąłem decyzję o prasowaniu 2 postanowiłem nie mówić tego Jej samej, ani nikomu innemu, bo znowu bym się chwalił planami, zaczął prasować, a po dwóch tygodniach by mi się znudziło. 3. Gdy żony nie było w domu, wyjąłem z szafy deskę.
4. Rozłożyłem ją w salonie. 5. Włączyłem telewizor, żeby się nie nudziło. 6. Włączyłem żelazko. 7. Zacząłem prasować (perfekcyjnie układając stosiki). 8. Czekałem na powrót żony w napięciu. 9. Cieszyłem się jej zdziwionymi oczami podnosząc z ziemi jej upadłą szczęką. 10. Potem prasowałem po raz drugi, z mniejszym entuzjazmem. 11. Po raz trzeci, czwarty, piąty, szósty…. W końcu zacząłem modlić się o wytrwałość, bo zacząłem czuć, że już mi się nie chce. 12. Z pomocą Boga trwam w prasowaniu, bo sam już dawno bym to rzucił, po popisach.
Dodam, że w czasie prasowania zacząłem odczuwać głęboką miłość do osób, dla których prasuję. Np.: prasuję małe rękawki jakiejś koszuli synka i czuję, że wtedy właśnie go kocham. Patrzę, jak ten rękawek nabiera gładkości i myślę sobie, że on potem będzie go nosił na sobie i będzie mu miło.
Wierzę w obietnice AA. One mnie niosą przez trzeźwość. Wierzę w Nową Wolność i Nowe Szczęście. Obietnice kończą się wskazaniem, iż ONE materializują się, „jeśli nad nimi pracujemy”. Jeśli nad nimi prasujemy – dodałem sobie już na własny użytek - pochylony nad deską.
Anonimowa „niewidzialna ręka” grupa „W drodze”
Sierpień - 5 lat wstecz. Z archiwum „MITYNGU”
MITYNG 08/50/2001
„Z naszego podwórka
Zapominamy, że musimy pozbyć się
sprzecznych pragnień, które prowadzą wojnę domową w głębi nas i zawrzeć pokój z
samym sobą. A znalazłszy ten pokój w sobie będziemy w zgodzie ze wszystkimi
istniejącymi światami.”
„Uraza i przebaczenie
Tak więc,
jeżeli przebaczenie nie działa jako rozwiązanie na urazy, można próbować
akceptacji. Ileż przez lata włożyłem wysiłku, próbując doskonalić rolę
ofiary.”
„Pomoc na dzisiaj
Dotychczas każda porażka pozbawiała mnie nadziei na wiele dni co z kolei rodziło strach przed publicznymi
wystąpieniami i nasilenie jąkania. AA pokazało mi, że samoużalanie
to luksus, na który mnie nie stać.”
„Kilka słów o nas
samych
Rozdział VII Wielkiej Księgi wyjaśnia, co robić .- Zaopiekuj
się nowym na mityngu, obaj odniesiecie korzyść. Lecz nie próbuj nieść posłania
12 Kroku samotnie. Większa część naszej aowskiej
literatury wyjaśnia, co robić, gdy ktoś nowy przekracza drzwi, gdzie odbywa się
mityng.”
MITYNG 08/62/2002
„Przystąpienie
do AA pozwoliło mi odnaleźć akceptację i miłość, których tyle lat szukałem w
butelce. Była to ulga nie do opisania, ale dopiero kompletny szok wywołała
lektura 12 Kroków. Podczas pracy nad 7 krokiem miałem wiele wątpliwości:
„jeżeli moje wady charakteru zostaną usunięte, to co
pozostanie?".
„Zbyszek
z Mazur”
Wiele razy miałem ochotę podejść i zapytać, czy nie
potrzebuje jakiejś pomocy? Dziś, jak zwykle, też przeszedłem obok niego.
Uszedłem jakieś
MITYNG 08/74/2003
„Czego się nauczyłem
od mojego sponsora?
Usiedliśmy i rozmawialiśmy. Potem pomodliliśmy się a
ja pożegnałem swojego ojca. Później, tej nocy, otrzymałem wiadomość, że mój
ojciec umarł. Po pogrzebie, wróciłem do miasta, w którym mieszkałem, pracowałem
i poszedłem prosto na spotkanie anonimowych alkoholików.”
„Czy coś złego dzieje się z AA?
Jak maleją moje szanse
zdrowienia, gdy jestem zajadłym fanatykiem AA, gdy przedstawiam nasz program
niczym wrzaskliwy handlarz promujący swój towar. Staję
się wtedy niezbyt atrakcyjnym przykładem. Potem, także na otwartych mityngach
AA, gdy ulegam pokusie by wywołać gromki śmiech”
MITYNG 08/86/2004
„Czy posłanie
AA działa jeśli się to robi dla pieniędzy?
Wcześniej, kiedy
Billowi W. oferowano pracę w Towns
Hospital, jako płatnemu terapeucie, jeden z członków
wczesnego AA powiedział - Bill,
nie musisz tego robić dla nas. Pomyśl tylko, co stanie się z naszą,
opartą na przyjaźni grupą . Wydaje się, że im dalej sięgamy do doświadczeń
naszych założycieli, tym więcej osiągamy tego, co stało się ich udziałem. Tak
właśnie dzieje się w AA. Wielka Księga wyjaśnia
działanie Kroków. Mamy nasze spotkania, zapobiegające ponownemu wpadnięciu w
nałóg.”
„jak program
AA pomaga w życiu bez alkoholu?
Trzeba wyruszyć w głąb
siebie by odzyskać dobrze rozumianą miłość samego siebie. Uważam także iż potrzebna jest tutaj wartość wspólnoty
– jako grupy ludzi, którzy rozumieją swój nałóg i nie wstydzą się o tym
mówić.”
MITYNG 08/98/2005
„Moja
wdzięczność a literatura AA.
Zacząłem ponownie zaglądać do „Anonimowi Alkoholicy”
i „12x12” wypisując zdania, które szczególnie dotyczyły moich
trudności. W miarę wczytywania się coraz bardziej odnosiłem wrażenie, że mam
przed sobą gotowca, ściągę na życie.”
„Czym bywa mityng
AA?
Wiem też, że wielu AA to
moje zdanie podziela. Tak więc oprócz już nazwanych
jak: zamknięte, otwarte itp. ja podzieliłem je jeszcze na: Mityng dla mityngu, Mityng pochwalny, Mityng
pojednawczy.”
Grupa AA - gdzie wszystko Się zaczyna!
Uczymy
się wypełniać podstawowe służby przydatne również w życiu poza AA. Wypełnianie ich pokazuje na ile przyswoiliśmy wiedzę.
Poddajemy się w ten sposób weryfikacji, co już działa w praktyce, a co należy
ćwiczyć nadal. Łatwo powiedzieć - „ja bym to zrobił lepiej”! Lecz
zrobić znacznie trudniej. Ten wie, o czym mówię, kto spróbował. Wówczas można
dopiero zobaczyć, że to, co myślę o sobie nie jest takie piękne w
rzeczywistości jak mi się wydawało.”