MITYNG 09/111/2006
DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO
Nie sposób uczyć się odpowiedzialności bez podejmowania nowych służb. Zaczynam odróżniać wzrost w służbie a pozorną rotację. Nie każdy ma powołanie do służby poza własną grupą. Jako nowy, nie znając koncepcji i tradycji AA odnosiłem wrażenie skostnienia służb. Nie znałem zasad. Spotykałem te same twarze. Wówczas nie byłem zdolny do konsekwentnego osobistego zaangażowania i poświęcenia. Pokazuje to historia mojego życia. Krytykując „działaczy” maskowałem swoje lenistwo i strach przed wyzdrowieniem. Dziś mam niedosyt jakości poprzednich służb. Po czasie widzę jak wypełniałem je powierzchownie, bez serca, bez chęci zapoznania się z ich zakresem a nawet z doświadczeniami poprzedników. To była odwieczna niechęć do słuchania, podporządkowania się, wypełnienia zaleceń. Po prostu samowola. Bez sukcesów pełniona jedna służba potęgowała niechęć do drugiej. Aby nie pokazać swoich słabości odchodziłem ze strachem i moralniakiem niespełnienia. Zamiast wracać do zdrowia, pogrążałem się w samotności, pozostając niezdeklarowany - czy wypełnić wszystkie legaty AA czy jedynie te wygodne dla mnie. Dopiero teraz zaczynam pomału orientować się w obecnie wypełnianej służbie. Polubiłem ją, a tu już czas ją zakończyć - podobnie jak w życiu, mam tylko jedną szansę aby ją dobrze wypełnić. Teraz mam dać szansę potrzeźwieć następnym. Zbliżają się jesienne Konferencje: Krajowa i Regionalna. Ów wzrost widać w ich przebiegu. Stały się bardziej rzeczowe i pozbawione polemik. Miejscem przygotowania wniosków są regionalne zespoły tematyczne i spotkania Intergrupy. Na Konferencji stwierdzamy jedynie, kto z nas winien częściej angażować się w życie naszego Regionu. Niespójność poglądów głosujących wynika najczęściej z braku doinformowania oraz zbyt nikłej inicjatywy własnej. Szkoda. Nie zapomnijmy o obowiązku złożenia sprawozdania z pełnionych służb oraz wniosków do Konferencji. W pierwszych dniach września spotkamy się na Zlocie Radości w Kortowie. Będzie to okazja do pogadania z „weteranami” AA. Brakuje ich obecności w naszym wspólnotowym życiu, ich doradczej funkcji mężów zaufania, wspierania w trudnych chwilach i pomocy w stosowaniu Tradycji AA. Po warsztatach kolporterów w Lublinie wydawało się, że już na zawsze rozstrzygnięto problem kolporterów spoza AA. Tymczasem znowu są rozpatrywane wnioski o sprzedaży pozaaowskiej literatury podczas zlotów AA, pojawiają się niezrozumiałe argumentacje. Być może nadszedł czas abyśmy wypracowali jednolite zasady udzielania licencji na organizowanie Zlotów Radości dla Regionów. Skoro udzielamy nazwy AA, warto aby były zgodne z Tradycjami AA. . Jakie zasady przekażemy następcom?
Redaktor MITYNGU
Wnioski
płynące z I Ogólnopolskiego Spotkania
Kolporterów Literatury Anonimowych Alkoholików w Śremie 19-
1. Kolportaż
literatury AA winien odbywać się na każdej grupie. Kolporter powinien
posiadać
przynajmniej po 1 egzemplarzu literatury AA łącznie z broszurami.
Obecność
literatury na grupie to praktyczny sposób realizacji
V Tradycji AA.
2.
Aby służba
kolportera funkcjonowała płynnie i
sprawnie wydaje się niezbędne by tworzyć fundusze literatury na
wszystkich
szczeblach służb AA
3.
Kolportaż literatury
AA powinien odbywać się
wg określonego schematu dystrybucji - od BSK,
przez
Region, Intergrupę do
grupy AA
4.
Literatura AA
powinna także być dostępna poza
wspólnotą zwłaszcza w placówkach
lecznictwa odwykowego, bibliotekach itp. Za
to odpowiedzialne są służby takie jak Komisje ds. Informacji
Publicznej,
kolporterzy itp.
5.
Konieczność
współpracy redakcji biuletynów
regionalnych z redakcją Zdroju, tak
aby nasz
ogólnopolski biuletyn uczynić atrakcyjnym i dostępnym dla
każdego AA.
6.
W
imię I tradycji mityngi
powinny być prowadzone wyłącznie w oparciu o literaturę AA.
Grupa AA powinna wypracować swój własny kierunek pracy z
naszymi publikacjami.
7. Znajomość
literatury AA wydaje się być kluczowym
zagadnieniem w pracy kolportera. Tylko w ten sposób
kolporter będzie mógł
doradzić wybór odpowiedniej pozycji dla każdego AA.
8.
Dla czystości AA i w duchu VI Tradycji kolporter AA pełniący służbę
powinien posiadać
wyłącznie literaturę AA (wydawaną przez Fundację BSK
AA w Polsce)
9.
Literatura
zalegająca w poszczególnych ogniwach służby powinna być
przekazywana
nieodpłatnie do ZK
innych ośrodków np.
pomocy społecznej.
10.
Wydaje
się, że spotkania kolporterów powinny mieć charakter
warsztatowy, by później
przekazać doświadczenia i wnioski płynące z takich spotkań.
Tak
ważne sprawy powiedziano w powyższych sugestiach o stosowaniu tradycji
w
oparciu o kolportaż literatury. Konflikt obecności literatury spoza AA
na
spotkaniach AA - z siódmą tradycją -
pobieramy opłaty od wynajmu miejsc
dla sprzedaży literatury nie aowskiej.
Co można
powiedzieć o jedności, jeśli na Zlotach Radości AA oferujemy inną
literaturę
zasłaniając własne stoiska? Czy to nie jest konflikt interesu? Jak
dopatrzeć
się związku z ósmą tradycją? Jak
dopatrzeć się w tym zjawisku stosowania
12tej tradycji? Te i inne wątpliwości przysłoniły
mi radość poprzednich
Zlotów AA.
Jeśli większości to odpowiada to w porządku! Nie muszę tam
bywać. Dziwi
jedynie coraz mniejsza aktywność naszych członków, braki w
służbach, niechęć do
sponsorowania, niesienia posłania. Co powiedzieć swojemu podopiecznemu?
Jak to
wszystko wyjaśnić? Skoro innym można łamać nasze zasady, to
dlaczego ja mam je przestrzegać? Czyżby byli jacyś
„MY” i
„ONI”? Coraz bardziej się zniechęcam do szczerego i
beziteresownego
angażowania swojego czasu dla interesu
spoza AA.
Czy
Zloty AA muszą przypominać małomiasteczkowy jarmark? Jedyny argument
ciągle słyszany to: „Zawsze tak było i nikomu nie
szkodziło!. W
Ameryce też tak jest! „
Czy
musimy importować także wypaczenia?
Podobno
wkraczamy w dojrzałość?
Czy
coś złego
dzieje się ze wspólnotą AA?
(Na podstawie marcowego numeru „GRAPEVINE”
z 1964 r.)
Anonim,
Manhattan, New York
Jesteś łajzą,
śmierdzącym, pijanym włóczęgą!!! - Tak mówił
barman z
knajpy ostatniej
kategorii, gdy wykopywał mnie na
bruk. Miał rację. Ktoś inny wskazywał, że wymagam opieki na oddziale
dla
psychicznie chorych, a szef wściekał się na mnie za
nieodpowiedzialność. W
rodzinie uchodziłem za krętacza, durnego egoistę bez grama uczciwości.
Wszyscy
mieli rację. Ale przyszedł czas, gdy miałem już dosyć takich ocen.
Zobaczyłem,
że to prawda. Wstąpiłem do wspólnoty AA.
Dzisiaj
wierzę, że ostre słowa w rzeczywistości okazały się błogosławieństwem.
Doprowadziły mnie do obecnego życia. Uczciwa, męska rozmowa z
przyjaciółmi z AA
była bardzo skuteczna. Ponieważ wielu z moich najlepszych
przyjaciół rozpoczęło
swoją drogę trzeźwości na skutek mocnych słów najbliższych,
rodziny, szefów i
sąsiadów, stało się dla mnie jasne, że ostra krytyka pod
naszym adresem może
być szczególnie przydatna. Widocznie podobnie myślało kilku
pierwszych członków
AA. Oświadczali oni, że
w ich wyzdrowieniu ważne było
"stać się nieustraszonym i dokonać obrachunku moralnego" samego
siebie (nie innej osoby!!!), a
potem skoncentrować się
na zauważonych błędach, wadach charakteru i niedociągnięciach. Bardzo
mało mamy
informacji, jak zalety pomagały w zdrowieniu. Pewnie
dlatego
dla wspólnoty AA ważne jest posiadanie obok licznych
zwolenników, również
krytycznych przeciwników. Nieraz słyszeliśmy o tym, jaka
wspaniała jest
wspólnota AA, jak jesteśmy szlachetni, pełni poświęcenia,
gotowi spełniać dobre
uczynki. Niestety, chyba zbyt szybko poddałem się temu samouwielbieniu,
zupełnie ignorując fakt, że w stosunku do całkowitej liczby
alkoholików na
świecie, nasze rezultaty są dalekie od dobrych. Właśnie w tym widzę
wyzwanie
dla naszej wspólnoty, jak również dla siebie
osobiście. Dlatego, pełen
szacunku, poważnie i spokojnie słucham naszych krytyków -
pijących i trzeźwych,
bez względu na to, czy są nowymi członkami czy wysoce szanowanymi
profesjonalistami, czy chcą pomagać nam w pracy z alkoholikami, czy też
ostro
krytykują nas dla własnych, osobistych celów. Być może w
słowach tych, którzy
mienią się naszymi przeciwnikami, usłyszymy
głos Boga.
Jeżeli potrafimy utrzymać sumienie grupy niektórych spotkań
przed zamianą w
podniecający osąd, wrzask lub martwe banały, to mamy profity. Ktoś
zechciał
ocenić wspólnotę AA, a my dziękując, wykorzystujemy uzyskane
informacje. Może
to nawet wzburzyć naszą pogodę ducha ujawniając pewne niedociągnięcia.
A oto o czym myślę.
Słyszałem, że mówi się o pewnej przepaści,
jaka powstaje pomiędzy trzeźwiejącymi członkami AA a pijącymi
alkoholikami.
Staje się dla alkoholików ona stale głębsza, a przez to zbyt
trudna by
zechcieli przyjść do nas. Jeżeli tak, to jestem tym faktem głęboko
zasmucony i
przestraszony. Jeżeli przyjdzie dzień, w którym inni
alkoholicy nie zechcą
korzystać z naszej pomocy i nie poczują potrzeby przyjścia do nas, jak
zamierzamy zostać trzeźwymi? Dla mnie, dzielenie się doświadczeniem
trzeźwości,
niesienie posłania, jest najprawdziwszym narzędziem powrotu do zdrowia,
jakie
dał mi Bóg. A dalej? Czy potrafię zobaczyć więcej niż cienką
nitkę prawdy w
tym, że ta sprawa dotyczy moich własnych zachowań i zwyczajów.
Czasami, gdy nowoprzybyły zbyt długo dochodzi do stanu
trzeźwości, robię
gwałtownie spis jego błędów i potknięć. "Nie przychodzi na
spotkania,
postępował nieuczciwie, lub nie przywiązywał wagi do trzeźwości i tak
dalej, i
tak dalej". Jak łatwo porównać mnie, trzeźwego z pijanym
alkoholikiem,
nieprawdaż? Czasami brak mi sympatii dla cierpiących na coroczne wpadki. Potępiam ich, jakbym sam
nie był alkoholikiem. Tamten
ma objawy, o których ja już prawie całkowicie zapomniałem;
to, że całymi
miesiącami piłem, nim znalazłem AA, by desperacko zmienić
swój los. Innymi
słowy, czy nie powinienem pomagać zmniejszać przepaść pomiędzy trzeźwym
a
pijącym alkoholikiem? Oczywiście jestem za oddzieleniem tych
dwóch grup. Jest
naturalne, że coraz więcej i więcej z nas pozostaje trzeźwymi coraz
dłużej i
dłużej, oraz, że myślimy coraz częściej jak niepijący. Ale też wiemy,
żeby
unikać towarzystwa czynnych alkoholików. Słyszałem też jak
mówiono, że
wspólnota AA jest zbyt wrażliwa. Nie potrafi być krytyczna
wobec swoich
członków i programu. Jest w tym wiele racji. Moją pierwszą
reakcją na krytykę
wspólnoty AA jest prawie zawsze zdenerwowanie, potem
natychmiastowa duchowa
obrona. To jest poważna skaza na moim charakterze, sygnał, jak wiele mi
brakuje
od postawy dojrzałej osoby, za jaką siebie uważam. Gdy nauczę się
słuchać bez
szybkiej, emocjonalnej i impulsywnej reakcji, mogę słuchać wszystkiego.
Dlaczego więc jestem zaniepokojony i gniewnie nastawiony, jeśli
rzeczywiście
oddałem swoją wolę i życie opiece kochającego Boga? Co stało się z moją
wiarą?
Przecież autorytetem AA jest kochający Bóg?
Tak, mam swój mały wkład do
obrazu wspólnoty AA, niechętnej na krytykę. Czuję się
również winny tworząc
opinię, że wspólnota AA jest powszechnie znana, że tylko my
i nikt więcej nie
wie tyle o problemach alkoholizmu i wyjściu z nałogu. Osobiście
wypowiadałem
się na każdy temat, od choroby alkoholowej do problemu niewydolności
instytucji
zewnętrznych, religii oraz o tym, jak rząd powinien rozwiązywać problem
narkotyków! Ale chyba Bóg był ze mną, - bo gdy
mówiłem: "rezultaty
wspólnoty AA pokazują, że....... " udając,
że
mamy statystykę, - zobaczyłem jak potrafię być nieuczciwy i nieskromny.
Jak
maleją moje szanse zdrowienia, gdy jestem zajadłym fanatykiem AA, gdy
przedstawiam nasz program niczym wrzaskliwy handlarz promujący
swój towar. Staję
się wtedy niezbyt atrakcyjnym przykładem.
Potem, także na otwartych mityngach AA, gdy ulegam pokusie by wywołać
gromki
śmiech wypowiadając sarkastycznie słowo "eksperci" i opowiadając
historie, że ktoś, kto nie uczestniczy w życiu wspólnoty AA,
a robi wokół
alkoholizmu szum informacyjny, jest podobny do bawiącego się idioty.
Kiedyś
przez telefon powiedziałem niepijącej żonie leczącego się alkoholika:
"niech pani spojrzy, nikt nie ma takiego sukcesu w leczeniu
alkoholizmu,
jak my mamy. Dlaczego nie pozwoli pani komuś, kto wie coś więcej,
przejąć tej sprawy". Wstydzę
się, gdy przypominam sobie, jaki byłem
okrutny w stosunku do szlochającej, przestraszonej kobiety,
która zdenerwowana
była chorym dzieckiem, rachunkami do zapłacenia, opuszczona
w tym oszałamiającym, przerażającym świecie ignorancji, z
którego ja przyszedłem. Kilka lat temu rozpocząłem pisanie
długiego listu do
narodowej agendy do walki z alkoholizmem, krytykując jej program. -
Powinni
wydawać więcej pieniędzy na to i na to, angażować więcej ludzi, i czego
to
jeszcze - pisałem. Nagle zdziwiłem się:
jakie
pieniądze?, jacy
ludzie?, dlaczego
oczekuję od innych, by wspierali pracę nad moją chorobą, gdy ja nie
oferuję
swego wsparcia? Podarłem ten list i zamiast tego wysłałem darowiznę. Od
tego
czasu czytam różne publikacje i ochotniczo ofiarowuję swoje
usługi. Nadało to
memu życiu nowy wymiar. Inni sponsorują badania nad alkoholizmem i
pomagają
alkoholikom w działaniach, których, w mojej opinii, AA nie
zrobi nigdy. Robią w
nadziei, że uczyni odrobinkę łatwiejsze życie następnych generacji
alkoholików.
A ja byłem jednym z członków AA, którzy
przeszkadzali próbującym pomóc
alkoholikom. Gdzie tu duch miłości i czynienia dobra? Mówiąc
prawdę, jestem
zaniepokojony tym, co wygląda na pewne napięcie pomiędzy
wspólnotą AA a innymi
agendami. Podkreślamy nasze amatorstwo i upewniamy nowych
alkoholików
przychodzących do nas, że jesteśmy po ich stronie. Otwartość AA to
jedna
sprawa. Jednak żałuję, że sam odsunąłem się od innych
rodzajów pomocy i wiedzy.
Nie tak dawno temu uczestniczyłem w sesji na temat alkoholizmu,
która trwała
kilka dni. Członkowie wspólnoty AA byli w wyraźnej
mniejszości. Czy to była
wzajemna przyjaźń czy życzliwość, obawa czy snobizm; fakt, że
trzymaliśmy się razem. Ale
mimo to jedno z nas swoim zachowaniem zarobiło na
niesmaczną reputację osoby jeszcze bardzo chorej. Warto tu wyjaśnić
korzyści z
obecności na tych obradach. Z mego punktu widzenia spędziłem sporo
czasu wśród
profesjonalistów i wiele się od nich nauczyłem. Zobaczyłem
jak pozwoliłem AA na
niewidzialne sterowanie stosunkami z innymi, i to we wszystkich moich
sprawach.
Przyjaciel - medyk - napisał do mnie, że nie potrafi zrozumieć, jak my
wytrzymujemy rytualny charakter wspólnoty AA.
Próbowałem tłumaczyć, że dla mnie jest to doskonała terapia.
Muszę nauczyć się
piękna cierpliwości i zadowolenia z utrzymania tożsamości. Ten, co
nieco
sformalizowany wzór konstruktywnego życia, wydaje mi się
dobrym lekarstwem na
całkowity chaos czynnego alkoholizmu. Utrzymywanie dobrych
stosunków
międzyludzkich, pomimo różnic w poglądach, jest tym, czego
nie znałem, przed
wstąpieniem do AA.
Nigdy przedtem nie potrafiłem szukać
jedności. Obecnie nie potrzebuję już ciągłych zmian, szukania
podniecających
różnorodności. Wiesz, to takie gwałtowne przejście z
czarujących fantazji do
poziomu wycieraczki. Ale myślę, że wiem, o czym myśli mój
przyjaciel. Czasami
staję się nieugięty w stosunku do scenariusza mityngów AA,
na przykład, gdy
słyszę osobiście narzekania na innowacje, którym sam
niedawno przewodziłem.
Rzeczywiście słyszy się oburzenie, gdy trochę wymarzona, albo stara,
wypróbowana - dziś nieważna - droga jest kwestionowana przez
nowoprzybyłego.
"Poczekaj, aż nadejdzie twój czas" są najłaskawsze
wśród
"ojcowskich" słów, jakie przyszło mi słuchać lub wypowiadać
kiedykolwiek. Muszę też przyznać, że wielokrotnie byłem przykładem
członka AA,
zadowolonego z siebie, a jednak skostniałego. Wiedziałem, że
wspólnota AA musi
być ciągle giętka, gotowa do niewielkich zmian w swoich strukturach,
zdolna
zaspokoić indywidualne potrzeby nowo przybyłych alkoholików.
Wiedziałem też, że
nasze oklepane frazesy, jak stać się trzeźwym, muszą być każdego dnia
odświeżane, a nie napuszone,
gdyż każdy dzień jest nowy i
inny. Ale zamiast robić to,
działałem jak przestraszony osioł, który nie chce iść przez
nowy stalowy most,
gdyż nie jest on podobny do starego, koślawego. Część głupoty powinna
pozostać pod
drzwiami niektórych grup AA.
Podobnie, jak inne
istoty ludzkie, mamy tendencję, gdy jesteśmy w grupie, zniżać się do
poziomu
"najsłabszego ogniwa". Byłem w grupach AA, w których każdy
indywidualnie był, jak mi się wydawało, inteligentną, wrażliwą istotą
ludzką,
ale zespołowo działaliśmy głupio i egoistycznie. Kiedyś, planując duże
spotkanie, zamierzaliśmy oddać głos jednemu z najznakomitszych
narodowych
umysłów. "Ale czy jest on przyjacielem AA?"- ktoś
zapytał (czy tylko to się liczy?) Zdumiony człowiek, który
przekazywał tę
ofertę, odpowiedział słabo, że jest przekonany, że "popiera on
założenie
wspólnoty AA". Rzeczywiście, kierował on
alkoholików do AA i szukał
sposobności do rozumienia naszej idei. Zgadnijcie
co
się stało? Jego usługi nie zostały przyjęte na zasadzie, że" w swym
poparciu nie dosyć daleko jeszcze poszedł". Nie mogłem tej sprawie
więcej
pomóc. Za to wiele razy potem widziałem, jak nie zawsze
prawdziwy i rzetelny
obraz wspólnoty AA jest prezentowany tym, którzy
się nami interesują. Gdy nasi
krytycy są źle informowani, część winy możecie złożyć na mnie. W
modlitwie św.
Franciszka z Asyżu / Krok 11/ ( czytamy, cytuję częściowo
):
"zamiast szukać zrozumienia, zrozumienie dawał, zamiast
szukać
miłości, miłość ofiarowywał, albowiem dając - otrzymujemy, wybaczając -
zyskujemy przebaczenie". O tym często mówimy na naszych
mityngach, ale
może już nadszedł czas, aby te słowa brane były rzeczywiście na serio.
Zamiast
narzekania, że nasze działania nie są rozumiane, dlaczego nie
spróbować zrozumieć
przeciwników. Jak długo będziemy obawiać się ocen?. Czy nie
czas abyśmy
uczciwie zapraszali krytyków na nasze spotkania i uczyli się
od nich? Czy
potrafimy wysłuchać gniewnych i urażonych bez spierania się z nimi?
Myślę, że
dla większości z nas, wciąż szukających dróg duchowego
postępu, przyda się
stale "otwarty umysł" i wdzięczność, wyrażona w działaniu. Sprawdzam
to na sobie.
Członkowie
AA znają
swoją literaturę
Kilka lat temu
miałem okazję poznać przyjaciela z Anglii. Miał on wtedy ponad 20 lat
trzeźwości. Był głównym organizatorem podróży po
Anglii i Szkocji grupy
polskich aowców.
Przy okazji grał na gitarze.. Często
obserwowałem jego zachowanie. Nie było w nim niczego sztucznego.
Uśmiechnięty,
życzliwy, gotowy w każdej chwili służyć pomocą. Nie wdawał się
specjalnie w
żadne dyskusje ideologiczne, które zbyt często
różnią członków naszej
wspólnoty. Wydawał się nie zainteresowany żadnymi
ustaleniami. Bardziej widziałem
w nim "zabawowego aowca"
niż zaangażowanego
członka wspólnoty AA.
A potem, za rok czy dwa, miałem
okazję słuchać jego spikerki w Warszawie. Po niej poszliśmy na kawę.
Pochwaliłem się wtedy, że otrzymałem z jego intergrupy
z Kentu biuletyn GROUP LINE,
a w nim znalazłem przez niego wybrany, ulubiony
fragment Wielkiej Księgi, z wydania amerykańskiego. Usłyszałem wtedy
wiele
słów, choćby jak to, że ważne jest sięgnięcie po klucze do
Królestwa Bożego. W
rewanżu nie omieszkałem oczywiście pochwalić się swoim ulubionym
fragmentem.
Bardzo nieudolnie tłumaczyłem ten fragment na angielski, gdy przyjaciel
nagle
zaczął go recytować. Trata tata, trata tata itd...
I
tu przeżyłem szok. Człowiek, którego podejrzewałem o bardzo
swobodny stosunek
do trzeźwienia okazał się znawcą naszej literatury. Za chwilę cytował
kolejne
teksty. Od dawna znam powiedzenie, że dżentelmeni nie mówią
o pieniądzach, oni
je mają. Ale teraz przybrało ono inną formę: Członkowie AA
znają swoją
literaturę, nawet, gdy o niej nie mówią.
Pozdrawiam
Marek Warszawa 3
Wzrost
osobisty.
Nie,
ja nie mieszkam w Iluzji.
Takie miasto czy wieś w Polsce najprawdopodobniej nie istnieje. Tym
niemniej w
2006 roku do Strzyżyny wyruszyłem właśnie z takiego miejsca”.
Choć wtedy
jeszcze tego nie wiedziałem…
Do Wspólnoty trafiłem w 1998 roku. Mój pierwszy
sponsor (kazała go sobie
znaleźć terapeutka), był wtedy jedną z bardzo niewielu osób
wśród opolskich AA,
które były w Strzyżynie.
Opowiedział mi o niej
odrobinę, ale wystarczyło, żebym połknął bakcyla. Strzyżyna
zaczęła mi się jawić, jako Mekka polskich aowców,
którzy tam, w domkach pośród drzew, bez nadzoru
jakichkolwiek terapeutów czy
psychologów pracują nad Programem 12 Kroków,
jednocześnie tworząc, uzupełniając
i wzbogacając materiały związane z programem. Potem się napiłem.
Później napił
się mój sponsor. Po sześciu miesiącach wróciłem
do Wspólnoty i na terapię. Mój
sponsor... No cóż... Na niego nadal czekamy. Jednak to
wydarzenie nie wpłynęło
nijak na moje podejście do Strzyżyny. Nadal marzyłem, żeby się tam
znaleźć.
Zależało mi na tym dlatego,
że w pewnym momencie
uwierzyłem Anonimowym Alkoholikom, którzy w Wielkiej Księdze
obiecywali mi wyzdrowienie
z alkoholizmu. Och, oczywiście wiedziałem, że nie ma mowy o powrocie do
picia
kontrolowanego. Chodziło mi raczej o pozbycie się pewnej dysfunkcji
(Niedojrzałość emocjonalna, brak odporności na stresy, frustracje,
rozczarowania, zawody. Nieumiejętność radzenia sobie z uczuciami a
nawet ich
rozpoznawania i nazywania. Kompleksy, nieumiejętności, lęki, itd.),
która
kiedyś spowodowała, że zakochałem się w wódce i
która nie znikła sama z siebie
wraz z ostatnim kieliszkiem.
Chciałem pracować na Programie, poznać go, zrozumieć i zastosować w
życiu, a
nie tylko słuchać bardzo nielicznych i jakby nieuporządkowanych
wypowiedzi o
Krokach podczas mityngów AA- mityngów, na
których coraz więcej czasu poświęcano
opowieściom o problemach z niegrzecznym dzieckiem, z trawą
żółknącą na działce,
z rozładowanym akumulatorem, z niewdzięczną żoną, której
jakoś nie wystarcza do
szczęścia fakt, że mąż nie pije, ze złym szefem, itd. itp.
Zanim odpowiednio „dorosłem” do Strzyżyny nastał
czas Regionalnych
Kas Chorych i ich niechęci do finansowania dalekich wypraw po coś, co
można
było znaleźć na miejscu. Wtedy program „strzyżyński”
można już było realizować także u mnie, w Opolu.Mimo
zapewnień, że program jest identyczny, dość długo nie chciałem się dać
przekonać; niepokoił mnie fakt, że u nas trwa to 9 dni, a w Strzyżynie
12. Na swój własny użytek wymyśliłem teorię, według
której różnica pomiędzy
Opolem, a Strzyżyną
była taka, jak różnica pomiędzy
dyplomem magisterskim z Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Pcimiu
Górnym i takim
samym dokumentem zdobytym na Uniwersytecie Jagiellońskim. Wreszcie
jednak,
wychodząc z założenia, że lepsze coś niż nic,
„zrobiłem” w Studium
w Opolu Kroki I-III, po stosownej przerwie IV-V i wreszcie VI-VII.
Dalej się u
nas nie dało. Na początku 2006 roku poprosiłem w Poradni Odwykowej o
skierowanie do Strzyżyny na Kroki VIII-IX. Oczywiście argumentem
wystarczającym
był fakt, że w Opolu jeszcze tych wyższych Kroków się nie
„przerabia”, ale w rzeczywistości chodziło mi nie
tylko o to.
Chciałem wreszcie pojechać do Strzyżyny, a nie chciałem już
„robić”
kolejnej partii Kroków w gronie starych koleżków.
Miałem za sobą takie doświadczenia
i wiedziałem, że nie jest to najlepsze rozwiązanie. Z rozmaitych
powodów. Po
zaledwie półrocznych staraniach „załapałem
się” na turnus lipcowy.
Bezpośrednio przed wyjazdem, od koleżanki z mityngów,
będącej opiekunką
programu „strzyżyńskiego”
w Opolu
dowiedziałem się, że jest możliwe, iż będę w grupie z samymi
warszawiakami.
Trochę mnie to martwiło- jak powszechnie wiadomo wszyscy warszawiacy są
aroganckimi, zarozumiałymi cwaniakami, a kontakt z nimi jest
nieprzyjemny i
uciążliwy. Nie wróżyło to dobrze ciężkiej pracy,
która mnie czekała. Kiedy wraz
z trzydziestokilkuosobową grupą wylądowałem w Strzyżynie
rozpoczęła się weryfikacja moich wyobrażeń.
Okazało
się, że ośrodek nie znajduje się w lesie, jak to sobie wyobrażałem,
lecz
właściwie w sadzie śliwkowym. No i domków było zaledwie
Była
to
okazja do pozbycia się bzdurnych uprzedzeń.
Kiedy
jako
tako się rozlokowaliśmy odwiedziła nasz domek liderka (opiekunka)
całego
turnusu i poleciła wybrać ze swego grona lidera grupy.
Zanim
zorientowałem się, o co chodzi, wśród powszechnego aplauzu
wybrany zostałem na
to zaszczytne stanowisko. Wydaje mi się, że nawet w tej chwili mogłem
jeszcze
odmówić, sprzeciwić się, ale brawa i uśmiechy otworzyły w
moim umyślę furtkę,
która wydawała mi się zamurowana na zawsze dawno temu.
Zapragnąłem, a
przynajmniej tak mi się wydaje- wszystko działo się w sekundach- być
najlepszym
liderem w historii Strzyżyny, zasłużyć na podziękowania i uznanie, a
także
jeszcze więcej braw i uśmiechów. A może po prostu wstydziłem
się powiedzieć
„nie”? Teraz sam już nie wiem. Zostałem więc
liderem grupy choć coś mi podpowiadało, że to może nie być dobry
pomysł. Wiedziałem na czym
polegają obowiązki lidera w Opolu, ale o
zasadach, sposobach, metodach, tradycjach strzyżyńskich
nie miałem pojęcia. Poza tym moje wątpliwości budziło też coś innego-
miałem
najkrótszą abstynencję w tej grupie. To mogło nie być
problemem dla nich, ale
dla mnie było. Okazało się też, że budzę spore zaciekawienie: pierwszy
raz w Strzyżynie i od
razu na VIII-IX. Koniecznością udzielania
wyjaśnień nie byłem zachwycony. Wystartowaliśmy. W drugim dniu rzuciłem
mojej
grupie pytanie: „po co
chcę robić Kroki
VIII-IX?”. Chyba już wtedy coś mi zaczynało świtać,
zaczynałem mieć
wątpliwości... W każdym razie moja odpowiedź była prosta: stosunki z
synem nie
układały mi się tak, jak bym chciał i za ten stan rzeczy winiłem swoje
poczucie
winy i wyrzuty sumienia wobec niego. To z kolei wiązałem z nie do końca
dokonanym zadośćuczynieniem. Chciałem nauczyć się zadośćuczynić,
chciałem
poprzez zadośćuczynienie synowi i kilku innym osobom pozbyć się,
uwolnić od
poczucia winy. Dość szybko zorientowałem się, że do Strzyżyny
pojechałem w
pierwszym dobrym momencie, że rok temu byłoby za wcześnie. Nad Krokami
VIII-IX
byłem w stanie pracować nie dlatego,
że wcześniej
„przerabiałem” Kroki I-VII, ale dlatego, że
nareszcie pozwoliłem
aby to Kroki I-VII przerobiły mnie. Przynajmniej częściowo. Kiedy
usłyszałem,
że cały pierwszy tydzień mamy przeznaczyć na powtórki
poprzednich kroków, byłem
zawiedziony i rozczarowany. Wydawało
mi się to zbędne,
przynajmniej w takim wymiarze czasowym. Tym niemniej wykonaliśmy plan
dokładnie, łącznie z tym, że zorganizowaliśmy tak zwaną
"mini-wokandę" (Krok V w części dotyczącej powierzenia drugiemu
człowiekowi istoty swoich błędów). I bardzo dobrze. Może
podczas tego
pierwszego tygodnia nie dokonałem jakichś spektakularnych odkryć, ale
teraz
jestem całkiem pewien, że bez tej pracy cała reszta byłaby
najprawdopodobniej nie
do przebrnięcia.
Na bieżąco
obserwowałem zmiany, które we mnie zachodziły. Ilustracją
może być zbiórka
pieniędzy. Liderka turnusu kazała liderom grup zebrać po kilka złotych
na
kiełbaski- na koniec zaplanowano ognisko. Jeszcze całkiem niedawno
zrobiłbym imienną
listę i obchodził z nią członków mojej grupy, odhaczając
tych, którzy już
zapłacili. Teraz byłem gotów na zupełnie inne podejście do
sprawy. Powiedziałem
po ile, na co i na kiedy jest potrzebne i położyłem swój
pieniążek na stole.
Potem tylko z rozbawieniem obserwowałem jak na tym stole pieniędzy
przybywa,
ubywa, pojawiają się banknoty, znikają…
Kiedy
nadszedł czas odniesienia kasy do liderki okazało się, że na stole jest
dokładnie tyle, ile trzeba. Co do grosza.
Odkrywałem
nowe znaczenia takich określeń jak „kierowanie
życiem”,
„zawierzenie”, „powierzenie” i
wielu innych.
Od niedzielnego popołudnia pracowaliśmy już na materiałach dotyczących
naszych
właściwych Kroków, czyli VIII-IX. Przy okazji dodam, że i my
przyczyniliśmy się
do niewielkiej ich modyfikacji- mam nadzieję, że z korzyścią dla
innych.
Przełom, dla mnie, nastąpił w czwartkowy wieczór, czyli dwie
doby przed końcem
turnusu. Od południa czułem już, że coś się dzieje, coś narasta. W
mojej duszy
dźwięczały rozmaite słowa i zwroty... Wiedziałem, czułem, że są ważne
tylko
jeszcze nie umiałem nic z nimi zrobić. Poszliśmy na mityng (codziennie
po
kolacji). Obracałem w ręce kartkę z tematem mityngu i nagle TO się
stało. Potrafisz
sobie wyobrazić rybę żyjącą w akwarium, umieszczonym w oceanie? Bezkres
wód
jest wszędzie wokół niej, ale... Wokół pływa
mnóstwo innych ryb i stworzeń,
ale… Ale zawsze jest jeszcze szklana ścianka akwarium.
Ścianka cienka,
przezroczysta, właściwie niewidoczna, tym niemniej zawsze jednak
obecna.
Wtedy, w TYM momencie moje akwarium się rozsypało. Ja nie poruszyłem
się nawet
o milimetr, ale nagle okazało się, że wszystko jest zupełnie inaczej.
Zabrałem
głos jako pierwszy i z łzami cieknącymi po policzkach
mówiłem, mówiłem,
mówiłem... Mówiłem o tym, jak to przyjechałem do
Strzyżyny nauczyć się
zadośćuczynić i o tym, jak zorientowałem się, że pod płaszczykiem
Programu AA
kolejny raz w życiu chciałem zrobić sobie dobrze, coś sobie załatwić.
Nagle
wiedziałem, rozumiałem i czułem masę rzeczy. Na przykład, jak się uraza
i złość
zamienia na wdzięczność, jak mało szans powodzenia ma zadośćuczynienie,
którego
fundamentem jest poczucie winy…
W
swojej końcowej pracy napisałem między innymi: „Zabawne
wydaje mi się
to, że wszystkie elementy tej układanki miałem w ręce już od dawna,
może od
zawsze, ale obrazek mi nie wychodził, bo z uporem maniaka
niektóre klocki starałem się dopasować do góry nogami.Przyjechałem
tutaj coś sobie
załatwić, a wyjeżdżam z większą ufnością w opiekę Boga, jakkolwiek Go
nie
pojmuję, oraz większą miłością do ludzi.
Udało
mi
się, pierwszy raz w życiu świadomie przeżyć rozpad pancerza własnego
egocentryzmu. Nie wiem, czy uda mi się ten stan zachować na zawsze, ale
wiem
już, że jest to możliwe i będę się o to modlił.”
Przez
te
12 dni w Strzyżynie
wydarzyło się nieskończenie
więcej niż by to wynikało z pracy nad programem. A może ten program
jest czymś
więcej niż mi się wydawało...
Pół godziny przed wyjazdem, na ostatnim spotkaniu
społeczności dostaliśmy po 15
sekund na podsumowanie. Powiedziałem wtedy, że wszystko odbyło się
dokładnie
tak, jak miało być. I tylko ja, na początku, czasem ośmielałem się
uważać, że
powinno być inaczej. Podziękowałem wszystkim. Dodać, że dziękuję za
wszystko,
co otrzymałem, za wszystko, co mi zabrano i za wszystko, czego mi
oszczędzono, już
nie zdążyłem. Od początku do końca wszystko w Strzyżynie
działo się dokładnie tak, jak się dziać miało. Wszystko było potrzebne.
Broszurki podrzucane mi we właściwych momentach przez Hipnotyzera, granda z Doktorkiem,
„boski plan” Brunetki,
tajemnicza historia życia Al-anonki,
życiowy wybór
Kaina, wędrówka Koziołka Matołka, filozofia deski klozetowej
i zapałek w
kuchni... Tego wszystkiego nie da się opowiedzieć. I może nie trzeba.
Jest
tylko jedna historyjka, którą opiszę, bo jest ona moim
zdaniem niezłą ilustracją
tego, co się tam ze mną stało. Wyobraź sobie punka kroczącego
dumnie ulicą.
Ciężkie czarne glany,
nabijana ćwiekami skóra,
łańcuchy i na głowie kolorowy czub
Irokeza. Mija go
małżeństwo w średnim wieku. Starsi państwo oglądają się za punkiem z
niepokojem
i jakby niechęcią (a może nawet odrazą czy wstrętem). Widzą wtedy na
plecach
punka napis: „Ja ciebie też nie lubię”.
Latami bardzo mi się to podobało. Tak bardzo, że planowałem zmajstrować
sobie
ciuch z podobnym napisem na plecach. Zastanawiałem się tylko jak
sprawić, żeby
ludzie odwracali się za mną z odpowiednimi uczuciami. W Strzyżynie
dostałem od „Hipnotyzera” prezent. Zwykłą białą
koszulkę
przywiezioną z miejscowości Akron
w stanie Ohio.
Koszulka ma na plecach napis: „Z pomocą
Boga wszystko jest
możliwe”.
Tego zwykłego t-shirta
nigdy w życiu nie zamienię na
najlepszą, najdroższą skórę z napisem „Ja ciebie
też nie lubię”. Natomiast
kiedyś, być może dam go komuś w prezencie.
Z Opola do Strzyżyny jest pewnie około
Życzę Wam powodzenia i mam nadzieję, że gdzieś, kiedyś
spotkamy się na
szlaku.
Pozdrawiam
serdecznie - Witek
###########
Zza Krat######
Rozmowa
III
Krzysztof:
kim ty
jesteś?
Wojtek:
mam na imię Wojtek, jestem alkoholikiem
K:
to twój pierwszy wyrok?
W:
nie, to nie jest mój pierwszy wyrok – ten jest 5.
K:
a ile ty masz lat?
W:
40
K:
to ile z tego przesiedziałeś?
W:
teraz będzie ponad 10 lat.
K:
¼ życia
W:
ano, ¼ życia.
K:
powiedź mi czy kiedykolwiek przyszło ci do głowy, że
te twoje, nazwijmy kłopoty, mogą być spowodowane tym, że pijesz?
W:
nie, nie przychodziło to mi do głowy.
K:
to, co się stało, że teraz…..?
W:
refleksja przyszła teraz, kiedy zacząłem odsiadywać ten wyrok.
K:
ale co się takiego stało?
W:
dostałem 6 lat. To były dwa wyroki - jeden
K:
ja się i tak na tym nie znam……
W: poszedłem
do znajomego i zabrałem mu z podwórka samochód.
To
był rozbój. Dopiero w więzieniu dotarło do mnie, że każdy
mój wyrok, każdy
pobyt w więzieniu spowodowane były wcześniej narkotykami, a
później alkoholem.
Zrozumiałem to podczas rozmowy z psychologiem.
K:
ale już w więzieniu?
W:
W więzieniu, z więziennym psychologiem. Podczas tej rozmowy
zacząłem się zastanawiać nad sensem swojego życia. Rodziny już
praktycznie nie
mam - mama umarła, ojciec się zapił na śmierć, brat się zaćpał. Mama
umarła na
serce wcześniej, kiedy jeszcze chodziłem do szkoły,. Siostra,
która mieszka w
Gdańsku coraz bardziej się ode mnie oddalała. W tamtym czasie
najważniejszy był
dla mnie alkohol, bo od narkotyków odszedłem wcześniej.
Zakochałem się w tej
wódce. Nie myślałem wtedy o tym, że tracę siostrę
– jedyne, co
odczuwałem, to potrzebę picia.
K:
powiedz mi, jak zareagowałeś, kiedy psycholog
powiedział ci, że jego zdaniem jesteś alkoholikiem?
W:
byłem bardzo zdziwiony, ale z testu, jaki wtedy zrobiłem
wychodziło, że jestem alkoholikiem. Wcześniej myślałem o tym, bo
przecież sam
poszedłem na tę rozmowę, sam też doszedłem do wniosku, że kolejny
mój wyrok,
który odsiaduję jest spowodowany przez alkohol. Poszedłem
porozmawiać i
poszukać pomocy.
K:
ale samo słowo
„alkoholik” nie walnęło cię tak między oczy?
W:
na pewno mnie walnęło, no, bo jaki ze mnie alkoholik, prędzej
już narkoman, ale nie alkoholik!!! Nie mogłem pogodzić z tym, nawet
kłóciłem
się z tym psychologiem, bo ja wcześniej byłem karany za narkotyki.
Bardzo
ciężko było mi to zaakceptować. Nie mogłem zrozumieć jak ja mogłem być
alkoholikiem, jeżeli zawsze mogłem przestać pić i piłem tylko, kiedy
chciałem.
Przynajmniej tak mi się wtedy wydawało.
K: kiedy
odbyłeś te
rozmowę z psychologiem?
W:
to było w 2004 roku, w Zakładzie Karnym w Herbach Starych.
K:
teraz jest 2006, więc co się działo przez te dwa
lata?
W: dwa
lata czekałem na miejsce na tym oddziale na Mokotowie.
Mogłem wcześniej pojechać do jakiegoś ośrodka koło Raciborza, ale
chciałem
dostać się tu na Atlantis.
Termin, jaki był wyznaczony
we wrześniu 2004 roku, to był
K.
w tej chwili jesteś na oddziale?
W:
od 10 kwietnia, a więc ponad miesiąc.
K:
no i co podoba ci się ta terapia? Takie
wywalanie bebechów?
W:
jest bardzo ciężko.
K:
głupio tak miedzy chłopakami
mówić o sobie?
W:
teraz już nie myślę o tym, co inni mogą sobie o mnie pomyśleć -
po prostu staram się pomóc sobie samemu. Przełamałem te
opory, ale na początku
strasznie to przeżywałem. Kiedy rozmawiałem z terapeutą,
mówiłem: „nie
będę pisał ani o tym ani o tamtym, bo, jak mnie będą postrzegali inni?.
Te
rozmowy z terapeutą pomogły, mi na
tyle, że przestałem
zwracać uwagę, na to co inni uważają. Na początku denerwowało mnie,
kiedy ktoś
czytał pracę - śmiałem się, bo przecież ta praca to był moim zdaniem
taki
„pic na wodę”. Po rozmowach z terapeutą,
uświadomiłem sobie, że
chcąc sobie pomóc muszę myśleć wyłącznie o sobie. Nie mogę
skupiać się podczas
terapii, na innych. I powoli mi się to udaje, chociaż nie jest to
proste. Udaje
mi się coraz bardziej „otwierać”, zrzucam z siebie
ciężary, z
którymi cały czas musiałem żyć, nie zdając sobie nawet z
tego sprawy. Dusiłem
wszystko w sobie. Kiedy po przyjeździe na oddział kazali mi prowadzić
„dzienniczek uczuć”, to nie wiedziałem „z
czym to się je”. Tu
się dowiedziałem, że ja też mam uczucia, ale
nawet nie potrafiłem ich nazwać. Korzystałem ze ściągawki, żeby je
poznać!!!
Nadal mam trudności z pewnymi uczuciami, nie zawsze wiem jak je nazwać
i
zakwalifikować, ale coraz łatwiej mi to idzie i to mnie buduje.
K:
czyli dobrze
zrobiłeś, że tu przyjechałeś?
W:
bardzo się z tego cieszę. Mówię często o tym, że nie wiem,
dlaczego, ale wierzę teraz, że to Siła Wyższa mnie skierowała tutaj.
Powoli
wracam też do wiary. Kiedyś byłem bardzo wierzący – tak było
do śmierci
mamy, kiedy miałem 17 lat. Później, kiedy miałem 23 lata
zacząłem pluć na Boga,
pluć na kościół. Teraz zacząłem się znowu modlić, bo
zauważam, że mi to pomaga.
K:
czego się spodziewasz
po tej terapii?
W:
czego się spodziewam? Chcę tu zdobyć jak najwięcej wiadomości.
Poznałem wspaniałych ludzi, którzy przychodzą z wolności na
mityngi, rozmawiają
i starają mi się pomóc Chciałbym zaplanować pierwsze kroki
po wyjściu z
więzienia. Mam nadzieję, że uda mi się jeszcze kawałek normalnego życia
przeżyć, że skończą się te moje wędrówki od więzienia do
więzienia.
K:
może już wystarczy tych wyroków?
W:
za dużo jest tych wyroków. Już w 2004 roku, zrobiłem
przegląd
swojego życia i okazało się, że faktycznie ja z tego życia nic nie
miałem.
Praktycznie jestem sam, kolegów w więzieniu żadnych, resztki
rodziny –
kiedyś, kiedy byłem bliżej miejsca zamieszkania to odwiedzali mnie
kuzyni czy
kuzynka, siostra mieszka w Gdańsku i ciężko jest jej przyjechać.
K:
a skąd ty pochodzisz?
W.
z Częstochowy
K:
święte miejsce - Muniek
Staszczyk [zespół T-love]
też z Częstochowy i poseł
Gadzinowski z tego, co pamiętam…..
W:
i Olek Klepacz z Formacji Nieżywych Schabuff
– chodziliśmy do jednej klasy w szkole podstawowej
K:
oni do czegoś w życiu doszli………
W:
no właśnie. Kiedy tak przejrzałem swoje życie to sam siebie
zapytałem:, „co ja z tym życiem zrobiłem???”.
Opowiem ci taką
sytuację: pojechałem w roku 1999 do siostry, akurat opuściłem zakład
karny w
Herbach. Nie wiedziałem, wtedy, że jestem tak chory i siostra załatwiła
mi
pracę. Niestety tą pracę przez wódkę straciłem. Zawiodłem
siostrę, bo zarobione
pieniądze przepiłem. To była spora kwota wtedy. Przepiłem te pieniądze
i nie
wiedziałem, co zrobić. Przez tą wódkę straciłem nawet
siostrę, którą kochałem i
która była dla mnie najbliższą osobą - ją też zawiodłem.
Teraz postanowiłem coś
z tym zrobić i myślę, że mi się uda - z pomocą ludzi, a widzę, że
ludzie chcą
mi pomóc. I że nie zawsze musze prosić, bo sami otaczają
opieką. Musze się
tylko nauczyć korzystać z tej pomocy. Na dzisiejszym mityngu słuchałem
Sławka……………
K: który sam przesiedział 18 lat
i którego ja
poznałem w tej „puszce”, kiedy
siedział……...
W:
no właśnie - aż serce rośnie, jak ktoś taki jak ja opowiada, że
dziś żyje bez alkoholu. Ja się z tego cieszę, tak jakby
mówił o tym, że ja też
mogę do tego dojść. To chyba naprawdę Siła Wyższa sprawiła, że tak się
uparłem
żeby tu przyjechać, że czekałem ponad 1,5 roku na ten Atlantis
i że wreszcie tu jestem. Kiedy jechałem na te terapię nie wiedziałem,
że
terapeuci, w końcu obcy ludzie, mogą tak podchodzić do mnie.
K:
w końcu to „klawisze”……..
W:
niby taka jest prawda. Chociaż nie uważam ich za
„klawiszy”, bo starają się cię traktować tak po
przyjacielsku i po
ludzku, a to jest dziwne i to jest różnie postrzegane, bo
wiesz, jak to jest w
więzieniu………..
K:
…….nie do końca wiem, bo nigdy nie
siedziałem. Zastanawiam nad jedną rzeczą: masz za sobą tyle tych
wyroków, nie
bałeś się, że u ”złodziei” stracisz twarz twardego
recydywisty?
W:
oczywiście, że się bałem, nawet tu na oddziale bałem się.
Rozmawiałem też o tym z Markiem. Moja obawa brała się stąd, że
zastanawiałem
się, co to będzie, kiedy stąd gdzieś pojadę, spotkam się z ludźmi,
którzy będą
wiedzieli, że byłem na odwyku. Po rozmowach z moim terapeutą uznałem ze
ja mam
to po prostu w dupie,
przepraszam za wyrażenie. Ale
mam to w dupie, co oni
sobie pomyślą, bo to jest moje
życie i chcę je przeżyć inaczej niż do tej pory. Chce sobie
pomóc, a jak pomogę
sobie, to może i inni z tego skorzystają.
K:
wierzysz, że się uda?
W:
wierzę. Chciałbym zostać w Warszawie do końca wyroku i nie
tylko. Chciałbym tu w Warszawie rozpocząć nowe życie, bo nie chce już
wracać do
tych samych miejsc i tych samych kolegów w Częstochowie. Za
dużo złych
wspomnień a bliskich już tam nie mam. Mityngi, na których
bywam tu w zakładzie
bardzo mnie motywują. Nieznajomi ludzie, którzy przecież nie
znają mojego
życiorysu, mówią o mnie!!! Teraz wiem, że jestem taki, jak
inni alkoholicy i
jeżeli oni sobie pomogli nawzajem, to
dlaczego ja mam
nie skorzystać z ich doświadczeń???
K:,
zatem życzę ci powodzenia i dziękuję za rozmowę.
W
Areszcie Śledczym Mokotów
Rozmawiali:
Wojtek AA i Krzysztof zwany Napoleonem
czerwiec, 2006 r
Ale
nam się powodzi?
W sprawozdaniu zastępcy Rzecznika ds. PIK, pisaliśmy o niechęci lokatorów do naszego PIK, o skargach mieszkańców na uciążliwość naszej obecności i o trudnościach z tym związanych. Nie udało nam się tych spraw porządkowych rozwiązać. W następstwie otrzymaliśmy w sierpniu wypowiedzenie najmu dotychczasowego lokalu przy ul. Berezyńskiej 17. Tak miało być - trudno! Zmuszeni jesteśmy poszukać nowej lokalizacji i ponieść z tym związane koszty finansowe i organizacyjne. Przeprowadzka, przełączanie telefonu, Internetu, przewózka literatury. Czeka nas chwila próby służb i serdecznego zaangażowania ze strony wszystkich AA. Jak zwykle na pewno znajdą się osoby chętne do pomocy. Poszukujemy intensywnie nowej lokalizacji dla naszego PIK. Zwracam się tą drogą do naszych przyjaciół AA o wskazywanie wszelkich rozwiązań w celu pozyskania nowego lokum. Nie mamy zbyt wielkich wymagań. Jednak wskazane byłoby, aby to była nadal Saska Kępa. Na początku sierpnia, nagłe i intensywne opady deszczu zalały po raz kolejny nasz PIK. Wysokość wody w pomieszczeniach sięgnęła półek z książkami. Niestety wiele z naszego majątku uległo zniszczeniu, bądź uszkodzeniu. Nauczeni doświadczeniem (oprócz wiary w szczęśliwe ocalenie), ubezpieczyliśmy się od takich strat. Ubezpieczenie nie pokrywa w 100% wyrządzonych szkód. Wiele książek nie nadaje się do zaoferowania w drodze zwykłej sprzedaży, ale być może jednorazowe dowolne wpłaty na rzecz pokrycia strat a w zamian przyjęcie przez kolporterów uszkodzonych książek złagodziłoby skutki zalania. Być może indywidualnie łatwiej i zręczniej będzie można je zaoferować w placówkach dla bezdomnych czy innych tego typu ośrodkach. Można je użyć na własne potrzeby podczas sponsorowania, udziału w obozach terapeutycznych, wyjazdów na warsztaty Kroków, czy w ośrodkach pracy nad programem. Dowolność jest duża. Alkoholik potrafi. Krótko mówiąc prosimy o wsparcie i pomoc! Wszelkie inicjatywy prosimy zgłaszać do Andrzeja - zastępcy Rzecznika Regionu do spraw PIK.
Opiekun PIK Regionu Warszawa
Z
MITYNGU specjalnego RYNIA 3 -
…..
- Nigdy wcześniej nie widziałem Poradnika Służb. Dla mnie, jako niealkoholika, jest to wielkie
dzieło światowej literatury,
porównywalne z Konstytucją USA i znaczący wkład w myśl
ogólnoludzką. Nauczyłem
się również czegoś o duchowości. W każdy weekend, w
którym odbywa się Rada,
wyjeżdżam na nią z myślą: „ O Boże, kolejny weekend z dala od
rodziny!” A potem przez dwa dni pływam w miłości i
akceptacji, którą dają
ludzie niespecjalnie mi bliscy. Poznałem
więc nową
definicję duchowości: każdy z nas to fala mająca zaraz rozbić się o
brzeg i
powtarzająca: „Takie jest życie, tak będzie na
zawsze” a potem
jakiś głos z zewnątrz mówi: ”
Nie
jesteś falą, jesteś częścią oceanu”……
G.Vaillant
powiernik kl A niealkoholik
Górki
Mój poprzednik,
Piotr - redaktor tego Biuletynu
uznał za stosowne umieszczać u góry każdej strony cytaty z
naszej literatury.
Nazwaliśmy je w żargonie redakcyjnym
„górkami”. Początkowo jako
„szeregowy
AA” nie
czytałem ich.
Potem
kiedy włączyłem się do zespołu literatury zacząłem je
przygotowywać.
Potem robił to ktoś następny. Dziś robi to Małgosia z
„Olszynki”.
Dla mnie stały się źródłem wiedzy, a z czasem sposobem na
przyswajanie
literatury, są wskazówkami
co mogę robić, aby nie
wracać do picia. Dawniej czytałem „od dechy
do
dechy” ksiązki z lektury AA.
„Górki” nauczyły mnie czytania na
aktualnie ciekawiący mnie temat.
Nauczyłem się wyszukiwać rozwinięcia codziennej refleksji, szukać recepty
na problemy emocjonalne.
Dzięki tym cytatom zacząłem z pożytkiem posługiwać się całą literaturą AA. Pierwsze zadanie od mojego
sponsora polegało na
podkreśleniu kilkunastu zdań szczególnie mi bliskich z V
Rozdziału
„Anonimowi Alkoholicy” Ku mojemu zdziwieniu powstał
z nich ciekawy
tekst obrazujący moje najgłębsze ułomności!
Lechu02 redaktor MITYNGu
Z
archiwum
MITYNGU Wrzesień.
09/51/2001r
„Jeden
z wielu”
„Czy
to, co robię w służbach wspólnoty jest odpowiednie do mojego
stanu trzeźwości, czy zajmuję właściwe miejsce w AA? Jeżeli nie, to
możliwe, że
moje działania będą urastać w mym ego i rozdymać je. Wtedy łatwo, aby
swe
zadania wśród przyjaciół traktować jako nieważne
i zaniedbywać je.”
„Ta lekcja była
ciężka”
„Zdarzyło
mi się, że zwątpiłem. Wypiłem kieliszek. Wyczyn wydawał
się łatwy i przekonujący, lecz
„Dlaczego
- Nie dla Nie”
,,Chciałem
zaprosić przyjaciół, żona miała inne zdanie...NIE mamy
pieniędzy, mieszkanie
brudne - dodałem od siebie jeszcze kilka wymówek i nastąpiła
cisza, mogłem
wreszcie zacząć od początku. Ze swojej strony zrobię to, to, i to, czy
możesz
zrobić coś ze swojej strony? - zapytałem.
Żona
odpowiedziała, że chętnie coś tam zrobi. Nauczyłem się:
NIE JEST WAŻNE,
DLACZEGO NIE, ALE CO ZROBIŁEŚ, ABY BYŁO
TAK?”
09/63/2002
„Mityngowe
wspominki”
„Trudno
zapomnieć śp. Alka.
Pamiętam, że
nie żywiłem do niego specjalnej sympatii i pewnie
dlatego
byłem zdziwiony, gdy wśród kilku innych i on zgłosił się do
składania MITYNGU.
Była to dosyć ciężka praca, ale czego nie zrobią alkoholicy? Danuśka
przyniosła
ciasto i praca zamieniła się w zabawę. Pod koniec składania Alek
wyraźnie
nabrał szacunku dla naszego wysiłku, a sam od tej pory stał się miłym
przyjacielem. Nauczyliśmy się wzajemnie, że wspólnie
wykonana praca zmienia
uprzedzenia, powoduje, że przyjaźnie stają się bardziej
szczere.”
„Jako
chłopiec marzyłem, być "poetą, publicystą, satyrykiem". Teraz - gdy w
wyniku pracy nad sobą i tą odrobiną trzeźwości, którą
osiągnąłem - założyłem
rodzinę, mam dzieci i normalne życie, nie często rysuję czy piszę. No,
ale z
okazji dziesięciolecia pisma po prostu trzeba. Zawsze pamiętam
bezsenną,
czwartą
„Potrzebuję
WIARY, że można się zmieniać”
„Zadano
mi jakieś pytanie i przyjęto oklaskami. Zrozumiałem na tyle, że zostałem AA i mam
teraz nieść posłanie. Na
następnym mityngu czułem się, więc upoważniony, aby zabrać głos, ale
już jako AA.
Przypomniałem sobie to, co poprzednio usłyszałem - choć
nie zrozumiałem - i pomieszałem ze swoim poplątaniem a następnie dumnie
się
wypowiedziałem. Nie byłoby to wcale tragiczne, gdyby na kolejnym
mityngu
poprzednio przyjmowany AA nie powtórzył tym razem moich
słów, tylko, że jeszcze
bardziej wszystko zagmatwał, a później na kolejnym mityngu
następny, następny itd...
aż któregoś dnia znalazłem się na mityngu, gdzie
wszyscy powtarzają chaotyczne, niezrozumiane słowa a ja zaczynam sobie
zdawać
sprawę, że jeśli wartość przedstawianych doświadczeń jest taka, jak
moich pierwszych
wypowiedzi, to możliwe, że taka trzeźwość jest zagrożona. Na tym
mityngu nikt
nie mówił o programie AA, tym
co działa i jak działa,
liczyło się tylko to, co kto sam chce powiedzieć, co chce wyrzucić z
siebie.”
„Kłopoty
domowe”
„Postanowiłem
"dać" żonę na terapię do AL - Anon . Nie
wiem jaki jest Al - Anon u
Ciebie, ale u mnie jest to szkolenie obejmujące: zamykanie
lodówki na kłódkę,
zakładanie blaszanych majtek, wymuszenia, szantaż, totalna wojna o
wszystko ze
SWOIM ALKOHOLIKIEM. Wywiad, obmowa, wszystko, co prowadzi do chwili,
gdy
alkoholik przypełza do stóp swej pani i tarzając się w
popiele, da sobie
założyć kolczatkę.”
09/75/2003
„Wierzę,
że ten cud zdarzy się ponownie”
Wiem, co czuje alkoholik,
który zapija
po wielu latach abstynencji. Mój Boże, pomóż mi,
jestem gotów do przyjęcia
Twojej pomocy. Boże, czemu mnie tak doświadczasz? Dlaczego mimo
wszystkich
modlitw, nie chcesz zatrzymać mojej ręki, gdy sięga po kieliszek
alkoholu? Mój
Boże, pomóż!!!". Ten, który cierpi, ale trwa w
wierze, że nadzieja nie
umarła.”
„Tylko
poprawiam”
„Słowo
„służba”
niosło ze sobą dużą odpowiedzialność, a tej mi brakowało. Okazało się
jednak,
że służba może być źródłem wielkiej satysfakcji. Dla mnie
stała się sposobem
realizacji programu AA.
Nareszcie przestałem być
egocentrycznym pasożytem. Przez kilka lat uczciwie poznawałem obowiązki
poszczególnych służb, aż znalazłem swoje cacuszko. Mogę je
dopieszczać. Zawsze
lubiłem książki, tak więc
służby związane z literaturą
szybko mnie pochłonęły.”
„Z
korespondencji meilowej
- nie
tylko z Warszawy”
„Nauczyłam się od
niej wielu,
wielu rzeczy o których
bym musiała chyba pisać
godzinami. Wiem, że dzięki niej i ludzi takich jak
Wally, Rita,
Elizabeth i innych zostałam w AA.
Fran umarła dwa lata
temu
mając 49 lat i 11 miesięcy trzeźwości. BARDZO mi jej brakuje.”
09/87/2004
„Gawęda
redaktora MITYNGU”
„Rak
polega na tym, że część komórek organizmu się buntuje:" nie
będziemy służyć całości, będziemy pilnowały tylko swojego dobra"
I na
krótką metę te komórki dobrze na tym wychodzą,
wspaniale się rozwijają. Nie
zauważają tylko, że uległy biologicznemu uprymitywnieniu,
że niszczą komórki
wokół, że przyczyniają się do
słabnięcia całego organizmu i w gruncie rzeczy do unicestwienia także
siebie...”
„Moja
grupa”
„Wychodziłem
zmęczony i zdezorientowany
tematyką „od Sasa do lasa”.
Często
narzekałem po wyjściu, że to był słaby i bezwartościowy
mityng. Wówczas
tak pojmowałem zasadę – „możesz przyjść i wyjść
kiedy chcesz”, „ty dla siebie jesteś
najważniejszy”, itp:
cudowne powiedzenia, które zniekształcałem na własne
potrzeby ze wszech sił. Mogłem bezkarnie zakłamać przedstawiane
problemy, bo
nikt nic o mnie nie wiedział. Potem mówiłem „nic
mi to AA nie
daje”. Nie zastanawiałem się, co ja mogę dać AA a jedynie, co
mogę dostać
od AA?
„Podróż
duchowa doktora Boba.”
"Nie
sądzę by można było cokolwiek zrobić dobrze na tym świecie,
dopóki się tego nie robi.
Nie wierzę, że AA
będzie dobre, jeżeli nie będziemy działać. Powinniśmy działać
przyswajając
sobie ducha służby. Powinniśmy dążyć do wiary, co nie jest łatwe,
szczególnie
dla tych, którzy byli nastawieni materialistycznie. Zgodnie
ze standardami
panującymi w dzisiejszym świecie jestem przekonany, że można uwierzyć,
ale
wiarę zdobywa się powoli. Trzeba ją pielęgnować. Nie było to łatwe dla
mnie i przypuszczam,
że nie jest to łatwe dla kogokolwiek. Przez całe życie dążymy do
szczęścia.
Chcemy osiągnąć spokój umysłu. Kłopot z nami, alkoholikami
polega na tym, że
żądaliśmy by świat dał nam szczęście i pokój w taki
sposób, jaki nam
najbardziej odpowiadał - przez alkoholowy trans.”
09/99/2005
„Sponsorowanie”
„Zaryzykuję
stwierdzenie, że ilość podopiecznych jest dobrym
wskaźnikiem trzeźwości. Jakie to odpowiedzialne zajęcie spostrzegłem
obserwując
swojego sponsora. Ile
poświęcił mi czasu i wysiłku.
Jest systematyczny i stale gotowy. Widać, że kocha wspólnotę
AA
bo ciągle jej służy, choć równocześnie wiem, że
nie wszyscy w AA jego
kochają.”
„Sponsorowanie2”
My
sponsorzy, także musimy być światłem miłości, prawdą pokory, życiem w
trzeźwości. Tego nauczyłem się od swojego sponsora, który
pozwolił mi mieszkać
ze sobą, być członkiem rodziny i dobrym partnerem na drodze
trzeźwienia.”
„Głównodowodząca”
„Wybrano
mnie na mandatariuszkę mojej macierzystej grupy i zaczęłam
nieustającą walkę z tym cholernym
Poradnikiem Służb? /W
Polsce dopiero trwają prace na opracowaniem takiego poradnika -
przypis redakcji /Ale
udowodniłam sobie, że wciąż mogę
nauczyć się czegoś nowego. Była jednak jedna dziedzina,
której nie chciałam się
podjąć, a było to sponsorowanie. Wcześniej tylko raz byłam
sponsorem.”
„Kto
zadba o interesy
AA?”
„Własnym oczom nie
wierzyłem, gdy
zobaczyłem stoisko sprzedaży literatury. Kolorowo, bogato, ale nie od
publikacji wydawanych przez BSK
AA.
Tego nie widziałem. Poczułem się kompletnie zdezorientowany. Rozsądek nakazuje najpierw wypełnić obowiązki
wobec własnej wspólnoty, a dopiero później, jeśli
są możliwości to również
pomagać innym, a nie odwrotnie. To
nie koniec niespodzianek.
Brałem udział w spotkaniach warsztatowych, gdzie wyraziłem zdziwienie
brakiem
literatury AA.
Odniosłem wrażenie, że jednemu z
kolegów nie spodobały się moje słowa.
„Niesiemy
posłanie
do ZK”
Krzysztof:
Włodziu,
ile to już lat chodzisz na mityngi AA do
„puszki”?
Włodek:
od 1992 roku. Wychodzi na
to, że od 13 lat.
K:
to całkiem niezła „pajda”
– taki „wyrok” wzbudza respekt nawet
wśród osadzonych. Po co
ty tam chodzisz? Przecież kiedyś mówiłeś - „sam do
więzienia nie
pójdę”. Chcesz sobie zasłużyć na
pójście do nieba? Masz tam coś do załatwienia?
W:
nie wygłupiaj się – chodzę tam, aby
dzielić się siłą, nadzieją i doświadczeniem. I aby oddać to, co sam
kiedyś
dostałem od innych alkoholików. W więzieniu tak naprawdę
mogę się przekonać ilu
nieszczęść udało mi się w życiu uniknąć.
Członkowie
AA znają
swoją literaturę
Kilka lat temu
miałem okazję poznać przyjaciela z Anglii. Miał on wtedy ponad 20 lat
trzeźwości. Był głównym organizatorem podróży po
Anglii i Szkocji grupy
polskich aowców.
Przy okazji grał na gitarze.. Często
obserwowałem jego zachowanie. Nie było w nim niczego sztucznego.
Uśmiechnięty,
życzliwy, gotowy w każdej chwili służyć pomocą. Nie wdawał się
specjalnie w
żadne dyskusje ideologiczne, które zbyt często
różnią członków naszej
wspólnoty. Wydawał się nie zainteresowany żadnymi
ustaleniami. Bardziej widziałem
w nim "zabawowego aowca"
niż zaangażowanego
członka wspólnoty AA.
A potem, za rok czy dwa, miałem
okazję słuchać jego spikerki w Warszawie. Po niej poszliśmy na kawę.
Pochwaliłem się wtedy, że otrzymałem z jego intergrupy
z Kentu biuletyn GROUP LINE,
a w nim znalazłem przez niego wybrany, ulubiony
fragment Wielkiej Księgi, z wydania amerykańskiego. Usłyszałem wtedy
wiele
słów, choćby jak to, że ważne jest sięgnięcie po klucze do
Królestwa Bożego. W
rewanżu nie omieszkałem oczywiście pochwalić się swoim ulubionym
fragmentem.
Bardzo nieudolnie tłumaczyłem ten fragment na angielski, gdy przyjaciel
nagle
zaczął go recytować. Trata tata, trata tata itd...
I
tu przeżyłem szok. Człowiek, którego podejrzewałem o bardzo
swobodny stosunek
do trzeźwienia okazał się znawcą naszej literatury. Za chwilę cytował
kolejne
teksty. Od dawna znam powiedzenie, że dżentelmeni nie mówią
o pieniądzach, oni
je mają. Ale teraz przybrało ono inną formę: Członkowie AA
znają swoją
literaturę, nawet, gdy o niej nie mówią.
Pozdrawiam
Marek Warszawa 3
Wzrost
osobisty.
Nie,
ja nie mieszkam w Iluzji.
Takie miasto czy wieś w Polsce najprawdopodobniej nie istnieje. Tym
niemniej w
2006 roku do Strzyżyny wyruszyłem właśnie z takiego miejsca”.
Choć wtedy
jeszcze tego nie wiedziałem…
Do Wspólnoty trafiłem w 1998 roku. Mój pierwszy
sponsor (kazała go sobie
znaleźć terapeutka), był wtedy jedną z bardzo niewielu osób
wśród opolskich AA,
które były w Strzyżynie.
Opowiedział mi o niej
odrobinę, ale wystarczyło, żebym połknął bakcyla. Strzyżyna
zaczęła mi się jawić, jako Mekka polskich aowców,
którzy tam, w domkach pośród drzew, bez nadzoru
jakichkolwiek terapeutów czy
psychologów pracują nad Programem 12 Kroków,
jednocześnie tworząc, uzupełniając
i wzbogacając materiały związane z programem. Potem się napiłem.
Później napił
się mój sponsor. Po sześciu miesiącach wróciłem
do Wspólnoty i na terapię. Mój
sponsor... No cóż... Na niego nadal czekamy. Jednak to
wydarzenie nie wpłynęło
nijak na moje podejście do Strzyżyny. Nadal marzyłem, żeby się tam
znaleźć.
Zależało mi na tym dlatego,
że w pewnym momencie
uwierzyłem Anonimowym Alkoholikom, którzy w Wielkiej Księdze
obiecywali mi wyzdrowienie
z alkoholizmu. Och, oczywiście wiedziałem, że nie ma mowy o powrocie do
picia
kontrolowanego. Chodziło mi raczej o pozbycie się pewnej dysfunkcji
(Niedojrzałość emocjonalna, brak odporności na stresy, frustracje,
rozczarowania, zawody. Nieumiejętność radzenia sobie z uczuciami a
nawet ich
rozpoznawania i nazywania. Kompleksy, nieumiejętności, lęki, itd.),
która
kiedyś spowodowała, że zakochałem się w wódce i
która nie znikła sama z siebie
wraz z ostatnim kieliszkiem.
Chciałem pracować na Programie, poznać go, zrozumieć i zastosować w
życiu, a
nie tylko słuchać bardzo nielicznych i jakby nieuporządkowanych
wypowiedzi o
Krokach podczas mityngów AA- mityngów, na
których coraz więcej czasu poświęcano
opowieściom o problemach z niegrzecznym dzieckiem, z trawą
żółknącą na działce,
z rozładowanym akumulatorem, z niewdzięczną żoną, której
jakoś nie wystarcza do
szczęścia fakt, że mąż nie pije, ze złym szefem, itd. itp.
Zanim odpowiednio „dorosłem” do Strzyżyny nastał
czas Regionalnych
Kas Chorych i ich niechęci do finansowania dalekich wypraw po coś, co
można
było znaleźć na miejscu. Wtedy program „strzyżyński”
można już było realizować także u mnie, w Opolu.Mimo
zapewnień, że program jest identyczny, dość długo nie chciałem się dać
przekonać; niepokoił mnie fakt, że u nas trwa to 9 dni, a w Strzyżynie
12. Na swój własny użytek wymyśliłem teorię, według
której różnica pomiędzy
Opolem, a Strzyżyną
była taka, jak różnica pomiędzy
dyplomem magisterskim z Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Pcimiu
Górnym i takim
samym dokumentem zdobytym na Uniwersytecie Jagiellońskim. Wreszcie
jednak,
wychodząc z założenia, że lepsze coś niż nic,
„zrobiłem” w Studium
w Opolu Kroki I-III, po stosownej przerwie IV-V i wreszcie VI-VII.
Dalej się u
nas nie dało. Na początku 2006 roku poprosiłem w Poradni Odwykowej o
skierowanie do Strzyżyny na Kroki VIII-IX. Oczywiście argumentem
wystarczającym
był fakt, że w Opolu jeszcze tych wyższych Kroków się nie
„przerabia”, ale w rzeczywistości chodziło mi nie
tylko o to.
Chciałem wreszcie pojechać do Strzyżyny, a nie chciałem już
„robić”
kolejnej partii Kroków w gronie starych koleżków.
Miałem za sobą takie doświadczenia
i wiedziałem, że nie jest to najlepsze rozwiązanie. Z rozmaitych
powodów. Po
zaledwie półrocznych staraniach „załapałem
się” na turnus lipcowy.
Bezpośrednio przed wyjazdem, od koleżanki z mityngów,
będącej opiekunką
programu „strzyżyńskiego”
w Opolu
dowiedziałem się, że jest możliwe, iż będę w grupie z samymi
warszawiakami.
Trochę mnie to martwiło- jak powszechnie wiadomo wszyscy warszawiacy są
aroganckimi, zarozumiałymi cwaniakami, a kontakt z nimi jest
nieprzyjemny i
uciążliwy. Nie wróżyło to dobrze ciężkiej pracy,
która mnie czekała. Kiedy wraz
z trzydziestokilkuosobową grupą wylądowałem w Strzyżynie
rozpoczęła się weryfikacja moich wyobrażeń.
Okazało
się, że ośrodek nie znajduje się w lesie, jak to sobie wyobrażałem,
lecz
właściwie w sadzie śliwkowym. No i domków było zaledwie
Była
to
okazja do pozbycia się bzdurnych uprzedzeń.
Kiedy jako tako się rozlokowaliśmy odwiedziła nasz domek liderka (opiekunka) całego turnusu i poleciła wybrać ze swego grona lidera grupy. Zanim zorientowałem się, o co chodzi, wśród powszechnego aplauzu wybrany zostałem na to zaszczytne stanowisko. Wydaje mi się, że nawet w tej chwili mogłem jeszcze odmówić, sprzeciwić się, ale brawa i uśmiechy otworzyły w moim umyślę furtkę, która wydawała mi się zamurowana na zawsze dawno temu. Zapragnąłem, a przynajmniej tak mi się wydaje- wszystko działo się w sekundach- być najlepszym liderem w historii Strzyżyny, zasłużyć na podziękowania i uznanie, a także jeszcze więcej braw i uśmiechów. A może po prostu wstydziłem się powiedzieć „nie”? Teraz sam już nie wiem. Zostałem więc liderem grupy choć coś mi podpowiadało, że to może nie być dobry pomysł. Wiedziałem na czym polegają obowiązki lidera w Opolu, ale o zasadach, sposobach, metodach, tradycjach strzyżyńskich nie miałem pojęcia. Poza tym moje wątpliwości budziło też coś innego- miałem najkrótszą abstynencję w tej grupie. To mogło nie być problemem dla nich, ale dla mnie było. Okazało się też, że budzę spore zaciekawienie: pierwszy raz w Strzyżynie i od razu na VIII-IX. Koniecznością udzielania wyjaśnień nie byłem zachwycony. Wystartowaliśmy. W drugim dniu rzuciłem mojej