MITYNG 02/116/2007
DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO
Moją obecność w AA rozpocząłem
po odbyciu terapii w ośrodku leczenia uzależnień. Wcześniej
próbowałem zaszycia
„esperalu”.
Słyszałem też o różnych
grupach wsparcia dla alkoholików powstrzymujących się od
picia. Od wielu lat w
Polsce znane są Kluby Abstynenckie. Wiele dobrego dla alkoholików
robią
też duchowni.
Każda forma jest dobra, aby tylko nie pić. AA nie zwalcza i
nie popiera
żadnych działań.
Ja też w
pewnym sensie odnajduję własną drogę. Z
moich doświadczeń wynika jednak, że tylko AA zaoferowało mi
sposób przemiany
duchowej, który jak się w moim przypadku okazało - jest
najskuteczniejszy.
Duchową stronę AA uświadomił mi i wprowadził w nią mój
sponsor. To on zachęcił
mnie do podejmowania służb i pokazał jak mogę być jeszcze komuś
przydatny.
Pokazał mi: jak po wszystkich moich pijanych porażkach poczuć wreszcie
satysfakcję, zadowolenie z siebie, dowartościować się w zdrowy
sposób - zaangażowaniem w
życie AA w
praktyce. Dzięki temu udało
mi się praktycznie wykonać kilka kroków
o których
słyszałem jedynie w teorii, w okresie
„przerabiania” ich. Nikt
dotąd nie był dla mnie tak wyrozumiały jak alkoholicy w AA.
Mimo wielu popełnionych błędów nadal często słyszę - „dobrze że jesteś”,
„dzięki za pomoc”, ty
też możesz na mnie liczyć”. Kilka razy zdarzyło mi
się w AA
przepraszać za nadmiernie okazane emocje. Wcześniej nie umiałem.
Pojawiała się
wówczas łezka w oku z obu stron. Dziś już się nie wstydzę
wzruszenia. We
wspólnej pracy dla AA nawiązałem przyjaźnie. Takie
prawdziwe. Wspólna praca
jednoczy, zbliża, nadaje sens życia, zajmuje nadmiar czasu po
zaprzestaniu
picia. Nie ma czasu na użalanie i rozmyślania o swoim nieszczęściu.
Coraz
rzadziej czuję się samotny. Wiem na
kogo mogę liczyć,
a na kogo nie. Bez tego poligonu ćwiczeń, którym stała się
dla mnie służba w AA
stałem się chyba trochę szlachetniejszy. Już nie mam
nawrotów i nie mawiam: „wiem
wszystko a nic nie działa”. Sponsor często mi
przypomina: jak stać
się lepszym dla innych a nie od innych, pokazuje mi kiedy
się zapominam i stawiam wyżej osobiste ambicje przed zasadami
według,
których trzeba żyć... Czasem mam mu to
za złe. Wiecie
o czym mówię? Nie wiem jak
to działa...?
Nie piję i
nie odczuwam takiej potrzeby!
To wiem na pewno!
lechu02
Duchowość programu
AA
Mam
na imię Piotr. Tak się przedstawiałem. Kiedy piłem
najważniejsze dla mnie było to, że ja jestem Piotr.
Nie
zastanawiałem się nad innymi, byli mi obojętni. Liczyłem się tylko ja i
moje
potrzeby. Chciałem aby
cały otaczający świat
podporządkował się moim wizjom. W modlitwach widziałem tylko bzdury klepane na kolanach przez
dewoty.
Byłem
dla siebie całym wszechświatem, najlepszym towarzystwem. Tak wpadłem
w pułapkę samotności. Zrozumiałem, że alkohol i samotność mnie zabija.
Dziś,
dzięki Wspólnocie AA, przedstawiam się Piotr Alkoholik, ale
tak
naprawdę myślę, że powinienem mówić Alkoholik Piotr.
Najpierw jestem
alkoholikiem, dopiero potem Piotr, mąż
,ojciec, syn itd...
Pamiętam o tym. Dzięki temu już dostrzegam problemy
otaczających mnie ludzi, i samych ludzi. Nie jestem sam, mam z kim dzielić się
doświadczanym życiem. Kłopot dzielony
z przyjacielem, to jakby tylko połowa kłopotu; ale radość dzielona z
innymi to
wiele, wiele radości. Cudowne!!!
W
Wspólnocie znajduję cel i sens swojego życia. Codziennie
rano modlę się
by być choć odrobinę
lepszym człowiekiem niż wczoraj;
bym mógł pomagać innym. Uważnie śledzę swoje postępowanie,
na co dzień staram
się żyć zgodnie z wolą Boga.
Drogowskazem
są mi słowa „Dziś nie pij, idź na mityng
AA,
czytaj literaturę AA, rozmawiaj ze sponsorem - a odnajdziesz drogę do
Boga,
który Ci pomoże „
Każdego
dnia, poprzez najprostsze zachowania szukam więzi z Bogiem. Wiem,
że kiedy w sobotę rano wstaję, często bywam nieznośny. Do niedawna
wydawało mi
się to normalne, tak miało widocznie być. Bez powodu czepiałem się
wszystkich.
Potrafiłem zniszczyć swoim domownikom cały dzień tylko
dlatego, że wstałem „lewą
nogą”. Teraz, kiedy rano
odczuwam poranne napięcie i obawiam się, że zaraz wybuchnę, przytulam
się do
żony i pytam czy ma ochotę na herbatę albo na kawę, pytam co by zjadła
na
śniadanie, itd.. Cała złość przechodzi gdy chcę być komuś potrzebny
.
W
AA uczę się służby, odpowiedzialności za swoje postępowanie i przenoszę
te doświadczenia do życia codziennego. Są takie chwile, gdy nawet czuję
się
szczęśliwym człowiekiem. Odnalazłem w AA
„DUCHOWOŚĆ” Kiedyś to było
słowo bez żadnego znaczenia. Możliwe, że i dzisiaj nie bardzo je
rozumiem, ale
jest coś, co mi szalenie się podoba. Czuję się potrzebny.
Pozdrawiam
Piotr
Wszystko, czego
potrzebowałem, to
…
Miałem
14 lat. Koledzy wyciągnęli butelkę gorzały.
Miałem wybór. Mogłem wypić lub nie, ale dręczyła ciekawość,
chęć zaimponowania
kolegom. Dziś wcale nie dziwi, że zwyciężył przykład innych
kolegów. Nawet nie
zdawałem sobie sprawy z tego wpływu. Wynik wypicia
„musztardówki” gorzały
był żałosny. Torsje, mdłości, zawroty głowy, czyli
pierwszy w życiu kac. Na kilka lat miałem spokój. Uzyskana
mądrość życiowa
chroniła przed spożywaniem alkoholu. A później, przez lata,
pogadanki w pracy,
programy radiowe i telewizyjne, lektury tylko pogłębiały uzyskaną
wiedzę. Jakby
ktoś potrzebował, to pewnie sam mógłbym wygłosić referat o
szkodliwości picia
alkoholu. Nie było jednak chętnych do słuchania. Niestety obok siebie
trudno
było mi znaleźć kogoś, kto nie pił. Więc i ja rozpocząłem przyjaźń a
alkoholem.
W domu, pracy, po drodze, przy różnych uroczystościach, co
jak co, ale alkohol musiał być. Nie wyobrażałem sobie, że
może być
inaczej. Oczywiście moja wiedza i mądrość życiowa wzrastała w
oszałamiającym
tempie. Codziennie dochodziły do dawniej znanych nowe fakty. I ciągle
miałem
ten sam co dawniej
wybór. Mogłem pić albo nie pić.
Robiłem to, co potrafiłem; czyli piłem.
Wiedza
miała się nijak do moich wyborów. Gdy któregoś
dnia podnosiłem do
ust pierwszy kieliszek, naiwnie sądziłem, że tym razem nie zakończy się
to
kłopotami. Dobrze, że żona wiedziona jakimś przeczuciem sama odebrała
dziecko z
przedszkola. Jakieś mrzonki miały większe znaczenia niż cała
moja wiedza i
mądrość życiowa. Nie udało się też kolegom mnie powstrzymać.
Zacząłem pić
sam. Potem zjawili się inni, co próbowali tłumaczyć mi, że
nie warto pić. Tyle
to i ja wiedziałem. Żadne tłumaczenie do mnie nie dochodziło. Po takiej
rozmowie byłem tylko rozdrażniony i jeszcze bardziej chciało mi się
pić. Mogłem
się godzinami zastanawiać, co sprawia, że mimo swojej
mądrości postępowałem
niemądrze? Aż do bólu. Jednak dotarło w końcu,
sama wiedza bez odrobiny
odpowiedzialności wobec najbliższych jedynie wbijała w pychę, nie
sprzyjała
trzeźwieniu. Stale wydawało mi się, że jestem mądrzejszy od innych.
Później
dopiero dowiedziałem się, że próbowałem drogi na
skróty. Chciałem wiedzą
zastąpić wysiłek niezbędny w formowaniu odpowiedzialnej postawy
moralnej.
Po
kilku latach trzeźwości doczytałem się słów bodajże
Tołstoja, który
mówił, że alkoholik pije
aby robić to, o czym na
trzeźwo wstydzi się nawet pomyśleć. Przykro to przyznać. Nie
jestem święty,
ale mój wstyd już nie wzrasta.
Dzisiaj wydaje mi się, że alkoholicy
przychodząc do AA, nic nie stracili ze swej mądrości. Mają świeżo w
pamięci
fakty ze swego życia, wiedzą czym
kończy się picie. A
mimo to niektórzy z nich nie podejmują trzeźwienia. Są tacy nieszczęśnicy...( AA str
49) Nie wiem jaka była w
ich przypadku przyczyna ale kilka razy ja
również chciałem odejść z AA.
Ze
swoich pierwszych mityngów pamiętam jak irytowali mnie
opowiadacze
pijackich historii. Miałem wrażenie, że z radością ponownie przeżywają
pijackie
ekscesy, tym razem bez konsekwencji dla nich. Za to ja często czułem
już smak
alkoholu w ustach. Podobne męki przeżywałem, gdy na mityngu mądrzy
ludzie
ofiarowywali mi swoją mądrość. Miałem swojej dosyć a mimo to nie
działała
należycie; więc po co mi
następna? Od wysłuchiwania
rozumowania tylko bolała głowa. Zresztą nie mogłem nadążyć ze zrozumieniem albo w ogóle nie
rozumiałem. I tak
miałem jak dawniej ten sam ograniczony wybór: pić albo nie
pić. Nic więcej.
Liczyło się jedno. Czego pragnę? Czy trzeźwości?
Jak
mówi historia, alkoholik może we wtorek wieczorem
nawet nie
pomyśleć o alkoholu a w środę rano być kompletnie pijany.
Tak wygląda choroba.
Musiałem
inaczej podejść do swojego problemu. Cała moja dotychczasowa
wiedza i mądrość życiowa wobec alkoholu okazała się bezskuteczna. Ale
we
wspólnocie AA sytuacja się wyraźnie zmieniła. Obok mnie
pojawiali się ludzie,
którzy potrafili mówić o zdarzeniach ze swego
życia w sposób rzeczowy,
spokojny, trafiający prosto do serca. Najczęściej mówili o
udziale w pracach
wspólnoty, o tym, jak to pomaga im utrzymać trzeźwość, o
zmianach w rodzinie, o
radości z nowego życia. W mym sercu pojawiło się pragnienie
aby żyć jak oni.
A
najważniejsze było to, że na własne oczy widziałem, że to jest możliwe.
Mogłem z nimi porozmawiać, wyjaśnić wątpliwości. Bez
chełpliwości,
cierpliwie rozjaśniali tajniki Programu AA.
Uczciwość
postępowania, tak trudna w praktyce, była widoczna ma każdym kroku. A
co
najważniejsze – nie pili. Coś dla mnie tyle lat niedostępne
stało się
namacalne. Okazało się, że wszystko
czego
potrzebowałem … to przykładu. Zobaczyłem, że można
życie przeżywać
odpowiedzialnie. Moje pragnienia powoli kierowały się w nowym kierunku.
Zapragnąłem pogodnie, trzeźwo i pożytecznie wypełnić ten czas,
który mam przed
sobą. Wzruszenie ogarnia, gdy wspomnę jak to się zaczynało. Zrób
dwa dobre
uczynki dziennie i nikomu nie pochwal się tym. Proste i
skuteczne. Dzisiaj
praktycznie na każdym mityngu mam okazję zobaczyć jak warto postępować
aby znaleźć zadowolenie w trzeźwym życiu. To nie teoria.
To prawdziwe
życie. Szczególnie ważne, że korzysta cała rodzina i
najbliżsi, kiedyś
najbardziej poszkodowani. Teraz wystarczy już tylko naśladować
zwycięzców. To
stale działa.
Pozdrawiam
pogodnie
Głosowanie
nad wolą Boga
Grapevine 09. 2000 str
21
Pochodzę z rodziny, w której piło się ostro.
Moja praca
to zbiorowe uzależnienie, w którym każdy napędzany jest
osobistymi żądzami. Nic
dziwnego więc, że byłem
przekonany, że przynależność
do czegokolwiek, nie mówiąc o udziale w jakiś grupach, było
dla mnie oznaką
słabości, głupoty i nieumiejętności zadbania o siebie. Najlepszym
potwierdzeniem tego była dla mnie polityka, w której
manipulacja, nieuczciwości
i oszustwo rządzą ludźmi. Byłem też
więc przerażony
Drugą Tradycją mówiącą, że niektóre moje wybory i
zachowania powinienem
podporządkować sumieniu grupy. Jako nastolatek uciekałem z domu przed
pijanym
ojcem lub zamykałem się w swoim pokoju. Dwanaście lat
później, w końcówce picia
pracowałem samotnie, unikałem przyjaciół i rodziny,
planowałem by przenieść się
w odległe strony, gdzie, jak myślałem, "prawdziwi ludzie" żyją według
swojego własnego uznania. Z równie wielką nieufnością
przyjmowałem też
stwierdzenie jakoby miłujący Bóg kierował grupą AA. W
"12x12" i w rozdziale "
My niewierzący" Wielkiej Księgi odnalazłem własne szyderstwa wobec
zorganizowanej religii. . To
pozwoliło mi zmienić
stanowisko. Stałem się zdolny przyznać, że byłem dotąd skoncentrowany
na
błędach religii i nie dostrzegałem ich dobrych stron. Poznałem parę
osób
zaangażowanych w te sprawy: zazdrościłem im spokoju i zadowolenia. Ale
przyznanie, że miłujący Bóg kieruje decyzjami grupy nadal
przekraczało moje
siły. Uważałem takie przekonania za przejaw samozadowolenia i
arogancji. Po dwóch
latach zostałem prowadzącym mityng. Zajmowałem się też kolportażem
literatury.
Zaraz też jako zamiłowany bibliofil dorzuciłem do stolika z literaturą
AA parę
broszur, kilka przekładów z francuskiego i dwie książki o
alkoholizmie kupione
w dziale psychologicznym księgarni, które mi się spodobały.
Książki szybko
zostały sprzedane, ludzie, którzy je kupili byli zadowoleni,
więc dodałem kilka
następnych. Po trzech miesiącach połowę stolika zajmowały wydawnictwa
komercyjne a drugą literatura AA zaaprobowana przez Konferencję.
Granica była
wyraźna. Pierwsza połowa kusiła atrakcyjnymi okładkami i krzyczącymi
tytułami.
Inne uzależnienia, Al-Anon,
alternatywne podejście do
trzeźwości, terapia. Druga połowa była raczej jednokolorowa i bez
ozdobników.
Ludzie byli zachwyceni różnorodnością, książki sprzedawały
się. Ktoś zaproponował by
mityng nazwać "książkowym". Byłem
wniebowzięty. Pewnego wieczora do stolika podszedł jeden z
członków grupy , taki
z 10 - letnią trzeźwością, i spytał: "Nie
przypominam sobie by grupa głosowała nad sprzedawaniem literatury spoza
AA. Czyżbym opuścił
jakiś mityng roboczy?" Głosowanie ? -
myślałem., że
żartuje. Przecież ludzie to kupują! Organizujemy loterię, zwycięzca
wybiera
sobie pozycję ze stolika, a losy idą jak woda! Zarabiamy pieniądze!
Wszyscy są
zadowoleni!. Nad czym tu głosować? Usłyszałem na to, że poprzez
sprzedaż
literatury z zewnątrz łączymy AA z innymi przedsięwzięciami a ponadto
odbieramy
dochody Służbie Światowej, które są finansowane częściowo z
zysków ze sprzedaży
literatury AA.
"Jesteśmy jako grupa niezależni i
mamy prawo to robić" - ripostowałem. A on: " Tak, ale taką decyzję
musi podjąć grupa a nie jedna osoba, nawet
jeżeli
prowadzi mityng" Diabli nadali faceta z jego 10 letnią trzeźwością -
pomyślałem. Czy nie widzi jakim
powodzeniem cieszą się
te książki? Chce głosowania? świetnie.
Ogłosiłem
mityng roboczy na następny tydzień. Z reakcji ludzi, którym
podałem temat można
było oczekiwać, że przyjdzie wiele osób. Byłem pewien, że są
ze mną.
Głosowanie? - dobra,
pokażemy mu głosowanie! Ale
przebieg mityngu zaskoczył mnie. Paru weteranów
wypowiedziało się dokładnie w
tym samym duchu co
mój oponent. Gdy mówiłem o tym, jak
dobrze stoją finanse grupy i jak wielu ludzi przychodzi do nas ze
względu na
książki, to unikałem patrzenia na poważne i zatroskane twarze innych
uczestników. Wynik głosowania był za wycofaniem książek
spoza AA : 26 do 1.
Byłem zrezygnowany. Gdzie podziały się
komplementy? Stało się dokładnie to, co zawsze w każdej grupie. Ludzie
mówią
jedno a potem robią co
innego! Mój sponsor poradził mi
bym powstrzymał swoje żale - w mowie i w piśmie - i bym
próbował modlić się o
pogodzenie z tą sytuacją. Nie powiedziałem
więc nic.
Dalej zostałem prowadzącym, choć bez dawnego zapału. Byłem zły i
rozżalony,
jakby grupa zrobiła mi specjalnie na złość. W "12x12" Bill W. opisuje jak grupa uświadomiła mu,
że przyjmując płatną
posadę w Towns Hospital
wystawił Wspólnotę na wielkie ryzyko. Bill po paru latach
przyznaje, że był w
błędzie a grupa miała rację. Nie potrafię powiedzieć, ile czasu mnie to
zajęło.
Dopiero po paru latach umiałem inaczej spojrzeć na moją
próbę
skomercjalizowania AA. Mimo, że członkowie grupy
osobiście interesowali się
literaturą, to ich wspólna decyzja była dla AA najlepsza.
Oni mieli rację - nie
ja. Dziś jestem świadom, że sumienie grupy jest w stanie zwyciężyć nad
wadami
jednostki, robiąc to z miłością i wielkodusznością. Od tamtej historii
byłem
wielokrotnie świadkiem jak grupa wchłaniała i rozpraszała urazy i żale
alkoholików takich jak ja. Dziś wierzę, że grupa dążąca do
rozwoju duchowego
osiąga większą i wyższą mądrość / a może nawet doskonałą
? /
niż jestem w stanie osiągnąć sam na własną rękę. Mam taki
zwyczaj, że
oceniam wszystkie działania według rezultatów, jakie
przynoszą. Muszę więc na
koniec powiedzieć, że długofalowym rezultatem
decyzji mojej grupy było ochronienie Wspólnoty. Przekonuje
mnie to, że sumienie
grupy jest głosem miłującego Boga.
Krok 3
Bóg
był mi potrzebny do załatwiania różnych spraw. Modliłem
się wtedy, kiedy miałem zdać jakiś egzamin, dojechać do pracy
na kacu
tak, żeby mnie policja nie zatrzymała. Nie zastanawiałem się nigdy nad
swoją
wiarą. Jak się udało załatwić jakaś sprawę to Bóg dla mnie istniał.
Ale jak nie, to trudno, wtedy to była wina tylko Boga, nie
moja. Dzisiaj
modlę się codziennie, raczej w podziękowaniu za trzeźwość,
a nie żądanie pomocy lub szczęścia. Codziennie wieczorem zastanawiam
się, czy
moje postępowanie było zgodne z wolą Boga, czy tylko z moją? Staram się
doszukać Boga w życiu codziennym.
Przez
bardzo długi okres nie rozmawiałem z ojcem, nie czułem takiej
potrzeby. Zgodnie z sugestią sponsora spojrzałem na tę sytuację z innej
strony.
Skoro się do siebie nie odzywamy, to może nie należy szukać
przyczyny,
tylko odezwać się i zacząć rozmowę. Przełamać mur milczenia,
który rośnie z
każdym dniem coraz wyższy. Dziś rozmawiamy z ojcem normalnie i nie było
to
takie trudne jak myślałem, wystarczyło tylko trochę dobrej woli. Dziś
wierzę,
że jak ludzie się spotykają ze sobą i rozmawiają, okazując sobie
zrozumienie i
szacunek, to Bóg jest między nimi. Zawsze staram się o tym
pamiętać. Staram się
być życzliwy dla ludzi i często zaczynając rozmowę uśmiecham się.
Kiedyś każdy
był dla mnie wrogiem lub kimś niegodnym uwagi, z
którym nie warto było gadać.
Przyjaźń była tylko pustym, nic nie
znaczącym słowem.
Dzięki życzliwości jaką
okazuję, nie czuję się dziś
samotny. Nie jestem mocno religijny
ale wierzę w
Boga. Wierzę, że jest zawsze ze mną, czuwa nad moimi krokami, daje
poczucie
szczęścia i radości. Te same uczucia pragnę przekazać wszystkim,
szczególnie
najbliższym. Pokochałem trzeźwe życie, nie jestem już sam, mam rodzinę
i
wspólnotę AA.
Pozdrawiam
Piotr AA
Witajcie!
Spać nie mogę, więc skrobnęłam
troszkę od siebie do Biuletynu.
Usłyszałam
na mityngu w części zwykle przeznaczonej na „problemy i
radości”,
od osoby pod wpływem alkoholu (stwierdził, że może zabrać głos, bo nie
jest
pijany) wiele złości, pretensji do jednego z przyjaciół,
który miał temu
pijanemu przed mityngiem powiedzieć, że gdyby od niego to tylko
zależało, to wolałby aby
ciągle zapijający i dziś znów pijany osobnik na
mityngu nie przebywał.
Muszę
szczerze przyznać, że na mnie osoba
cuchnąca alkoholem i bełkocąca pod nosem, nie jest osobą, z
którą chciałabym
spędzać czas a już tym bardziej tych dwóch mityngowych
godzin. Nie mam jeszcze
na tyle siły, by przebywać w alkoholowej atmosferze -
szczególnie o to dbam, by
unikać tego typu sytuacji w moim trzeźwym życiu: nie łazikuję tam,
gdzie piją,
nie uczestniczę w imprezach z alkoholem.. Myślę, że tego dnia
najzwyczajniej w
świecie pod wpływem impulsu, wyszłabym z mityngu i sprawa dla mnie
byłaby
„załatwiona” – nie musiałabym tam
siedzieć, patrzeć, wąchać i
słuchać. Nie mogłam. Prowadziłam mityng. Ryzykując swój
komfort trzeźwienia,
zostałam. Po powrocie do domu pojawił się u mnie silny ból
głowy, jak to bywało
w czasach, gdy piłam no i bezsenna noc, którą pożytkuję
właśnie w tej chwili
(wyczytałam w „Życiu w trzeźwości” o tym sposobie
na bezsenne noce)
na podzielenie się moimi refleksjami z tego zdarzenia.
Zgodnie
z duchem AA taka osoba, o której
pisałam na początku, ma prawo przebywać na mityngu. Wg mnie jest to
słuszne: ma
szansę tego dnia więcej nie napić się a tym samym może uratować własne
życie.
Zdumiała mnie jednak forma w egzekwowaniu „swoich praw”
(ale cóż wymagać od pijanego?!) i zdumiała mnie
jego arogancja w stosunku do weteranów zawarta w słowach:
„Ten mityng jest
dla MNIE i dla takich jak JA! Bo to JA nie mogę poradzić sobie z
alkoholem! To
właśnie weterani powinni przestać przychodzić! Oni już nie piją po
kilkanaście
lat, więc sobie poradzili i już nie muszą tu przychodzić!
A
kawę mogą wypić w kawiarni a nie na mityngu!”
Hmmmm. Byłam zdumiona. Wielce zdumiona
tymi słowami.
Przecież to dzięki weteranom, uważnym wsłuchiwaniu się w ich słowa,
dzięki ich
doświadczeniu, którym tak delikatnie i z taktem dzielą się
ze mną na mityngach,
poradziłam sobie z wszechobecnym głodem alkoholowym na początku mojej
drogi.
Radziłam sobie z huśtawką emocji. Mówiąc o swoich stanach,
otrzymywałam od
przyjaciół z 5-cio, 10-cio, 15-toletnim stażem abstynencji
sugestie poparte
własnym doświadczeniem. Słuchałam i słucham opowieści z ich drogi do
trzeźwości
i wprowadzam tę wiedzę w swoje życie.
Kiedy
obsesja picia ode mnie odeszła to
właśnie od weteranów dowiedziałam się co robić, by z takim
bólem uzyskaną
trzeźwość, utrzymać na dłużej. Opowiedzieli
mi o
swojej pracy na Programie AA przy wsparciu sponsorów, o
swoich służbach.
Uwierzyłam im i nie czekając aż przez godziny odsiedziane na mityngu
trzeźwość
mnie sama dopadnie, wzięłam sobie do serca wszystkie sugestie i
ruszyłam do
pracy nad programem – szczerze, uczciwie.
A
dziś zdecydowanie wolę osobę trzeźwą,
pijącą kawę na mityngu obok siebie niż pełną pychy i arogancji, pijaną
i
cuchnącą alkoholem.
Ale.... Przecież to dzięki wpadkowiczom
mam okazję przypominać sobie
jaka byłam, gdy piłam. To dzięki nim wiem, że gdyby nie
pomoc mojej Siły
Wyższej, wsparcie przyjaciół i moją własną
„gorliwość od samego
początku”(s.49 WK),
zamiast cieszyć się dziś
swoją abstynencją (od chwili przyjścia na swój pierwszy
mityng nie tknęłam
alkoholu), mogłabym wciąż jeszcze pić – pod warunkiem, że do
tej pory
zachowałabym życie...
Smród na mityngu jakoś przetrzymałam.
Przetrzymałam również pijacką arogancję wpadkowicza.
Wzięłam ze sobą również nowe doświadczenie:
siłę spokoju weteranów oraz czerwone
światełko
zapalone dla mnie przez wpadkowicza.
Przypomniał mi o
tym,
jaka
cienka dzieli mnie granica – tak niewiele mi brakuje aby
stracić swoją
czujność, zasłonić się lenistwem i brakiem czasu, przestać pracować nad
sobą
i nad Programem,
ogłuchnąć na sugestie
przyjaciół i recepta na powrót do picia gotowa.
Zobaczyłam w pijanym kumplu
dawną siebie. Dziś jestem pewna, że taką właśnie nie
chcę już być. Radość trzeźwego życia pozwala zapominać mi o wysiłku i
bólu
związanym z jego uzyskaniem. A ból motywuje do zwiększenia
moich wysiłków na
drodze ku trzeźwości, by koszmary nie wróciły.
Dzięki Wam Weterani, że jesteście!
Dzięki Wam Wpadkowicze,
że jesteście!
Potrzebuję Was wszystkich, by trzeźwieć.
Pozdrawiam
radośnie. Gosiali.
20
pytań
1. Czy czasami
odczuwasz
wdzięczność za to, że jesteś trzeźwy i nie pijesz?
2.Czy ostatnio
obudziłeś się
rano rześki i chętny do podjęcia pracy?
3. Czy przeżyłeś już choć jeden dzień bez piwa lub
myślenia o nim?
4. Czy
wśród trudów dnia
codziennego potrafisz zatrzymać się na moment i podziękować Sile
Wyższej za
uwolnienie od przymusu picia?
5. Czy doznajesz
chwil
nieoczekiwanej pogody ducha?
6. Czy odczułeś
wewnętrzne
ciepło na myśl o drugiej osobie, gdy uświadomiłeś sobie, że kochasz?
7. Czy odczuwasz
czasami dobro
wokół siebie, nawet jeśli
jesteś alkoholikiem?
8. Czy czujesz się
czasami
szczęśliwy bez żadnego szczególnego powodu?
9. Czy opuściło cię
uczucie
użalania się nad sobą, bo zrozumiałeś, że program AA sprawia, że
stajesz się
lepszy?
10. Czy jesteś zdolny
przyznać,
że nie miałeś racji i stosownie przeprosić?
11. Czy potrafisz
grać w pokera,
brydża lub inne gry, pomalować mieszkanie nie myśląc o alkoholu; nawet
nie
mając ochoty?
12. Czy ostatnio
– ot, tak
sobie – powiedziałeś dzieciom, partnerowi życiowemu, że ich
kochasz?
13. Czy w obliczu
problemów
prosisz Siłę Wyższą o pomoc i godzisz się z Jej rozwiązaniem?
14. Czy masz już
więcej dobrych
dni niż złych?
15. Czy na mityngu
jesteś zdolny
mówić o swych uczuciach bez relacjonowania zdarzeń?
16. Czy lubisz samego
siebie?
17. Czy utrzymujesz
stosunki
towarzyskie z innymi członkami wspólnoty AA?
18. Czy lubisz
uczestniczyć w
swoim mityngu macierzystym i oczekujesz radośnie na kolejne spotkanie z
przyjaciółmi?
19. Czy masz
przeświadczenie, że
nie pijesz dzięki pomocy przyjaciół z AA, może nawet kiedyś
przyśniło się to?
20. Czy na
zakończenie dnia
dziękujesz swojej Sile Wyższej za pomoc w trzeźwości?
Jeśli odpowiedziałeś TAK
na 5 lub więcej pytań – podążasz w kierunku trzeźwości.
Powinieneś kontynuować uczestnictwo w mityngach i zacząć stosować
zasady AA we
wszystkich poczynaniach.
Jeżeli odpowiedziałeś TAK na
10 pytań – zdecydowanie wykazujesz symptomy trzeźwienia.
Udzielając 15 lub więcej
odpowiedzi TAK wykazałeś, że osiągnąłeś stan pogody ducha i
powinieneś niezwłocznie
zacząć pracę z nowicjuszem od PIERWSZEGO.KROKU
Opracowanie
Zespołu Literatury Regionu Warszawa 2006 r
I
ja tam byłam...
W
naszym Punkcie Informacyjno-Kontaktowym 16.12.2006 rozpoczął
się cykl warsztatów na temat służb we wspólnocie.
Ja bardzo chętnie uczestniczę
w tego typu pracach (a z mojego doświadczenia wynika, że nie zawsze
frekwencja
pozwala na pełne zapoznanie się z tematem)
, więc tego
dnia szczególnie ucieszyło mnie olbrzymie zainteresowanie.
Sala ledwie
pomieściła uczestników – przybyło około 30
osób. W trakcie warsztatu
usłyszałam od przyjaciół relacje z pełnienia przez nich
służby skarbnika na
grupach, w Intergrupie
i Regionie. Dowiedziałam się również
– co mnie bardzo ucieszyło – że są
osoby, które dopiero mają zamiar przyjąć służbę skarbnika na
swojej grupie.
Były również osoby pełniące inne służby a nie będący
jeszcze skarbnikiem. Wypowiedzi dzięki temu były różnorodne
i dla mnie bardzo
ciekawe.
Moją
pierwszą służbą we wspólnocie była właśnie służba skarbnika.
Przyjaciel, który
ją pełnił przede mną pewnego dnia nie pojawił się na mityngu i powstał
„wakat”. Ja miałam prawie tyleż samo abstynencji
co uczestnictwa we wspólnocie tzn.
„aż” 4 miesiące. Po
zakończonym mityngu zostały brudne szklanki na stole i kapelusz z
bilonem. No i
klucze od sali, z którymi nie miałam pojęcia
co
zrobić. Całe szczęście, że z dość dużej grupy zostało jeszcze ze mną
dwóch
przyjaciół. Pomogli mi posprzątać salę, policzyć bilon i
oddać klucze. Na
następnym mityngu sumienie grupy przywitało mnie oklaskami jako
„nowego
skarbnika” a ja nie protestowałam. Zresztą chętnie podjęłam
się tej
służby. Wiedziałam już z wypowiedzi starszych kolegów w
trzeźwości, że służby
są doskonałym wsparciem przy wychodzeniu z nałogu. Popytałam jak to się
robi i
metodą prób i błędów skarbnikowałam
i myłam szklanki.
O ileż łatwiej byłoby mi w pełnieniu mojej pierwszej służby, gdybym
przed
podjęciem się jej mała tę wiedzę, co otrzymałam od
przyjaciół na warsztacie w
Pik-u. Pozazdrościłam nawet przez chwilę tym, którzy z tą
wiedzą zaczną
odpowiadać za finanse swojej grupy. Ale muszę przyznać się, że nie
zmarnowałam
czasu – nie była to przysłowiowa „musztarda po
obiedzie”.
Wręcz przeciwnie. Dowiedziałam się dokładniej o przepływie
gotówki z kapelusza,
o sposobie jej zarządzania na grupie dla wspólnego dobra
– czyli całej wspólnoty. I tę wiedzę
wykorzystam dziś. Bo tak się
złożyło, ze znów jestem skarbnikiem
ale na innej
grupie niż ta pierwsza. I dziś mogę tę służbę pełnić lepiej
przygotowana a co
za tym idzie z większą odpowiedzialnością.
Pozdrawiam
radośnie. Gosiali.
Tradycja
2
Jedynym
i najwyższym autorytetem w naszej wspólnocie jest miłujący
Bóg,
jakkolwiek
może się On wyrażać w sumieniu każdej grupy.
Nasi
przewodnicy są tylko zaufanymi sługami, oni nami nie rządzą.
Już
od lat miesiąc luty jest zdominowany przez tematykę dotyczącą Tradycji
Drugiej.
Rozmawiamy o sumieniu grupy, autorytetach i władzy we
wspólnocie AA i nie jest
to łatwa dyskusja. Przypominam sobie, jak przez lata trzeźwości
zmieniała się
moja świadomość tej tradycji. Pewnie do dziś się zmienia, podobnie jak
i ja się
zmieniam. Droga, którą przebyłem zaskakuje mnie samego. Nie
pamiętam abym
kiedyś pragnął Boga a dzisiaj bez świadomości Jego obecności trudno
przeżyć
nawet chwilę.
Pierwsze
mityngi pozwoliły mi znaleźć się wśród
ludzi z pewną trzeźwością. W naturalny sposób stawali się
wzorcem postępowania.
Ich słowa przyjmowałem bezrefleksyjnie. Byli autorytetami.
Początkowo
zachłysnąłem się wolnością; bo ktoś
powiedział, że we wspólnocie nie ma autorytetów a
ja łatwo uwierzyłem. Było to
mi na rękę. Potem sam bezmyślnie powtarzałem te słowa. Nie
musiałem
nikogo słuchać. Tak byłem zachwycony własną postawą, że nawet do głowy
mi nie
przychodziło, że na każdym mityngu mam okazję słuchać: "Jedynym i
najwyższym autorytetem w naszej wspólnocie jest miłujący
Bóg..." Miałem
wymówkę. Do wspólnoty AA przyszedłem szukać
rozwiązania własnego alkoholizmu a
nie zajmować się sprawami Boga. Czułem się zwolniony z
„boskich”
poszukiwań. Nie piłem i tylko to się liczyło. Nawet nie zdawałem sobie
sprawy jak
bardzo utrzymanie trzeźwości połączone jest z pokorą, z oddaniem swego
życia w
opiekę Siły Wyższej. Pierwsze wątpliwości zrodziły się, gdy coraz
częściej
słyszałem, jak ktoś postanowił przyjąć za swoją Siłę Wyższą grupę AA. Spodobało mi się to na tyle, że
pytany o Siłę Wyższą wskazywałem na grupę AA.
Miało
to dobre strony. Mogłem wykorzystywać grupę by głosić swoje poglądy
zupełnie
niezależnie od zasad AA.
Inni mieli tylko obowiązek
wysłuchiwania moich oracji. Nazywało się to "wyrzucaniem z siebie".
Zresztą wielu czyniło podobnie jak ja, dzięki czemu mało jest głupstw,
które by
nie zostały wypowiedziane na naszych mityngach. (oczywiście
- wypowiadane są również perły naszej trzeźwości) Nawet
najbardziej
niedorzeczne, własne poglądy mogły zostać przypisane autorytetowi AA. Słowa - tego mnie nauczyło
AA..., to się nauczyłem we
wspólnocie.. – tłumaczyły
wszystko. Zamiast
zadać sobie pytanie: co mówią
nasze tradycje?, pytałem: komu to szkodzi? jakbym
potrafił dać sensowną odpowiedź. Zbyt wiele było we mnie egoizmu i
egocentryzmu.
Ignorowałem fakt, że moja specyficzna choroba, niczym ryba wody, wymaga
leczenia w środowisku posiadającym swoje zasady opisane w tradycjach.
Mityngi,
w których uczestniczyłem, bardziej przypominały "dialog
głuchych",
gdzie każdy z uczestników, przekonany o własnej słuszności
nawet nie usiłuje
słuchać i rozumieć innych. Bardziej wyczuwało się buńczuczną postawę -
nikt nie
będzie mnie pouczał, mam swoją grupę, ona jest moją Siłą Wyższą - niż
chęć
współdziałania. Z tamtego okresu pamiętam jeszcze, że
wypowiedzi mityngowe
zawierały więcej nauki pijaństwa niż wychodzenia z
alkoholizmu. Ale nadal
jakimś cudem nie piłem, choć takie pragnienia ciągle powracały,
szczególnie w
stanach emocjonalnych, a tych nie brakowało.
.. Żeby
tylko inni chcieli robić jak im mówiłem, ale niestety.. nie
chcieli. I wtedy przeżyłem szok. Spojrzałem po twarzach
uczestników mojego
mityngu i ze zgrozą zobaczyłem, że to jest inny mityng niż ten,
który obrałem
za Siłę Wyższą. Zdecydowanie to byli zupełnie nowi przyjaciele. A gdzie
moja Siła
Wyższa? Rozproszyła się? Nie ma Jej? Wtedy zrozumiałem, że muszę podjąć
wysiłki w kierunku bardziej trwałej pomocy. Sam siebie z
bagna życiowego
za włosy nie wyciągnę. Pewnie w tym momencie powstało we mnie
bezwzględne
pragnienie Boga. Czas przekory się kończył. Bóg się rodził. (akurat
piszę te
słowa w okresie Bożego Narodzenia) Te uczucie wymagało jednak osobliwej
troskliwości, musiało wzrastać.
We
wspólnocie AA często padają słowa wdzięczności,
przyłączam się do nich. Jestem wdzięczny za trzeźwość i możliwość
służby. Nie
muszę ukrywać, że służba zmieniła całkowicie mój
światopogląd.. Chcąc ją
odpowiedzialnie spełniać musiałem zapoznać się z Tradycjami AA a te
powoli
wypełniały sensem moje życie. Początkowe działania w AA częściej były
próbą
rządzenia, przeprowadzania samowoli niż służbą. Na przykład jako
skarbnik sam
chciałem podejmować decyzje o zakupach nie uwzględniając woli
pozostałych
członków grupy. Takie pojęcie jak sumienie grupy było mi
zupełnie obce. A jeśli
Bóg, to tylko taki jak ja postanowię. Jedynie doświadczenie
weteranów i
przyjaźń członków grupy pozwoliły mi przetrwać ten trudny
okres. Rozpocząłem
proces pytania o drogę i przestałem ignorować zalecenia Programu AA. Przeświadczenie o swojej
wyjątkowości mogłem włożyć do
lamusa. Jeszcze z dawnego życia miałem niejasne wspomnienie chwil
szczęścia,
gdy miałem wszystko, gdy nie pragnąłem niczego więcej. Zawsze związane
było to
z innymi ludźmi, gdy słowa stawały się zbyteczne. Nie było JA tylko MY.
Jeśli
ktoś powie, że w takiej chwili Bóg był z nami, albo
doświadczałem obecności
Boga, nie będę protestował. Ale też zauważyłem, jak łatwo cały czar
znika.
Wystarczy tylko, że źle sobie o kimś pomyślę…. No, może
teraz mniej, ale kiedyś... . albo
pomyślę, że nie jest wart szacunku. Do
głowy natychmiast przychodzą pomysły
aby potraktować
go niezbyt uczciwie, wyzyskaniu do swoich celów, oszukać, bo
i tak się nie
pozna. Jestem przecież najważniejszy. To moje życie się liczy. A gdy
taka
sytuacja powstanie w małżeństwie to trudno o większe piekło. Jakże to
dalekie
od „boskich” zamiarów. Nie ma wygranych,
przegrywają obie strony.
Jeszcze raz okazuje się, jak trudno kochać, jak trudno kochać kogoś,
kto
pogubił się w życiu. Kto czyni zło i często o tym nie wie.
Jeden z
kolegów miał zwyczaj mówić:
"Wystarczy, że będę chciał, to nigdy się nie porozumiemy". Miał
rację. Do zgody trzeba przynajmniej dwojga, do wspólnego
sumienia również. A
przecież Bóg objawia się mi przez udział we
wspólnym sumieniu. I tak znalazłem
odpowiedź, dlaczego do tej pory nie mogłem uzyskać dostępu do wiary.
Nie
szukałem możliwości jedności, pojednania, zgody; wolałem każdemu
wykazać swą
wyższość. A jeśli później ci sami ludzie odwzajemniali mi
się niechęcią, czy
chęcią rewanżu, to spotykali się z żądzą odwetu. Następowała eskalacja
wrogości,
a ja rozgoryczony pogrążałem się w samotności. Na pewno nie była to
droga w
kierunku Boga.
Już wcześniej
w służbie odkrywałem szczególne
zadowolenie. Jednak dopiero uczestnictwo w pracach Konferencji pokazało
mi
wartość pojednania, dało mi obraz, czym jest jej wola wobec mnie i to,
że
dobrowolnie chcę się jej podporządkować. To wielka niespodzianka.
Radość współuczestnictwa
jaką się wtedy przeżywa jest nie do
opisania, przynajmniej dla mnie. Ręce same składają się do podziękowań.
Czuję,
że to Bóg obdarzył mnie taką chwilą.
Zbliżając
się do końca tej wypowiedzi
chciałbym jeszcze raz przypomnieć tekst Tradycji Drugiej: Jedynym i
najwyższym
autorytetem w naszej wspólnocie jest miłujący
Bóg, jakkolwiek może się On
wyrażać w sumieniu każdej grupy. Nasi przewodnicy są tylko zaufanymi
sługami,
oni nami nie rządzą. Jak łatwo kojarzą się tu słowa: „Gdy
dwóch lub
trzech spotyka się w moje imię, jestem wśród nich”. Myślę,
że Bóg się pojawia wśród pojednania,
wspólnej woli, gdy nic nas nie dzieli. Nie
ma większej i bardziej wszechmocnej siły niż wspólna wola,
gdy sumienie jest
najwyższą władzą. Nikt wtedy nie nakazuje, a wszyscy chcą słuchać.
Będąc panem
swej woli jestem równocześnie sługą sumienia,
wspólnego sumienia. Inaczej
mówiąc: chcesz przewodzić, naucz się słuchać, bo możesz
zostać tyranem i
będziesz się spotykał z odporem. Równocześnie zdaję sobie
sprawę jak kruchą
materią jest wspólne sumienie, ale teraz nikomu łaski nie
robię. Poszukując
Boga prawdziwie muszę tak postępować
aby inni
zechcieli być razem ze mną. Obdarzenie drugiego człowieka przymiotami,
jakie chcę aby były
widoczne we mnie sprzyja atmosferze pojednania
i zrozumienia. Staje się zaczynem zażyłości, serdeczności uczuć. W
przyjaznej
atmosferze rozkwita nie tylko kwiat, ludzie również. Wiele
lat strawiłem na
poszukiwanie miłości, przyjaźni. Nawet chciałem ją kupić alkoholem. Na
tej
drodze zostawiłem wiele zawodu, cierpienia i rozgoryczenia. Trzeba było
zmienić
postępowanie. Najlepszą receptą na miłość okazało się bezwarunkowe
okazywanie
….. miłości.
Zobaczyć w człowieku człowieka i
pomóc mu w jego trudnościach Wiele lat życia poświeciłem aby
być lepszym od innych, wiele lat chciałem tę myśl udowodnić. Bez
sukcesu.
Dominacja, rywalizacja nie prowadzi do wspólnego sumienia,
jest raczej jego
zaprzeczeniem. Nie przynosi ukojenia.
Wspólnota
AA proponuje nam abyśmy w
duchu przyjaźni i miłości dążyli do szczęśliwego Przeznaczenia, abyśmy
w każdej
napotkanej osobie widzieli możliwość kontaktu z Bogiem. Otaczając
szacunkiem
człowieka stawiamy krok w kierunku Boga. To jest sprawdzony
sposób.
Dziękuję Bogu
za wspólnotę AA i wspólnocie
za drogę do Boga.
Pozdrawiam
pogodnie
RADOŚĆ MOJA ZE
SFERY
DUCHOWEJ
Kiedy
wstąpiłem do Wspólnoty AA 2 lata temu, to moja ambicja nie
picia i pokazania
tego moim bliskim oraz znajomym nie miała nic wspólnego z
zasadami AA oraz z
moją duchowością. Byłem
wtedy egoistą pozbawionym
własnego zdania oraz Siły Wyższej. Przebudzenie duchowe nastąpiło u
mnie po
pierwszym roku
abstynencji i bycia we Wspólnocie AA.
Przede wszystkim powierzyłem siebie oraz moją chorobę alkoholową swojej
Sile
Wyższej: moje codzienne modlitwy i medytacje zaczęły przynosić mi
„profity”. Owocem tych zmian jest moja uczciwość
oraz otwartość i
umiejętność słuchania przyjaciół w AA.
Zacząłem
również dzielić się siłą, nadzieją oraz wsparciem z
przyjaciółmi w AA poprzez
wypowiedzi na mityngach oraz poza nimi. W trudnych chwilach zdrowienia
ustąpiła
u mnie również obsesja napicia się alkoholu.
Dalszym efektem
mego przebudzenia duchowego jest pełnienie przeze mnie służb w AA,
które uważam
za swoje posłanie, które daje mi trzeźwość, pokorę i
szacunek do ludzi w AA.
Jestem teraz na etapie wyboru sponsora dla siebie.
Myślę, że to się u
mnie dokonało i w dalszym ciągu postępuje, ponieważ bardzo poważnie i
rzetelnie
traktuję w AA sferę duchową – odzyskałem swoją wiarę w siebie oraz
w ludzi. Nawet obecnie, jak ktoś
z bliskich mówi, że to cud, że nie piję, to z całą powagą
przyznaję mu rację,
której wcześniej bym nie przyznał, uważając to za fanaberię.
Kończąc o mojej
sferze duchowej, to naprawdę na mnie stale działa.
Z
korespondencji meilowej
Pierwszym znakiem mojej przynależności do AA jest dbałość o grupę. Mam swoją ukochana, macierzystą grupę AA - tu mnie interesuje wszystko, co związane z jej istnieniem, nawet jeśli nie mam nominalnych służb na tej grupie. Grupa - bijące serce AA - jest taka publikacja i całkowicie czuję ten głęboki sens, że na grupie, na mityngu bije serce AA, że tam jest newralgiczny, najważniejszy punkt, ze tam się "wszystko zaczyna". Jak przywitamy nowoprzybyłego przyjaciela? Czy nie popełniliśmy błędów, gdy był taki ostatnio? Jak niesiemy posłanie? Zamieszczamy jakieś informacje o naszej grupie w najbliższym otoczeniu? Czy na naszej grupie jest sprzedawana literatura AA? Na jakim materiale pracujemy na mityngach - czy to jest literatura AA i czy trzymamy się tematów związanych z naszym Programem? Dbam o to, by była odpowiednia ilość miejsc siedzących na mityngu. Gdy ktoś wchodzi, nie ma miejsca i widzę, że patrzy zakłopotany, lecę na zaplecze po krzesełko i mu jest stawiam - to też moja dbałość o Przyjaciół z AA. Witam się z każdym i staram się uścisnąć dłoń. Uściśnięcie ręki i uśmiech na przywitanie - to czasem może więcej znaczyć, niż najdłuższe i najgłębsze z filozoficznego punktu widzenia opowieści, już w trakcie mityngu. A podanie ręki? To ważne - ręce ściskają sobie przyjaciele! Podanie ręki znaczy - lubię cię, jesteś moim przyjacielem. Może chcesz herbaty, kawy? Może tu, w cieple, w ciągu tych dwóch godzin, w spokoju, w ciszy, poczujesz się bezpiecznie, zapomnisz o całym tym horrorze, który gdzieś został w przeszłości, za Tobą? Dla mnie "Twoje przyjście" zajmuje mi głowę, umysł i serce. Myślę o tym, jak się poczujesz, "nowy przyjacielu", na mityngu. Pragnę, byś został w AA. Dzięki temu sam nie pije i czuje, ze w moim zatwardziałym sercu egoisty nastąpiły i następują dalej zmiany, które wiodą mnie do DOBRA i PIĘKNA. Po mityngu sprzątam, układam krzesła i stoły, chowam literaturę. Sprawdzamy z Prowadzącym czystość - chcemy, żeby po AA zawsze było czysto i porządnie. I przecież ta dbałość o grupę AA, ta miłość do Grupy AA, jak miłość do rodzinnego domu, stwarza korzyści obu stronom - grupa istnieje, więc niesie posłanie. Gdy przyjdzie nowy - znajdzie tu bezpieczną przystań. A dla tych "stałych bywalców", jak dla mnie też - ta dbałość o grupę, powoduje, że czujemy się w nią wrośnięci, że czujemy się bezpiecznie. Razem. Razem na tej szalupie ratunkowej, która uratowała nas z nałogu.
Pozdrawiam
serdecznie - Tomek AA
9
Grudnia
2006 odbyły się Warsztaty Tradycji AA 9-12 w PIK-u przy ul.
Berezyńskiej 17.
Oto kilka spostrzeżeń.
TRADYCJA
DZIEWIĄTA:
Anonimowi
Alkoholicy nie powinni nigdy stać się organizacją, dopuszcza się jednak
tworzenie służb i komisji, bezpośrednio odpowiedzialnych wobec tych,
którym
służą.
Uczestnicy
na temat tej Tradycji zgodnie wypowiadali się na temat
uprawnień władczych. Czegoś takiego w AA nie ma i nie powinno być. Nikt
nie
stoi ponad drugim, nie może narzucać czegokolwiek ani też stawiać
warunków czy
regulaminów zachowań. Zamiast nakazów, (kiedy
istnieje duże ryzyko konfliktów)
najlepszym sposobem zachęcenia do służb jest propozycja i własna
postawa. Przez
udział w warsztatach lub pracy zespołów, które
istnieją przy Radzie Regionu
pokazujemy jak Program AA działa na nas. Wybrani przez grupę AA tzw.
zaufani
służebni" reprezentują grupę na szczeblu Intergrupy
czy służb Regionu. Porozumiewanie się między sobą, dzielenie
wiadomościami jest
jak najbardziej wskazane. Jest daleko większym darem aniżeli
jakakolwiek
władza. Ale każda służba powinna mieć swój cel. Osiąga się
go przez współpracę
z innymi, pokonywanie własnych niechęci, słabości, uprzedzeń a przede
wszystkim
powstrzymanie własnych ambicji. Pomaga uważne wsłuchanie się w głos
sumienia grupy.
W AA nie jesteśmy w stanie zdobyć niczego, oprócz własnej
trzeźwości. Kto
nazwał Tradycję 9 jako podróż w kierunku odpowiedzialności,
kiedy zastanawiamy się,
wobec kogo jesteśmy odpowiedzialni? Każdy obdarzony zaufaniem członek
AA jest
tylko służebnym wobec Tych, którzy tym zaufaniem go
obdarzyli. Jest to wezwanie
do ducha pokory, wynikającego z Programu AA. TRADYCJA
DZIESIĄTA:
Anonimowi Alkoholicy nie zajmują stanowiska wobec
problemów spoza ich
Wspólnoty, ażeby imię AA nigdy nie zostało uwikłane w
publiczne polemiki Jedynym
celem jest uporządkowanie własnego życia a nie angażowanie i mieszanie
się w
interesy innych ten cytat mówi sam za siebie. Mamy jeden
cel, mówi o tym 5
Tradycja. Mieszanie się w sprawy innych np.
Klubów
Abstynenta czy
terapii, zajmowanie stanowiska w najróżniejszych sprawach
jest wielkim
zagrożeniem dla wzrostu naszej Wspólnoty. Jeśli jakieś
organizacje lub
instytucje nie występują pod szyldem AA, to nie powinno nas w nawet
najmniejszym stopniu zajmować. To gwarancja naszej niezależności. Tak
unikamy
rozłamów wewnątrz Wspólnoty. Polemiki nie
prowadzą do zgody. ( gdzie
dwóch dyskutuje tam trzy zdania) Co do tego, wszyscy
uczestnicy byli zgodni. Tylko własnym przykładem możemy zaświadczyć, że
możliwe
jest życie bez alkoholu i to jest najważniejsze dla istnienia naszej
Wspólnoty Słowa ..spoza
naszej Wspólnoty" obejmują naprawdę
wszystko, co nie jest AA a więc skupmy się i zastanówmy nad
tym, jak najlepiej
możemy nieść posłanie AA, a sprawy spoza AA pozostawmy innym. TRADYCJA
JEDENASTA: Nasze
oddziaływanie na zewnątrz opiera się na przyciąganiu, a nie
reklamowaniu;
musimy zawsze zachowywać osobistą anonimowość wobec prasy radia i filmu.
Przebywanie w centrum uwagi może nam zaszkodzić; jest to dla nas niebezpieczne choć czasami bardzo
kuszące. Chełpliwe
zachowanie źle wpływa na obraz całego AA.
Zastanawialiśmy się, czy potrafimy zapewnić każdemu tyle anonimowości
ile
potrzebuje? A sobie samemu? Pojawiły się takie pytania: Na przykładzie
towaru,
który reklamowany, w pewnym momencie może odstraszyć, jeden
z przyjaciół
opowiedział ciekawą historyjkę. Kiedy własne dziecko usilnie namawiał
do
zjedzenia pysznej kanapki dziecko nabrało jakby wstrętu.
Kiedy
sam spróbował zajadając ze smakiem kanapkę - przekonał
dziecko, że jednak
kanapka naprawdę jest pyszna. Dziecko
zaczęło jeść!!!
Nagabywanie i namawianie raczej nie przynosi skutków,
natomiast własny,
pozytywny
przykład przyciąga. Powściągliwość jest niezmiernie ważna. Do
reprezentowania
naszej Wspólnoty AA na zewnątrz powołani zostali powiernicy
klasy A /nie
alkoholicy/. Wspólnota AA nie jest tajną organizacją,
uważamy, że powstrzymanie
się od reklamowania przyniesie nam lepsze skutki. Uchroni od opinii, że
AA
wymaga reklamy. TRADYCJA DWUNASTA: Anonimowość stanowi
duchową podstawę
wszystkich naszych Tradycji, przypominając nam zawsze o pierwszeństwie
zasad
przed osobistymi ambicjami. Dążymy do tego, aby znany był
program
zdrowienia z alkoholizmu, a nie jego uczestnicy. Egoizm i koncentracja
na samym
sobie, własne przewodnictwo objawia się jakby graniem roli Boga.
Dzielenie się
doświadczeniami z innymi a tym samym pomagając sobie wzajemnie,
otrzymujemy coś
niepowtarzalnego-szansę na godne życie. Na tym jest oparta nasza
trzeźwość.
Anonimowość wymaga pokory w podejściu do trzeźwości, jest podstawowym
warunkiem
do zdrowienia z choroby alkoholowej. Przez wymóg
anonimowości chronimy
Wspólnotę przed nami samymi. AA jest prawdziwe i bezpieczne.
Anonimowość
preferuje zasady /Tradycje/ przed osobistymi ambicjami.
Też
pogodnie sporządził
Andrzej
alkoholik z Zielonki.
Paczka
przyjaciół z AA.
Ostatnie dni ubiegłego roku oraz
pierwsze dni tego roku pokazały mi jakich wspaniałych mam przyjaciół
w AA.
Ostatnie Święta Bożego narodzenia spędziłem - jak co roku - z rodziną w
domu.
Dotychczas nie odczuwałem aż takich bólów serducha
jak w te ostatnie święta. Święta pomimo tego, że trochę bolało
spędziłem w
domu. Pierwszego dnia po Świętach udałem się po recepty do swojej
przychodni.
Potrzebne mi były leki (na bóle kręgosłupa). Poczułem się
znów nie najlepiej i
udałem się do gabinetu zabiegowego, aby zbadano mi ciśnienie. Z
gabinetu
zabrała mnie karetka do Szpitala Grochowskiego. Coś było „nie
tak”
z moim ciśnieniem. W szpitalu wzięto mnie na oddział. Myślałem, że
poleżę dzień
lub dwa i na Sylwestra wrócę do domu. Zadziało się inaczej.
Sylwestra i Nowy
Rok spędziłem także w szpitalu. Będąc tam, przekonałem się
jaka jest siła AA: Rozdzwonił się mój telefon
– sms-y z
życzeniami powrotu do zdrowia, dobrego
nadchodzącego roku nadchodziły jeden za drugim. Wieczór
spędziłem na rozmowach
telefonicznych z przyjaciółmi z AA i odczytywaniu wiadomości
od nich. W oczach
współ pacjentów widziałem zazdrość i zdumienie
spowodowane tak liczną ilością
połączeń. A ja nie czułem się sam ani samotny. Prócz
rodziny, która była
każdego dnia odwiedzali mnie przyjaciele i przyjaciółki z AA
z „naszej
paczki” – tak chcę to nazywać, gdyż spotykamy się
na mityngach na
Grochowie i w Rembertowie. Nie pozwolili mi być samemu i czuć się
samotnym.
Jakże ucieszyłem się, gdy do szpitala przyszedł przyjaciel chodzący o
kuli, aby
spotkać się ze mną. Ileż dał mi poprzez swoją wizytę wiary i siły, wiem
tylko
ja sam. Przypomniałem sobie sytuację podobną sprzed roku, kiedy byłem
również w szpitalu – byłem
osamotniony. Wtedy nie pełniłem żadnych służb – stałem tylko
na uboczu.
Chodziłem na mityngi, myślałem, że wszystko jest OK. Nie rozmawiałem z
nikim.
Po mityngach szedłem natychmiast do domu. A teraz... Pełnię służbę
mandatariusza na jednej z grup na Grochowie i bywam w PIK-u na
warsztatach tam
organizowanych oraz innych spotkaniach. Poznałem wielu nowych
przyjaciół.
Zacząłem rozmawiać a nie stoję na uboczu i nie przyglądam się milcząco
jak inni
rozmawiają. Zauważyłem, że pomaga mi to w moim trzeźwieniu. Zacząłem
być
bardziej pokorny, tolerancyjny i pogodniejszy duchem.
Właśnie będąc w szpitalu, odczułem
przyjaźń i siłę w AA. Wiem,
że program nasz nie tylko jest do
trzeźwienia i pracownia na nim na mityngach ale także do wspierania się
w
normalnym, trzeźwym życiu poza mityngami.
Serdeczne
dzięki
Drodzy Przyjaciele – Zbych
Z
Archiwum
Mityngu 5 lat wstecz:
02/44/2001
W niedługim
czasie ktoś z grupy zapił i wówczas zrozumiałam, że to nie
poszczególni ludzie, ale cała Wspólnota a wraz z
nią program 12 x 12 jest moją
Siłą Większą, która, jak widziałam u
wielu, jeśli
tylko w to uwierzę i będę tego chciała, przywróci mi
zdrowie. Tak było przez
długi czas. Dziś, gdy wróciłam do wiary mego dzieciństwa,
gdy rozpoczęłam
zbliżanie się do mego Boga, Boga miłości i miłosierdzia, mam już przy
sobie i w
każdej chwili swą Siłę Wyższą
BĄDŹMY
PRZYJAŹNI
DLA NASZYCH PRZYJACIÓŁ
Posiadanie
monopolu na trzeźwienie
to egoistyczny luksus, na który Wspólnota nie
może sobie pozwolić w równym stopniu
, jak na urazy.
02/56/2002
Zdarzyło się, że
jeden z moich idoli (z półrocznym okresem
trzeźwienia) zapił i strach pomyśleć, co stałoby się ze mną, gdyby nie
treść
Drugiej Tradycji. Czy nie zwątpiłabym w potęgę działania AA?
02/68/2003
BABSKIE GADANIE
Tak
sobie myślę,
Przyjacielu, że to jest moje niesienie posłania: żyć inaczej, uśmiechać
się do
ludzi, dawać im siebie. Nikomu nie muszę opowiadać, jak to się stało,
że się
zmieniłam. To widać, a ja mogę tylko czekać, aż ktoś będzie chciał,
by wziąć go za rękę i poprowadzić w światło trzeźwości.
02/80/2004
Tak
bardzo chciałem, ale….
Dawałem
pieniądze na wszystko,
nadskakiwałem w każdej sprawie, byłem zawsze na posterunku zwarty i
gotowy.
Układało się po mojej myśli. Prawie sielanka do momentu, gdy się
okazało, jakie
jest moje trzeźwienie. Ciągle miałem wobec bliskich jakieś oczekiwania.
Bolało
mnie to, iż postępują inaczej niż ja oczekuję. Nie wynagradzają
poświęcenia,
nie widzą zachodzących we mnie zmian. „Lepiej było, gdy
piłeś”
słyszałem niejednokrotnie. Sądziłem, że będę nagradzany za to, co
robię,
zapominając, że miłości się nie kupi.
02/92/2005
Czułem
się świetnie!
Muszę
się teraz przyznać,
że w tej odrobinie służby nie było chęci niesienia pomocy innym
alkoholikom.
Najpierw była chęć dowartościowania siebie. Odpowiedź na pytanie, czy
zgodzą
się abym prowadził mityng? Potem przyszła chęć sprawdzenia siebie. Na
koniec
zaś przyszła świadomość, że pełniąc służbę pomagam sobie. Wspomnienia
tej
służby pomogły mi w przezwyciężeniu kolejnego
„dołka”.
Przypomniałem sobie i powtórzyłem, że czułem się wtedy
świetnie. Że zawsze mi
lepiej, gdy coś robię.
02/104/2006
Każdy może zacząć
słuchać !
Trzeźwiejąc
w czasie
spotkań z innymi alkoholikami słyszę słowa, które przecież
znam od dziecka, a
dzisiaj nabierają dla mnie innego wymiaru. To, oprócz słowa
alkoholik, również
pokora, służba, gotowość, powierzanie, wdzięczność, sponsor. Usłyszałem
też
wiele dobrych i przyjaznych dla mnie zdań: Nikt Cię stąd nie wygoni.
Bądź
łagodny dla siebie. Masz swoją godność… Jak
również sugestie: Nie pij,
idź na mityng, czytaj literaturę, weź służbę, znajdź sponsora.