MITYNG 03/117/2007
DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO
Co mogę ofiarować w zamian za dar
życia?
Spotykamy wiele teorii mówiących o duchowości, moralności czy uczciwości ale jest taki obraz, który zawiera w sobie chyba
każdą z tych wartości. To obraz, który pod każdą szerokością geograficzną
wywołuje uczucie zrozumienia, ciepła i sympatii. To widok pełnego sił mężczyzny
z czułością zwracającego się do matki - staruszki , z
pogodnym uśmiechem, ale i szacunkiem, pytającego o zdrowie, samopoczucie i
potrzeby; gotowego w każdej chwili spełnić wszelkie życzenia nie oczekując za
to żadnej nagrody. Świadomego, że najwyższą nagrodą jest to, że pełen podzięki
za dar życia, ma dla kogo czynić te starania. W
historiach, które opowiadamy na naszych mityngach, często przewija się temat
jak przegrani, samotni, niezdolni do życia odnajdujemy w AA
zdumiewającą tajemnicę naszego zbiorowego wyprowadzenia z niewoli, z okowów odbierającej wszelką nadzieję i ostatecznie
śmiertelnej obsesji, która przez wieki prześladowała umysły i ciała takich jak
my mężczyzn i kobiet /Jak to widzi Bill
str.166/
Czy teraz trzeźwi, gdy nasze życie nabrało sensu i blasku nie
zapominamy czasem, że to właśnie wspólnota AA pomogła nam odnaleźć dar życia? A
może odrzucić nową matkę jak zużytą szmatę, bo już nic nie potrafimy od
niej uzyskać?
Swoją odpowiedź każdy zna, a inni widzą.
Pozdrawiam pogodnie
Warszawa 13 01 2007
Jak długo będzie
istnieć AA?
- Tak długo, jak Bóg nas
potrzebuje.
Byłem niedawno
na mityngu. Prowadzący o wieloletniej trzeźwości wspomniał z troską, że AA się
zmienia. Wspomniał o skrajnej nędzy w jakiej byli
pierwsi członkowie AA. Wielu dzisiejszych członków
znajduje się w daleko lepszej sytuacji materialnej i to chyba dobrze.
Podkreślił też, że to właśnie dzięki sukcesowi pierwszych członków AA jest
dzisiaj dostępna dla wszystkich. Gdyby pozostała tylko specjalną grupką dla
dawnych pijaków nie jest nawet pewien czy by teraz żył.
A ja jednak obawiam się zmian w AA. Choć wiem, że strach
jest moją odpowiedzią na rzeczywistość, i wiem, że jak uczciwie żyję
zgodnie z programem 12 Kroków, to moje strachy bledną. Przecież dzień po dniu
uświadamiam sobie, że nie ma co się bać zmian, bo
strach wypiera rosnąca wiara. Tak pracuje moja Siła Wyższa. W końcu
przebudzeniem duchowym opisuje się radykalną zmianę postawy
gdy beznadziejny pijaczyna zmienia się w pożytecznego członka
społeczeństwa. Takich przypadków jest wiele. Ale co z przyszłością AA?
Dzisiaj niestety obserwujemy jak od
mityngów AA gromadnie odsuwają się pacjenci różnych ośrodków. To
rzeczywiście niefortunne. Z żalem spoglądam na ich osobistą niechęć do zmian,
niezdolność do przyjęcia nowych idei. I wtedy się zastanawiam, czy rzeczywiście
poznali oni sens wspólnoty AA?
Ale cóż, kto spodziewa się, że AA będzie trwało wiecznie? Nikt, kto ma wiedzę o historii ludzkości. Wspólnota AA będzie ewoluowała na lepsze lub gorsze. Już dziś z powodu własnego sukcesu jest przyćmiewana przez tych, którzy mają potrzebę duchowego przewodnictwa. Za to brak świadomości AA może, jak to dziś widać, przynieść wspólnocie śmierć, gdy jej szeregi będą się zmniejszać, gdy nowi będą odchodzić nie poznawszy uroku trzeźwego życia. A może program AA jest nierozpoznawalny albo całkowicie wypaczony? Jak wtedy odnaleźć AA? Co wtedy zrobić? - Całe szczęście, że przecież trzeźwy, mogę dziś spokojnie patrzeć w swoją przyszłość i czekać długich lat. Ostatecznie pojąłem, że sobie poradzę. Wartości AA są uniwersalne, pozostaną w ludziach długo. Ci z nas, którzy się włączyli w życie AA, będą nadal dzielili się doświadczeniem, jak to AA przywiodła ich do Najwyższego Ducha. Już na zawsze. Absolutne, duchowe prawdy nie stracą na wartości nawet wtedy, gdy AA zniknie. Dziś chyba już rozumiem sens wiary w Boga i to, że Bóg jest stale dostępny dla tych, którzy chcą być uczciwi, otwarci i chętni do zmian.
Adam/01/2007
Chcesz zdrowieć to
przyjdź na kolejny
mityng
Pamiętam okres w moim piciu, gdy byłem w
ciągu alkoholowym. Sytuacja była beznadziejna, w pracy kłopoty z nieobecnością,
w domu stałe awantury i kłótnie z żoną. Byłem bardzo konfliktowy, wszyscy moi
bliscy mówili, że coś ze mną się dzieje, że zmieniłem się, oczywiście na
gorsze. Bezsilny, obojętny, pusty, bez wzajemnego zrozumienia, zgorzkniały, bez
sensu życia - nie wiedziałem co mam robić.
Miałem
dwoje małych dzieci i żonę, kochałem ich. Alkohol mną rządził, zabierał mi ich.
Żona z dziećmi wyjechała na wczasy, oczywiście beze mnie. Ja wtedy piłem.
Miałem do nich dołączyć gdy tylko wytrzeźwieję. Nie
udało się. Znów wódka była górą. Zostałem sam. Chciałem ze sobą skończyć.
Pomyślałem sobie, że nie będą więcej cierpieć przeze mnie. Miałem omamy, szatan
kusił mnie, podpowiadał: zrób to, no idź, powieś się, będziesz wolny, twoje
cierpienie się skończy. Nie miałem odwagi tego zrobić, tak bardzo chciałem żyć
i być ze swoja rodziną. Modląc się do Boga o łaskę i pomoc myślałem o moich
dzieciach i żonie.
Dostałem
od Boga zielone światło - postawił On na mojej drodze alkoholika, który nie pił
kilka lat. Nie był z AA. Poprosiłem
aby zawiózł mnie do poradni. Zacząłem się leczyć. Sytuacja w pracy i w
rodzinie zaczęła zmieniać się na lepsze. Powoli odbudowywałem zaufanie. Stałem
się odpowiedzialny za to co robię. Nawet z żoną
przestałem się kłócić o byle co. Było fajnie. Terapia pomagała mi trzeźwieć. Uczyłem się jak mam
bać o swoje, jak zachowywać się w trudnych sytuacjach. Trzeźwiałem więcej na
intelekt niż na uczucia, w dalszym ciągu zachowując urazy i krzywdy, nie
przyznając się do popełnianych błędów. Myślałem, że jestem idealny, bez wad. To
reszta robi źle, nie po mojej myśli. Los sprawił, że wyjechałem za granicę do
pracy i odszedłem z terapii. Bardzo tęskniłem za moją rodziną. Po powrocie juz
nie było tak jak przed wyjazdem. Nie wróciłem na terapię. Uważałem, że jestem
już tak mocny, że nie napiję się nigdy i poradzę sobie sam. Z upływem czasu
znowu zacząłem czepiać sie o
byle co. Chodziłem podminowany. Aż któregoś dnia zapiłem. Stało się. Piłem
kontrolowanie, tak myślałem bynajmniej. Mając jakąś tam wiedzę zdobytą na
terapii i dwuletnią abstynencję, nie miałem komfortu picia. Uzależnienie
postępowało, wracałem do starych nawyków. Coraz krótsze dni bez alkoholu
odzwierciedlały moja bezsilność, musiałem się napić. Cały tydzień pracowałem a
w weekendy piłem, chwaląc się żonie jaki to ja jestem
mocny. Piłem tak dwa lata, dawno tracąc kontrolę. Pewnego dnia miarka się
przebrała, znowu było źle.
Po
raz drugi skorzystałem z zielonego światła danego mi od Siły Wyższej. Trafiłem
na terapię - znowu zacząłem odbudowywać to co
straciłem. Nie bardzo wierząc w to co robię. Przecież
już się leczyłem wcześniej. Wiedza którą zdobyłem na
temat alkoholu nie bardzo pomogła mi w leczeniu. Zapiłem. W dalszym ciągu nie
akceptując, że jestem alkoholikiem. Wkraczając w trzeźwość odnosiłem jakieś tam
sukcesy, stałem się pracoholikiem. Zapominając o swojej chorobie rzuciłem się
na otwarte morze. Chciałem odciąć pępowinę, usamodzielnić się. Po dwóch latach
odszedłem z terapii. Nie pijąc następne kilka lat ocierałem się gdzieś o ludzi
z terapii, z AA. Nie robiłem zupełnie nic ze sobą.
Akumulatory naładowane wcześniej, zaczęły się wyczerpywać. Byłem całkowicie
wypalony, pusty, bez chęci do życia. Znów raniłem swoich bliskich
mimo, że nie chciałem tego robić. Miałem chory umysł i duszę.
Trzeźwienie na siłę zawiodło mnie. Moja sytuacja rodzinna pogarszała się z dnia
na dzień. Ciągłe sprzeczki, kłótnie, złość na moją żonę o byle
co, stawiały mnie w beznadziejnej sytuacji. Po którejś z kolei kłótni
żona powiedziała mi, że nie nadaję się do życia w rodzinie i nie widzi we mnie
przyszłości. Miała mnie dosyć. Oznajmiła mi, że jeśli z tym nic nie zrobię to
odejdzie ode mnie. W tym momencie uruchomiła mi się zazdrość. Myślałem, że
kogoś ma. Zacząłem ją kontrolować. Sprawdzałem z kim
utrzymuje kontakty w internecie. Nawet
gdy rozmawiała przez telefon w domu, to byłem w pobliżu i podsłuchiwałem
ją. Byłem bardzo podejrzliwy i nieufny jak nigdy przedtem. Sam nie mogłem w to
uwierzyć, że tak się zmieniłem. Przecież nigdy dotąd nie dawała mi powodów do
zazdrości, ufaliśmy sobie. Nie było z jej strony winy - to jak śmiałem tak
myśleć, zresztą niesłusznie. Zbliżały się Święta Wielkanocne - atmosfera się
zaostrzyła. Znów z byle powodu doszło do kłótni i skończyło się tym, że nie
złożyłem żonie życzeń świątecznych. W związku z tym zostałem sam. Bardzo żałowałem
tego co zrobiłem, ale było już za późno, nie chciała
ze mną rozmawiać.
Gdy
byłem sam w domu miałem myśli samobójcze i czułem się nikomu niepotrzebny.
Klęcząc na kolanach płakałem jak dziecko i modliłem się do Boga aby mi pomógł. Nie chciałem
stracić jej i całej rodziny. Prosiłem o przebaczenie, wiarę, siłę i nadzieję.
Rozmawiałem z Nim o mojej chorobie, jednocześnie prosząc Go o litość nade mną
grzesznym. Obiecałem, że się będę zmieniał na lepsze. Jeśli jeszcze raz da mi
zielone światło. Tak się stało. Po świętach trafiłem na terapię. Mówiłem o tym
jak strasznie cierpię. Jaki jestem niedobry dla swoich najbliższych.
Przyznanie się do bezsilności wobec alkoholu było dla mnie bardzo
trudne. Nie piłem prawie 10 lat, lecz ostatnie pół roku to istny koszmar, to co działo się ze mną. Byłem totalnie rozwalony. Chciało
mi się "chlać" lecz strasznie się tego
bałem. Straciłbym chyba wszystko gdybym się napił. Nie dopuszczałem takiej
myśli do głowy. Przyjaciel z grupy wspomniał o mityngu. Nie byłem jeszcze gotowy
na AA. Dopiero po kilku tygodniach poszedłem na
pierwszy mityng. Próbowałem już wielu form trzeźwości więc
pomyślałem, że obiorę inną drogę.
Do
Wspólnoty zostałem przyjęty brawami - jak się później okazało były to oklaski
za odwagę. Ciepło i serdeczność z jaką się spotkałem
zaskoczyły mnie. Ktoś na mityngu opowiadał o sobie - pomyślałem - przecież
opowieść jest podobna do mojej. Potem drugi opowiadał historię ze swego życia -
też była jakby fragmentem mojego. Po mityngu ktoś powiedział: chcesz
zdrowieć to przyjdź na kolejny mityng, podejmij jakąś służbę.
po kilku mityngach zacząłem zmywać szklanki. Teraz
zrobię to z dużą przyjemnością, poczułem się potrzebny grupie. Choć niewiele
mówiłem o sobie, prawie wcale nie dzieliłem się siłą i nadzieją z innymi alkoholikami,
to pomyślałem, że chociaż będę służył zmywając szklanki. Po kilku miesiącach
uczestnictwa w AA poczułem się jakby obco w grupie, nie mając tak naprawdę
przyjaciół. Uświadomiłem sobie, że oni tak naprawdę mnie nie znają i niewiele o
mnie wiedzą. Nadszedł czas aby otworzyć się do grupy.
Zrobiłem tak - opowiedziałem swoją historię. Przestałem się czuć obco.
Podzieliłem się swoim doświadczeniem, zacząłem dostrzegać niesamowite zmiany w
sobie.
Sytuacja w rodzinie zmienia się na lepsze. Jestem
spokojniejszy, pogodziłem się z Bogiem, modlę się codziennie o siłę i nadzieję,
która jest mi potrzebna do realizacji Jego woli wobec mnie.
Jestem wdzięczny ludziom z AA za to, że pojawili
się na mojej drodze.
Pozdrawia - Piotrek
Cześć Przyjacielu,
Pozdrawiam
Cię prosto z delegacji, z hotelu z dostępem do internetu.
W Kielcach! Znowu jestem w podróży służbowej - tym razem 3 tygodnie z przerwami
na weekendy. Jak zawsze zabrałem ze sobą wykaz mityngów z internetu
i literaturę AA, ale tym razem coś więcej. Jak to
ciekawie mówią na niektórych mityngach - mam dwie radości. Pierwsza
to taka, że po raz kolejny na wyjeździe poczułem jedność aowską.
Na tutejszym mityngu położyłem na stole, od siebie, parę "Mityngów".
Od razu dwóch przyjaciół zagadnęło mnie radośnie: - z Warszawy jesteś? - a znasz Marka Walizkę? Stary, jak mi się gęba
radośnie ucieszyła. Rozumiesz mnie. Od razu też pomyślałem o Tobie, o służbie
redagowania "Mityngu". Druga sprawa dotyczy listu Piotra. Wziąłem te
parę stron rękopisu do przepisania, tutaj do hotelu. Czytanie w skupieniu i w
spokoju tej niemalże spikerki było czymś w rodzaju wirtualnego, wewnętrznego
mityngu. Wczoraj było mi to niezwykle pomocne. Otóż w hotelowym pokoju obok,
późnym wieczorem, moi współpracownicy zrobili sobie głośną imprezę. A ja tak
się skupiłem na "lekturze" Piotrka, tak dobrze ją przeżywałem,
przypominałem sobie kim jestem, że o tych hałasach
zapominałem. Nawet kiedy już twardo spałem i o 1-szej
w nocy te barany zadzwoniły do mnie na komórkę, nie złościłem się. A rano
wstałem wdzięczny. Piotrkowi i AA. Rozumiesz mnie. W
jakiejkolwiek postaci zabieram AA ze sobą w podróż i nie lękam się. A jak
zrobię dla AA coś pożytecznego, jest jeszcze lepiej. Pozdrawiam Cię pogodnie choć zawierucha
hula ostro.
Sławek
Dlaczego drożej?
Drodzy
czytelnicy biuletynu MITYNG!
Już od dłuższego czasu rozważamy w
Regionie konieczność zmiany ceny naszego biuletynu. Biorąc pod uwagę argumenty
„za” i te „przeciw” doszliśmy do wniosku, że właściwym
wyjściem jest zmiana ceny na dwa złote. Pragniemy aby
nasz biuletyn był samowystarczalny i nie wymagał dopłat ze składek tych, którzy
go nie czytają. Obecnie nakłady przewyższają uzyskane kwoty ze sprzedaży. Nasze Tradycje AA wskazują nam, jak wiecie
dwie dopuszczalne formy samofinansowania się Regionu: z własnych
dobrowolnych składek oraz ze sprzedaży literatury. Literatury nasz region
nie produkuje wiele, uzyskiwane prowizje przez kolportera nie są aż tak
rosnące, a dobrowolne składki? ...no cóż jest jak
jest. Alkoholicy stają się oszczędni gdy przestają
pić!
To dobrze. Ale rachunki za nasze
trzeźwienie musimy płacić sami (i to w terminie).
Wspomnę tu że
pozyskaliśmy piękny nowy lokal z dwukrotnie wyższym czynszem (około 700zł
miesięcznie), za energię elektryczną do ogrzania go zapłacimy 600zł, Internet i
telefon to kolejne 100zł. Sami policzcie.
Niektórzy mówią, że 2zł za MITYNG to
dużo i 100% więcej niż dotąd.
Ale kiedy spojrzymy na komfort nowego
lokalu to także 100% lepiej i wygodniej w nim funkcjonować? Ponadto nie
wyobrażam sobie abyśmy nie mogli wydawać regularnie biuletynu z powodu braku
pieniędzy. Abyśmy mogli nieść posłanie musimy najpierw mieć za co, to robić. Łatwo jest
nieść posłanie za cudze pieniądze! Ale w AA to nie możliwe. Biuletyn MITYNG
jest czytany w wielu zakątkach naszego kraju oraz za granicą. Relacje z
warsztatów i wasze doświadczenia są nieocenionym wkładem w trzeźwość każdego z
nas. Jestem przekonany że nasi wierni czytelnicy
zrozumieją konieczność tej podwyżki. Kupując kolejny numer Mityngu pozostańcie
z przeświadczeniem, że w ten sposób uczestniczycie w redagowaniu biuletynu oraz
wspieracie utrzymanie PIKu, a MITYNG otrzymujecie w
dowód wdzięczności. Przypomnę także, że wszystkich rozliczeń dokonujemy za
pośrednictwem naszego skarbnika Regionu, a zespół redakcji nie dokonuje żadnych
operacji finansowych. Wszyscy poświęcamy czas w ramach służby i wdzięczności
dla AA, zgodnie z naszym jedynym celem:.
Aby nieść posłanie alkoholikowi, który wciąż
jeszcze cierpi.
A że przy tym sami łatwiej
utrzymujemy trzeźwość - to premia ekstra”.
lechu02
Ech....
ta moja wdzięczność!
Z wdzięczności do taksówkarza, który wiózł mnie pijaną po nocy do domu - zapłaciłam potrójną stawkę jaką wskazywał taksometr.
Lekarzowi, który wystawił mi lewe zwolnienie pełna wdzięczności - zaniosłam najlepszej marki koniak. Pracownicy, która mnie widziała jak pociągam z butelki w pracy z wdzięczności - dałam wyższą premię za jej milczenie.
Z wdzięczności do męża, który wyjechał na kilka dni z dziećmi - piłam przez dzień i noc, i dzień, i noc, i dzień, i noc... Byłam mu wdzięczna, że mogę odpocząć od obowiązków domowych.
Z wdzięczności do gospodarza czy gospodyni imprezy, stawiającej dużą ilość butelek alkoholu na stół - chętniej bywałam kolejne razy w ich domach. Deklarowałam przyjaźń.
Byłam wtedy pełna wdzięczności. I na tamten czas widziałam w oczach tych ludzi też wdzięczność za moje „podarki”. Tylko jakoś dziwnie dzisiaj – gdy wyraźniej już widzę – to ta „wdzięczność” w oczach obdarowanych przybiera postać ironii, politowania, pogardy. A moja ówczesna „wdzięczność” jawi mi się uniżonością i strachem przed konsekwencjami mojego picia.
Dziś jestem trzeźwa. Dziś nie piję. Nie piłam poprzednie dni, miesiące...
Do Wspólnoty przyszłam na kolanach. Bolało. A ból z upływem kolejnych 24 godzin powoli odchodzi... I za to jestem wdzięczna. Trzeźwa jadę autobusem przez pół miasta w śnieżną zawieruchę do PIK-u, by móc tę wdzięczność wyrazić pełniąc dyżur przy telefonie. Spotykam przyjaciół z AA i nie jestem samotna. Jestem im wdzięczna, że są. Że możemy razem tę służbę pełnić. Że mogę porozmawiać – opowiedzieć o sobie, wysłuchać ich a jak telefon zadzwoni – odpowiedzieć szukającemu pomocy. Włączę jeszcze komputer. Zaloguję się na dyżur internetowy a przy okazji pokażę przyjaciołom jak go obsłużyć. Mogę podzielić się wiedzą, zachęcić. Jutro pójdę na mityng. Kupię po drodze świeczkę, bo poprzednia już się wypaliła. A kilka dni temu byłam na spotkaniu Intergrupy. Zaniosłam odbite na xero informatory. Po zaprzestaniu picia powstała pustka. Przeżywam też „syndrom opuszczonego gniazda” - moje dorosłe dzieci jakiś czas temu założyły swoje rodziny i wyprowadziły się. Mam mniej obowiązków. Mój wolny czas zaczął wydawać się nieskończony. Jestem wdzięczna wspólnocie nie tylko za trzeźwość ale i za możliwość zapełnienia go poprzez służenie innym. I dziś nie widzę pogardy w oczach przyjaciół za okazywaną przeze mnie wdzięczność. Widzę uśmiech, sympatię. No... czasem zazdrość. Ale taką, która po pewnym czasie okazuje się twórcza – motywuje do podjęcia służby. I za to też jestem wdzięczna. Bo radośniej pracować w gromadzie. Radośniej nie być samemu.
Pozdrawiam. Gosiali
##################### Zza Krat ###############################
Witam Was...
Chciałem na początku tego
listu opisać nasze spotkanie opłatkowe i mityng otwarty z tym związany. Opiszę
w dużym skrócie swoje wrażenia. Spotkanie zaczęło się 14.12.2006 około 12.10 od przemów około
3-minutowych: księdza, Dyrektora ZK, opiekuna naszej
grupy i przedstawiciela a zarazem sympatyka ruchu AA Gminy Garbatka-Letnisko.
Po tym rozpoczął się mityng świąteczny – przeczytanie Preambuły, 12
Kroków i 12 Tradycji. Po tym wszystkim zaczęły się wypowiedzi alkoholików
przeplatane co pewien czas kolędami intonowanymi przez
prowadzącego mityng czyli mnie. Było dużo gości - alkoholicy z Fundacji, Sławek
z Warszawy, kilku alkoholików tzw. „nie zrzeszonych”,
kilku sympatyków AA, kierownik ds. penitencjarnych, pani Ola z ramienia
administracji ZK. Jako rodzynka w męskim torcie.
Atmosfera była ciepła, taka świąteczna. W przerwie mityngu - kto chciał,
podzielił się opłatkiem. Były związane z tym życzenia. Było fajnie.
Cała impreza skończyła się około 15.20. Reasumując – takie spotkania są
bardzo pouczające dla nas, jak też i ludzi z wolności. Tutaj też przebywają
normalni ludzie, którzy również chcą coś zmienić w swoim życiu. A przynajmniej
jakoś zagospodarować pożytecznie czas spędzony tutaj. To byłoby na tyle, jeżeli chodzi o moje odczucia odnośnie tego mityngu
świątecznego. A teraz opiszę swoje przeżycia związane z tym okresem
świąteczno-noworocznym. W tym roku 2006 postanowiłem słuchając programów w
radio „Lublin” przeżyć święta po Lubelsku.
Miałem niezłą, pouczającą historię z programem w Radio Lublin dla alkoholików
27.12.06. Po prostu go przespałem i z racji tego nie zadzwoniłem i na drugi
dzień, przeprosiłem za to i powiedziałem prawdę, dlaczego nie uczyniłem tego w
tym programie, co czynię już od prawie 3 lat systematycznie
co miesiąc. Nawiązałem także kontakt z panią Mariną, która przyjeżdża
tutaj z zespołami taneczno-wokalnymi w ramach „powrotu do
wolności”. Jest Białorusinką i ciepłą, fajną
kobietą. Próbuję traktować teraz kobiety bardziej podmiotowo a nie
przedmiotowo. Na moje możliwości w ZK robię wszystko aby nie uruchomić starego sposobu myślenia. Cieszę
się, że napisałem wtedy do Warszawy i uruchomiłem kanał wsparcia duchowego dla
nas w ZK i grupy Skarabeusz. Dziękuję za wydruk moich
listów i za materiały wspierające nas w ZK. Będę też
chciał być łącznikiem po wyjściu na wolność między Lublinem a Waszą grupą Nimb.
Dziękuję także Eli i Jackowi oraz wszystkim AA w Warszawie i Regionie.
Dariusz ZK Żytkowice
Grupa
„Skarabeusz”
Tradycja 3
„Jedynym warunkiem
przynależności do AA jest pragnienie zaprzestania picia”
Początkowa nietolerancja wynikająca z obaw.
Pozbawienie alkoholika możliwości uczestnictwa AA często oznaczało wydanie na
niego wyroku śmierci. Rezygnacja z regulaminów członkowskich. Przykłady
doświadczeń. Każdy alkoholik staje się członkiem AA, kiedy on sam to
zadeklaruje. Ambasadorowie AA.
„Przyjmowanie do AA”
Trudno mi sobie wyobrazić, aby jakakolwiek
wspólnota czy stowarzyszenie miało bardziej liberalne zasady członkowstwa niż
wspólnota Anonimowych Alkoholików. I oczywiście nie wynika to tylko z tolerancji
czy nawet miłości do ludzi. Jest raczej wynikiem przeszłych doświadczeń.
Historia pozwoliła nam uczyć się z własnych błędów. Po
prostu opowiadamy sobie wzajemnie o tym, jak utraciliśmy sumienie i jak
borykamy się, chcąc ponownie odnaleźć do niego drogę.
Kiedy w pierwszych latach AA wielu
alkoholików po kilku miesiącach uczęszczania na mityngi AA zaczęło zapijać, a
potem zaprzestało uczestnictwa we wspólnocie, zrobiono długą listę porażek. Zastanawiano się nad przyczynami. I tak zauważono,
że nadal pili ci, którzy nie przyznali się do alkoholizmu. Inni nie potrafili
wzniecić i rozwinąć w sobie wiary w Boga. Wielu z pobłażliwą niechęcią
spoglądało na towarzyszy niedoli. Zbyt dumni nie potrafili dostosować się. A
ponieważ nasza wspólnota nie dostosowała się do nich, odeszli. Ale tylko na
jakiś czas. W ciągu lat, większość z nich wróciła. Nikt za nimi nie biegał;
wracali z własnej woli. Mówili: „nie wierzyłem, że alkoholizm jest
chorobą; obsesją, która zmusza do picia. Dziś wiem. Wiem również, że w AA było
jedyne miejsce, do którego mogłem przyjść bez tłumaczeń. Muszę żyć zasadami AA
albo umrzeć. Więc jestem z powrotem”. Na początku, zwracamy się do
wspólnoty szukając pomocy. Oddychamy atmosferą AA, dzień po dniu utrzymując
trzeźwość. Potem często następuje okres wątpliwości. Przez pewien czas znów
skłaniamy się do polegania na sobie samych, szukając szczęścia we władzy i
uznaniu albo nawet zdobywając wiedzę, często zbaczając z drogi w kierunku
odpowiedzialności. W końcu jakiś ostry kryzys szerzej otwiera oczy. Wtedy, gdy
całym sercem zaaprobujemy Program AA, mamy szansę wkroczenia na nowy poziom
świadomości i odczuwania. Życie nabiera nowych blasków.
Bywa, że w grupie pojawia się wielu nowych. To
cieszy, ale z dnia na dzień powstają problemy. Nowi przynoszą ze sobą te
wszystkie cechy charakteru, które były przyczyną ich dotychczasowych
niepowodzeń a przede wszystkim brak szacunku dla jakichkolwiek zasad
współżycia. Jedni zaczynają szukać okazji prezentowania swojej bezradności.
Inni wśród członków wspólnoty szukają towarzyszy do wypitki; niestety z
sukcesem. Ci z problemami psychicznymi ujawniają swoje depresje czy pretensje.
Plotkarze plotkują. Nowi argumentują, że nie są wcale alkoholikami, ale i tak
przychodzą dalej, bo kazała im to pani X czy pan Y z jakiegoś ośrodka. Następni
porzucają AA, by dostać jakąś pracę. Inni odmawiają zaakceptowania Dwunastu
Kroków jako programu zdrowienia, wytyczne otrzymując w innym ośrodku.
Niektórzy idą dalej mówiąc, że “ta sprawa z Bogiem” jest nonsensowna
i całkiem niepotrzebna.
W takich warunkach grupa często wchodzi w fazę
tworzenia regulaminów. Oczywiście ten stan nie ominął grup w Regionie Warszawa.
Sam byłem autorem scenariusza pracy jednej z grup. Gdy pełen entuzjazmu do
swego dzieła zapytałem któregoś z weteranów o opinię, usłyszałem, że to
najgorszy scenariusz, jaki dotąd widział. Miał niestety rację, bo przez długi
okres członkowie AA odwiedzający naszą grupę mieli wątpliwości i zastrzeżenia,
których wyjaśnianie zajmowało zbyt dużo czasu a i tak nie znajdowało zrozumienia.
W końcu zrezygnowaliśmy z tego scenariusza. Odkryłem, że we wspólnocie reguły i
regulaminy nie funkcjonują zbyt dobrze. Prędzej czy później stawaliśmy się
niewolnikami własnych zapisów, bo czy potrafiliśmy wszystko przewidzieć?
Większość prób spowodowała tylko powstanie niesnasek w grupie. To było nawet
gorsze dla życia grupy niż poprzednie zasady.
Jednak do dziś słyszę o grupach posiadających
„małe tradycje” jakby Tradycje AA nie były wystarczające. A może
warto stworzyć jeszcze „średnie tradycje”? Przecież nie chodzi o
stworzenie nowych przepisów AA. Problemem jest
dostosowanie się do już istniejących, szczególnie tych, które propagują wspólne
dobro czy współdziałanie. Obwarowanie się kolejnymi przepisami, wytyczanie
własnych celów nie sprzyja stosowaniu zasad AA we wszystkich poczynaniach. Zasady
przed osobistymi ambicjami – to temat, o którym nie zaszkodzi jeszcze
porozmawiać. A tak przy okazji zupełnie nie wiem jak tłumaczyć fakt praktycznej
interpretacji Tradycji Trzeciej, że jedynym warunkiem przynależności do AA jest
……bycie narkomanem, żarłokiem czy posiadanie kłopotów psychicznych.
Możliwe, że jeszcze nie wszystko na ten temat wiem.
Wracając do oponentów, warto jednak pamiętać, że
ci, którzy mają wpadki, wywołują skandale, sabotują
program, ci, którzy zaprzedają dobre imię AA, pokręceni psychicznie - wszystkie
te osoby któregoś dnia przestają ranić członków grupy AA. Odchodzą albo stają się członkami grupy, czasami
bardzo szanowanymi. Niektórzy pozostają, by wypróbować naszą cierpliwość, niemniej
jednak pozostają trzeźwi.
Przypominam sobie jednego z przyjaciół,
który, gdy tylko ja zabierałem głos na mityngu na temat zalet sponsorowania,
zgłaszał się następny i jakby z przekory mówił, że on nigdy nie miał sponsora, ani nie sponsorował,
a mimo to nie pije. I fakt faktem, że spotykamy się tak już ponad dziesięć lat
i obaj nie pijemy.
Zacząłem go postrzegać nie jako zagrożenie, ale
raczej jako nauczyciela cierpliwości, tolerancji i pokory. Ostatecznie jak mówi
jeden z przyjaciół- jesteśmy skazani na siebie wzajemnie. Możemy nauczyć się
żyć razem albo umierać w samotności.
Drzwi do AA są szeroko otwarte. Jeśli ktoś
przyjdzie na zamknięty mityng AA, zacznie dzielić się doświadczeniami swego
życia, jest już uważany za członka Anonimowych Alkoholików. Nikt nie dba o to,
jaki jest jego przypadek; ostry czy lekki, czy jest uczciwy czy nie. Nic nie
podpisuje, na nic nie musi się zgadzać, niczego nie obiecuje. A my niczego nie
żądamy. Dołącza do nas na podstawie własnego podejrzenia,
że może być alkoholikiem. Na mityngach otwartych nie musi nawet przyznawać się,
że jest alkoholikiem. Przez słuchanie wypowiedzi innych alkoholików sam
dochodzi do wniosku, jak jest z nim naprawdę, zaś podjęcie służby na rzecz
grupy staje się widocznym objawem przynależności do niej.
Oczywiście nie są to jedyne problemy członkowstwa. Byłem świadkiem jak został
wyprowadzony z mityngu człowiek, który uparł się przychodzić po pijanemu, a
inny zachowywał się wielce prowokacyjnie. Przeszkadzał członkom grupy w
korzystaniu z mityngu. Ale już następnego dnia mógł przyjść, jeśli tylko
potrafił osiągnąć trzeźwość. Mimo wyrzucenia z mityngu, nikt nie myślał o
wyrzuceniu go z AA. Jest członkiem tak długo, dopóki
tak mówi o sobie. Nie chcemy nikomu odmówić szansy wyleczenia się z
alkoholizmu, jaką i my mieliśmy. Nikogo nie wykluczamy.
Ten trend oznacza coś głębszego, niż zwykła zmiana
postawy w kwestii członkostwa. Jesteśmy świadkami jak po każdej burzy następuje
cisza przynosząca zrozumienie, pełna przyjaźni i tolerancji; gdy rodzi się
ufność w opiekę, której przedtem nie potrafiliśmy sobie nawet wyobrazić. Coraz
bardziej czujemy, że członkostwo w AA powinno obejmować wszystkich, którzy
cierpią z powodu alkoholizmu. Nikogo nie musimy się obawiać. Nikomu, kto chce
zdrowieć, nie możemy, ani nie chcemy zabronić. Zauważamy, że członkostwo AA
nigdy nie powinno zależeć od pieniędzy czy zgodności. Nawet dwaj lub
trzej alkoholicy pragnący trzeźwości mogą nazywać siebie grupą AA. To w jasny sposób oznacza, że alkoholik jest
członkiem AA, jeśli sam się do tego przyzna. Nie można odmówić mu członkostwa
ani żądać grosza zapłaty; nie wolno mu narzucać własnych wierzeń czy praktyk/
niestety w praktyce różnie to bywa/. Może kpić ze wszystkiego i ciągle być
członkiem. Trzecia Tradycja pozwala najbardziej niemoralnemu czy aspołecznemu
alkoholikowi zebrać wokół siebie kilka pokrewnych dusz i ogłosić, że została
utworzona nowa grupa Anonimowych Alkoholików.
Przeciw Bogu, przeciw wspólnocie, nawet przeciw
innym - są grupą AA, jeśli tak uważają! - Pytanie tylko, czy trzeźwieją?
Czy postawa anarchistyczna pomaga osiągnąć zadowolenie w życiu? Ile czasu można
trwać w oporze?
Gdy po pewnym czasie strach, nietolerancja czy
wzajemne pretensje w grupie opadną, okazuje się, że każdy się wiele nauczył.
Wygląda na to, że żadna istota ludzka nie może zmusić drugiego alkoholika do
wspólnego szczęśliwego i użytecznego życia. Ale gorzała może - i często to robi ! Ci,
którzy przebrną przez trudny, początkowy okres trzeźwienia, zobaczą w dawnych
przeciwnikach świadków swojego rozwoju. Będą spotykać się z nimi bez dawnej
złości a często nawet z sympatią. A ponadto dostąpią szczególnej godności. Zostaną
ambasadorami AA. Podejmą specjalną służbę
wprowadzania nowych przyjaciół w świat trzeźwości. Staną się widocznym
przykładem działania Programu AA.
Właściwie ten artykuł był zakończony, gdy kolega zwrócił mi uwagę, że nie poruszyłem sprawy przyjmowania członków do AA, co też jest elementem III Tradycji. To nie było niedopatrzenie. W tekście jest powiedziane, że członkiem AA zostajemy, gdy sami tak postanowimy i to niezależnie od ocen zewnętrznych. Jednak równocześnie niemal codziennie przeżywamy moment pojawienia się nowych na mityngu i wraz z nimi uczestniczymy w ceremonii „przyjmowania do AA”. Czy to sprzeczność? Chyba nie, choć sprawia takie wrażenie. Pewnie każdy z nas widział, choćby w telewizorze moment witania oklaskami szczególnie dostojnego gościa. To miłe uczucie zarówno dla witanego jak i witających. Niestety problemy zaczynają się, gdy na naszych mityngach zadajemy pytania niezbyt przekonanym o swoim alkoholizmie nowicjuszom. Miałem wielki dyskomfort, gdy pod naciskiem oczekiwań grupy, kłamałem na swoim pierwszym mityngu. Jeszcze nie byłem ani przekonany o swoim alkoholizmie, ani nie miałem pragnienia zaprzestania picia. Dopiero świadomość radości z trzeźwego życia przyjaciół pozwoliła mi szczerze zapragnąć trzeźwości dla siebie. Ale to było dopiero kilka miesięcy później, gdy przez cały ten czas nie czułem się zupełnie uczciwy wobec nowych przyjaciół. Czułem się inny. Z drugiej strony wielu przyjaciół podkreślało, że fakt deklaracji o zaprzestaniu picia i świadomość problemu pozytywnie zaważył o ich postawie. Nie chcieli łamać danego słowa. Są obecnie szanowanymi członkami AA. Jest jeszcze inna opcja. Parę lat temu, jeden z przyjaciół prowadził mityng i zapomniał o zadaniu pytania o nowych. Dopiero na przerwie dowiedzieliśmy się, że wśród nas jest nowicjusz. Oczywiście został przyjęty z całym ceremoniałem dwóch pytań i oklaskami, a wszyscy uczestnicy mityngu mieli świadomość, że nowy miał większą niż zwykle orientację, gdzie przyszedł i jak działa wspólnota AA. Jego decyzja była bardziej rozeznana. Myślę, że nie ma co opowiadać się za którąś opcją. Życie samo przyniesie odpowiedź, szczególnie gdy poprosimy naszą Siłę Wyższą o przewodnictwo. Nasz główny cel pomocy cierpiącym alkoholikom nie może się wikłać z naszą skłonnością do ceremonii. Najważniejsza jest miłość do człowieka.
Pozdrawiam
pogodnie
Dlaczego NIE dla NIE ?
Pamiętam, byłem chyba piętnastolatkiem, gdy zwrócił się do mnie wujek w jakiejś sprawie, a ja z miejsca odpowiedziałem - nie. Nie mam czasu, nie mogę - to były moje odpowiedzi na jakiekolwiek zachęty. Wtedy wujek zapytał mnie, kiedy ostatni raz byłem skłonny pomóc komukolwiek. Zastanowiłem się i nagle zdałem sobie sprawę, że nawet nie wiem dlaczego, każdemu odmawiam w zupełnie prostych sprawach. Postanowiłem zmienić się i pewnie tak się powoli stało. Na wiele lat ten incydent z dzieciństwa zupełnie zapomniałem, ale kilka dni temu rozmawiałem z kolegą S. Proponowałem mu kilka razy różne działania i za każdym razem słyszałem wymijającą odpowiedź. - Nie mam możliwości, nie mam czasu, nie mam pracy, mogę pomóc rodzinie ale jak będę miał pieniądze itd..- Zdałem wtedy sobie sprawę, że kolega zachowuje się zupełnie jak ja kiedyś w rozmowie z wujkiem. Choć jego sytuacja była wyraźnie kiepska to każdą propozycję S. odrzucał zanim do końca usłyszał co zawierała. Pod koniec rozmowy nawet się śmieliśmy z takiego zachowania. Wieczorem, gdy wróciłem do domu, uświadomiłem sobie moje inne NIE. Było to w okresie świątecznym. Już nie piłem. Chciałem zaprosić do domu kilku przyjaciół. Żona miała inne zdanie. - NIE mamy pieniędzy, mieszkanie brudne, trzeba jechać gdzieś itd.. Dodałem od siebie jeszcze kilka innych wymówek, a każda była super oczywista. Ale gdy się wszystkie wyczerpały i nastąpiła cisza, mogłem wreszcie zacząć od początku. - Chcę zaprosić kilku przyjaciół do nas. Ze swojej strony zrobię to, to, i to, czy możesz zrobić coś jeszcze ze swej strony? - zapytałem. Żona wtedy odpowiedziała, że chętnie coś tam zrobi. Właściwie nie muszę chyba dodawać, że spotkanie się odbyło, było bardzo miło. Teraz oboje z żoną zadajemy sobie pytanie - co warte było całe te gadanie, dlaczego NIE można zrobić spotkania. Nauczyłem się: nie jest ważne dlaczego NIE, ale co zrobiłeś aby było TAK.
Przyjmowałem ludzi do
AA
Dość długo uważałem za normalne i
oczywiste, że nowicjuszowi przychodzącemu po raz pierwszy na mityng AA,
prowadzący zadaje dwa pytania. Jedynie odpowiedź twierdząca na obydwa,
upoważnia nowicjusza do uczestnictwa w zamkniętych mityngach Anonimowych
Alkoholików. Lata mijają, a ja mam coraz więcej wątpliwości...
Te dwa pytania, które zresztą i mnie kiedyś
zadano, a które budzą we mnie coraz większe opory i wątpliwości, brzmią
następująco: 1. Czy zauważyłeś, że picie alkoholu komplikuje twoje życie i
masz kłopoty? 2. Czy masz szczerą chęć zaprzestania picia?
Czy jest w nich coś złego, szkodliwego? Pozornie niby nie, ale... W każdym razie swoje wątpliwości, o których wyżej wspominałem podzieliłbym na dwie grupy.
Dlaczego nowicjuszowi zadawane są dwa pytania? Czemu nie jedno?
III Tradycja Wspólnoty mówi, że "Jedynym warunkiem przynależności
do AA jest chęć zaprzestania picia". Jeżeli istnieje "jedyny"
warunek to czemu służą dwa pytania oraz żądanie, żeby
nowicjusz przyznał, że picie komplikuje mu życie i ma kłopoty? A poza tym "jedynym"
warunkiem jest "chęć zaprzestania picia", a nie "szczera chęć
zaprzestania picia". Kiedy próbowałem o tym rozmawiać w gronie
znajomych z AA, usłyszałem że nowicjusz jest tak "zakręcony",
że się w tym i tak nie połapie. Może to i prawda, ale,
czy w takim razie "starzy aowcy"
mają wykorzystywać wiadomy stan osoby, która na mityng AA przyszła pierwszy raz
w życiu? A przede wszystkim- po co? Czy może po to,
aby nadal istniała wątpliwej jakości tradycja, do której już się przyzwyczaili,
a nawet przywiązali? Poza tym, o
zgrozo! dalej w pewnych miejscach funkcjonują
scenariusze, według których najpierw przyjmuje się nowicjusza, a dopiero
później czyta Preambułę AA- czyli "najpierw cię przyjmiemy, a dopiero
później dowiesz się do czego cię przyjęliśmy"? Ale to uważam już za jawną
kpinę.
W 2001 roku uczestniczyłem czynnie w zakładaniu nowej grupy. Udało mi się wtedy
przeforsować sprawę nowego scenariusza. W każdym razie na dzień dzisiejszy są w
moim mieście cztery mityngi tygodniowo, na których nowo przybyłym zadaje się
pytanie (jedno!): "Czy masz chęć zaprzestania picia?" i tylko tyle, nic więcej. Choć, moim zdaniem, jest to i tak
za dużo…
Całkiem niedawno doczekałem się "ciekawej" sytuacji: na jednej z grup "staroscenariuszowych"
zjawił się nowicjusz, zadeklarował się jako alkoholik, przyznał, że chce
przestać pić, ale... nie zgodził się z twierdzeniem,
że ma kłopoty i że picie komplikuje mu życie. Nie byłem na tym mityngu,
opowiadano mi o tym tylko, a mój rozmówca był tak skrępowany całą tą sprawą, że
ostatecznie nie wyjaśnił mi, czy ten nowicjusz został w końcu przyjęty do AA i
czy pozwolono mu zostać na zamkniętym mityngu. Uważam, że takich sytuacji
będzie coraz więcej. Tak zwane "dno" cały czas się podnosi, do AA
trafiają ludzie, którym alkohol nie wyżarł jeszcze połowy mózgu (za mało
"zakręceni"?) i nawet na swoich pierwszych
mityngach będą mieli wątpliwości i obiekcje. Zmiany w scenariuszu jednej czy
drugiej grupy nie w pełni mnie satysfakcjonują. Cały czas mam ważniejsze
pytanie czy wątpliwość: Kto mnie, jako
prowadzącego mityng AA, upoważnił do przyjmowania lub nie przyjmowania do AA
kogokolwiek? Jakie ja mam prawo, ja lub ktokolwiek prowadzący mityng, do
zadawania komuś pytań (wszystko jedno, ilu) i od otrzymanych odpowiedzi
uzależniania "prawa" tej osoby do udziału w mityngu Anonimowych
Alkoholików?
Mogę powiedzieć, że przeczytałem większość literatury aowskiej.
Niektóre pozycje więcej niż jeden raz. I nie znalazłem odpowiedzi na swoje
pytania. Może dlatego, że nigdzie nie znalazłem żadnej
instrukcji dotyczącej przyjmowania bądź nie przyjmowania kogokolwiek do AA. Moim zdaniem czegoś takiego po prostu nie ma, a
przyjmowanie do polskiego AA jest jakimś wynaturzeniem. Do Wspólnoty
Anonimowych Alkoholików nie ma przyjęć. Jestem nawet w stanie to zrozumieć.
Ludzie, którzy prawie 40 lat temu tworzyli w Polsce od podstaw Wspólnotę
Anonimowych Alkoholików, z jednej strony byli przekonani o wartości
obowiązujących w niej zasad, ale z drugiej byli wychowankami systemu totalitarnego
(cokolwiek o nim myśleli) i pewne rzeczy po prostu i zwyczajnie nie mieściły
się im w głowach.
"Żadnych zapisów? No, dobrze. Żadnych kartotek? No, dobrze. Ale tak
zupełnie żadnych formalności??? To może chociaż jakaś
słowna deklaracja?! Ludzie nie będą cenić tego, co tak zupełnie bez niczego
dostali!". Tak sobie wyobrażam, że być mogło.
Przez ostatni rok miałem okazję stykać się z wieloma ludźmi, którzy na
mityngi AA uczęszczają w rozmaitych miejscach na Ziemi. Okazuje się, że
przeczucia mnie nie myliły: przyjmowanie (lub nie) do AA i stawianie pytań,
które to przyjęcie warunkują, jest wymysłem lokalnym.
Żeby krytyka była konstruktywna, to napiszę może, jak ja to sobie wyobrażam.
Jeśli prowadzący mityng zauważy kogoś, kogo nie zna, może zadać pytanie:
"Czy jest wśród nas ktoś, kto w tym gronie znalazł się pierwszy raz?"
W przypadku odpowiedzi twierdzącej: "Trafiłeś na zamknięty mityng
Anonimowych Alkoholików. Jeśli tu właśnie chciałeś się znaleźć, to witamy cię
serdecznie i cieszymy, że jesteś dziś z nami". I to w sumie
wszystko, na co można sobie pozwolić nie łamiąc Tradycji. Oczywiście dotyczy to
sytuacji, gdy nowa osoba nie została "wyłapana" przez odpowiednie
służby jeszcze przed rozpoczęciem mityngu. Latem tego roku
(2006) w Strzyżynie brałem udział w rozmowach
na temat czytania literatury nieaowskiej podczas
mityngów AA. Padł oczywiście w pewnej chwili argument
odwołujący się do Tradycji: "Każda grupa jest niezależna we wszystkich
sprawach...". I bardzo mi się spodobała odpowiedź: "Ależ tak!
Masz rację. Macie prawo czytać co tam sobie ustalicie,
choćby "Małego Księcia" - ale MY w AA czytamy literaturę
AA".
I tak mi się czasem marzy, że może doczekam jeszcze czasów, gdy usłyszę:
"Możecie nawet kwestionariusze osobowe kazać wypełniać, ale MY w AA
działamy zgodnie z Tradycjami AA.
(Październik 2006)
Dokąd zmierza
Wspólnota,
czyli AA i Internet
„... nieść
posłanie alkoholikowi, który wciąż jeszcze cierpi.”
Bardzo popularne i często powtarzane w
naszym środowisku jest twierdzenie, że posłanie to ja niosę przez swoje
wypowiedzi na mityngach. Czasem dodaje się jeszcze, że swoją postawą życiową,
niepiciem i przykładem.
Też tak mawiałem. Nawet dość długo. Tylko
ostatnio zacząłem mieć jakby pewne wątpliwości. Czy faktycznie narzekanie
podczas mityngowych „problemów i radości” na niegrzeczne dziecko,
niesprawiedliwego szefa, arogancję urzędników, złośliwego sąsiada, problemy z
akumulatorem, jest faktycznie niesieniem posłania?
Jeśli nawet powiem coś na temat Kroków I-V (w
temacie VI-XII zwykle zapada martwa cisza), to czy moje słowa trafią do tego,
który wciąż jeszcze cierpi? Przecież trafią jedynie do kogoś, kto już dotarł na
mityng, już jest w jakimś sensie zaopiekowany. Rzeczywiście,
zmieniłem sposób myślenia, w niektórych przypadkach także zachowania, przede
wszystkim zaś- nie piję. Czy jednak nie przeceniam roli swojego przykładu w
niesieniu posłania? Czy jestem pewien, że cały świat wokół mnie z zapartym
tchem obserwuje i w napięciu śledzi zmiany, które w sobie wprowadzam? Oj, chyba
nie jestem aż tak ważny...
No i wyszło mi, że posłanie AA najskuteczniej
niosą... telenowele (modna jest w nich postać
alkoholika, który w pewnym momencie zaczyna się leczyć) oraz placówki odwykowe.
Faktem jest, że przez ostatni rok zetknąłem się z jednym tylko nowicjuszem,
który trafił do AA w inny sposób, niż w efekcie zalecenia, informacji, a nawet
nakazu poradni odwykowej i terapeuty. Czy tak to ma być?
Przepraszam, wyraziłem się nieściśle. Osobiście
spotkałem jednego takiego nowicjusza, ale zetknąłem się w sumie z czterema: ten
jeden, którego słuchałem na mityngu plus trzy osoby, które napisały do mnie
listy elektroniczne (e-mail), po przeczytaniu moich
stron internetowych.
Tak, mam o tym niejakie pojęcie, potrafię to
zrobić. Wpadłem więc na pomysł wykorzystania
„powierzonego mi talentu” w niesieniu posłania, a także dla dobra
Wspólnoty AA, i zmajstrowałem dwie strony www. Jedna
jest moją, całkowicie prywatną opowieścią o życiu i trzeźwieniu alkoholika
(świadectwo). Druga nosi tytuł Alkoholizm i Alkoholicy (informacja) i adresowana
jest do wszystkich pijących, nie pijących, anonimowych
i nie anonimowych alkoholików w moim mieście. Są tam informacje o tym, czym
jest choroba alkoholowa, jest o Wspólnocie AA (Preambuła, Kroki, Tradycje),
jest aktualny wykaz mityngów w mieście (wszystkie grupy wyraziły zgodę), itd.
Kiedy w tzw. Księdze Gości jednej z tych stron
przeczytałem niedawno: „Hm, kilka dni temu, po przeczytaniu tej strony od
deski do deski, postanowiłem przełamać wstyd i dołączyć do grupy AA. Pierwszy mityng już za mną... pozdrawiam
i dziękuję”, miałem świadomość, że zaniosłem posłanie w sposób o wiele
bardziej sensowny, niż opowiadając na mityngu AA o problemie z trawą żółknącą
na działce.
Ale moja działalność to w rzeczy samej partyzantka
i większego wpływu na całokształt mieć nie będzie.
W biuletynie „Mityng” z listopada 2006
wyczytałem: „Chyba żaden z naszych zespołów nie wprowadził tylu zmian w
życiu Wspólnoty co zespół ds. Internetu. Powstał kilka
lat temu a już dzisiaj trudno wyobrazić sobie jego brak”.
Pięknie, prawda? Ale faktem jest też, że kilka
miesięcy wcześniej jedna z Intergrup w informacji ze
spotkania zamieściła oświadczenie: „Intergrupa XYZ odcina się od treści
zamieszczonych w Internecie”. No, cóż... 11,5 miliarda
stron internetowych (tak, to nie pomyłka, chodzi o miliardy), właściwie cała
wiedza ludzkości, a w tym także oficjalne strony AA... Jasne, można się
odciąć... od Internetu, od telefonii komórkowej, a
nawet od elektryczności też można. Tylko... po co?
Nazwy tej Intergrupy nie
podaję celowo, głównie dlatego, że opisana przeze mnie
sytuacja to już przeszłość. Dziś Intergrupa ta zdaje
sobie sprawę z potrzeby powołania służby łącznika internetowego, a możliwe jest
też, że będzie mieć własną stronę informacyjną.
Czy nam się to podoba czy nie, Internet staje się
coraz bardziej obecny w naszym życiu. I proces ten
będzie się nasilał i rozwijał. Część aowców
(statystycznie są to zwykle ludzie w wieku 40-60) w swoim życiu prywatnym
jeszcze jakoś tam bez Internetu być może sobie poradzi. Ale czy fakt, że czegoś
nie rozumiem, czegoś nie umiem obsługiwać, jest wystarczającym argumentem, żeby
to potępiać i odrzucać?
Internet jest narzędziem. Takim samym jak młotek.
Młotkiem można zbić łóżko, szafę i stół, ale można też rozwalić
głowę sąsiadowi. Narzędzia trzeba po prostu odpowiednio wykorzystywać, ot i
cała filozofia.
Moim zdaniem Wspólnoty AA nie stać, już nie mówię
na odcinanie, ale na niewykorzystanie tego powszechnego medium, jakim jest
Internet. Ba! Nie stać nawet na wykorzystywanie Internetu w sposób tak
ograniczony i tak wolno rozwijany, jak to się dzieje obecnie.
Jeśli nie będziemy w ten nowy świat wchodzić i
korzystać z niego dynamiczniej, pełniej, to może lepiej faktycznie zostawmy
niesienie posłania AA reżyserom telenowel i terapeutom.
W „Grapevine”
z marca 1964, w artykule „Czy coś złego dzieje się ze Wspólnotą
AA?” (przedrukowanym w „Mityngu”)
czytamy: „Muszę też przyznać, że wielokrotnie byłem przykładem członka
AA, zadowolonego z siebie, a jednak skostniałego. Wiedziałem, że Wspólnota AA
powinna być ciągle giętka, gotowa do niewielkich zmian w swoich strukturach,
zdolna zaspokoić indywidualne potrzeby nowo przybyłych alkoholików. Wiedziałem
też, że nasze oklepane frazesy, jak stać się trzeźwym, muszą być każdego dnia
odświeżane, a nie napuszone, gdyż każdy dzień jest
nowy i inny. Ale zamiast robić to, działałem jak przestraszony osioł, który nie
chce iść przez nowy stalowy most, gdyż nie jest on podobny do starego,
koślawego”.
Nie zmuszajmy nowych, innych niż my członków AA, w nowych, innych czasach, do chodzenia naszymi starymi i koślawymi mostami.
Witold- alkoholik i nikotynista
Opole, styczeń 2007
On niósł mnie na
swych ramionach
…jestem alkoholiczką
Chcę
się z Wami podzielić moim doświadczeniem a szczególnie ostatnimi dwoma latami
mojego „trzeźwienia” .Cudzysłów jest tu
bardzo adekwatny, co zrozumiecie gdy opowiem ciąg
dalszy. Gdy przestałam pić, a było to w kwietniu 1995 roku robiłam wszystko co w mojej mocy aby nie sięgnąć po ten pierwszy
kieliszek. Do dzisiaj twierdzę, że tylko i wyłącznie stało się to dzięki woli
Boga jakkolwiek Go pojmujemy, lub coraz bardziej nie pojmujemy. Na marginesie
dodam, że ja, takie krnąbrne i niepokorne dziecko przełożyła
bym przez kolano i po prostu dała porządnego klapsa, lecz wówczas we
Wspólnocie AA odkryłam mojego Boga nie jako karzącego, ale kochającego mnie
miłością bezwarunkową. Dla mnie taka miłość nie istniała, gdyż z domu wyniosłam
przekonanie, że na miłość trzeba zasłużyć. Tak myślałam przez całe lata picia,
w takim tez domu wychowywałam moja córkę. Tak po prostu myślałam. Dopiero w AA
nauczyłam się, że Bóg kocha mnie za to, że jestem. Nie muszę Go widzieć, ale
czuję to każdego dnia dopóki regularnie (przynajmniej raz w tygodniu
) uczęszczam na mityngi; czułam się dobrze.
Co znaczy dla mnie dobrze? Dla mnie to znaczy:
równowaga psychiczna i emocjonalna, uśmiech, tolerancja, i pogoda ducha. Co
znaczy dla mnie spokój wewnętrzny?
Zaufanie do siebie, życie zgodnie z programem AA. Tak było mniej więcej do ósmego roku mojego
trzeźwienia. Mimo utraty pracy (tego jednego nie przepiłam
gdy piłam), mimo trudności w tak zwanym życiu codziennym, mimo
problemów w związku, było mi spokojnie i w miarę „cicho”. Dzisiaj wiem dlaczego – to proste, byłam blisko AA to znaczy
chodziłam na mityngi. Nadszedł trudny czas - nigdzie nie mogłam znaleźć pracy.
Pracę z tak zwanego polecenia czyli sprzątanie,
prasowanie itp. Nie wypalały. Czułam jak się zapadam, zamykam w swojej
skorupie, a na dodatek odchodzę od AA. Jak bym się
wstydziła, że nie mogę znaleźć pracy. Całymi godzinami leżałam w łóżku i
patrzyłam w sufit, a na dodatek po raz kolejny zostałam oszukana w związku.
Kupowałam prasę - rzucałam w kąt ogłoszenia o pracy i płakałam. Pytałam mojego
Boga,
dlaczego? Ale On tylko
patrzył na mnie z tego obrazka „JEZU UFAM TOBIE”. Coraz większą
trudność sprawiało mi wyjście z domu, nie chciało mi się nic, ani żyć , ani iść do AA - po prostu nic. Nie jadłam nie spałam,
myślałam, prosiłam Boga o śmierć, nie nawidziłam
siebie. Prosiłam znajomych o pomoc w znalezieniu pracy - uśmiechali się i
obiecywali, ale na obietnicach się kończyło. W końcu udałam się do Ośrodka
Pomocy Społecznej. Nie po zasiłek finansowy ale po
pomoc w znalezieniu pracy. Otrzymałam zasiłek, ale nękałam urzędniczkę swoimi
wizytami, no i w końcu dostałam pracę z polecenia. Pracowałam ciężko po 9-10
godzin, spałam po 4 godziny, grafik był fikcją, totalny wyzysk, ale pracowałam
i byłam mimo ogromnego zmęczenia szczęśliwa, bo miałam prace! Musiałam się
ubrać, umyć i szłam. Wracałam w nocy a o czwartej rano pobudka. Dzisiaj
zastanawiam się jak to przeżyłam? Jak to się stało, że się nie napiłam? Myślę,
że to znowu On, a raczej mam pewność! Skończył się tak zwany okres próbny, no i
nie przedłużono ze mną umowy o pracę. Nie byłam jednak zawiedziona, nie
chciałam tam pracować. Odpoczęłam przez miesiąc i złożyłam podanie do innego
sklepu, dostałam tam pracę. Oczywiście nadal nie chodziłam na mityngi, chociaż
dokładnie wiedziałam jakie niesie to dla mnie zagrożenia.
Zaangażowałam się całkowicie w pracę zawodową- nic nie istniało tylko firma,
praca, grafik. Nie było mnie. Według mnie radziłam sobie świetnie. Parę osób
pytało czy chodzę na mityngi AA – „nie” odpowiadałam, po co,
przecież nie piję, mam pracę to mi wystarczy. Lecz zauważyłam, że coś się
dzieje, gdy np. rozleje się alkohol na taśmie,
pojawia się jakiś niepokój. W pracy powiedziałam, że proszę abym bezpośrednio
nie pracowała z alkoholem. Moja bezpośrednia przełożona została poinformowana
przeze mnie, że jestem alkoholiczka. Oczywiście i ja o tym pamiętałam, ale
starałam się żyć „NORMALNIE”. Byłam „spięta jak
agrafka” nic mnie nie interesowało poza pracą. Pracą żyłam w pracy, po
pracy i w domu. Kolejny nieudany związek też dał mi popalić
i nic - nie napiłam się. Chodziłam na imprezy do dyskotek i nic nie napiłam
się. Byłam z siebie bardzo dumna. W tym czasie zaczęłam gwałtownie chudnąć,
stres myślałam, ale gdy zdarzyły się omdlenia, poszłam do lekarza –
diagnoza było szokiem, "przewlekłe zapalenie trzustki”
. Poinformowałam lekarza, że jestem trzeźwą alkoholiczką i być może lata
picia uszkodziły trzustkę. Musiałam się zatrzymać, w końcu. Kuracja lekowa,
dieta, i nareszcie zaczęłam zwracać na siebie i na swoje zdrowie uwagę! A w
pracy zostałam wytypowana do awansu, większa odpowiedzialność i stras. I znowu
praca stała się najważniejsza! Myślałam jest OK., zauważyli moją ofiarność w
pracy, lojalność, czułam się wyróżniona. „Oczywiście” mityngi
odłożyłam na plan dalszy. Nie piję, radzę sobie przecież. Z nielicznymi ludźmi,
których spotykałam z AA zamieniałam przysłowiowe dwa słowa i leciałam dalej. No
i nastąpił kryzys. Zero koncentracji w pracy, konflikt w związku, irracjonalne
podenerwowanie. Skojarzyłam szybko, to nawrót emocjonalny- przypomniałam sobie
wszystko czego uczyłam się na terapii i w AA. EUREKA !!! Co robić? Jeszcze odwlekałam powrót, ale czułam,
że coś się dzieje. Pojawiły się sny alkoholowe, bywałam agresywna, coraz
częściej używałam wulgaryzmów. Któregoś dnia szłam bez konkretnego celu do sklepu.
Rozglądałam się wokół, zastanawiałam się po co ja tam
idę? Zakupy zrobiłam dzień wcześniej, nic konkretnego nie potrzebowałam. Szłam
sobie galerią handlowa i oglądałam wystawy, sprzęt AGD
RTV, ciastka, ale na dłużej zatrzymałam się przy
wystawie win… Patrzyłam jak zahipnotyzowana. Nagle stanął przede mną
przyjaciel z AA. Zapytał co
słychać? Widocznie było coś w moim wzroku bo
przypomniał mi, że dziś jest mityng. Powiedziałam, że może wpadnę. Wracając do
domu z zupełnie nie potrzebnymi zakupami powiedziałam sama sobie „wracaj,
za daleko odeszłaś, za długo cię nie było”. Poszłam na mityng, znowu
zobaczyłam te same, przyjazne twarze. Otworzyłam jakieś zapadki w umyśle i
opowiedziałam trochę o sobie. „Usłyszałam siebie” pełną nieufności,
zalęknioną, ale usłyszałam. Nie krytykowałam siebie, starałam się nie użalać
nad sobą. Po raz kolejny usłyszałam fragment Wielkiej Księgi rozdział V i
zrozumiałam, że nie byłam uczciwa. Po raz kolejny dotarło do mnie, że znowu
zostałam ocalona przez Boga. Szybko Minął mi ten czas, za szybko, ale wiem
gdzie jest moje miejsce. Ważna jest tak zwana proza życia, czyli praca dająca
środki na utrzymanie, ważne jest aby był przy mnie
ktoś mi bliski, ale najważniejsza jest moja trzeźwość. Została mi ona dana
przez mojego Boga, ale nie na zawsze, ja mam o nią dbać i pielęgnować
codziennie. Mam przecież narzędzie prosty Program AA - wystarczy go stosować. A
ja osiadłam na laurach i nic nie robiłam, tylko nie sięgałam po alkohol. To za
mało, jak powiedział Adam Asnyk „ Trzeba z życiem na przód iść. Po życie
sięgać nowe…” No właśnie, z życiem, czyli z AA i Programem! Po raz
kolejny Łaska Boga uchroniła mnie od pewnej śmierci, bo jestem przekonana, że
sięgając po pierwszy kieliszek niezależnie od przyczyny już bym nie żyła. I znowu
czułam się tak jak w „Orędziu Serca” On niósł mnie na swoich
ramionach.
Postanowiłam dbać o to i iść właściwą droga z
Wami, bo wiem, że mogę nie dostać kolejnej szansy, Po prostu On może stracić
cierpliwość.
A więc jestem i chcę być
- Iwona
Alkoholiczka
Warszawa 28.12.2006