MITYNG 05/119/2007
DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO
Po co te warsztaty?
Ponownie
wziąłem udział w warsztatach w PIK Regionu Warszawa na Brazylijskiej 10, tym
razem tematem była służba Rzecznika Grupy.
Warsztaty rozkręcały się powoli, opornie. W wymianie doświadczeń,
spostrzeżeń i wątpliwości pomocne były - przygotowane przez Prowadzącego -
pytania dotyczące zadań, roli w grupie i pożądanych cech Rzecznika. Ja byłem
kiedyś rzecznikiem mojej macierzystej grupy, dlatego wydawało mi się na
początku tych warsztatów, że wszystko wiem. A tymczasem z minuty na minutę
zaczynałem rozumieć, że ja tę służbę pełniłem - delikatnie mówiąc - niezbyt
dojrzale. No cóż, teraz może być tylko lepiej...
W czasie wypowiedzi dowiedziałem się m.in. że
Rzecznik jest animatorem służb, ich koordynatorem; to "korzeń" grupy,
gwarant jej ciągłości, coś stałego; strażnik Tradycji; zajmuje się
nowoprzybyłymi; reprezentuje grupę w kontaktach na zewnątrz Wspólnoty, m.in. z
gospodarzem lokalu; uczestniczy w życiu Wspólnoty; a przy tym wszystkim
pozostaje w cieniu, bez osobistych ambicji.
To tylko cząstka wypowiedzi. Zresztą część tych informacji znajduję
przecież w broszurce "Grupa AA gdzie wszystko się zaczyna".
Słowo mówione trafia do mnie jednak z większą siłą.
Warsztaty te, jak i inne, to przecież nie mityng. Ale i tutaj obowiązują
te same zasady nie przerywania wypowiedzi innych, nie używa się słów
wulgarnych, nie krytykuje i nie ocenia wypowiedzi innych, itp. Nawet przy
różnicy zdań i poglądów pozwala to zachować spokój i pamiętać o istocie
spotkania. Spotkaliśmy się bowiem żeby podzielić się
doświadczeniem, wymienić pewne spostrzeżenia, przedstawić swoje i poznać
sugestie innych trzeźwiejących alkoholików. A to dla zachowania Jedności
Wspólnoty, w imię dobrego pojmowania Służby. Dla Zdrowienia.
Pozdrawiam, Sławek AA
Złość, zły doradca
Po około półtora roku
członkostwa w naszej wspólnocie uczestniczyłem, po pracy, w swoim zwykłym
spotkaniu AA. Nie spodziewałem się, jak to często
bywa, że właśnie miałem się dowiedzieć czegoś bardzo ważnego, czegoś, co zmieni
sposób w jaki traktowałem życie. Był początek grudnia.
Miałem parszywe popołudnie i na domiar złego wdałem
się w kłótnię telefoniczną z kolegą na temat miejsca, w którym urządzimy
gwiazdkowe przyjęcie dla naszego wydziału. Mój kolega i przyjaciel, jeszcze w
sierpniu zaoferował zorganizowanie świątecznego spotkania na jego oddziale.
Będąc społecznym przewodniczącym wydziału, zaakceptowałem jego uprzejmą
propozycję. A teraz święta już za kilka dni. Poruszyłem sprawę jego sierpniowej
oferty, a on zaczął się wycofywać i wykręcać kota ogonem. Wyglądało na to, że
mam trudności ze znalezieniem miejsca na gwiazdkowe spotkanie, i że to go
cieszy. Tak naprawdę, to nie chciałem u niego szukać miejsca na zabawę, ale
wolnego miejsca na świąteczne przyjęcia naprawdę brakowało. Dyskusja stała się
gorąca, zaczęliśmy krzyczeć. Trzasnąłem słuchawką i miotałem się po biurze. Jak
on mógł tak mnie potraktować? Nic takiego mu nie zrobiłem. Dlaczego musiał być
tak agresywny? Przecież nic mu nie zrobiłem. Kipiałem wściekłością. Wyszedłem z
pracy i poszedłem na mityng o szóstej. Dotarłem tam na piętnaście minut przed
czasem, nadal bardzo wzburzony, czując się zdołowany przez mojego, tak zwanego
kolegę. Sponsor zauważył mój stan i zapytał co się
stało. Powiedziałem mu, że zostałem w niewybaczalny sposób wystawiony do wiatru
i po prostu zwyczajnie źle potraktowany. Oświadczyłem, że powinienem nauczyć
się być bardziej stanowczy, żeby przeciwstawić się komuś i bardziej uczciwy w
wypowiadaniu tego. Sponsor słuchał, czekał, patrzył w podłogę, a potem znów
spoglądając na mnie powiedział bardzo łagodnie: "Wiesz, co powinieneś
zrobić, prawda?". Powtórzyłem, że muszę być bardziej stanowczy, żeby
uchronić się przed tego rodzaju rzeczami - nie pozwolić, żeby to znowu mi się
zdarzyło. Sponsor po raz drugi odczekał, znów patrzył w podłogę i powiedział,
że tak naprawdę to ja muszę go przeprosić. "Przeprosić go?!" - wybuchnąłem. "On powinien przeprosić mnie. Ja go źle
nie potraktowałem. To on źle postąpił. Wiedział, że mam problem i wykorzystał
sytuację, zburzył mój spokój. Ja nie .... On jest mi
winien przeprosiny. Ja jestem stroną poszkodowaną". Mój rozmówca dodał
mi wtedy z cieniem sarkazmu w głosie: "A ty masz zamiar złościć się na
niego całą noc, prawda?". Mityng zaczął się i skończył. Ciągle kipiałem
złością. Ani mityng, ani modlitwa nie uwolniły mnie od poczucia krzywdy. W tym
stanie umysłu poszedłem do domu i nadal kipiałem złością, ale teraz inna myśl
zaczęła tłuc mi się po głowie. Sponsor zasugerował mi, że powinienem przeprosić
kolegę. Zrobię to, co on sugerował, choć ten pomysł był czymś zupełnie
odwrotnym od tego, co ja uważałem, że powinienem zrobić. Biłem się z myślami.
Mój kolega potraktował mnie źle. Dlaczego ja mam jego przeprosić? Podjęcie decyzji,
żeby zrobić to, co powiedział mi sponsor - przeprosić drugą stronę, zajęło mi
czas aż do dziewiątej. Zadzwoniłem do kolegi i zacząłem od powiedzenia, że chcę
go przeprosić za moje wcześniejsze zachowanie tego dnia. Powiedziałem mu, że
zdałem sobie sprawę z tego, że z powodu mojego niewłaściwego zachowania nie
mógł usłyszeć tego, co chciałem mu powiedzieć. Gdy tylko zdołałem wykrztusić
usprawiedliwienie, kolega zaczął pouczać mnie jak powinienem zachowywać się w
kontaktach z ludźmi. Moja złość zaczęła natychmiast wzbierać we mnie ponownie.
Ale tym razem powściągnąłem swoją złość i słuchałem. Gdy skończył mówić,
powtórzyłem swoje przeprosiny i złość natychmiast mnie opuściła. Czułem
wewnętrzny spokój. Kontynuowaliśmy rozmowę. Później, gdy poszedłem do łóżka,
zdałem sobie sprawę, że uwolniłem się od dużego ładunku nieprzyjemnych uczuć.
Na mityngu, w następnym tygodniu sponsor zapytał mnie jak postąpiłem.
Odpowiedziałem, że zrobiłem to co on sugerował -
przeprosiłem swojego kolegę. Był zadowolony, że to zrobiłem i zapytał mnie,
czego nauczyłem się z tego doświadczenia. Powiedziałem mu, że dowiedziałem się,
że ważne jest, żeby w trudnej sytuacji nie wdawać się w roztrząsanie, kto ma
rację, albo nie. Tak byłem zaaferowany swoją racją, że straciłem pogodę
ducha. Zrozumiałem, że kiedy jestem zmartwiony albo zły, to zwykle wiąże się
z potrzebą, żeby mieć rację, i że wtedy nie mobilizuję się należycie na
utrzymaniu spokoju i pogody ducha. Ten, kto potrafi przeprosić,
zadośćuczynić, skupia swą uwagę raczej na tym, jak się czuje, niż wypełnia
potrzebę, żeby mieć rację. Dokonanie zadośćuczynienia czy wybaczanie ma
zresztą niewiele albo nic wspólnego z tym kto ma rację
a kto nie. To wiąże się z faktem, że ważniejszy jest spokój i pogoda ducha
niż osobiste roszczenia. Dowiedziałem się też, że odpowiedź na moje
potrzeby, szczególnie w chwilach napięcia emocjonalnego, jest zwykle całkowicie
inna niż ta, która wydawała mi się potrzebna. Zdarzenie miało miejsce
dziesięć lat temu. Mój kolega i ja nadal jesteśmy przyjaciółmi.
opracowanie
redakcji MITYNG na podstawie GRAPEVINE
Krok III- Krok działania (ten list dotarł po
wydaniu mityngu kwietniowego)
Niedawno,
jak to w marcu, uczestniczyłem w dyskusji na temat III Kroku i przy okazji...
Koleżanka pochwaliła się, że ona to się codziennie modli, odmawia pacierz
i zawsze pamięta, żeby na koniec dodać „niech się dzieje wola Twoja, a
nie moja”. I że w ten sposób powierza swoje życie i swoją wolę opiece
Boga- codziennie, każdego dnia.
Popatrzyłem na nią z podziwem, bo ja ostatnio jakoś
„zapominam” w modlitwie o tych słowach, co to są podobno
powierzeniem i praktyczną realizacją III Kroku AA.
Upewniłem się jeszcze tylko, że oboje jesteśmy katolikami, mamy więc wspólnego Boga, a pewne terminy, określenia i
zwroty rozumiemy w ten sam sposób.
Po chwili rozmowa potoczyła się na inne (pozornie) tematy. Ona jeszcze
pali, ja już na szczęście nie, ale uzgodniliśmy, że ja kiedyś w podobny sposób,
jak ona nadal, okłamywałem rodzinę, co do ilości pieniędzy przeznaczanych na
papierosy.
Od pieniędzy przeszliśmy na podatki- zbliża się okres składania rozliczeń,
więc podzieliliśmy się doświadczeniami odnośnie „załatwionych”
faktur czy darowizn, które udało nam się wcisnąć tym „złodziejom” z
Urzędu Skarbowego.
Potem, w naturalny sposób, rozmowa zboczyła na ciężkie życie w Polsce w
obecnej rzeczywistości, a dokładniej na problemy finansowe. Moja koleżanka
czasem do swojego zakładu fryzjerskiego musi kupować pewne materiały bez
faktury, ja czasem jeżdżę na gapę autobusami miejskimi...
Żeby rozmowy nie kończyć w minorowym nastroju, wspomnieliśmy też o pewnych
urokach życia. Ja przyznałem się do „kosmatych” myśli związanych ze
znajomą z terapii, moja koleżanka przyznała, że ostatnio nawet tego typu myśli
zrealizowała... A co! W końcu coś nam się od życia należy! Przecież nie pijemy!
Długo potem myślałem o naszej rozmowie, a zwłaszcza o moim sposobie na
życie, o moich relacjach z Siłą Wyższą, o słowach „niech się dzieje wola
Twoja, a nie moja” i wreszcie o tym marcowym powierzeniu Bogu swego życia
i woli.
Też kiedyś dodawałem te słowa do modlitwy, ale czy ja naprawdę chciałem
powierzyć Bogu swoją wolę? Czy rzeczywiście chciałem żyć tak, jak On mi
sugeruje czy zaleca?
Czy ja w ogóle zrobiłem cokolwiek, żeby poznać tą Jego wolę wobec siebie?
A może klepałem tylko „niech się dzieje...”, żeby
mieć święty spokój, żeby uspokoić sumienie i wmówić sobie, że ja zrealizowałem
Krok III, a nawet realizuję go codziennie?
Oczywiście natychmiast pojawiło mi się pytanie: skąd ja mam wiedzieć, jaka
jest wola Siły Wyższej odnośnie mnie i mojego życia?
Kiedy jednak wyłączyłem komplikator w swojej
głowie, zrozumiałem, że przecież Bóg wyraźnie i jednoznacznie dał mi wskazówki,
jak mam żyć. Te wskazówki to, w moim przypadku, 10
Przykazań. To jest Jego wola wobec mnie, a jeśli ja faktycznie i rzeczywiście
powierzam w III Kroku swoją wolę Sile Wyższej, to po prostu oznacza, że
decyduję się żyć zgodnie z Przykazaniami. I nie ma tu co
kombinować.
Wtedy przypomniałem sobie rozmowę z koleżanką: nie zabijaj (palenie), nie
kradnij (jazda na gapę, „lewe” darowizny i faktury), nie mów
fałszywego świadectwa (nazwanie „złodziejami” pracowników
Urzędu Skarbowego), nie cudzołóż (moje myśli, jej czyny)... itd.
itp. Naruszyłem co najmniej połowę Przykazań, więc gdzie tu jest moja zgoda, a
nawet pragnienie życia zgodnie z Jego wolą?
Gdybym żyjąc tak, jak żyję recytował słowa „niech się dzieje wola
Twoja, a nie moja” byłoby to koszmarną obłudą, bo przecież ja cały czas
żyję zgodnie ze swoją wolą i swoimi zachciankami, lekceważąc sobie Jego wolę.
Kilkadziesiąt razy w życiu słyszałem, że Krok III jest Krokiem działania i
nie rozumiałem tego. Przecież postanowienie czy powierzenie nie jest
działaniem- tak myślałem.
Ależ jest! Tyle, że nie chodzi w nim o jakieś spektakularne wystąpienia na
mityngu AA czy w kościele. Nie chodzi o klepanie przy wieczornym paciorku
fałszywej deklaracji „niech się dzieje wola Twoja, a nie moja”,
podczas gdy prawdziwy przekaz brzmi: „ nie przeszkadzaj mi żyć zgodnie z
moimi zachciankami i uchroń mnie od konsekwencji jeśli
zabrnę zbyt daleko”.
Tak, Krok III jest krokiem działania, ale polega na życiu zgodnie z wolą
Siły Wyższej, a nie na pustych deklaracjach.
Ja, jako chrześcijanin, mam swoje 10 Przykazań. Ale co wtedy, gdy ktoś za
Siłę Wyższą uważa grupę AA? No, to ma przecież 12 Kroków – „...i stosować te zasady we wszystkich naszych
poczynaniach”. A jeżeli czyjąś Siłą Wyższą jest na przykład Matka Natura?
A czy w zgodzie z naturą jest wciąganie w delikatne płuca cuchnącego czadu?
Jakakolwiek byłaby Siła Wyższa, zawsze będą jakieś zasady, „reguły
gry”. Problem tylko w tym, że trzeba je realizować w życiu, a nie tylko o
nich gadać. Trzeba po prostu działać, działać tak, jak prosto i jasno Anonimowi
Alkoholicy wyłożyli to w III Kroku.
Witold ps.- Meszuge (Opole,
marzec 2007)
Nie umiem
…napisać
o niesieniu posłania . Kiedy jestem poza wspólnotą i
ktoś mnie pyta o AA udzielam wymijających odpowiedzi. Wstydzę
się na zewnątrz swojej przynależności do AA. Kiedy jestem na mityngu lub w grupie przyjaciół ze
wspólnoty czuje się dobrze lecz nie umiem tego przenieść na zewnątrz. Kiedyś
poszedłem do apteki z chęcią pozostawienia kilku ulotek na temat AA, ale nie
wszedłem. Strach zawrócił mnie z drogi. Trudno przekazać innym to co dzieje się w AA. Muszę
jeszcze sporo popracować nad swoim egocentryzmem
Piotr
Od
redaktora: To jest nas dwóch.
Zapiski z Woźniakowa
Parę dni temu, 24
-25 marca miałem okazję uczestniczyć w spotkaniu kolporterów literatury AA w
Woźniakowie. Przyjechali kolporterzy z całej Polski. Widziałem przedstawicieli
ze Szczecina i Przemyśla, Opola i Gdańska, Białegostoku i Wrocławia. Warunki
lokalowe na takie spotkanie cudowne, choć trzeba przyznać, że trochę marzłem.
Oczywiście brałem udział w spotkaniach kolporterów, ale mnie, jako członka
zespołu informacji publicznej szczególnie interesował temat współpracy
wspólnoty AA z innymi i na ten temat czyniłem notatki. Mam nadzieję, że
kolporterzy przekażą swoje osobne sprawozdanie.
Wysłuchaliśmy informacji, że choć pewna grupa przekazała do władz zakładu
karnego płyty CD z nagraniami z Wielkiej Księgi, to do tej pory nikt nie słyszał aby były wykorzystywane. Możliwe, że najlepszą
reakcją będzie to, co powiedział Jurek:
„Jasne, że musimy dobrze żyć ze wszystkimi, ale szczególnie z
tymi, co rządzą.
Chcesz mieć przyjaciół, naucz się być przyjacielem. Pokaż specjalistom
jak Program AA działa na ciebie.”
A potem dodał:” Literaturę najlepiej wręczyć psychologowi, on zna
potrzeby skazanych. Nie jest dobrze dzielić się literaturą, która nam zbywa,
raczej aktualną”. Każdy opuszczający Zakład otrzymuje na drogę
literaturę AA. Psycholodzy więzienni kierują do nas
swoich pacjentów.
W innym zakładzie karnym znów psycholog domaga się od aowców
więcej literatury, płyt CD, a także kaset video.
Regionalny Ośrodek Polityki Społecznej
przy Urzędzie Marszałkowskim w Lublinie organizuje coroczne konferencje dla
gminnych komisji d/s rozwiązywania problemów alkoholowych. W aktywny sposób
uczestniczą w nich przedstawiciele wspólnoty AA przedstawiając swój punkt
widzenia oraz przekazując teczki z pakietami informacyjnymi.
Aowcy uczestniczą w spotkaniach dla przyszłych
kapłanów. Przekazują ulotki do bibliotek.
Przykre zdarzenie trafiło się przyjaciołom, gdy wyłożone w Akademii
Medycznej ulotki zostały „wysprzątane” przez mało świadomy a może
nawet nieprzychylny personel.
Maciej z Bydgoszczy mówił o tym, że nie ma żadnych materiałów do niesienia
posłania dla 14-17 latków. Wśród wychowanków zakładów
opiekuńczych albo poprawczych jest wielu, którzy mają już wyraźne problemy z
alkoholem. Tam istotnym problemem jest przemyt używek, podatność na alkohol.
Przeżywają „żal za utraconym”.
Piotr z Intergrupy Kaszubskiej opowiadał o tym,
że ulotki AA /Za młody i Posłanie dla nastolatków/ są tematem lekcji w szkole.
Zorganizowali mityng informacyjny aby mogła powstać
nowa grupa AA.
Kilku z przyjaciół skierowało swoja aktywność na niesienie posłania do
różnych ośrodków dla bezdomnych. Jedni np. do
Wojkowic.
Relacjonuje Olek:” ..Posypały się łzy,
spotkaliśmy przyjaciół; pytali, gdzie trzeba pójść” To lekcja pokory
dla grupy. „Przy czytaniu trzeba pomóc” Na koniec wypowiedzi
zachował rarytas: „Kilku z bezdomnych już nie są bezdomni”
Marian ze Śremu opowiadał o innym spojrzeniu klawiszy, jakie czuje za
swoją wytrwałość w niesieniu posłania do ZK. Rozkleja
plakaty informacyjne.
Barbara ze ZDROJU opowiadała jak 3 lata była jedyną uczestniczką mityngu w
ZK z zewnątrz. Dopiero zorganizowanie służby
łączników przez przyjaciół z Krakowa zadziałało tym, że więźniowie zaczęli
szukać drogi do wolności. Robi teraz spotkania dla rodzin osadzonych wręczając
ulotki.
Przyjaciel z Białegostoku przypomniał, że tłumacząc artykuł o złości
rozpoczął wędrówkę w kierunku Boga.
Przyjaciele z Podlasia opowiadali o dobrej współpracy z ośrodkami
odwykowymi, mówili nawet o „książkowej współpracy”. Organizują
mityngi informacyjne, które spotykają się z rosnąca uwagą. Po raz czwarty
organizują warsztaty w ZK przez co rośnie świadomość. Wysyłają literaturę również za
granicę.
Do uczestników spotkania kolporterów w Woźniakowie zaadresował swą prośbę
o literaturę AA jeden z osadzonych z zakładu w Goleniowie. Zrobiono
spontaniczna zbiórkę do kapelusza, za którą zakupiono literaturę i przekazano
odpowiednim służbom z prośbą o przekazanie zainteresowanemu.
Relację
sporządził
(wysłany w imieniu redakcji MITYNGU przez RR Warszawa.
Do czytelników.
W poprzednim wydaniu MITYG-u zamieściliśmy relację z warsztatu w PIK-u Regionu Warszawa na temat: „KOLPORTER”. Tematy pomocnicze opracowaliśmy w zespole na podstawie relacji z poprzednich warsztatów. Zamieściliśmy wypowiedzi aowców z naszego Regionu na dwa tygodnie przed zlotem ogólnopolskim. Te same tematy trafiły na warsztat w Woźniakowie. Naszym zamysłem było skonfrontowanie i uzupełnienie w ten sposób zebranych doświadczeń z tymi, które dadzą kolporterzy z pozostałej części Polski. Intergrupa SAWA wydelegowała w tym celu Ryszarda. Jednak po powrocie odmówił podzielenia się swoimi doświadczeniami z Wami, na łamach naszego biuletynu. Nie otrzymaliśmy również obiecanej relacji od organizatorów warsztatu z Woźniakowa. To ich wybór. Mają takie prawo. Być może te materiały pomogłyby w tworzeniu „Poradnika służb Regionu” w zakresie służby Kolportera? Nie wiem tego na pewno. Wydaje mi się, że warto było spróbować.
Dlatego też , przepraszam w imieniu redakcji biuletynu, wszystkich znudzonych relacjami jedynie Marka - Nie miałem wyboru!
lechu02
Jak
to jest z Piątą Tradycją?
Byłem niedawno na mityngu, na który przyszedł nowy. Nie byłoby o czym mówić, gdyby nie to, że przyszedł z żoną, a mityng miał być zamknięty. Zostali oboje. Jak to się stało niech pozostanie sprawą grupy. Zdarzyło mi się parę razy protestować przeciw otwieraniu mityngów. Tym razem coś mnie powstrzymało; chciałbym móc twierdzić, że intuicja, ale było to raczej wiosenne rozleniwienie. Wróciwszy do domu poczułem jednak pewien niepokój. Zastanowiło mnie, z jakich powodów mógłbym żądać zamknięcia mityngu. Dobro Wspólnoty? Może i tak. Spokój sumienia? Chyba jednak prędzej to, że bycie Bojownikiem o Czystość i Zgodność z Tradycjami znakomicie poprawia nastrój, szczególnie gdy ma się pogodową chandrę. A naprawdę to perfekcjonizm, którym zagłuszam strach, że znowu jakieś pijane towarzystwo zakłóci spokój mojego ciepłego gniazdka. Może nawet będę musiał myśleć co mówię! Mimo powyższego obrachunku nie opuszczało mnie jednak wrażenie, że coś jest nie tak. I to nie w związku z samym mityngiem. Tam stało się tylko jedno: grupa zignorowała literę pewnej reguły by pozostać w zgodzie z duchem Piątej Tradycji. Potrafiła zrezygnować z partykularnych interesów i czynem wyrazić to, co często można usłyszeć - że nowy jest na mityngu najważniejszy. Żonę poinformowano o wyjątkowości sytuacji i skierowano do Al.-Anon. Nie mogę się powstrzymać od refleksji, że kto wie jak wyglądał by los wielu alkoholików, gdyby Lois Wilson "terapeutycznie" zostawiła swego męża, Billa, aby się dopił, a Anne Smith zaprzestała wspierania dra Boba w jego drodze do trzeźwości i nie namówiła na spotkanie z Billem. W zaistniałej sytuacji grupa zrobiła to, co powinna. Było wszystko dobrze, dlaczego więc wyczułem podobne do moich obawy w rozmowie z innym uczestnikiem tego mityngu, alkoholikiem o dużym doświadczeniu? Odpowiedź na moje wątpliwości kryje się, jak sądzę, w naruszeniu czegoś znacznie ważniejszego niż zamknięcie mityngu, a mianowicie wspomnianej już Piątej Tradycji. Tyle, że nastąpiło ono znacznie wcześniej. Popatrzmy: grupa była przygotowana do mityngu - ktoś otworzył salę, zrobił zakupy, zaparzył kawę, poprowadził mityng, posprzątał po zakończeniu. Grupa była świetnie przygotowana do dzielenia się w swym własnym kręgu. Pojawienie się nowego z żoną tak naprawdę zaskoczyło grupę i zmusiło do improwizacji. Udała się ona, może dlatego, że wielu członków ma duży staż i doświadczenie w służbach. To prawda, że na ogół znajdzie się ktoś, kto nowego przywita i się nim zajmie. Ale tylko na ogół. Wielu z nas na pewno widziało długotrwałe przepychanki i krygowania się gdy na mityngu zabrakło prowadzącego. Do nowego nie będzie przepychanek. Zostanie sam z deklaracją, że "był najważniejszy". Możemy tego uniknąć, gdy podejmiemy się odpowiedzialności za przywitanie nowych i ich wprowadzenie do A.A.. Nie wymyślam tu nic nowego. Pomysł "komitetów powitalnych" był dość głośny jakiś czas temu ale w wielu miejscach zdaje się, że umarł po cichu. Sprawdza się znakomicie w innych krajach. Jest to służba, trudna może, ale bardzo wdzięczna, o czym wie każdy, komu zupełnie nieznany człowiek podziękował po latach za pierwsze podanie ręki w A.A.. W sytuacji, która stała się pretekstem tych rozważań, osoba z "komitetu" mogła usiąść z żoną poza salą mityngową i przekazać informacje nie naruszając zasad mityngu. Ostatecznie zasady te ustalamy sami nie po to, by je później łamać. Najważniejsze jest jednak to, że służba ta wypełnia pewną lukę: wielu z nas wkłada wysiłek, by nieść posłanie w więzieniach, szpitalach, na terapiach i detoksach. Dlaczego więc nie zadbać szczególnie o tych, którzy sami do nas przychodzą? Jedną z najpiękniejszych cech Wspólnoty jest zdolność do uczenia się na własnych błędach. Tak rodziły się Tradycje, tak kształtowały się służby. Nie sądzę, by błędy same w sobie były groźne dla A.A., wręcz przeciwnie - są dla mnie świadectwem, że Wspólnota żyje i rozwija się. Groźne jest co innego - że błędy stają się regułą i normą postępowania. Dzieje się tak, gdy braknie nam odwagi, by o nich mówić. Może drobnym, ale powszechnym przykładem takiego utrwalonego błędu jest przyjmowanie na mityngach otwartych. Jeszcze chyba niebezpieczniejsza jest sytuacja, gdy słuszne skądinąd zasady stają się gorsetem nakazów i zakazów. Pewnie prościej tak funkcjonować? Niewątpliwie. Wegetacja jest prostszą formą życia. Być może nowy i jego żona nie pojawią się więcej. Ale przyjdą inni. Tylko wtedy, gdy będziemy przygotowani na ich przyjęcie, będziemy mogli czytać tekst Piątej Tradycji bez niepokoju.
Korespondent
Z NOTATNIKA ALKOHOLIKA
Rak polega
na tym, że część komórek organizmu się buntuje:" nie będziemy służyć
całości, będziemy pilnowały tylko swojego dobra" I na krótką metę te
komórki dobrze na tym wychodzą, wspaniale się rozwijają. Nie zauważają tylko,
że uległy biologicznemu uprymitywnieniu, że niszczą komórki wokół, że przyczyniają się do słabnięcia całego
organizmu i w gruncie rzeczy do unicestwienia także siebie...
.....Katastrofa zaczyna się ,wtedy, gdy te
cząstki organizmu społecznego, które dotychczas zachowywały się przyzwoicie,
widzą, że przyzwoitość nie popłaca: " to my też będziemy pilnowały dobra
własnego"
Napisał : o. J. Salij
„Dopiero AA ujawniło nam na czym polegał
błąd w tej postawie krnąbrnej przekory…”
Wielka
Księga str. 25
Więcej optymizmu
Minęło już ładne parę lat jak uczęszczam na mityngi. Bywają różne lecz najbardziej nie lubię smutnych, bez cienia nadziei, pełnych narzekań, pesymizmu. Czy alkoholik to czasem nie takie cacuszko, co to aby żyć to musi mieć problemy, a jak nie ma, to sobie wymyśli, a jak wymyśli to musi je rozwiązywać, a jak nie może, to się użala nad sobą. Tak serio traktuje siebie w tym co robi, że gęba mu tężeje, kark sztywnieje, a pięści same się zaciskają. Nudzi niemiłosiernie, absorbuje ponad miarę. Chodząca bania problemów. A taki mądry, że aż przemądrzały. A może by tak pozmywał szklanki po mityngu, to by mu trochę powietrza zeszło? No, ale ma ważniejsze sprawy do załatwienia - bo swoje.
AA
Koncepcje Służb
WSTĘP
Koncepcje uwalniają z
więzów egoizmu
Wydaje mi się, że
nie sposób zrozumieć Koncepcji Służb bez przypomnienia sobie swojej własnej
drogi trzeźwienia. Choć oczywiście tekst ten powstał w oparciu o moje osobiste
doświadczenia to będę się odnosił do faktów raczej znanych nam wszystkim, aby
każdy mógł odczytać w nich duchowy sens służb.
Poznawanie Koncepcji zawsze wiąże się osiąganiem nowego stanu świadomości.
Mówimy często, że Program AA jest duchowy, że ważny jest stały postęp.
Zobaczmy jak to wygląda.
Już pierwszy mityng dał wielu z nas uczucie nadziei i świadomość, że nie
jesteśmy sami. Zobaczyliśmy, że
są inni, którzy z problemem katastrofalnego picia alkoholu poradzili sobie
przed nami. Wiedzieli po co przyszliśmy. Po pomoc.
Jednak kilku z nas, czując przypływ nowej siły i energii próbowało trzeźwieć na
własną rękę, uznało, że dalszej pomocy już nie potrzebuje. Niestety, rozpacz
albo złość, a może niestałość, jaka towarzyszy początkom trzeźwości sprawiły,
że próby nie powiodły się. Jeszcze raz okazało się, że mieliśmy wypaczone
pojęcie o własnej odpowiedzialności. Robiliśmy albo wszystko, albo nic, a już
na pewno nie tak jak inni. Musieliśmy zmienić podejście do problemów.
Na początku trudno było skupić się na czymkolwiek innym niż alkohol; co
chwila podejmowaliśmy decyzję, sięgnąć za kieliszek czy nie; ciągle alkohol był
w polu zainteresowania. Coś jakby przysłowiową belką w oku. Ale stopniowo, w
miarę jak uczęszczaliśmy na więcej mityngów, przekonaliśmy się, że uważne słuchanie
pomaga nam przedrzeć się przez barierę egocentryzmu. Pozwala skupić
zainteresowanie na tym, co mówią inni członkowie, a mówią ciekawie i mądrze.
Nie bez przyczyny możemy znaleźć w naszej literaturze takie słowa: - przekora
jest rzucającą się w oczy cechą większości alkoholików. Już odrobina pokory
sprawiła, że usłyszeliśmy o Dwunastu Krokach, które prowadzą do osobistego
zdrowienia. I wtedy spróbowaliśmy spojrzeć na swoje życie przez pryzmat Kroków.
Odkryliśmy, że już wcześniej zaczęliśmy pracować z nimi, nawet o tym nie
wiedząc. Oczywiście, w tych wysiłkach nie
można pominąć przyjaznej roli sponsora, który często na własnym przykładzie
pokazuje znaczenie stosowania Kroków. Towarzyszy nam w trudnych, ale i
radosnych chwilach naszego trzeźwienia. Przydaje się taki przyjaciel.
Widocznym objawem osobistego rozwoju jest troska o grupę. Byliśmy już w
stanie rozszerzyć naszą uwagę i spojrzeć na środowisko, którym przyszło nam
trzeźwieć. Chcieliśmy upewnić się, że grupa będzie się rozwijać w zdrowy
sposób, bo od tego zależy również nasze zdrowienie. Wtedy usłyszeliśmy o
Dwunastu Tradycjach i o tym, ile one znaczą dla jedności grupy. I znów kolejna
niespodzianka. Uświadomiliśmy sobie, że grupa zazwyczaj już wcześniej
praktykowała Tradycje. Podobnie jak poprzednio Kroki, teraz Tradycje
zaczęły wydawać się nam znajome …. i przyjazne.
Z dnia na dzień ich mądrość stawała się bezdyskusyjna.
Teraz dochodzimy do kluczowego momentu w tej opowieści. Coraz częściej
stajemy się świadkami przebudzenia duchowego przyjaciół, może nawet sami to
przeżywamy. Stopniowo zaczynamy inaczej odbierać rzeczywistość, stajemy się
gotowi ponownie rozpocząć wędrówkę w poszukiwaniu duchowych ścieżek. Gotowi
jesteśmy osiągnąć kolejny poziom duchowości. Mówiliśmy o wdzięczności za
trzeźwość a teraz mamy okazję wcielić słowa w czyn. Wielkiego bogactwa
przykładów, doświadczeń, których szukamy, oferuje służba wspólnocie AA. Nie wolno tego
momentu przegapić. Ale pojawia się kolejny problem. Podjąć się służb to jedno,
ale jak ją wykonywać? Czy realizować własne wyobrażenia czy może skorzystać z
doświadczeń poprzedników? Gdzie odnaleźć wskazówki?
Ci z nas, którzy od jakiegoś czasu byli zaangażowani w służby czuli się
zobowiązani do czytania nieautoryzowanego przekładu poradnika służb. W nim
spotkali się z Dwunastoma Koncepcjami.
Lektura już pierwszych stron mogła przerazić. Wielu z przyjaciół protestowało:
„To zbyt trudne – niech inni to robią”. „To nas nie
dotyczy, my inaczej pracujemy”
Jasne, że inaczej. Jeśli grupa albo inna jednostka struktur AA zerwie
kontakty ze źródłami, najczęściej zaczyna podejmować się zadań nie związanych z AA. Tworzy się
wyraźna pożywka dla powstawania lokalnych autorytetów. Nowicjuszom proponowane
są zadania pozaaowskie, a co więcej, to zaraża się
ich lekceważeniem zasad czytanych na każdym mityngu, ale za to nie respektowanych. Zapomniano, że Koncepcje wymagają
zupełnie innego podejścia do tematu niż tylko osobiste wyobrażenia. Konieczna
jest tu inna optyka. Po pierwsze sam musiałem sobie uświadomić, że to nie ja
jestem bogiem. Mam dopiero poznawać i wykonać Jego wolę wobec siebie.
Do serca trafiła mi opinia kolegi, który mówi, że obrazem
odzyskiwania jasności myślenia alkoholika jest fakt, gdy bez odporu czy buntu,
od czasu do czasu pozwala innym na wyrażenie swoich opinii.
Tak naprawdę nie ma w AA podręczników trzeźwości, książek ani nauczycieli
innych niż dawne doświadczenia. Zawsze możemy wybrać to, co dla nas dobre a
resztę odrzucić. Należy się jednak zastanowić,
czy warto? Kiedy słuchaliśmy różnych doświadczeń ze służb i gdy dzieliliśmy się
swoimi osobistymi, my także, może nie wiedząc o tym, stosowaliśmy się do
wskazówek Koncepcji. Spisane w nich doświadczenia
pomagają nam prowadzić sprawy AA. W ten sposób nie
musimy powielać błędów poprzedników i cały wysiłek możemy skierować na
posłannictwo do świata poza AA. Unikamy rozproszenia
celów.
Mówiąc inaczej Koncepcje są Krokami i
Tradycjami skierowanymi tym razem do tych przyjaciół, których rozwój osobisty
pozwolił na pełnienie służb, a których postawa znalazła potwierdzenie w
zaufaniu, że wykonując zadania dla wspólnoty nie będą rezygnować z zasad AA. W poradniku
otrzymaliśmy doświadczenia z różnych szczebli służb. Począwszy od Biura Służby
Światowej, Radę Powierników i Konferencję Służb Ogólnych ale
również konferencje lokalne. Pamiętamy słowa:
„… zasady przed osobistymi
ambicjami”.
Zawarte w Koncepcjach informacje pozwalają uniknąć typowych pułapek
władzy, szukania prestiżu czy okazji nieuprawnionego zysku, równocześnie
zostawiając wystarczająco dużo miejsca na twórcze zaangażowanie. Pamiętajmy,
nasza wspólnota opiera się na programie duchowym. Koncepcje wyraźnie zachęcają
do rozwoju duchowego członków, skierowanie naszego zainteresowania na potrzeby
innych. Tu nie ma już miejsca na egoizm i prywatę. Jest za to dużo szans na
pogodę ducha, o której całe życie marzyliśmy.
A teraz tylko jeden mały krok aby zastanowić się,
czy Koncepcje odgrywają pożyteczną rolę w życiu naszych grup. Odpowiedź może
być jedna: TAK!. Gdy grupa rozwija się dobrze, czy dręczą ja problemy? Nie.
Koncepcje są pomostem do skarbnicy doświadczeń poprzedników. Raz jeszcze
uświadamiamy sobie, że nie jesteśmy sami, że inni doświadczając podobnych
problemów spotkali się ze zrozumieniem i współczuciem. Tak rodzi się wzajemna
sympatia. Równocześnie nie są zachętą do drogi na skróty, raczej pomocą w
szerszym spojrzenie na siebie i grupę w AA po to, by lepiej: „stosować te
zasady we wszystkich naszych poczynaniach”. Są kolejnym stopniem uwalniania się z więzów egoizmu.
Dla zainteresowanych chciałbym jeszcze przypomnieć, że w latach 2005/2006 w biuletynie MITYNG były publikowane felietony dotyczące poszczególnych Koncepcji jak również w 2006 roku zamieszczaliśmy tam informacje dotyczące warsztatów, jakie Region Warszawa organizował na ten temat. Zachęcam do lektury, zachęcam do organizowania warsztatów. Jestem bardzo zainteresowany relacjami z nich. Życzę owocnych zajęć.
Dziękuję za uwagę.
DROGA DO SANATORIUM
Miałem skierowanie
do sanatorium. Samochodem dojechałem do zupełnie nieznajomego dotąd miasta. Na
posiadanej mapie nie było miejsca, gdzie zdążałem. Poczułem się zagubiony. Nie
wiedziałem, w którym kierunku mam jechać. Drogowskazy nic nie mówiły.
„Boże użycz mi pogody ducha”- szepnąłem i przystanąłem. Drogą szły
dwie dziewczyny a za nimi mężczyzna i to właśnie jego zagadnąłem o drogę do
sanatorium. Najpierw długo tłumaczył a sprawa wyglądała na coraz bardziej skomplikowaną.
Szereg ulic było jednokierunkowych, kilka skrętów, rond z możliwością wyjazdu w
niewłaściwym kierunku. Wreszcie zaproponował, że pojedzie ze mną albowiem sam
udaje się do szpitala a to jest po drodze. Pojechaliśmy razem a ja coraz
bardziej zdawałem sobie sprawę, że mimo iż mężczyzna
dobrze tłumaczył, to sam i tak miałbym kłopoty z dotarciem do celu. Kilka razy
chciałem jechać w niewłaściwym kierunku. Już wieczorem, gdy robiłem bilans
dnia, zanotowałem sobie kilka refleksji:
1. Napotkany człowiek nie wykrzykiwał na ulicy, że
zna właściwy kierunek, ale był odpowiedzialny za jakość informacji, był też
gotów razem ze mną przebyć kawałek tej drogi.
2. Bogu dzięki, że
przestałem być zbyt dumny by poprosić o pomoc a usłyszawszy potrzebną
informację chciałem się do niej dostosować, a nie na zasadzie, że „każdy
ma swoją drogę”, udać się w przeciwnym kierunku.
3. Wspólna podróż jest o wiele przyjemniejsza i
bezpieczniejsza od przebywanej samotnie, gdy łatwo
się pogubić w drodze.
4 Wyobraziłem sobie siebie, gdy nie pytając o drogę
wyjeżdżam z ronda w niewłaściwym kierunku a później z kolejnym nawrotem
przyrzekam sobie, że tam już nie pojadę, że już wiem, że to nie ta droga i na
kolejnym rondzie znów jadę w ......... niewłaściwym
kierunku, nawrót, przyrzeczenie, kolejny błąd itd. itp. Koszmar.
Bogu dziękuję za ludzi pomocnych w trudnych chwilach.
Kuracjusz
sanatorium
Krótka historia o pociągu i facecie
po ciągu.
Jakiś czas temu wybrałem się
w podróż pociągiem. Wsiadłem na pustym, zimnym peronie Dworca Wschodniego do
równie pustego i zimnego wagonu, wybrałem tak samo zimny i pusty przedział, po
czym usiadłem przy oknie. Poranek był mglisty i nastrajał melancholijnie,
budząc w mojej duszy radość z podróży. Tyle razy, gdy jeszcze piłem, wsiadałem
do pociągu, pijany nocnym szaleństwem i rojeniami o ucieczce od "złego
świata" we wspaniały miraż krajobrazu płynącego za oknem i zakąszanego
piwem stojącym na stoliczku - tym razem na stoliczku położyłem gazetę i
kanapkę. Pociąg wytoczył się ze stacji, przeturkotał
nad Wisłą, zebrał pasażerów z podziemnych czeluści Centralnego i na koniec
zatrzymał na Zachodnim. Wsiadało niewiele osób, słychać było tylko w oddali
trzaskanie drzwi, zamajaczył zaspany konduktor, ktoś przebiegł chuchając w
dłonie. Poza tym nie było nikogo. Pomyślałem, z zadowoleniem, że los mi sprzyja
i zapewne, aż do następnej stacji będę jechał, jak panisko, sam w przedziale.
Wagon zatrząsł się delikatne, coś zgrzytnęło, pociąg ruszył i zaczął nabierać
prędkości, a ja z zadowoleniem i poczuciem pełnego komfortu rozłożyłem gazetę,
delektując się samotnością. Niestety. Szczęście nie trwało długo - właśnie
wgłębiłem się w jakiś ciekawszy artykuł, poddając radosnemu kolebaniu
wagonowych resorów, gdy usłyszałem mocne szarpnięcie drzwiami. Na korytarzu
stał osobnik w skórzanej kurtce, nie ogolony, ze
wspomnieniem kilku przepitych nocy wypisanym na twarzy i z wyrazem oczu
błagających kolejarzy o litość - "ale dlaczego, do cholery, tak
buja?" zdawały się mówić te oczy, czerwone jak
radziecka flaga i zwężone w wąskie, kitajskie
szparki. Mruknął coś niezrozumiałego, co mogło znaczyć wszystko, od "dzień
dobry", przez "cześć", aż do "przepraszam uprzejmie, czy
można" i co najwyraźniej mogło być jakimś kitajskim
narzeczem, po czym, próbując złapać równowagę, jak marynarz na rozhuśtanym
okręcie, dotarł do miejsca naprzeciwko mnie i zwalił się ciężko na fotel, także
obok okna, lecz tyłem do kierunku jazdy.
W
przedziale rozniósł się makabryczny fetor skacowanego ciała, przetrawionej
wódki, piwa, potu, papierosów, i wszystkiego, co dzieje się w nocy, kiedy
człowiek pije. Ten zapach wytrącił mnie z równowagi. Udawałem, że czytam, ale nie
mogłem się skupić - moje myśli błądziły wokół "jeszcze cierpiącego
brata alkoholika". Byłem wściekły - miałem takie fajne,
samotne miejsce w przedziale, a tu proszę, niespodzianka. I to
jaka!
Mężczyzna
ów cierpiał najwyraźniej, nie tylko z powodu bólu pulsującego pod czaszką i
wyginającego brwi w błagalny nawis, lecz także z powodu - jakże dobrze mi
znanego - potwornego pragnienia. Zza pazuchy wyciągnął butelkę piwa. Zerknął na
mnie, a potem zaczął się mocować z otwarciem butelki. Wstawił ją pod stolik i
zaczął szukać przyczepionego do stoliczka otwieracza. Teraz nie mogłem już
czytać spokojnie. Odłożyłem gazetę i zacząłem udawać, że patrzę przez okno. On
otworzył w końcu, z sykiem, butelkę i zaczął pić. Och, jak dobrze, znałem ten
rodzaj łapczywego picia, jak dobrze znałem ten gulgot jaki
jest w stanie powstać tylko w gardle kogoś, kto ma potwornego kaca i pije piwo.
Żłopał łyk za łykiem, nie odrywając butelki od ust, a w mojej głowie kotłowały
się myśli. Co powinienem zrobić? Zabrać rzeczy i wyjść? Tak jakoś, jakby tu
rzekł jakiś terapeuta - nieasertywnie. Powiedzieć mu,
żeby się wyniósł? Tak jakoś głupio mi było. W dodatku do mego serca zakradły
się wątpliwości - "nieśliśmy posłanie" zaczął szumieć jakiś głos,
"alkoholikowi, który wciąż jeszcze cierpi" dopowiadał drugi. Mój
umysł pokazał mi nawet wersję ewangeliczno-aowską. W
wersji tej jestem Świętym Wojciechem, który zamiast szerzyć wiarę wśród
pogańskich plemion, szerzy Program 12 Kroków
wśród "jeszcze cierpiących". Na szczęście to był tylko miraż, i paranoiczna
tęsknota za świętym niesieniem posłań - poczułem, że moje ewangelizowanie, w
tym wypadku mogłoby się skończyć tym samym dla mnie, co dla Wojciecha płynięcie
do Prus: utratą głowy.
Tymczasem,
"jeszcze cierpiący" poczuł najwyraźniej ulgę w cierpieniu i to co mu zostało spienionego w butelce odstawił - uwaga, nie
na stolik (jakoś tak na wierzchu by było) - obok fotela, to znaczy wcisnął
butelkę między fotel a ścianę.
I
odsapnął, wyrażając tym sapnięciem, że już trochę lepiej.
W
przedziale zapach alkoholowo-kacowaty został teraz
podbity przez aromat piwa. Tego było już za wiele. Musiałem podjąć jakieś
działania. Myślałem jeszcze przez chwilę i nagle wpadł mi do głowy pomysł.
Wstałem i
zdjąłem plecaczek. Usiadłem i czując, że jestem obserwowany przez "jeszcze
cierpiącego", wyciągnąłem z plecaczka książkę. Rozpostarłem się w fotelu,
udając, że czytam, ale zadbałem o to, żeby "brat alkoholik" siedzący
naprzeciwko dobrze i wyraźnie widział, co czytam.
Przed jego
oczami pojawił się wyraźny tytuł książki: "Anonimowi Alkoholicy wkraczają
w dojrzałość".
Skacowany
osobnik stężał. Anonimowi alkoholicy wkraczający w dojrzałość musieli mu się
wydać zjawą nie z tego świata. Na jego twarzy pojawił się okropny grymas, a
drżąca ręka zaczęła rozpaczliwie szukać butelki z piwem. Złapał ją i w te pędy... uciekł.
Zostałem
sam w przedziale. Otworzyłem okno, żeby przewietrzyć. Żal mi było skacowanego
osobnika, bo doskonale pamiętam, jak sam miałem takie potworne kace. Nawet
przypomniało mi się zdanie z tej książki, którą tak ostentacyjnie otworzyłem - "tragedią
naszego życia jest to, jak bardzo musimy cierpieć, zanim nauczymy się prostych prawd według których trzeba żyć." Sam w końcu też
tak cierpiałem, jak ów "brat alkoholik".
A z
drugiej strony, zaczęło mi być wesoło. Zacząłem się śmiać, stojąc w otwartym
oknie pociągu i wciągając w płuca wspaniały wiatr pachnący przygodą, trzeźwą
przygodą.
Okazało się, że Anonimowi Alkoholicy mogą przyjść mi z pomocą w najbardziej nieoczekiwanych momentach. I okazało się, że warto czytać literaturę AA!
Z uśmiechem - Tomek AA
Zaufanie w służbie
Jedną z przyczyn, dzięki którym zostałem we Wspólnocie było stwierdzenie,
że ja w AA nic nie muszę. I tak rzeczywiście było: na Mityng mogłem przyjść kiedy chciałem i nie musiałem być na nim do końca,
mogłem zabrać głos lecz mogłem się w ogóle nie odzywać. Nikt mnie do niczego
nie zmuszał i nikt mnie za nie robienie czegokolwiek nie potępiał. Bardzo mi
się to podobało. Zdarzyło mi się jednak trafić, po kilku miesiącach, na Mityng
gdzie spiker zburzył mój dotychczasowy błogostan. Powiedział:, mimo iż w AA
podobno nic się nie musi to on uważa, że musi zrobić jedną rzecz - musi zmienić
całe swoje życie! Wtedy uprzytomniłem sobie jakie
dotychczas było moje życie. A było ono nieodpowiedzialne. Ja natomiast chciałem aby było całkiem odwrotnie. Chciałem być
człowiekiem odpowiedzialnym. Od tamtej pory usiłuję zmienić moje życie, wziąć
za nie odpowiedzialność, czego jednak nie należy mylić z chęcią kierowania. Jak
to się ma do zaufania w służbie? Ano tak, że próbuję być odpowiedzialny
również za swoją cząstkę Wspólnoty AA a konkretnie za Jej jedność. Mogę zrobić
to podejmując zadanie, zgodne i oparte na 12 tradycjach AA, działanie w
służbach. Aby podjąć takie działania powinienem spełniać pewne kryteria, a
powierzający mi je członkowie mojej Grupy, Intergrupy
czy Regionu oczekują, że wypełnię je sumiennie i z korzyścią dla Wspólnoty.
Otrzymuję w ten sposób zaufania od innych alkoholików i tylko ode mnie zależy
czy go nie nadużyję. Dlatego też nie powinienem w służbach szukać zysku czy
poklasku a wręcz przeciwnie, kierować się skromnością, odpowiedzialnością i
pokorą. Napisałem jaki powinienem być - ja alkoholik
malkontent. A jaki jestem naprawdę? Na prawdę często bywam kłótliwy lub usiłuję
dominować i narzucać innym swoje zdanie. Często też bywam złośliwy, czasami
wrogo nastawiony a niekiedy zabawiam się w intrygowanie. Daleko w tym wszystkim
do skromności i pokory. Ale wróćmy do zaufania. Powinno być obopólne. Ja
otrzymuję je od Grupy ale sam też obdarzam nim
pozostałych i wierzę, że nikt nie będzie działał tak aby utrudnić czy wręcz
uniemożliwić mi pełnienie służby a wszystkie wskazówki i uwagi (nawet te
krytyczne) są po to aby mi pomóc. To obustronne zaufanie bywa niekiedy
zakłócane a niekiedy nadużywane. Nadużywają go przeważnie pojedynczy anonimowi
alkoholicy podejmując się służb a potem niesumiennie je wykonując lub
porzucając, (np. skarbnik jednej z Intergrup nie pokazujący się przez
trzy kolejne spotkania). Zakłócają zaufanie natomiast, obie strony. Niech za
przykład służą tu pretensje części regionalnego zespołu ds. literatury, do
redakcji MITYNGU o selekcję tekstów zamieszczanych w miesięczniku. A przecież
jest to niezbywalne prawo każdego pisma na świecie do doboru materiałów
kształtujących linię pisma. Bywają również zakłócenia z odwrotnej strony. Kiedy
to osoby pełniące odpowiedzialne służby w naszym Regionie obrażają się i
wychodzą z komisji lub reagują krzykiem, gdy sprawy dzieją się nie po ich myśli. Te przykłady świadczą, że do pełnego zaufania w
służbach jest jeszcze bardzo daleko. Dobrze jednak, że mówi się o tym a nawet
czyni tematem warsztatów na konferencji Regionalnej. Można powiedzieć, iż jest
to dobry początek choć ja, wieczny malkontent, sądzę,
że długo jeszcze będę miał na ten temat o czym pisać ale ja, niestety, jestem
już taki "czepliwy". A na koniec chciałbym wspomnieć jeszcze o tym
jak to jest, że we Wspólnocie alkoholik nic nie musi. Mogę się na to zgodzić ale tylko na samym początku jego drogi, wtedy gdy
jest jeszcze bardzo "młodym" nowicjuszem. Później też nic nie musi, oczywiście
oprócz zmiany całego swego życia. Bo bez zmiany sposobu życia nie da się
trzeźwieć. A jest to cholernie ciężka robota.
Wasz
malkontent AA
PS. Od
redakcji:
Na każdym
mityngu AA czytamy fragment z V rozdziału „Anonimowi Alkoholicy”
Jedno ze zdań brzmi:
„Niektórzy
z nas usiłowali trzymać się starych przekonań - bezskutecznie.
Musieliśmy pozbyć
się ich całkowicie”. Strona
49
A jednak, aby ruszyć z miejsca, musieliśmy, już od samego początku w AA.
Nie musisz być żabą!
Podczas oglądania jakiegoś filmu w TV, usłyszałem o pewnym doświadczeniu z
żabą.
Podobno żaba wrzucona do wrzątku natychmiast wyskoczy.
A gdy żabę wrzucono do zimnej wody, a następnie wolniutko podgrzewano, to
się ugotowała.
Pomyślałem wówczas o swoim dotychczasowym marnym pijackim życiu, kiedy to
z dnia na dzień woda wokół mnie przybierała temperatury a ja nie byłem w stanie
nic zrobić. Wolniutko gotowałem się a wraz ze mną moje życie.
Dziś gdy nie piję, zmienił się bardzo mój sposób
spostrzegania. Czuję się szczęśliwy.
Żal mi tych, którzy się jeszcze gotują. Nie wiedzą może, że powinni
wyskoczyć a będzie chłodniej. Staram się jak umiem pokazywać, że mnie się
udało.
Póki żyjemy można wyskoczyć!
lechu02