MITYNG 07/121/2007
DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO
Pieniądze
- zwykle dzielą ludzi niszczą bezinteresowną przyjaźń,
zauważyli to założyciele AA; Bill i Bob. Wiele emocji pojawia się
podczas
wydawania ich w AA. Są to dobrowolne składki każdego z nas i nie dziwi
mnie
troska zainteresowanych przyjaciół
aby były one
spożytkowane zgodnie z „naszym jedynym celem” -
niesieniem
posłania. Czasem jest to troska nadmiernie rozpamiętywana, częściej
jednak
spostrzegam autentyczne zaangażowanie w dobrej wierze.
Siódma tradycja. Składki
do kapelusza w najprostszej formie są jednak niezbędne, abyśmy
pozostawali
niezależni. Opłacamy z tych datków sale spotkań, parzymy
sobie kawę, herbatę.
Kupujemy ulotki informujące o AA, opłacamy podróż naszym
funkcyjnym, aby
przynieśli nam wieści z zewnątrz. Wszystko to jest nam niezbędne, aby
osoby
poszukujące nadziei nie zastały zamkniętych drzwi. Mówi się
też, że trzeźwy
alkoholik staje się skąpy, nagle dostrzega wartość wydawanego grosza.
Kiedy pił
szastał na lewo i prawo, nigdy nie było mu żal, ale teraz …?
Nasi poprzednicy wskazali
dwa zdrowe sposoby samofinansowania się Wspólnoty AA,
poprzez sprzedaż
literatury mówiącej o programie AA powrotu do zdrowia i
poprzez własne
dobrowolne datki. Wysokość tych datków ma pośredni wpływ na
cenę literatury.
Jeśli składki są zbyt niskie to literatura musi być droższa.
Moja
podejrzliwość co do
celowości ponoszonych
wydatków była tym wyższa im mniej miałem pojęcia o
potrzebach AA. Wydawało mi
się, że jak zwykle „ktoś na tym zarabia”. Sądziłem
jak zwykle
według siebie, nie byłem zdolny do poświęcenia za darmo, ot tak dla
satysfakcji, dla wspaniałego poczucia bycia potrzebnym. Pewnie był to
jeden z
głównych powodów mojego picia. Pustka, uczucie
bycie na aucie, bycie zbędnym
żyjątkiem wśród obcych ludzi. Każdy zadowolony był
podejrzany!
Kiedyś
alkoholik „J” odpowiedział na zarzut, że
siódma
tradycja zawstydza tych, którzy nie mają grosza do
kapelusza: tak ma
zawstydzać - siódma tradycja jest po to, abyś zobaczył jak
bardzo roztrwoniłeś
swoje życie. Trzeźwienie kosztuje, podobnie jak picie.
A
kiedy już dajesz to nie myśl, co z tym datkiem zrobi obdarowany.
Pozostaw to jego sumieniu!
Pozostań bezinteresowny. Daj żyć!
lechu02
Czy
MITYNG LECZY?
Swego czasu poszukiwałem
odpowiedzi, czym jest alkoholizm i przez kogo na to świństwo zapadłem?
Nie
znalazłem żadnych wiarygodnych opracowań, które by to
precyzowały. Doktor
Woronowicz wypowiada się bardzo ostrożnie w tej kwestii. Nie słyszałem,
aby
podjął próbę definiowania alkoholizmu i przyczyn powstawania
tego uzależnienia.
Ja też nic nowego nie odkryłem. Za to on
jako
psychiatra doskonale i celnie sugeruje, co alkoholik może zrobić, aby
wyzdrowieć.
Powiem, że w „drugim podejściu” do AA uwierzyłem
innym alkoholikom
że mogę wyjść z nałogu , uleczyć
siebie stosując
program AA z największym oddaniem na jaki mnie tylko stać. A nie było
mnie stać
na wiele. Nic mi nie wychodziło a wypowiedzi na mityngu były mało
zrozumiałe.
Po kilku latach odkryłem, że znak AA trójkąt wpisany w koło
wraz z opisem
ZDROWIENIE, JEDNOŚĆ, SŁUŻBA, wyraża w graficzny sposób to,
co ja alkoholik
MUSZĘ ROBIĆ do końca życia, abym nie wracał do picia. Podkreśliłem
słowo MUSZĘ.
Niby łachy nikomu nie robię. Aby osiągnąć ZDROWIE muszę stosować 12
Kroków AA. Aby
utrzymywać JEDNOŚĆ muszę stosować 12 TradycjiAA.
Aby wypełniać SŁUŻBĘ muszę stosować 12
Koncepcji AA, często to wszystko myliłem. Wiele z tych MUSZĘ,
intuicyjnie
robiłem, nie wiele świadomie. Nie przyszedłem do AA, aby zrobić
karierę.
Przyszedłem przegrany na wielu płaszczyznach swojego życia, po
niepełnych
próbach leczenia terapią a wcześniej esperalem.
Nie
widzę potrzeby wygłaszania dziś hymnów wdzięczności
terapeutom, kolegom, czy
sponsorowi. Wiem, że tak miało być. Wypełniam jak potrafię, ze
szczerego serca,
służby które
podejmuję, choć nie bez błędów i
wypaczeń. Bogiem nie będę – już nim byłem. Wydaje mi się
że nie szukam poklasku, chwały, czy okazji (ale jakie to
miłe
podporządkować sobie ludzi?) – wiem,
próbowałem
Nie chcę być liderem, ale podobno mam takie predyspozycje. Nieświadomie
dzięki
służbom zbliżyłem się do człowieczeństwa, stałem się inny wydaje mi się że lepszy dla ludzi, rodziny.
Nie przechwalam się. Uczę
się mówić dobrze o sobie a potem o innych. Tak niosę
posłanie AA. Byłem
pijakiem (i to jest prawda). Od AA dostałem szansę. Czym zasłużyłem
sobie
– nie wiem. Swoją
wdzięczność dla AA trudno
wyrażać słowami. Choćby były piękne to i tak bez czynu są puste. PO
OWOCACH GO
POZNACIE przypomina mi sponsor cytat z Biblii. Niewiele jest
ważniejszych spraw
niż AA. Kiedy muszę
dokonać wyboru – staram się
wybierać AA, przed rodziną, pracą, marzeniami, rozrywką, zabawą,
odpoczynkiem.
Staram się nie zapominać KIM
BYŁEM, CO SIĘ ZE MNĄ
STAŁO. Czasem jest trudno dokonać wyboru
. Lecz jeśli
jestem w AA to MUSZĘ bo
inaczej umieram od nowa.
Czasem bolą mnie opinie typu: ci w służbach to pchają się do
władzy, w tym
Regionie to tylko te same osoby od lat się mądrzą, nie rotują
. Czy nowi w AA, przystępujący do służb już na
starcie są posądzani
o karierowiczostwo i gwiazdorstwo, jeśli angażują się czynnie? Choćby
byli
początkowo nadgorliwi i jeszcze kierując się ambicjami. Gdzie mają
uczyć się
pokory jak nie tu między swoimi, w służbach AA?
Ja
też ten etap przebyłem, kierowały mną ambicje – nic innego
nie
potrafiłem. Tak działałem całe życie i z takim bagażem przyszedłem do
Was.
Szybko zostałem przywołany do szeregu, kiedy wyskoczyłem z
„dyrektorskimi
wytycznymi” bo
tu w PIKu to powinny
być warsztaty, bo stoi pomieszczenie nie
wykorzystane cały tydzień pustostanem!- wygłosiłem
mądrze swoje życzenia. Dostałem wówczas
drugi raz brawa w AA. Witamy
chętnego – odpowiedziała „sala”! I
powierzono mi
zorganizowanie warsztatów. Pojęcia nie miałem jak to zrobić.
I stało się
– zorganizowali-śmy
(w zespole) i poprowadziłem
je jak umiałem. Wypowiedzi zapisywałem na dyktafon
bo
nie umiałem robić notatek. A potem w domu jeszcze kilka razy
odsłuchiwałem
wypowiedzi żeby nie przekręcić czegoś. A i tak zbierałem krytyki i
zbieram
nadal. Tylko że jestem
coraz odporniejszy na nie.
Czasem wydawało mi się że
mam dość tej
niewdzięczności. Ile to razy mówiłem – więcej tam
nie pójdę! Szedłem.
Moje oczekiwanie na pochwały przeszkadzało mi. Pochwał nie było. A ja
zahartowałem się w boju i zacząłem robić to samo bez oczekiwań. Bo
polubiłem.
Nauczyłem się robić notatki. Zyskiwałem podwójnie
bo
pamiętałem wypowiedzi z warsztatów. Potem zaczęła się praca
nad redagowaniem
MITYNGU. Nie sposób policzyć ile razy zajęcie przy
redagowaniu ustrzegło mnie
przed deprechą. Ile
bezsennych, białych nocy
wypełniłem porządkując materiały, czytając Wasze listy, układając
odpowiedzi,
grzebiąc za cytatami z literatury, poznawałem ją. Nie miałem przy tej
pracy
czasu użalać się i snuć planów zemsty na moich wrogach.
Nauczyłem się przy tym
pisać na klawiaturze bez patrzenia. Poznałem programy edytorskie do
łamania
tekstu. Teraz umiem pomóc synowi w jego małej poligrafii.
Może nawet zyskałem
nowy zawód? Przestałem robić błędy ortograficzne. Jak cos
walnę to komputer
zaraz mi podkreśla na czerwono. Chyba
bardziej
zrozumiale formułuje swoje myśli. Czasem moja żona poczytuje sobie
MITYNG,
zaczęliśmy o nim rozmawiać. Chyba trochę ściągała od nas dla swojego Al.-anonu. To bardzo podobne
uzależnienie do naszego.
Służba działa! Jestem Wam wszystkim wdzięczny, że się zgodziliście,
abym to
robił. Do dziś irytuje mnie brak zaufania zespołu redakcji. Podobno
jestem nie
równy w swoich poczynaniach i zawsze istnieje mała obawa, że
tym razem nie
przygotuję bieżącego numeru. Nie zdarzyło mi się to przez te ponad
2lata
służby, a jednak
nie ufają mi. Daje mi to do
myślenia, co do zaufania do mnie w domu. Jest coś w tym? Chyba więcej
ta służba
daje mi niż ja daję wykonując ją dla was? Jeśli komuś pomagają te nasze
pisaniny, to jest to premia ekstra.
Lechu02,
alkoholik
Kilka
słów o modlitwie,
czyli
szukajmy tego co łączy a
nie dzieli.
Mam
to szczęście, że swoje trzeźwienie rozpocząłem w Polsce. Dzięki temu
ominęły
mnie polemiki na temat modlitwy na zakończenie mityngu
jaka
odbyła się w Stanach. / Jej obrazem były artykuły
zamieszczone w
biuletynie AA GRAPEVINE a po przetłumaczeniu w warszawskim biuletynie
MITYNG/
Przez lata, do dnia dzisiejszego, nie spotkałem dotąd ani jednej osoby,
która
by kwestionowała Modlitwę o Pogodę Ducha. Jeśli jest coś co
łączy ludzi naszej wspólnoty to Modlitwa o Pogodę Ducha ma w
tym duży udział.
Zupełnie za
to nie rozumiem od kilku lat
ponawianych prób aby
wprowadzić na nasze mityngi
Modlitwę „Ojcze Nasz”. Jest odbierana
jako
deklaracja chrześcijańska a stąd wzbudza niepotrzebnie emocje
wśród innych
wyznawców. Zaczyna się coś na kształt rywalizacji, pojawiają
złe sądy . Bezwyznaniowi
tracą grunt pod nogami. Robi się
niepotrzebny ferment.
Po co to? Tylko dlatego,
że gdzieś..?
Przed laty po
spotkaniu „7” w
Jastrzębiu ówczesny przewodniczący Rady
Powierników zaproponował wspólną
Modlitwę o Pogodę Ducha. To był szok. Jeden wielki chaos. Wszyscy
mówili
inaczej. W grupie warszawskiej podjęliśmy wtedy inicjatywę
aby w imię jedności wspólnoty mówić
tekst dostępny w ZDROJU, różny od tego
który był mówiony w Warszawie. Za jakiś czas, nie
bez oporów, nowy tekst się przyjął
, spotkał się raczej ze zrozumieniem. Mimo to
znalazło się kilku alkoholików mających inne zdanie.
Możliwe, że do
dzisiejszego dnia mówią po staremu. Nie znam wszystkich ale
o takim mityngu słyszałem. No cóż!!! Jeśli tak
mówiona modlitwa pomaga im
zachować trzeźwość, to nikt nie będzie wzniecał walk o naprawianie.
Jedno jest
pewne. Naszą Tradycją stało się, że na oficjalnych spotkaniach AA
odmawiamy
tekst ze ZDROJU.
Przez
moment wyobraziłem sobie, że ktoś z Ameryki przyjedzie do Warszawy na
mityng
AA, gdzie odmawia się starą wersję Modlitwy o Pogodę Ducha a potem
wszystkim
będzie oznajmiał, że tak się mówi w Polsce. Nic bardziej
mylnego.
Podobnie
odnoszę się do informacji o modlitwie
„Ojcze Nasz” Pewnie są mityngi, gdzie się ją
odmawia, jak również
inne, gdzie jest Modlitwa o Pogodę Ducha. Mamy to szczęście w Polsce,
że możemy
korzystać z naszych własnych doświadczeń, nie musimy sprowadzać
kontrowersyjnych
wzorców.
Chcę tu
zaznaczyć, że Modlitwę „Ojcze
Nasz” znam od dzieciństwa. Towarzyszyła mi w trudnych latach
picia, kiedy
„nie wierzyłem”, kiedy czułem się zupełnie
osamotniony, bez szans
na przetrwanie. Z nią są związane moje najbardziej intymne marzenia i
prośby.
Nigdy nawet do głowy mi nie przyszło, że z nią mogą się teraz wiązać
bluźniercze wspomnienia.
Gwałt
jest na tyle tragicznym przeżyciem, że
jako przestępstwo jest odpowiednio karany. Ja poczułem się gwałcony,
kiedy na
zakończenie Zlotu w Krakowie zostaliśmy wezwani do Modlitwy
„Ojcze
Nasz”. Nikt wokół mnie i ja sam nie byliśmy do
tego przygotowani. Obok
mnie innowierca z wyraźnym niesmakiem, niedowierzaniem szeptał słowa,
które nie
były modlitwą. Czułem się obrażany, poniżony. Najbardziej na tego
co wezwał; czułem, że zostało sprofanowane coś, co było
dla mnie
świętością. Na dodatek zaczął mi wydzwaniać telefon
komórkowy. Nie wiedziałem,
przerwać krąg? odebrać ? Mówię
słowa, a w duszy chaos.
A potem, za kilka dni, znów jeden z weteranów
wzbudził podobne emocje. Do dziś
nie wiem po co? Jeśli
ktoś chce na mityngu osiągać
wzburzenie to wystarczy proponować „Ojcze Nasz”.
Nie wszyscy
alkoholicy mają uregulowana postawę wobec wiary. To dla wielu dopiero
przyszłość.
Od tej pory Modlitwę ”Ojcze Nasz” odmawiam kiedy jestem sam albo wśród ludzi, o których jestem przekonany, że i dla nich jest ona świętością. Np. w kościele. Nie mogę narażać swoich uczuć na profanacje. Ostatnio byłem na mszy organizowanej przy okazji rocznicy grupy. Gdy wspólnie odmawialiśmy modlitwę „Ojcze Nasz” czułem, że to było to miejsce, ten czas i ci ludzie.
Pozdrawiam
Marek 02 06 2007
Duchowość
i „szamaństwo”
Kolejny
raz spotkaliśmy się w Psiej Dziurze (jedno z kilku miejsc w Polsce, w
którym
takie warsztaty się odbywają), żeby popracować nad Krokami, czyli jak
to
ostatnio modnie jest nazywać, „żeby podłubać w
Programie”.
Programie 12 Kroków Anonimowych Alkoholików rzecz
jasna.
Za pracą,
zwłaszcza ciężką, specjalnie nie
przepadam, zresztą, ileż można tyrać!? Żeby jednak nie poddać się
gnuśnemu
lenistwu postanowiliśmy czas spędzić twórczo, a najlepiej
wzniośle i duchowo.
Pierwszą sugestię przedstawił Książę, proponując abyśmy wybrali się na
spacer
po okolicznych polach i lasach, całą grupą, ale żebyśmy podczas tej
wycieczki
zachowali całkowite milczenie, czyli nie odzywali się do siebie ani
słowem.
Książę wspomniał, że kiedyś robił już coś podobnego z inną grupą. On
wprawdzie
niczego szczególnego wtedy nie doświadczył, ale pozostali
członkowie jego
paczki byli ponoć zachwyceni.
Malutka była
uradowana, Puchatek marudził
umiarkowanie, Wielebny kipiał entuzjazmem, a reszta właściwie zrobiłaby
wszystko, żeby się tylko od „krokowych”
materiałów oderwać. Jako,
że kusiła nas jeszcze szansa jakiegoś niezwykłego przeżycia duchowego,
wyruszyliśmy niezwłocznie.
Szybko
okazało się, że milczenie nie sprawia nam
żadnego problemu. Co więcej, nieomal od pierwszej chwili unikaliśmy
nawet
kontaktu wzrokowego, jakby skrępowani tym, co tu wyczyniamy.
Malutka,
całkiem niezła aktorka tak w ogóle, kilka
razy przybierała pantomimiczną pozę niemego zachwytu, ale kiedy
zorientowała
się, że nikt nie zwraca na nią uwagi, z wyraźnym żalem przestała.
Lato w całej
krasie, przyroda umiarkowanie skażona
puszkami, butelkami, gnijącymi kanapami i wieńcami pogrzebowymi, tak więc wszystko byłoby w
porządku, gdyby nie członkowie
mojej przesympatycznej grupy, kręcący się w pobliżu. Wyraźnie mi
przeszkadzali
podczas tej eskapady. Później okazało się, że nie tylko mnie.
Dopiero
godzinę po powrocie do ośrodka w Psiej
Dziurze z rozbawieniem zdałem sobie sprawę, że ten nasz skomplikowany
eksperyment, który dostarczyć miał jakichś specjalnych
przeżyć, realizowany
jest codziennie, przez miliony ludzi, którzy chodzą po
prostu ulicami czy
alejami parkowymi, w stosunkowo niewielkiej odległości od innych obcych
osób i
nie odzywając się do nich. No, dobrze...
Kolejny
pomysł miał Nieżywy. Tym razem mieliśmy
zastosować coś sprawdzonego- wybraliśmy się całą paczką przytulać się
do
brzozy. Dokładniej to do brzóz, bo zgodnie z zasadami każdy
miał znaleźć sobie
swoją. Przytulanie było w całej pełni (wymowne milczenie, rozmarzony
wzrok, itp.) kiedy
zdaliśmy sobie sprawę, że niektórzy z nas
przytulają się do pobielonych wapnem jabłonek. Cóż, jesteśmy
w większości
ludźmi z dużych miast, więc... Na szczęście ciuchy dały się doprać.
Jednomyślnie
odrzuciliśmy sugestię Górala, który
twierdził, że rozcieranie w palcach mrówek i wąchanie ich
zwłok dostarcza
niezapomnianych przeżyć, ale za to wybraliśmy się na
„rykowisko”.
Na
niewielkiej polance, pojedynczo i grupowo, ile
sił w płucach, nawoływaliśmy swoich bliższych i dalszych krewnych,
znajomych i
powinowatych i w ogóle każdego, kto w naszym mniemaniu
mógł nam pomóc (forma
pomocy nie została sprecyzowana) w pracy nad Programem.
Wydzieraliśmy
się potwornie i niewątpliwie psiodziórzanom
(tubylcom) dostarczyliśmy kolejnej pożywki
do rozmyślań na temat „miastowych”, ale mimo to
wątpię, żeby te
ryki dotarły do któregokolwiek z adresatów. No,
dobrze...
Turnus
nareszcie dobiegł końca i wyruszyłem w powrotną drogę. Bardzo długą
zresztą, bo
z mojego punktu widzenia Psia Dziura jest gdzieś na drugim końcu
Polski. Dziś
za te 9 godzin nużącej podróży wdzięczny jestem Bogu z
całego serca. Był to bowiem
czas wyjątkowy, czas dla mnie. Nawet gdybym
chciał, nie byłbym w stanie zakłócić go filmem w TV, grą
komputerową, mityngiem
AA, spotkaniem towarzyskim, itp.
Rozmyślałem o
duchowości, o moim rozumieniu tego
pojęcia, jego ewolucji i o odkryciu, którego właśnie
dokonywałem. Ale czy
rzeczywiście ja sam?
Był taki
czas, gdy duchowość kojarzyła mi się z
seansami spirytystycznymi, albo ewentualnie śpiewającymi kolędy
zakonnicami.
Zakonnice w tej mojej wizji miały patrzeć w bliżej nie
określoną dal, ale koniecznie do góry- inaczej
nici z duchowości. Wtedy
jeszcze piłem.
I był taki
czas, w którym Bóg odebrał mi obsesję
picia, co nie udało się ani Wspólnocie AA, ani terapeutom w
Poradni Odwykowej.
W ten sposób odebrał mi też komfort wątpienia o nim, ale to
inna sprawa. Jednak
nadal i wciąż czegoś mi brakowało, choć sam pewnie nie umiałbym
określić, co to
ma być. Nazywałem to duchowością, ale to były tylko słowa, za
którymi nie kryła
się żadna istotna treść.
Aż wreszcie
powolutku i nie bez oporów, zaczęło
się we mnie rodzić przekonanie, że duchowe jest po prostu to, co nie
jest
materialne, a więc na przykład wartości takie jak: miłość, praca,
przyjaźń,
uczciwość, patriotyzm, Bóg, wierność, odpowiedzialność...
Tak, religia i Bóg
mogą być elementami duchowości, ale jej nie determinują.
Wspomniałem o
oporach, bo z jednej strony tak
pojmowana duchowość wydawała mi się zbyt przyziemna i taka... zwyczajna, a przecież MNIE należy
się coś wyjątkowego! Z
drugiej natomiast była zbyt trudna do osiągnięcia, wymagała (chyba)
jakiejś
pracy, a ja nawet nie wiedziałem za bardzo, jakiej.
Pociąg
kołysał się rytmicznie, miałem już za sobą połowę drogi, kiedy
zrozumiałem, że
ja kolejny raz robię za Koziołka Matołka: „...i
znów musiał biedaczysko po szerokim szukać świecie tego, co
jest bardzo
blisko”. Przecież w Psiej Dziurze nic specjalnego czy
wyjątkowego się nie
stało. Nie dowiedziałem się tam niczego, czego wcześniej nie
wiedziałem. Czy
musiałem tam jechać, a jeszcze wcześniej latami zmagać się z rozmaitymi
problemami? Przecież to takie proste: Wszystko, co po nas zostaje, to
tak
naprawdę pamięć innych ludzi, bo przedmioty rozpadną się w pył prędzej
czy
później. Może więc,
póki jeszcze mamy na to jakiś
wpływ, warto zadbać, by tych dobrych wspomnień było więcej niż tych
złych?
Tyle tylko
jesteśmy warci, ile jesteśmy w stanie
pomóc drugiemu człowiekowi- stara prawda, chyba tak bardzo
stara, że przestałem
ją słyszeć.
Program AA
jest programem duchowym. Duchowym!
„Zachowajmy
to w prostocie”- dr Bob do
Billa W. podczas ostatniego
spotkania.
„Istota
programu to właściwie dwa słowa:
miłość i służba”- dr Bob w ostatnim publicznym wystąpieniu.
„Kochaj
bliźniego” i „cokolwiek
uczyniliście jednemu z tych najmniejszych...”
I nie trzeba
było już nic więcej...
Pociąg
zwalniał, zbliżaliśmy się powoli do mojego
miasta.
Wydaje mi
się, że niewiele jest grup, w których
niedobór duchowości jest tak dotkliwie odczuwany i wyraźny,
jak wśród
trzeźwiejących alkoholików. Ten deficyt, a nawet
głód, rodzi pokusę
zaspokojenia szybko i bez wysiłku. A najlepiej, żeby jeszcze było
smacznie i
dużo. W takiej sytuacji łatwo o pomyłki.
W tytule
zamieściłem słowo „szamaństwo”.
Jego znaczenie słownikowe jest
oczywiście inne, ale dla mnie to pewien skrót myślowy.
Przyznam, że ma on w tym
kontekście znaczenie jednoznacznie negatywne. „Szamaństwa”
w swoim życiu się boję, bo mam świadomość, że jestem umiarkowanie
pracowity i z
tych, co to czasem próbują wybierać „łatwiejszą,
łagodniejszą
drogę”.
I tak na
przykład duchowość, to dzielenie się z
drugim człowiekiem doświadczeniem, siłą i nadzieją. Obrzędy i
ceremonie, w
które zmieniają się niektóre mityngi AA (czy
jeszcze AA?)- to
„szamaństwo”.
Szukałem
swojej duchowości u de Mello
(„Przebudzenie”), u Murphy’ego
(„Potęga podświadomości”), u Osho, Lao-Tsy,
Oga Mandino
i gdzie się tylko dało.
Klęczałem z różańcem w garści przed świętymi obrazami.
Eksperymentowałem z
rozmaitymi zachowaniami, sposobami myślenia, systemami oddechowymi,
itd.
Niełatwo było mi się do tego przyznać, ale właściwie jedyne, co
osiągałem to
wzruszenie lub egzaltacja, którą początkowo często brałem za
duchowość przez
duże D.
Czy jest coś
złego w studiowaniu dzieł wschodnich
mistyków lub w przytuleniu się do brzozy? Ależ skądże! Pod
jednym wszakże warunkiem: że
będzie to obok, a nie zamiast... miłości.
Staliśmy na
stacji. BYŁEM W DOMU.
„Krótkotrwałe
zyski czy długofalowe efekty?”
albo
„Niezwykle trudne wybory”
Kiedy
według programu "strzyżyńskiego"
pracowałem wraz z całą grupą przez 10 dni nad Krokami IV i V Programu
AA, ktoś
w pewnej chwili rzucił zdanie, które zrewolucjonizowało moje
rozumienie
problemu wad. Głównie
moich wad, ale oczywiście nie
tylko.
Do tego momentu
wydawało mi się, że jakąś tam ilość wad ja po prostu i zwyczajnie mam.
Często
mówiłem, że "ja już tak mam" albo, "nie jestem święty i jak
wszyscy mam wady". Widziałem te wady
jako coś w
rodzaju dopustu Bożego. Z wadami można było oczywiście walczyć, zmagać
się,
ulegać im, czasami może ograniczać, ale to w zasadzie wszystko.
A tu nagle ktoś zapytał mnie jak używam swoich wad? Jakie mam korzyści
używając
swoich wad? Miałem wtedy wrażenie, że w jednej chwili runął wielki mur,
który
stał na drodze mojego trzeźwienia. Ach, więc to tak wygląda! O to
chodzi!
Nie miałbym żadnego problemu z jakąś ze swoich wad, gdyby używanie jej
nie
dawało mi określonych korzyści czy profitów. Nagle wydało mi
się to takie jasne
i oczywiste. Przecież jakby stosowanie wady dawało jedynie cierpienie,
to bym
jej nie używał- to zrozumiałe. A jakie korzyści? Kłamstwo na przykład
daje
możliwość uniknięcia konsekwencji czy odpowiedzialności- "to nie ja
zawaliłem, to Kowalski", złodziejstwo pozwala mieć jakieś dobra za
darmo,
itd. itp.
Usłyszałem też, że używanie wad daje wprawdzie krótkotrwałe
zyski, ale niweczy
szanse na długofalowe efekty. Zacząłem od tego momentu widzieć wady jako coś w rodzaju skrzynki
z narzędziami. Mam ją
zawsze ze sobą. Ale tylko ode mnie zależy czy jakieś narzędzie wyjmę i
go
użyję.
Tak przynajmniej chcę to
widzieć.
Nie, niestety, nie zaprzestałem całkowicie używania narzędzi z tej
skrzynki.
Jednak świadomość, że tak a nie inaczej to właśnie wygląda, że jest to
mój
wybór, natychmiast odebrała mi komfort korzystania z moich
wad. Życie nie stało
się ani prostsze ani łatwiejsze. Może nawet wprost przeciwnie. Kolejny
tobołek
do bagażu tych rzeczy, za które to ja ponoszę
odpowiedzialność. Nie mogę już z
czystym sumieniem powiedzieć: "wiesz, przykro mi, ale ja już
tak
mam" albo "tak to już ze mną jest" i... mieć problem z głowy.
A szkoda...
Meszuge,
Listopad 2004
JEDNE
DRZWI SIĘ
ZAMYKAJĄ...
Kilka
lat temu poznałam przystojnego młodego człowieka
który przyszedł na mityng bardzo pijany,
zachowywał się agresywnie,
spowodował trochę zamieszania, a potem zasnął na podłodze. Powiedziałam
wtedy,
że niestety stoi on jeszcze na progu, niezdolny do powstrzymania się od
picia
na dłużej. Chce tego, co my już mamy, ale nie potrafi tego zrozumieć.
Cóż,
wyszedł już z tego progu. Umarł dwa dni temu. Płakałam trochę, gdy o
tym usłyszałam. Trudno zaakceptować to, że przez sześć i pół
roku patrzyłam jak
ten człowiek powoli umiera. Niepotrzebnie. Taki młody, wysoki i
przystojny
mężczyzna odszedł.—Szkoda.
Nie
znałam go dobrze, ale widziałam i słyszałam go
gdy
przychodził na mityngi, próbując po raz kolejny znaleźć to,
co my już
znaleźliśmy. Wyczuwałam jego ból, sama czułam się sfrustrowana
bo nie potrafiłam ukazać mu swojego wyzdrowienia w
słowach, które znaczyłyby
coś dla niego. Widziałam smutek i niepokój tych którzy
byli mu bliżsi, kiedy wyrażali swoją bezradność ponieważ on znowu
„tam" był. Dla niego walka się już skończyła.
Przez siedem lat trzeźwości widziałam wielu AA którzy wychodzili z mityngów żeby już nigdy nie powrócić. Niektórzy umarli trzeźwi, z naturalnych powodów albo po ciężkiej chorobie, która zabrałaby ich nawet gdyby nie byli alkoholikami. Inni zginęli w wypadkach które mogą przydarzyć się każdemu. Ale w większości odeszli za wcześnie, za młodo, za pijani. Niepotrzebne wypadki, przypadkowe przedawkowania, samobójstwa. Ile razy słyszeliście jak ktoś mówi -Wiem, że znowu mogę zacząć pić, ale nie wiem, czy uda mi się znowu z tego wyjść? To brzmi strasznie przemądrzale. Ale pomyśl, alkoholiku, nie jesteś nieśmiertelny i następny kieliszek może naprawdę być twoim ostatnim. Pamiętaj, że nie ma pośpiechu i lepiej jest żyć po to, żeby przeżyć jeszcze jeden dzień.
Krystyna
Temat
warsztatu -
„Służby
w Intergrupie”:
Warsztaty, które zwyczajowo już
odbyły się w drugą sobotę miesiąca - 9 czerwca
- o
godz. 15-tej w PIK Regionu
Warszawskiego na Brazylijskiej 10 w Warszawie, przygotowała intergrupa
„Sawa”.
Prowadzący
przygotował wcześniej 5 pytań wiodących a kilkunastu
przyjaciół z AA dzieliło
się swoim doświadczeniem w tym zakresie. A ci, którzy
przyszli jedynie
posłuchać – słuchali. Cennym spostrzeżeniem była wiadomość od
Przyjaciółki, która pierwszy raz była na warsztatach -
nie wiedziała, że każdy może przyjść.
Sądziła, że tylko ci, którzy już pełnią służby. Warto zatem
na grupach, przy ogłaszaniu, podkreślać ogólną dostępność
warsztatów.
Oto
fragmenty
pisemnych i ustnych wypowiedzi na pytania pomocnicze:
1.
Jaki
jest zakres odpowiedzialności poszczególnych służb w Intergrupie?
Rzecznik
– jest inicjatorem służb, koordynuje ich pracę,
współpracuje ze służbami,
reprezentuje Intergrupę
na zewnątrz AA; czuwa jak Intergrupa
realizuje V Tradycję
Z-ca
Rzecznika –wspomaga i zastępuje Rzecznika w ww. zakresie,
Sekretarz
– dba o sporządzanie sprawozdań, protokołów, aby
były czytelne i
umieszczane w wydawnictwach, w internecie;
kontaktuje
się z mandatariuszami grup (tu na przykład sugerowany staż w utrzymaniu
abstynencji
to 2 lata); dba o wieści z grup
Kolporter
– dba aby
literatura była dostępna na Intergrupach
i grupach, w wystarczającej ilości oraz we
właściwym aasortymencie;
ze środków Intergrupy
zapewnia pakiet ulotek
Skarbnik
– dba o finanse, umiejętnie nimi gospodarzy; dba o VII
Tradycję;
współpracuje z kolporterem
Łącznicy
ds.
zespołów – dbają
aby informacje z zespołów
docierały do Intergrupy
i odwrotnie; dbają aby pod
wszelkie głosowania trafiały gotowe materiały na określone tematy;
2.
Zespoły
Regionalne – tu toczy się życie regionu. W jaki
sposób Intergrupa
włącza się w działania zespołów?
Poprzez
delegowanie swoich przedstawicieli do poszczególnych
zespołów, aby przepływ
informacji był w jedną i w drugą stronę zespół – Intergrupa
– zespół; wysyła swoich reprezentantów
z których
tworzone są struktury Regionu, który to obejmuje kilka Intergrup,
„walczy” o różnego rodzaju usprawnienia
i ma w pierwszej kolejności
nieść posłanie na terenie Regionu; następuje wymiana doświadczeń w
zakresie
pełnienia służby
3.
Niesienie
posłania na terenie Intergrupy – w jaki
sposób służby Intergrupy
dbają o nasz
nadrzędny cel: niesienie
posłania alkoholikowi, który wciąż jeszcze cierpi?
Służby powinny dopilnować aby
założenia Intergrupy
były wypełniane; Pełnione są
dyżury przy telefonie i internecie
w PIK, aby
literatura docierała tam, gdzie jest potrzebna, np.
ZK, detoksy; a gdy grupy z jakichś względów nie mogą
wypełniać Tradycji –
organizuje wsparcie; rozdysponowują nadwyżki literatury na niesienie
posłania
do więzień, szpitali.
4.
Tradycje AA – fundament działania Intergrupy.
W
jaki sposób Intergrupa
dba o pogłębianie świadomości
Tradycji w trakcie swoich spotkań i jak dba o przestrzeganie tradycji w
grupach?
Odpowiedzialny
jest Rzecznik ale i
pozostałe służby powinny mu w tym
pomagać i wspierać. Gdy na Intergrupie
omawiane są
tradycje – pogłębia to świadomość jej uczestników.
Mandatariusze mogą
lepiej poznawać tradycje i dbać o ich przestrzeganie w swoich grupach Intergrupa może organizować
różne warsztaty w tym temacie,
aby zwiększać swą świadomość; mogą to być warsztaty tradycji,
kroków; w
kolejnych miesiącach omawiana jest dana tradycja, ze
szczególnym naciskiem na
V; wskazano też na wagę i potrzebę przestrzegania Tradycji I
– pojawiła się bowiem
wątpliwość, czy na przykład pewne poza aowskie
przedsięwzięcia nie są jej łamaniem- o tym za mało
odważnie mówi się na Intergrupie,
zatem Mandatariusze
nie zawsze wiedzą jak do np.
wyjazdów do różnych
miejsc kultowych podchodzić. Wspólnota AA jest wspolnotą
AA. Na te spostrzeżenia przytoczono fragment Preambuły – nie
popieramy
ani nie zwalczamy żadnych poglądów. Niech inni robią to co
robią a my w AA robimy to tak a tak, zgodnie Tradycjami. Czy grupa AA
organizuje rekolekcje trzeźwościowe?-
nie. Niezależne AA się
utrzyma. Niech sobie ktoś niesie
posłanie za pieniądze. Tu rozmawiamy o służbie.
5.
Intergrupa –
JEDNOŚĆ, SŁUŻBA, ZDROWIENIE? W jaki
sposób nasze trzy legaty dziedzictwa znajdują
swój obraz na spotkaniach Intergrupy?
Mandatariusze,
w ramach służby, biorą udział w spotkaniu swojej Intergrupy,
żeby poznać doświadczenia innych i przekazać swoje dla jedności
działania, a to
wszystko dla zdrowienia swojego i innych alkoholików; na Intergrupie
przestrzega się reguł tak, aby ww. nie przeszkadzały w zdrowieniu a
wręcz
przeciwnie – pomagały; przekazywane są informacje:
co
się dzieje na grupach, czy są służby, jak poszczególne grupy
niosą posłanie;
omawia się Tradycje; utrzymujemy się sami.
Dwa
słowa
od siebie.
To
nie były
łatwe warsztaty – Służby w Intergrupie”
-
wychodzę już bowiem poza
swoje podwórko, poza swoja
grupę macierzystą. Niepewnie mogę się czuć, tak jak kiedyś, na
pierwszym mityngu – po co
to, o co tu chodzi, jak oni tu
działają, czy to aby bezpieczne...? To chyba stare, niedobre myślenie.
Chciałem
trochę więcej informacji, zerknąłem
więc do broszurki
„Grupa AA... gdzie wszystko się zaczyna”. Tym razem
niewiele
informacji znalazłem.
Warsztaty
pokazały mi jak dużo spraw jest dla mnie niejednoznacznych,
niezrozumiałych. Jak
bardzo potrzebny jest „poradnik służb”.
Sławomir AA,
mandatariusz grupy „Kontakt”
Anonimowi
kapelusznicy
Siódma
tradycja
Napiszę
o kapeluszu. Obok świecy palącej się na stole, kapelusz pojawia się
prawie na
każdym mityngu. Widziałem ich wiele - niewielkich, w krateczkę, w
paseczki,
wymiętych, z fasonem i bez, prowincjonalncyh,
eleganckich,
szarych i brudnych, kobiecych, słomkowych, wytartych, poplamionych, w
ciapki,
kropki, a nawet z myśliwskim emblematem.
Tyle
różnych kapeluszy, ilu
różnych AA na mityngach - wymiętych i prostych, z fasonem i
bez, zmęczonych
życiem i radosnych, krzykliwych i stonowanych, zielonych i starych,
śmiesznych
i smutnych.
Na
wszelki wypadek, prowadzący
przed przerwą przypomina o kapeluszu, żeby siódmej tradycji
stało się zadość.
Sięgam
wtedy do portfela, i przez
chwilę waham się jaką
monetę wrzucić do kapelusza - tę
cięższą, czy tę lżejszą. A potem w czasie kilku skund
lotu tej monety do kapelusza dokonuje się, niezauważalnie, jedna z
najwspanialszych, najdonioślejszych chwil dla mojej trzeźwości. Staję
się
faktyczną częścią AA.
Zupełnie
dobrowolnie. Mnie, alkoholika, ze świata przymusów wyzwolił
świat
dobrowolności. Zupełnie dobrowolnie zacząłem stawiać pierwsze Kroki
naszego
Programu. Gdy mam wyjść na mityng, pokonując niechęć i wyobraźnię
podsuwającą
alternatywne, wygodniejsze sposoby spędzania czasu - to wychodząc
dokonuję aktu
zupełnie dobrowolnego. Nikt nie zmusza mnie do tego, żebym poszedł na
mityng.
Może poza głosem sumienia.
Jeśli
rano zaczynam się modlić,
jeśli czytam nasze refleksje, to robię to zupełnie dobrowolnie. Gdy
umawiam się
ze sponsorem - to dlatego,
że chcę to zrobić, a nie
dlatego, że on mi każe. Znów działa zasada dobrowolności.
Nawet jeśli
w głębi duszy czuję, że wisi też nade mną rodzaj bata (wiem, do czego
dojdę,
kiedy przestanę wykonywać wszystkie wspomniane czynności), to jednak
zasada dobrowolności
obowiązująca w AA jest dla mnie ratunkiem.
Wiem,
co by było, gdyby tylko
ktoś KAZAŁ mi chodzić na mityngi.
Kapelusz
jest dla mnie czymś
więcej, niż przedmiotem, pozwalającym wygodnie zbierać nasze dobrowolne
datki.
Jest dla mnie symbolem. Metaforą Wspólnoty.
Po
pierwsze jest znakiem
dobrowolności. Nie ma składek, ani opłat - ot leży kapelusz, a kto ma
ochotę,
może się zrzucić na trzeźwość. Dla siebie i innych.
Po
drugie jest dla mnie symbolem
drogi - odwrócony kapelusz kojarzy się z żebrakiem siedzącym
na ulicy i
proszącym przechodniów o datki.
Zatem
ten właśnie odwrócony
kapelusz, żebraczy, odwrócony spodem do góry,
przypomina mi gdzie byłem, albo
gdzie mogę się znaleźć. Przypomina o tym, dlaczego jestem na mityngu. I
w końcu
ten kapelusz, żebraczy kapelusz, jest symbolem niezależności. To nie
jest
konto, skarbonka, to nie "dar od fundacji", to nie wynik
przychylności władz, autorytetów, komisji,
samorządów, to po prostu NASZ
kapelusz, wspólny kapelusz. Nie ma "dotacji", to i nie ma
"zobowiązań". Jestem wolny, wrzucając datki do kapleusza!
Ten kapelusz chroni mnie przed pychą, przed pragnieniem władzy, przed pragnieniem posiadania pieniędzy. Ten kapleusz... przynosi mi WOLNOŚĆ. Właśnie tak, jak Siódma Tradycja.
Tomek
AA
Tradycje
wymagały perswazji!
Pierwszy odbiór Tradycji był
interesujący i
zabawny. Reakcja była mieszana, najdelikatniej mówiąc. Tylko
grupy w wielkich
kłopotach odebrały Tradycje poważnie. Z niektórych
stron nastąpiła gwałtowna
reakcja, szczególnie ze strony grup, które już
miały długie listy "ochronnych"
przepisów i regulaminów.
Wiele było obojętności. Szereg
spośród naszych "intelektualnych" członków głośno
wołało, że Tradycje
po prostu odzwierciedlają sumę moich własnych nadziei i obaw
dotyczących Anonimowych
Alkoholików.
Zacząłem więc
podróżować i
wiele rozmawiać na temat nowych Tradycji. Ludzie byli z początku
uprzejmie
uważni, chociaż musze wyznać, że niektórzy zapadali w
drzemki w czasie moich
wczesnych tyrad. Po
jakimś jednak czasie zacząłem
dostawać listy zawierające takie oto wyznania: "Bill, bardzo
byśmy
chcieli, żebyś do nas przyjechał przemawiać. Opowiedz
nam, gdzie kiedyś
chowałeś swoje flachy i
o tym swoim wielkim nagłym
duchowym olśnieniu, którego doznałeś. Ale na litość Boską
nie mów już więcej o
tych nieszczęsnych Tradycjach!"
Czas to wszystko odmienił. Zaledwie w pięć lat później kilka tysięcy członków AA, spotkało się na Konwencji w Cleveland w 1950 roku, zadeklarowało, że Dwanaście Tradycji AA stanowi platformę, na której nasza Wspólnota może najlepiej funkcjonować i trzymać się razem w jedności po wsze czasy.
Bill
W.
Magiczny
klucz”
Wybierając cytaty
„górki” do lipcowego numeru biuletynu,
zatrzymałam się na dłużej na
tej linijce tekstu z „Codziennych Refleksji” na
lipiec: „Może
dobrze byłoby, gdybym spróbował ustalić, co stanowi
„magiczny klucz”
do moich „dobrych dni” i używał go też w
„złe
dni”?”
Kiedyś
uważałam, że alkohol
jest najlepszym a po jakimś czasie wręcz niezastąpionym
„magicznym
kluczem do dobrych dni”. To on dawał mi ulgę po ciężkim dniu.
To on
pokonywał za mnie strach przed ludźmi. To on był nieodzownym
towarzyszem dobrej,
wesołej zabawy. Niepostrzeżenie, podstępnie i wszechogarniająco
zamienił moje
życie w koszmar. Już nie było dobrych dni. Nie było nawet dobrych
chwil. Świat
na głowę walił mi się na głodzie alkoholowym, Był obcy i wrogi na kacu.
W ciągu
alkoholowym wkraczałam w niebyt - świat przestawał isnieć.
Na koniec już przyszły tylko same złe dni. A ja w tym świecie nie
potrafiłam
żyć – chciałam odejść.
Dziś
moim „magicznym
kluczem” do dobrych dni jest rozmowa z Bogiem (jakkolwiek Go
pojmuję)
– czasem jest to żarliwa modlitwa, w innej chwili pogawędka
jak ze
starym, dobrym, wyrozumiałym znajomym. Gdy pytam Go, jak
pokonać
dzisiejsze trudności, kłopoty, zły nastrój czy poczucie
samotności, dostaję
podpowiedź, przypomnienie – i nie czekam długo. Dowiaduję się
(a raczej
doznaję w mózgu jakby olśnienia), że muszę sama zdobyć się
na wysiłek i wykonać
Jego „zadanie” – poczytać przez chwilę
literaturę, zadzwonić
do sponsorki lub
któregoś z przyjaciół, iść na
mityng, włączyć płytę z ulubioną muzyką, kupić sobie lody
albo jakiś inny drobiazg, zwyczajnie odpocząć lub obejrzeć dobry film.
Bywa też
tak, że zły dzień jest tak bardzo złym dniem, że nie mam ochoty nikogo
widzieć,
wszystko jawi mi się wrogim, podłym i nie do pokonania. Czuję wtedy, że
cienka
linia dzieli mnie od rozpaczy i poczucia bezsensu. Gdy tylko zapytam: Boże co robić? – to pomoc
przychodzi też z zewnątrz - jakby sama. Wtedy ktoś zadzwoni,
porozmawia,
rozwieje chmury. Albo usłyszę na mityngu rozwiązanie w sugestii
przyjaciółki
czy przyjaciela – jakby wypowiedziane przez nich słowa były
przygotowane
specjalnie do moich myśli.
Mój
„magiczny
klucz” zawarty jest w naszej Modlitwie o Pogodę Ducha. Znałam
mnóstwo
modlitw i różnie je odmawiałam. Dziś twierdzę,
że to dzięki tym
modlitwom Bóg postawił na mej drodze ludzi,
którzy mnie dziś wspierają. Pokazał
drogę do Wspólnoty AA.
„Modlitwę o Pogodę Ducha” poznałam dopiero we Wspólnocie – jest w niej to, czego przez całe życie brakowało mi w modlitwach odmawianych od dzieciństwa. To właśnie stały kontakt z Bogiem poprzez NIĄ pozwala mi zamieniać „złe dni” w dobre. Bo w Bogu – Moim Bogu - odnajduję miłość, nadzieję. A jeśli mnie doświadcza, to wiem, że robi to w swej mądrości – staram wtedy odnaleźć w trudnościach życia Jego słowo do mnie. I wtedy jest łatwiej, spokojniej.
Pozdrawiam
radośnie. Gosiali
TO,
KIM DZIŚ JESTEM,
ZAWDZIĘCZAM BOGU,
ALE
TO, KIM SIĘ
STAJĘ, TO MÓJ DAR DLA BOGA
Tytuł zaczerpnięty z cytatu z Grapevine 4/2001
Kiedy
rozpoczynamy dyskusję na temat
duchowości, nasze myśli łatwo kierujemy do czegoś większego niż my sami. Wspominamy chwilę, gdy
wstąpiliśmy do AA, gdy
uświadomiliśmy sobie działanie Siły Wyższej w naszym życiu, gdy od
tamtego
momentu pragnienie duchowości zagościło w naszych sercach. Jednak
kiedy zaczynamy podejmować działania w naszej
wspólnocie / albo poza nią
/, może się zdarzyć, że zapominamy o doświadczeniu pierwszych
mityngów.
Przekonani o własnej nieomylności nie potrafimy korzystać z doświadczeń
poprzedników, nawet nie jesteśmy zainteresowani poznaniem
skutecznych metod
przechowywanych dla nas przez służby AA na całym świecie. Sami dla
siebie
stajemy się autorytetami. Chyba nie o tym mówi nasza 2
Tradycja. Program
wspólnoty AA nie ogranicza się do nader praktycznych porad,
lecz zachęca
alkoholika do ujrzenia swego miejsca w świecie. Pokazuje jak wielu z
nas
próbuje wiary dopiero wtedy, gdy kończy się okres
samowystarczalności. Służba traktowana
jako zło konieczne /często zupełnie odrzucana/
staje się źródłem ciągłego niezadowolenia, malkontenctwa a
również antypatią do
innych ludzi. Ujawnia słabości, niezdolność do opanowania emocji. Łatwo
zapomnieć, że jedność, trzeźwość i pogoda ducha wzajemnie się splatają
i
warunkują. W jedności naszej wspólnoty musimy odnaleźć ducha
by w każdym swoim
działaniu doświadczać duchowości programu nie tyle poprzez mandat,
szukając
zarobku czy wydając obce fundusze, lecz stosując się do pozostawionych
w
dziedzictwie zasad zwanych Tradycjami AA. I tak Tradycja 8 przypomina,
że
pieniądze nie kolidują z treścią Kroku 12. W niej przebiega linia
podziału
między dobrowolnością służby podejmowanej bez oczekiwania na finansowe
gratyfikacje, a profesjonalną pracą, która jest opłacana.
Uczy nas tylko, że
duchowe aspekty pomagania innym alkoholikom powinny być
zwrócone wspólnocie AA
jako część tego co otrzymaliśmy, kiedy stawaliśmy się jej
cząstką. Egoistyczne oczekiwanie tylko na czerpanie korzyści ze
wspólnoty, choć
spotykane, nie znajduje już poklasku. Tradycja 9 wyjaśnia nam, że
indywidualnie
i zbiorowo członkowie AA nie podlegają jakimkolwiek nakazom,
jakiekolwiek
komórki służb AA, rzecznicy, mandatariusze, nie mogą wydawać
poleceń grupom i
poszczególnym członkom. Wierzymy, że program AA działa bez
stosowania przymusu.
Intergrupa
, Region czy Konferencja, jest spotkaniem,
którego uczestnicy zgadzają
się/ lub nie/, że pewne działania będą dobre dla przyszłości AA i jej
członków.
I w tym zawiera się różnica między duchem służby i duchem
władzy. Naszym celem
jest nieść posłanie trzeźwości tym, którzy tej trzeźwości
pragną. Zrozumiałe więc,
że aby efektywnie pełnić swe zadanie,
członkowie AA powinni mieć solidną własną trzeźwość i niezbędną wiedzę
dotyczącą Tradycji i Koncepcji Służby Światowej niezależnie od poziomu,
na
którym podejmują służbę. Jeśli jest podejmowana z dobrą wolą
i właściwym celem,
pozostaje satysfakcja i znaczenie ma nie tylko praca
ale
i sposób jej osiągnięcia. W miarę osiągania kolejnych
poziomów służby coraz
bardziej świadomie zwracamy oczy ku zaufanym sługom, których
wspólnota
obdarzyła zaufaniem po to aby
wykonywali te zadania,
których jedni nie mogą a inni nie chcą wykonywać. Każdy
sponsor jest z
konieczności liderem choć
ta rola niesie w sobie
ogromną odpowiedzialność, często wyznaczającą granicę między życiem i
śmiercią.
Wielkie znaczenie może być przypisane wszystkiemu
co
taki opiekun mówi lub robi, czy potrafi przewidywać reakcję
nowego członka
wspólnoty. Ocena korzyści płynących ze współpracy
ze sponsorem jest łatwo
zauważalna. Ci, którzy ich mają są najlepszym przykładem.
Duchowa satysfakcja
wynikająca ze służby ma swoje korzenie w duchowym przebudzeniu, o
którym mówi
Krok 12. Jest właściwie potwierdzeniem przemiany i choć we
wspólnocie AA można
znaleźć ogromną ilość duchowej satysfakcji to jednak żadna nie jest
większa niż
satysfakcja płynąca z widoku zmiany postawy nowych
przyjaciół. Jest taki
fragment w naszej literaturze, który mówi, że po
etapie wprowadzania w swoje
życie Kroków - nawet częściowe - nasze wyobcowanie zaczyna
znikać a zaczyna się
etap integracji. Znaczy to, że musimy zapomnieć o naszej
egocentryczności,
która niekiedy jeszcze daje o sobie znać - nawet w okresie
służby dla innych -
i przypomnieć słowa Billa
W. na
temat Pierwszej Tradycji: "Bez jedności serce AA
przestanie bić a
nasze światowe arterie przestaną być kanałami Łaski Bożej. Ten dar Jego
dla nas
nie spełni swego przeznaczenia. Alkoholicy zaś mogliby wtedy zauważyć w
swych
wymówkach do nas: widzicie
jaką wielką rzeczą mogłaby
być wspólnota AA. "
***
........ Coraz częściej spotykam się z informacją o tym, jak ktoś ze znaczną ilością lat trzeźwości niechętnie wypowiada się o służbach AA. Mówi, że "te całe służby" są niepotrzebne, to przerost ambicji "działaczy", za ich czasów tego nie było i temu podobne opinie. Wygląda na to, że niektórzy starzy członkowie /weterani/ nie za bardzo chcą odnaleźć sens nowej rzeczywistości. Niby nic w tym tragicznego, choć szkoda, że te opinie znajdują posłuch u nowych, którzy już na początku swej drogi są niechętnie nastawiani do służb. Zdaję sobie sprawę jak wiele wysiłku musiałem włożyć aby przebić się przez sferę własnych wyobrażeń czym jest AA, ile trzeba było trudu aby stworzyć system poznawania doświadczeń AA z całego świata. Jak często doświadczenia alkoholików z macierzystego mityngu stawały się dla mnie niewystarczające. Jeśli ma być rozwój to przecież warto zapoznać się z zawartymi w literaturze AA doświadczeniami tych, którzy wyzdrowieli, tych, którzy osiągnęli sukces trzeźwości Ale aby taka informacja dotarła do potrzebujących niezbędni są ludzie, którzy tego dokonają i przekażą. To cel naszych służb. Jest też niestety prawdą, że ostatnio w nasze zespoły wstąpił chyba nie do końca dobry duch. Atmosfera spotkań się zagęszcza. Nieustanne polemiki, argumentacje, niecierpliwość. Kwitnie kunktatorstwo, pustosłowie i brak własnych zobowiązań. Jaki to stanowi obraz dla coraz częściej pojawiających się nowych AA ?. Zapomina się, że "być na nie" potrafi każdy a to nie jest ważne /przekora jest rzucającą się w oczy cechą większości alkoholików -"12x12"/ Spotkania służb to miejsce, gdzie mamy okazję aby pokazać ile z programu AA faktycznie zdołaliśmy przyswoić, to praktyczna weryfikacja wyobrażeń o sobie i własnych możliwościach. Tak sobie myślę, że właśnie nasze służby regionalne potrzebują rozwagi, doświadczenia i wiedzy naszych weteranów. Literatura AA dostarcza nam informacji jak wiele niepokojów, awantur przeżyli nasi poprzednicy. To oni ukuli słowo "krwawiący diakon" ale też pokazali, że ten stan można przeżyć, zostać wspaniałym liderem i przynieść wiele dobrego dla wspólnoty. Aktywność, poświęcenie, entuzjazm obecnych oponentów oraz spokój i wiedza weteranów to najlepszy składnik postępu w AA. Obyśmy tylko chcieli być razem.
Barmin
Kilka
słów o modlitwie,
czyli
szukajmy tego co łączy a
nie dzieli.
Mam
to szczęście, że swoje trzeźwienie rozpocząłem w Polsce. Dzięki temu
ominęły
mnie polemiki na temat modlitwy na zakończenie mityngu
jaka
odbyła się w Stanach. / Jej obrazem były artykuły
zamieszczone w
biuletynie AA GRAPEVINE a po przetłumaczeniu w warszawskim biuletynie
MITYNG/
Przez lata, do dnia dzisiejszego, nie spotkałem dotąd ani jednej osoby,
która
by kwestionowała Modlitwę o Pogodę Ducha. Jeśli jest coś co
łączy ludzi naszej wspólnoty to Modlitwa o Pogodę Ducha ma w
tym duży udział.
Zupełnie za
to nie rozumiem od kilku lat
ponawianych prób aby
wprowadzić na nasze mityngi
Modlitwę „Ojcze Nasz”. Jest odbierana
jako
deklaracja chrześcijańska a stąd wzbudza niepotrzebnie emocje
wśród innych
wyznawców. Zaczyna się coś na kształt rywalizacji, pojawiają
złe sądy . Bezwyznaniowi
tracą grunt pod nogami. Robi się
niepotrzebny ferment.
Po co to? Tylko dlatego,
że gdzieś..?
Przed laty po
spotkaniu „7” w
Jastrzębiu ówczesny przewodniczący Rady
Powierników zaproponował wspólną
Modlitwę o Pogodę Ducha. To był szok. Jeden wielki chaos. Wszyscy
mówili
inaczej. W grupie warszawskiej podjęliśmy wtedy inicjatywę
aby w imię jedności wspólnoty mówić
tekst dostępny w ZDROJU, różny od tego
który był mówiony w Warszawie. Za jakiś czas, nie
bez oporów, nowy tekst się przyjął
, spotkał się raczej ze zrozumieniem. Mimo to
znalazło się kilku alkoholików mających inne zdanie.
Możliwe, że do
dzisiejszego dnia mówią po staremu. Nie znam wszystkich ale
o takim mityngu słyszałem. No cóż!!! Jeśli tak
mówiona modlitwa pomaga im
zachować trzeźwość, to nikt nie będzie wzniecał walk o naprawianie.
Jedno jest
pewne. Naszą Tradycją stało się, że na oficjalnych spotkaniach AA
odmawiamy
tekst ze ZDROJU.
Przez
moment wyobraziłem sobie, że ktoś z Ameryki przyjedzie do Warszawy na
mityng
AA, gdzie odmawia się starą wersję Modlitwy o Pogodę Ducha a potem
wszystkim
będzie oznajmiał, że tak się mówi w Polsce. Nic bardziej
mylnego.
Podobnie
odnoszę się do informacji o modlitwie
„Ojcze Nasz” Pewnie są mityngi, gdzie się ją
odmawia, jak również
inne, gdzie jest Modlitwa o Pogodę Ducha. Mamy to szczęście w Polsce,
że możemy
korzystać z naszych własnych doświadczeń, nie musimy sprowadzać
kontrowersyjnych
wzorców.
Chcę tu
zaznaczyć, że Modlitwę „Ojcze
Nasz” znam od dzieciństwa. Towarzyszyła mi w trudnych latach
picia, kiedy
„nie wierzyłem”, kiedy czułem się zupełnie
osamotniony, bez szans
na przetrwanie. Z nią są związane moje najbardziej intymne marzenia i
prośby.
Nigdy nawet do głowy mi nie przyszło, że z nią mogą się teraz wiązać
bluźniercze wspomnienia.
Gwałt
jest na tyle tragicznym przeżyciem, że
jako przestępstwo jest odpowiednio karany. Ja poczułem się gwałcony,
kiedy na
zakończenie Zlotu w Krakowie zostaliśmy wezwani do Modlitwy
„Ojcze
Nasz”. Nikt wokół mnie i ja sam nie byliśmy do
tego przygotowani. Obok
mnie innowierca z wyraźnym niesmakiem, niedowierzaniem szeptał słowa,
które nie
były modlitwą. Czułem się obrażany, poniżony. Najbardziej na tego
co wezwał; czułem, że zostało sprofanowane coś, co było
dla mnie
świętością. Na dodatek zaczął mi wydzwaniać telefon
komórkowy. Nie wiedziałem,
przerwać krąg? odebrać ? Mówię
słowa, a w duszy chaos.
A potem, za kilka dni, znów jeden z weteranów
wzbudził podobne emocje. Do dziś
nie wiem po co? Jeśli
ktoś chce na mityngu osiągać
wzburzenie to wystarczy proponować „Ojcze Nasz”.
Nie wszyscy
alkoholicy mają uregulowana postawę wobec wiary. To dla wielu dopiero
przyszłość.
Od tej pory Modlitwę ”Ojcze Nasz” odmawiam kiedy jestem sam albo wśród ludzi, o których jestem przekonany, że i dla nich jest ona świętością. Np. w kościele. Nie mogę narażać swoich uczuć na profanacje. Ostatnio byłem na mszy organizowanej przy okazji rocznicy grupy. Gdy wspólnie odmawialiśmy modlitwę „Ojcze Nasz” czułem, że to było to miejsce, ten czas i ci ludzie.
Pozdrawiam
Marek 02 06 2007
Duchowość
i „szamaństwo”
Kolejny
raz spotkaliśmy się w Psiej Dziurze (jedno z kilku miejsc w Polsce, w
którym
takie warsztaty się odbywają), żeby popracować nad Krokami, czyli jak
to
ostatnio modnie jest nazywać, „żeby podłubać w
Programie”.
Programie 12 Kroków Anonimowych Alkoholików rzecz
jasna.
Za pracą,
zwłaszcza ciężką, specjalnie nie
przepadam, zresztą, ileż można tyrać!? Żeby jednak nie poddać się
gnuśnemu
lenistwu postanowiliśmy czas spędzić twórczo, a najlepiej
wzniośle i duchowo.
Pierwszą sugestię przedstawił Książę, proponując abyśmy wybrali się na
spacer
po okolicznych polach i lasach, całą grupą, ale żebyśmy podczas tej
wycieczki
zachowali całkowite milczenie, czyli nie odzywali się do siebie ani
słowem.
Książę wspomniał, że kiedyś robił już coś podobnego z inną grupą. On
wprawdzie
niczego szczególnego wtedy nie doświadczył, ale pozostali
członkowie jego
paczki byli ponoć zachwyceni.
Malutka była
uradowana, Puchatek marudził
umiarkowanie, Wielebny kipiał entuzjazmem, a reszta właściwie zrobiłaby
wszystko, żeby się tylko od „krokowych”
materiałów oderwać. Jako,
że kusiła nas jeszcze szansa jakiegoś niezwykłego przeżycia duchowego,
wyruszyliśmy niezwłocznie.
Szybko
okazało się, że milczenie nie sprawia nam
żadnego problemu. Co więcej, nieomal od pierwszej chwili unikaliśmy
nawet
kontaktu wzrokowego, jakby skrępowani tym, co tu wyczyniamy.
Malutka,
całkiem niezła aktorka tak w ogóle, kilka
razy przybierała pantomimiczną pozę niemego zachwytu, ale kiedy
zorientowała
się, że nikt nie zwraca na nią uwagi, z wyraźnym żalem przestała.
Lato w całej
krasie, przyroda umiarkowanie skażona
puszkami, butelkami, gnijącymi kanapami i wieńcami pogrzebowymi, tak więc wszystko byłoby w
porządku, gdyby nie członkowie
mojej przesympatycznej grupy, kręcący się w pobliżu. Wyraźnie mi
przeszkadzali
podczas tej eskapady. Później okazało się, że nie tylko mnie.
Dopiero
godzinę po powrocie do ośrodka w Psiej
Dziurze z rozbawieniem zdałem sobie sprawę, że ten nasz skomplikowany
eksperyment, który dostarczyć miał jakichś specjalnych
przeżyć, realizowany
jest codziennie, przez miliony ludzi, którzy chodzą po
prostu ulicami czy
alejami parkowymi, w stosunkowo niewielkiej odległości od innych obcych
osób i
nie odzywając się do nich. No, dobrze...
Kolejny
pomysł miał Nieżywy. Tym razem mieliśmy
zastosować coś sprawdzonego- wybraliśmy się całą paczką przytulać się
do
brzozy. Dokładniej to do brzóz, bo zgodnie z zasadami każdy
miał znaleźć sobie
swoją. Przytulanie było w całej pełni (wymowne milczenie, rozmarzony
wzrok, itp.) kiedy
zdaliśmy sobie sprawę, że niektórzy z nas
przytulają się do pobielonych wapnem jabłonek. Cóż, jesteśmy
w większości
ludźmi z dużych miast, więc... Na szczęście ciuchy dały się doprać.
Jednomyślnie
odrzuciliśmy sugestię Górala, który
twierdził, że rozcieranie w palcach mrówek i wąchanie ich
zwłok dostarcza
niezapomnianych przeżyć, ale za to wybraliśmy się na
„rykowisko”.
Na
niewielkiej polance, pojedynczo i grupowo, ile
sił w płucach, nawoływaliśmy swoich bliższych i dalszych krewnych,
znajomych i
powinowatych i w ogóle każdego, kto w naszym mniemaniu
mógł nam pomóc (forma
pomocy nie została sprecyzowana) w pracy nad Programem.
Wydzieraliśmy
się potwornie i niewątpliwie psiodziórzanom
(tubylcom) dostarczyliśmy kolejnej pożywki
do rozmyślań na temat „miastowych”, ale mimo to
wątpię, żeby te
ryki dotarły do któregokolwiek z adresatów. No,
dobrze...
Turnus
nareszcie dobiegł końca i wyruszyłem w powrotną drogę. Bardzo długą
zresztą, bo
z mojego punktu widzenia Psia Dziura jest gdzieś na drugim końcu
Polski. Dziś
za te 9 godzin nużącej podróży wdzięczny jestem Bogu z
całego serca. Był to bowiem
czas wyjątkowy, czas dla mnie. Nawet gdybym
chciał, nie byłbym w stanie zakłócić go filmem w TV, grą
komputerową, mityngiem
AA, spotkaniem towarzyskim, itp.
Rozmyślałem o
duchowości, o moim rozumieniu tego
pojęcia, jego ewolucji i o odkryciu, którego właśnie
dokonywałem. Ale czy
rzeczywiście ja sam?
Był taki czas, gdy duchowość kojarzyła mi się z seansami spirytystycznymi, albo ewentualnie śpiewającymi kolędy zakonnicami. Zakonnice w tej