MITYNG 08/122/2007
DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO
Ludzie dzielą
się na głupich i mądrych, nie dlatego że jedni są
wykształceni bardziej a drudzy mniej. Ci mądrzy potrafią uczyć się na własnych błędach,
a głupi popełniają ciągle te same -
powiedział mi kiedyś przyjaciel. Podobne zdanie można znaleźć w książce
„Anonimowi Alkoholicy”: alkoholik przypomina w pewnym sensie
szaleńca… Również wśród niealkoholików
spotykałem podobnych szaleńców. Widziałem błędy innych ludzi,
lecz znacznie mniej jasno własne. Teraz patrząc wstecz nie mogę pojąć jak to
było możliwe, że byłem głupcem. Z jakiegoś powodu nie widziałem tego co dziś.
Akceptacja
alkoholizmu nie przyszła do mnie z mojego wyboru. Po prostu nie miałem innego
wyjścia, zostałem zmuszony do przyznania się otoczony beznadzieją, samotnością,
niechęcią do życia, ogromem kłopotów i klęsk własnego autorstwa. Nikt mi na
siłę nie wlewał!
Nie odżył bym
bez pomocy wielu życzliwych ludzi: lekarzy, psychologów, terapeutów, sponsora
AA, wspólnoty i Bóg tylko jeden wie dzięki komu
jeszcze jestem trzeźwy od kilku lat. Wykrztuszę to wreszcie: jestem szczęśliwym
alkoholikiem, mimo wszystko.
Recepta AA, ta prosta metoda zdrowienia, codziennie powtarzana działa!
Wakacje to również okazja
do niesienia posłania AA, tam gdzie wypoczywacie. W wielu, nawet małych miejscowościach odbywają
się nasze spotkania AA. Zanim odkręcisz czy odkapslujesz
- zadzwoń do przyjaciela, zanim wyjedziesz, sprawdź gdzie są mityngi, weź
literaturę, nie pozostawaj sam wśród pijących. Każde pomieszczenie ma drzwi. Od
ciebie zależy wybór.
Zapamiętałem te zasady i stosuję z dobrym skutkiem.
Acha, jest jeszcze modlitwa! Pogody Ducha!
lechu02
Akceptacja
Miałem
zły dzień a właściwie tydzień. Stałem wściekły na przystanku autobusowym przy
dworcu kolejowym. Paliłem już chyba drugiego. Oczywiście autobusu nie było.
Pewnie będzie tłok - projektowałem. Wszystko było w poprzek, bo nie naprawili
mi samochodu w kolejnym już warsztacie, a koszty rosły jak szalone.
Stałem tak obserwując ludzi, zastanawiałem się czy
oni mają podobne problemy jak ja.
W pewnej chwili spostrzegłem nadjeżdżającego na
wózku inwalidę. Poruszał się z trudem, zagarniając pokrzywionymi nogami chodnik
pod wózek. Całe jego ciało było powykrzywiane w tragiczny sposób. Ręce
przypominały raczej znaki zapytania niż narządy chwytu. Jakimś nadludzkim
sposobem obejmował znacznych rozmiarów torbę podróżną. Pewnie
„wysiadł” z pociągu i też „przyszedł” na przystanek.
Musiał podróżować sam, bo nikogo nie widziałem obok niego. Głupio mi było gapić
się, ale kątem oka zerkałem na niego. Do głowy przyszła mi myśl - któremu z nas
dwóch dzisiaj trudniej?
Mnie pewnie kiedyś samochód naprawią, kasę pewnie
też uda mi się zebrać. A on?
Jeszcze przez chwilę próbowałem sobie wyobrazić
jak on sobie radzi w tej podróży?
Zerknąłem na wysokie schody dworca od strony z której przyjechał na swoim wózku.
Dalej już nic nie umiałem sobie wyobrazić,
zatłoczonego autobusu, potrzeby skorzystania z toalety i właściwie niczego co musiałbym pokonać będąc na jego miejscu.
A mimo to nie miał na twarzy złości czy zmęczenia. Wydawało mi się że jest dumny z siebie i bardzo naturalny. Podziwiałem go. Ech te moje problemy - mój alkoholizm wydał mi się maleńką opryszczką na końcu pleców.
AA.
Dlaczego nie ?
Mam na imię Piotr i jestem Alkoholikiem
Na jednym z mityngów
usłyszałem jak jeden z przyjaciół opowiadał o swoich wrażeniach z pierwszego mityngu.
Pamiętam, że moje były podobne. Na stole leży kapelusz, więc pewnie trzeba
wrzucić tam jakąś kasę ciekawe tylko czy określoną składkę czy dobrowolną.
Jeden gość siedzi na środku przy tym stole i wyznacza tego
kto akurat ma coś powiedzieć pewnie jest największym udziałowcem w tym
kapeluszu. Do wypowiedzi zgłaszają się tacy co to już
lata nie piją ( tak twierdzą ale ja im nie wierze, oni po prostu też mają
udział w kapeluszu i tylko wygłaszają wyuczone teksty) reszta siedzi i słucha i
za to słuchanie wrzuca do kapelusza pieniądze. Tak widziałem zdrowienie w AA.
Uczęszczając na mityngi dowiedziałem się z biegiem czasu jak mylny był mój
osąd, i jak się okazuje nie tylko mój.
Czytają ósma tradycję zacząłem się zastanawiać dlaczego
Wspólnota AA właściwie nie stara się zarobić na swojej działalności. Jej
członkowie są przecież najlepszymi specjalistami od alkoholu, i wiedza jak
przestać pić. Często nie pija przez wiele lat. Dlaczego nie sprzedać tej wiedzy
innym ludziom, którzy nie mogą poradzić sobie z własnym piciem.
Przecież oni byli by skłonni zapłacić duże pieniądze za sprzedanie
tajemnicy niepicia. Ja zrobiłby z tego dochodowy interes, tak sobie pomyślałem.
Na ostatnim mityngu naszej grupy pojawił się młody człowiek, powiedział,
że jest po raz pierwszy na mityngu. Podziwiałem jego odwagę, sam pamiętam jak
to było za pierwszym razem. Po mityngu jeden z przyjaciół podszedł do mnie i
powiedział „zaopiekuj się nim” i wskazał dyskretnie na nowicjusza.
Podszedłem do chłopaka i zacząłem z nim rozmawiać, wymieniliśmy kilka uwag o
mityngu, i takie tam rożne gatki, niby nic wielkiego ale
poczułem coś dziwnego w swoim sercu. Poczułem się potrzebny temu młodemu
człowiekowi, rozmowa z nim sprawiła mi wielka radość, wiem, że będę z
niecierpliwością wypatrywał go na następnym mityngu naszej grupy.
W trakcie naszej krótkiej rozmowy ani razu nie pomyślałem o sprzedawaniu
wiedzy na temat nie picia. Z mojego dochodowego interesu nici, ale mam coś
znacznie cenniejszego, radość w sercu bo byłem komuś w
tym dniu potrzebny i ten ktoś potrzebny był mi. To uczucie jest dla mnie
cenniejsze niż wszystkie pieniądze świata.
Dziś wiem, że Wspólnota AA to nie tylko ten jeden mityng na którym akurat byłem, ale że jest to wielka światowa organizacja utrzymująca się z dobrowolnych datków swoich uczestników.
Pozdrawiam
Piotr AA
Młody
"otrzeźwieniec",
czyli jak
włączyć się w nurt życia
Mam na imię George i
jestem alkoholikiem. Dzięki łasce Boga i pomocy Wspólnoty AA od 24 grudnia 1978
roku zachowuję trzeźwość. I za fakt ten odczuwam autentyczną wdzięczność.
Przestałem pić jako „dojrzały młody
człowiek’ - w wieku dziewiętnastu lat. Miało to miejsce w San Diego w Kalifornii. W owym czasie we Wspólnocie było bardzo
niewielu członków poniżej dwudziestego piątego roku życia - większość mieściła
się w przedziale między trzydziestką a pięćdziesiątką („stare ramole”!). Toteż nijak nie mogłem utożsamić się z ich
przeżyciami i doświadczeniami - nie siedziałem w więzieniu, nie wyrzucono mnie
z pracy, nie utraciłem miłości żony itd. Z podobnych
powodów nie byłem też w stanie odnieść do siebie wielu treści zawartych w
Wielkiej Księdze. To naprawdę był nie lada problem - czułem się „inny i
wyjątkowy’. Któregoś dnia pewien doświadczony członek Wspólnoty
zasugerował mi, żebym próbował doszukiwać się raczej podobieństw, a nie różnic.
Mądrość tego zalecenia i płynące z niego korzyści uzmysłowiłem sobie w pełni
dopiero w czwartym czy piątym roku mojego niepicia. Bo widzicie, cała rzecz w
tym, że ja trzymałem się tylko tego, co mi pasowało i było niezbyt uciążliwe.
Próbowałem zmienić Program „na swoją modłę”; zamiast się do niego
stosować, chciałem, żeby to on dostosował się do moich potrzeb i wymagań.
Rezultat takiego podejścia do sprawy - i wynikających zeń działań - był taki,
że mimo ciągłego zachowywania abstynencji coraz dotkliwiej pogrążałem się w
chorobie i często czułem się nawet gorzej niż wtedy gdy
piłem. Tuż przed zbliżającą się czwartą rocznicą abstynencji wyszedłem z domu z
zamiarem upicia się. Ból istnienia, poczucie winy i wyrzuty sumienia osiągnęły
wówczas taki stopień intensywności, że nie widziałem dla siebie innego
rozwiązania. Wtedy wierzyłem, że zrobiłem wszystko, co było w mojej mocy -
tyle, że pod swoim własnym przewodnictwem i kierownictwem (a przecież nieraz
mówiono mi, że kiedy samemu jest się dla siebie sponsorem, to jest się
sponsorowanym przez idiotę). Łaska Boża sprawiła, że
zanim sięgnąłem po kieliszek, na swojej drodze spotkałem anioła, który do tego
nie dopuścił Opowiadam Wam to wszystko po to, żeby podkreślić, że to nie z AA,
tylko ze mną coś było nie w porządku. AA nie ma obowiązku nawracać się na mój
punkt widzenia - to ja mam przyjąć taki sposób myślenia, jaki proponuje Wspólnota: jeśli chcę żyć w zdrowiu, w szczęściu i w
trzeźwości. To samo dotyczy Wielkiej Księgi: nie wszystko, co w niej napisano,
odpowiada zachciankom mego rozbuchanego ego; lecz winienem
zgłębiać ją tak długo, aż się w niej (gdzieś, kiedyś) odnajdę - bo to dopomoże
mi znaleźć również rozwiązanie. Powiada się u nas, że w Wielkiej Księdze każdy
może znaleźć coś dla siebie (rozmaite „odchyłki’ dla rozmaitych
„świrów’). Moje doświadczenia - i jako
sponsora, i jako podopiecznego - całkowicie tę prawdę potwierdzają Skupiając
się na różnicach i przeszkodach, izolowałem się od ludzi, odsuwałem się od Boga
i Programu. Dziś wiem, że nie mogę sobie pozwolić na małostkowość wobec
Wielkiej Księgi i Dwunastu Kroków. Zarówno mój problem (czyli
alkoholizm), jak i jego rozwiązanie (czyli Kroki i Tradycje) mają bardzo
konkretnego adresata, nawet jeśli nie czyni się klasyfikacji na grupy podług
specyficznych kryteriów. Teraz, z ponad piętnastoletnim stażem trzeźwości
„na karku”, muszę przyznać, iż bardzo cieszę się z tego, że zamiast
życia „osobno” wybrałem bycie oddzielną częścią składową Wspólnoty.
Nareszcie lubię i aprobuję swój los, a swoją trzeźwość wysoko sobie cenię.
Posiadam też wszystko, czego kiedyś, na początku, nie zdążyłem - na szczęście!
- stracić: kochającą żonę (która spodziewa się
dziecka), własny dom, dobrą posadę, oddanych przyjaciół i rodzinę. Mimo
wszelkich różnic i rozróżnień, niechaj dane nam będzie kroczyć razem w
przewodnim Świetle Ducha - w pokoju i harmonii.
G.S., Columbia, S.C. nieautoryzowany
przekład z GRAPEVINE
Urodzinowe przyjęcie
grupy Manhattan
różni się od pozostałych.
W zachodniej części Nowego Yorku, w rejonie Manhattan, której struktura
etniczna sama w sobie odzwierciedla ideę Narodów Zjednoczonych, działa grupa AA
na dobre zakorzeniona w lokalnym środowisku
Obecnie jej członkowie starali się w specjalny sposób uczcić czwartą rocznicę niesienia posłania cierpiącym alkoholikom. Pomysły, na który wpadli, był to mityng poświęcony czwartej rocznicy istnienia grupy, który jednocześnie informowałby społeczność hiszpańskojęzyczną o dostępności AA i dwunastu krokach. Poświęcono 6 miesięcy na przygotowanie przyjęcia urodzinowego. Członkowie dotarli z zaproszeniami do jak największej liczby profesjonalistów, szkół, instytucji, w miarę swych możliwości, poprzez korespondencję, osobiste wizyty, szerzenie literatury w rejonowych kościołach, więzieniach itd. W końcu nastał wielki dzień. Urodzinowy mityng odbył się w szkole, gdzie grupa wydzierżawiła salę gimnastyczną, spodziewając się około 150 AA, ich rodzin, przyjaciół i profesjonalistów ze swej społeczności. Jeden z członków rzekł: „Być może przyszli spróbować poczęstunku. Ale przyszli!" Grupie udało się zainteresować lokalny policyjny okręg wyborczy, reprezentowany przez oficera mówiącego po hiszpańsku i angielsku. Mówił on do zebranych o zwiększającej się współpracy pomiędzy departamentem policji a AA i dobroczynnych skutkach, jakie mogą wyniknąć z tego dla alkoholików z naszej społeczności. Inny mówca, znany jako dr G. pracował 25 lat z alkoholikami w dziedzinie terapii i leczenia. Oświadczył on, że AA pomogło profesjonalistom lepiej zrozumieć alkoholika i że leczenie było możliwe tylko wtedy, kiedy pacjent był leczony w połączeniu ze współpracą z AA. Dr G. mówił nostalgicznie o pionierach AA, niektórych pochodzących z kręgów medycyny. Zaznaczył, że aż do dzisiejszego dnia wielu lekarzy, łącznie z psychiatrami, było przyjaciółmi AA, wielu z nich służąc jako członkowie Generalnej Rady AA. Dr G. oświadczył też, iż teraz częściej niż kiedykolwiek przedtem, instytucje zajmujące się problemem alkoholizmu uznają grupy AA jako najlepiej i najskuteczniej prowadzące do wyleczenia. Byli też inni mówcy. Np. Karen - administratorka, prowadząca schronisko dla miasta New York, przeznaczonego dla osób powyżej 50 lat. Mówiła ona, że przez cztery lata członkowie tej grupy AA „nieśli posłannictw" o w jej ośrodku każdej soboty, w wyniku, czego wiele osób zostało uratowanych". Frank - pracownik socjalny, dobrze znany w społeczności dzięki swej współpracy z AA, szczególnie z członkami grupy wprowadzającej 12 kroków wśród miejscowych pijaków. Frank opisywał oddział odtruwający i inne rodzaje terapii w Szpitalu Św. Łukasz-Roosevelt. Mówił też duchowny z odległej części Puszczy Amazońskiej na terenie Kolumbii, gdzie jak powiedział: „jest tam tylko jeden mały kościół". Jest on jednak domem dla kwitnącej grupy AA, świadectwem, że AA może pracować wszędzie. Mówili też dwaj członkowie Al-Anon i Al-Ateen, którzy podzielali wiarę w posłannictwo i nadzieję, twierdząc, że każda rodzina alkoholika także powinna uczestniczyć w tym programie. Następnie był poczęstunek, przygotowany przez członków grupy. Każdy znalazł coś dla siebie; od ryżu i grochu, poprzez sałatę do kanapek i ciast. Jeden z członków oświadczył: „Wszystkie uśmiechnięte twarze dały wyraz wdzięczności za ten wieczór członkom grupy i tym, którzy znaleźli to, po co przyszli". Jest to informacja i zrozumienie, co do możliwości wyleczenia z alkoholizmu we wspólnocie, jaką jest AA.
Box459
Zbyt wiele światła
Wychodzimy z mroku. Nie mam tu na myśli
jakiegoś zamroczenia spowodowanego wódką, ale mroku nieporozumienia i
obojętności otaczającego problemy związane z alkoholizmem.
Filmy, radio, telewizja, gazety i
czasopisma - wszystkie opowiadają historię alkoholików. Prawie zawsze punktem
kulminacyjnym tych opowieści jest ocena i docenienie roli, jaką pełni wspólnota
AA. Jednak w samym tym procesie ożywionego, publicznego zainteresowania drzemie
niebezpieczeństwo dla AA zarówno jako wspólnoty, jak i
dla pojedynczych anonimowych alkoholików. Można by to określić
jako ryzyko wliczone w koszta, ale lepiej być pewnym i w pełni świadomym
takich kalkulacji. Nie chcemy bynajmniej robić nic, aby powstrzymać tę
narastającą falę powszechnego zainteresowania problemami alkoholowymi nie
moglibyśmy, nawet gdybyśmy chcieli. Ogólnie rzecz biorąc, dobrze to nam wróży
na przyszłość i może tylko pomóc w znalezieniu lepszych rozwiązań dla naszych
problemów oraz wzmóc społeczną akceptację dla nas. Pamiętajmy jednak, że będąc
alkoholikiem nie jest się primadonną. Kochamy być w centrum uwagi.
Ego każdego z
nas karmi się powszechnym zainteresowaniem, lecz fakt, że alkoholizm staje się
„modny" nie zmienia naszej sytuacji ani o jotę. Potrzebujemy
wspólnoty AA w takiej samej formie jak zawsze potrzebowaliśmy i będziemy potrzebować
w przyszłości. Nie zapomnijmy też, że nasza nazwa składa się z dwóch części
Anonimowi Alkoholicy. Anonimowość jest nieodłączną cechą naszego programu.
Buduje naszą pokorę i wzmacnia więzi, dzięki którym trzymamy się razem.Dla wielu z nas anonimowość jest niezbędna, aby
sukces wyznaczał nasze zwykłe codzienne życie. Dla innych anonimowość jest
mniej ważna. Jednym z najpoważniejszych rodzajów odpowiedzialności, jaki może
sobie wyobrazić członek AA jest wyłamanie się anonimowości. Decyzja taka,
oczywiście każdemu indywidualnie przychodzi z łatwością, ale jak można być
pewnym, że przez pewne skojarzenia, nie naruszy ona anonimowości innego członka
wspólnoty? Miałem styczność z przypadkami, gdy oddani członkowie AA tak mało
szanowali anonimowość swoich współtowarzyszy, że w końcu ich nazwiska
wykrzykiwały dzieci z miejscowej szkoły.Innym razem,
w trakcie podróży w interesach, pewien mężczyzna wraz z żoną uczestniczył w
spotkaniu AA w jednym z większych miast na zachodzie USA. Nazajutrz, miejscowa
prasa wymieniła ich nazwiska jako uczestników mityngu.Tak być nie powinno.Wiemy
w AA, że nie można wtrącać się w czyjś sposób pojmowania Siły Wyższej.Wiemy, że nie można nikomu pomóc na siłę.Musimy się nauczyć przywiązywać równą wagę
do anonimowości innych członków.Z pewnością
największym obciążeniem dla członka AA jest świadomość, że spowodował lub
przyłożył rękę do tego, że ktoś wyłamał się z programu.Twierdzę,
że należy zwrócić powszechną uwagę na problemy związane z alkoholizmem.
Skierować wszelką uwagę na skuteczność wspólnoty w zwalczaniu tych problemów.
TRZEBA JEDNAK
POZWOLIĆ POSZCZEGÓLNYM CZŁONKOM AA TRWAĆ
W BEZPIECZNYM
PŁASZCZU ANONIMOWOŚCI.
Anonimowy S wg
GRAPEVINE
Kiedy
zaczyna się AA?
Czyli... sponsoring i
tradycje.
Nie
piję od 74976 godzin. Przez cały ten czas Wspólnota była blisko mnie, choć ja
nie zawsze tak samo blisko Wspólnoty. Może właśnie dlatego
moje odpowiedzi na pytanie „Kiedy zaczyna się AA?” ewoluowały, zmieniały się, mam nadzieję... dojrzewały.
Początkowo - i to nawet dość długo - uważałem, że
Wspólnota AA zaczęła się dla mnie w dniu mojego pierwszego mityngu. Pozornie
jest w tym sporo racji, był to niewątpliwie warunek konieczny, bez niego nie
wydarzyłoby się przecież nic więcej, tym niemniej racja ta jest czysto
formalna. Przecież sam fakt zapisania się do biblioteki nie świadczy jeszcze o
zdobyciu mądrości zawartych w jej tomach, a tym bardziej o wykorzystaniu jej w
życiu. Poza tym do biblioteki zapisujemy się zwykle w określonym celu, a ja do
AA poszedłem w zasadzie nie bardzo wiedząc, czego oczekiwać i głównie dlatego, że tak kazali na terapii. Nieco później
wydawało mi się, że AA zaczęła się dla mnie, kiedy pierwszy raz poprosiłem
pewnego aowca o sponsorowanie. Jest to przecież, a
przynajmniej powinien być, moment bardzo ważny, przełomowy. Tak... ładnie to brzmi, ale w rzeczywistości były to kolejne pozory
i formalizm.
Znalezienie
sponsora sugerowała terapeutka, a ja, konformista z natury, po prostu to
zrobiłem – ot, zadanie do wykonania. Nie wiedziałem zupełnie, do czego mi
ten sponsor ma być potrzebny, ani co to znaczy być sponsorowanym.
W praktyce okazało się, że mój sponsor, choć miał
pewnie dużo dobrej woli, też nie orientował się za bardzo, co to znaczy być
sponsorem. To wszystko widzę jednak i rozumiem dopiero teraz. Wówczas trwało to
kilka miesięcy i skończyło się tak, jak chyba musiało – wróciłem do
picia. To może Wspólnota zaczęła się dla mnie tak naprawdę wtedy, gdy po
terapii odwykowej w ośrodku zamkniętym wróciłem na łono AA? W końcu był to czas,
w którym zacząłem nareszcie słyszeć przynajmniej niektóre Kroki. Z rozumieniem
ich nadal miałem kłopot, ale coś przecież drgnęło.
Tak, drgnęło... udawało
mi się utrzymywać abstynencję, ale w zasadzie nic poza tym.
W tym czasie często można było w naszym środowisku
słyszeć określenie „zdrowy egoizm”. Ma ono mniej więcej tyle samo
sensu, co „prawdziwe kłamstwa” lub „uczciwe
złodziejstwo”, ale wtedy żyłem w ten właśnie sposób. Znów, a może nadal i
w dalszym ciągu, liczyłem się tylko ja, moje potrzeby i zachcianki, kiedyś
związane z piciem, teraz niby usprawiedliwione trzeźwieniem. Nadal krzywdziłem
innych, nadal nikomu nie byłem w stanie pomóc, nadal byłem bogiem swojego
świata i wszystko miało się kręcić wokół mnie – w końcu ja, alkoholik,
nie piję.
Taka postawa nie ma nic wspólnego z posłaniem i
filozofią Wspólnoty AA, nie może więc być jej
początkiem.
Czy Wspólnota zaczęła się dla mnie, kiedy wraz z
kolegą założyłem grupę AA? To ważne wydarzenie świadczy przecież niezbicie o
moim istotnym udziale w ruch aowski, w jego rozbudowę
i rozwój.
Tak? Naprawdę? A może to ważne doświadczenie
pokazało mi tylko (po czasie) ogrom mojej pychy, bezkrytyczne przekonanie o
własnych racjach, niezdolność do podporządkowania się zbiorowej mądrości i
zwykłą samowolę? Bo przecież pamiętam, że nawet do głowy mi nie wpadło
konsultować pomysł utworzenia nowej grupy z Intergrupą.
Mijały
dni i godziny, zmieniały się moje koncepcje na ten temat, ale coraz bliżej
byłem sensownej odpowiedzi na pytania: kiedy AA stała
się częścią mojego życia? Kiedy przestałem być jedynie konsumentem i traktować
mityng AA jako poprawiacz nastroju i samopoczucia?
Kiedy naprawdę zaczęła się dla mnie Wspólnota AA i jej Program, jako jasno
sprecyzowany pomysł na życie?
A może pytanie powinno brzmieć:
kiedy zacząłem trzeźwieć, a nie tylko utrzymywać abstynencję? Dziś
niezwykle ważne wydają mi się tu dwa elementy: sponsor z prawdziwego zdarzenia
i Tradycje AA. Wśród mądrości Wschodu podoba mi się zwłaszcza jedna: „Kiedy uczeń jest gotów – pojawia się
nauczyciel”.
Kiedy wreszcie byłem gotów stanąć w postawie
pokory przed drugim człowiekiem przyznając, że ja nie potrafię z czymś sobie
poradzić, że mi nie wychodzi, że nie wiem, nie umiem, nie rozumiem, kiedy
pierwszy raz w życiu gotów byłem uczciwie poprosić kogoś o pomoc - znalazłem
sponsora przez duże S.
Z
moim pierwszym sponsorem spotykaliśmy się dość przypadkowo, zwykle przed
mityngami i rozmawialiśmy na równie przypadkowe tematy przez kilka-kilkanaście
minut, jak wypadło.
Praca z drugim sponsorem zaczęła się dla mnie od
precyzyjnego określenia zasad naszej współpracy, wzajemnych oczekiwań, po
prostu od ustalenia „reguł gry”. I teraz jakoś nie dziwiło mnie, że
mamy się spotykać regularnie, raz w tygodniu o wyznaczonej godzinie, a ja będę
otrzymywał swego rodzaju zadania do wykonania, z których będę się musiał
rozliczyć. Wtedy też dowiedziałem się, że sponsor to nie tylko kumpelstwo i pogaduchy na różne
tematy, ale głównie i przede wszystkim konkretny, poparty własnym
doświadczeniem i wypróbowany w praktyce sposób na zapoznanie podopiecznego z
Programem AA, ułatwienie jego zrozumienia i wdrożenia we własnym życiu.
Mniej więcej wtedy dowiedziałem się też, że
Program Wspólnoty Anonimowych Alkoholików to nie tylko Dwanaście Kroków –
jak początkowo sądziłem. Program AA to trzy legaty: dziedzictwo zdrowienia
(Kroki), dziedzictwo służby (Tradycje) i dziedzictwo jedności (Koncepcje). A
jeśli ja nadal będę wybierał z tej całości tylko pojedyncze, pasujące mi
elementy, to... „Stosowanie półśrodków nic nam nie dało. Znajdowaliśmy
się ciągle w punkcie wyjściowym”.
Jeśli wcześniej w ogóle myślałem o Tradycjach, to
z przekonaniem, że to jakieś mętne teorie, dotyczące ewentualnie tylko
„władz” Wspólnoty nazywanych nie wiem czemu
obłudnie służbami. „Normalni” aowcy mieli
Kroki i na tym powinni się koncentrować.
Teraz powolutku zaczynałem odkrywać znaczenie
Tradycji AA, a także pożytki płynące z pełnienia służb poza grupą.
Potrzeba było jednak jeszcze wiele czasu i
nieskończonej cierpliwości mojego trzeciego sponsora, żebym zrozumiał, że
Tradycje nie ograniczają się tylko i wyłącznie do zamkniętego terenu Wspólnoty,
że mogą być także elementem mojego sposobu na dobre życie również i poza
mityngami czy spotkaniami Intergrupy, Regionu, itd.
I jeszcze jedno – służby poza grupą, które traktowałem
podejrzliwie, jeśli nie wrogo, okazały się być cudownym poligonem, na którym
mogę skutecznie pracować nad Programem. W grupie obcych ludzi, z których kilku
nie lubię, paru nie ufam, wielu nie znam, ale z którymi
muszę współpracować i wypracowywać jakieś kompromisy dla wspólnego dobra, moje
wady czy ograniczenia ujawniają się w sposób prosty i naturalny bez potrzeby
stosowania jakichś wymyślnych programów terapeutycznych. A o to przecież,
między innymi, chodzi.
Tak więc, kiedy zaczyna
się AA? Tak naprawdę? Sponsor. Tradycje. Służba poza grupą.
Tylko tyle? A może aż tyle...
Witold (Meszuge) 01.07.2007
„Nie
skacz w ogień”
Nie pije od dwóch lat moje życie zaczęło się
układać pomyślnie, normalnie rozmawiam z żona ,córka i
innymi ludźmi, wydawać by się mogło wiodę normalne życie.
Któregoś dnia Sponsor powiedział „zastanów
się nad IV krokiem.
Przyszedłem do domu po mityngu
ale byłem zmęczony więc pomyślałem, że zabiorę się do tego następnego
dnia. Następnego dnia też było cos do zrobienia, i tak minęło kilka tygodni.
Zadana lektura leżała gdzieś w kącie a ja zawsze znalazłem dobry wykręt żeby
jej nie znaleźć.
Wydawało się mi, że skoro już tak długo utrzymuję
abstynencje to już jestem bezpieczny i nie grozi mi żadne niebezpieczeństwo ze
strony alkoholu. Zacząłem opuszczać mityngi, unikałem spotkań w Piku, zawsze
były na pierwszym miejscu te ważniejsze sprawy.
Dziś siedziałem na ławce przed swoim blokiem,
jeden z kolegów kończył kolejne piwo drugi bełkotał tak, że już nawet nie rozumiałem co mówi a ja opaowiadałem
o swoich wielkich planach zupełnie z kosmosu i delektowałem się ich
zaciekawieniem. Miałem swoją „widownię”. Wróciłem do domu i
zacząłem się zastanawiać co ja robie ze swoim życiem.
Bóg dal mi szansę i pokazał inne życie niż wiodłem przy kielichu a ja wszystko olewam szukam wymówek wracam na własne życzenie do starych
zachowań i starego postępowania. Żona po powrocie powiedziała „Wyszedłeś
tak szybko, że nawet nie zdążyłam nic powiedzieć. Zupełnie jak kiedyś to
robiłeś.”
Przestraszyłem
się dotarło do mnie, że działam i zachowuję się tak jak wtedy
kiedy piłem.
Odnalazłem książkę „Dwanaście Kroków i
Dwanaście Tradycji „ zacząłem czytać krok czwarty i od razu przykuło moją
uwagę zdanie „Ilekroć próbuje spojrzeć z odwagą na siebie pycha i
strach zasłaniają mu oczy. Pycha mówi: „Obejdzie się bez tego, masz
ważniejsze sprawy” a strach dodaje: „Nie skacz w ogień”
Dziś siedząc na tej ławce poczułem się jakbym skakał w ogień, a przecież wcale nie mam na to ochoty. Książkę już znalazłem teraz poszukam swojego zeszytu.
Pozdrawiam
Piotr AA
Warszawa 02.07.2007
Pokora pomaga utrzymać ego
na odpowiednim poziomie
Podstawa programu wspólnoty AA jest najbardziej widoczna w wyborze
swojego imienia - Anonimowi Alkoholicy. Anonimowość ma oczywiście wielką wagę -
szczególnie dla nowicjusza; ale moim obecnym zadaniem jest skupienie uwagi na
znacznie ważniejszej sprawie, a mianowicie na tym, jak anonimowość powoduje
stan pokory niezbędny do utrzymania trzeźwości powracającego do zdrowia
alkoholika. Twierdzę, że anonimowość, poważnie traktowana, dostarcza ku temu
dwóch zasadniczych czynników. Są one właściwie dwoma stronami tej samej monety;
po pierwsze, ochrona osłabionego ego; po drugie, trwanie w pokorze i
skromności. Jak zapisano w Dwunastu Tradycjach AA - Anonimowość jest duchową
podstawą wszystkich naszych Tradycji przypominając każdemu członkowi o
pierwszeństwie zasad przed osobistymi ambicjami. Wielu
z Was będzie się zastanawiać co oznacza słowo ego. Ma
ono tak wiele definicji, że moim pierwszym zadaniem jest jasne określenie
natury ego, które wymaga zredukowania. Takie ego nie jest intelektualnym
pojęciem, lecz stanem odczuwania, poczuciem bycia kimś specjalnym. Choć
niewielu ludzi czuje w sobie takie potrzeby to jednak wielu z nas potrafi
rozpoznać różne odmiany tej postawy i nadać im stosowną nazwę. Zilustruję to na
przykładzie.
W pierwszym okresie pobytu w AA radzono się mnie w sprawie poważnego problemu nękającego lokalną grupę. Praktyka celebrowania rocznic trzeźwości specjalnym ciastem /tortem/ powodowała, że pewna liczba członków podejmowała picie w krótkim okresie po uroczystościach. Wyglądało na to, że niektórzy nie byli w stanie znieść powodzenia. Proszono bym rozstrzygnął za czym jestem¸ za tortem czy przeciwko. Byłem za rezygnacją z tortu, nie z nieśmiałości, lecz z ignorancji. Jakieś 3-4 lata później wspólnota AA dostarczyła mi odpowiedzi. Grupa nie miała już takiego problemu, ponieważ jak jeden z członków powiedział - celebrujemy ciągle, lecz rocznej trzeźwości nikt już nie podkreśla / przynajmniej dziesiątka / stąd coraz mniej problemów Spojrzenie na to co się wydarzyło ukazuje nasze ego - jak ja to widzę – przez zmiany. Początkowo osoba która była trzeźwa przez pełny rok była wyeksponowana jako ktoś, z kogo należy brać przykład. Jej ego naturalnie wzrasta, duma rozkwita; pamięć poprzednich upadków znika bez śladu. Z tak odnowionym zaufaniem do siebie sięga po kieliszek. Uwierzyła, że jest kimś specjalnym i zareagowała odpowiednio do swych wyobrażeń. Później, po uroczystościach ego nie było skore wrócić do zwykłego poziomu. Dzisiejszej wspólnocie są dobrze znane również niebezpieczeństwa podkreślania czyjegoś dorobku lub specjalnej pomocy. Rozpoznajemy niebezpieczeństwa rozdmuchiwania ego. Określenie zaufany sługa jest świadomym wysiłkiem utrzymania ego na niskim poziomie, chociaż trzeba przyznać, że niektórzy mają z tym problem. Teraz, przyjrzyjmy się bliżej temu ego, które sprawia kłopot. Uczucia towarzyszące temu stanowi umysłu mają podstawowe znaczenie w zrozumieniu anonimowości dla jednostki - wartości plasującej ją wśród zwykłych ludzi. Nieraz pewne cechy sprawiają, że ego każe widzieć nam siebie jako kogoś specjalnego a przez to innego. Stawia specjalne wymagania wobec siebie i utrzymuje plany i cele na wysokim poziomie. Dystansuje się zarówno od tych, których postrzega jako nieudaczników wlokących się bez zapału, jak również od ludzi pobudzonych ideami i oferującymi obietnicę, że sprawy ułożą się lepiej. Często to samo ego działa w drugą stronę. Powoduje zwątpienie człowieka poprzez jego błędy i wady, rozwija cynizm i cierpkość duszy, a z jego posiadacza czyni nawiedzonego realistę, który nie znajduje niczego dobrego na tym padole łez. Życie nigdy nie spełnia całkowicie jego oczekiwań. Żyje on w rozgoryczonej egzystencji, chwytając nadarzające się okazje, lecz nigdy realnej części z tego co dzieje się dookoła niego. Szuka miłości i zrozumienia, paple nieskończenie na temat swojego odczucia wyobcowania z otoczenia. Jest na wskroś rozczarowanym idealistą - zawsze celującym wysoko, a lądującym nisko. Obydwa z tych ego mylą pokorę z upokorzeniem. Rozwijając dalej zwrot - "Myślę, że jestem kimś"- dokładnie odpowiada on poczuciu górowania ponad tłumem. Dzieci z łatwością zauważają tych, którzy myślą, że są "kimś" i starają się jak potrafią zniszczyć tę iluzję. W zabawie potrafią ośmieszyć rówieśników próbujących się wyróżniać. Na swój własny sposób są dobrymi terapeutami w leczeniu z wywyższania się. Są zręcznymi przekłuwaczami rozdętego ego, mimo że ich zamiar jest niekoniecznie terapeutyczny. AA miała swój początek właśnie w takim doprowadzaniu do poziomu. Bill W zawsze wspomina swoje doświadczenie w Towns Hospital jako bardzo głębokie zranienie i czasami słyszało się go jak mówił¸ że jego ego przeszło "piekło pełzania". AA przeciwstawia się tak ostrej terapii i takiemu pełzaniu. Dla jasności, uczucie wyjątkowości, chęć bycia "kimś" to zagrożenie, które ma swoje ujemne strony dla alkoholika. Jednak przeciwieństwo, a mianowicie, że będzie się nikim, ma w sobie niestety mało powabu. Jednostka wydaje się stać wobec alternatywy; być kimś i pić lub być niczym i pić ze znudzenia. Pozorny dylemat opiera się na fałszywym wrażeniu, jakoby perspektywa bycia nikim ważnym miała mało uroku. Postawa pokory nie jest prosta. Zaprzecza naszym wszystkimi pełnym nadziei oczekiwaniom polepszenia egzystencji, osobistego rozwoju. "Być nikim" - wydaje się formą psychicznego samobójstwa. Podkreślamy swą ważności całą siłą naszych zasług. Myśl o byciu nikim jest po prostu nie do przyjęcia. Lecz faktem jest, że osoba, która nie umie być nikim, nie potrafi odczuć, iż jest tylko prostym, zwykłym, szarym osobnikiem rasy ludzkiej - i jako taki jest skromny, zagubiony w tłumie i w gruncie rzeczy anonimowy. Kiedy jednak tak się stanie jednostka ma dużo do zyskania. Ludzie ze spokojem w swoich umysłach potrafią odpoczywać, zajmować się swoimi sprawami z minimum paniki i trudu. Potrafią cieszyć się życiem takim, jakim ono jest. W AA jest to nazywane programem 24-godz. który dokładnie oznacza, że nasze myśli nie zajmuje dzień jutrzejszy. Potrafimy żyć w teraźniejszości i w niej odnaleźć radość z bycia " tu i teraz". Bez jakiegokolwiek rozdęcia. Spokój w myślach pozwala otworzyć umysł. Wielkie religie są świadome potrzeby pokory jeśli ma się osiągnąć łaskę. W Nowym Testamencie, Mateusz (18,3) cytuje Chrystusa słowami " Zaprawdę powiadam wam, jeśli się nie nawrócicie i nie staniecie jak dzieci, nigdy nie wejdziecie do Królestwa Niebios. Kto się więc uniży jak to dziecko, jest największy w Królestwie Niebios." Zen naucza wyzwalania nicości. Słynna seria obrazów przeznaczona by pokazać rozwój w ludzkiej naturze kończy się kołem zamkniętym w kwadrat. Koło przedstawia człowieka w stanie nicości; kwadrat reprezentuje ramę ograniczeń wśród których człowiek musi umieć żyć. Zen także łączy nicość, skromność i łaskę. Anonimowość jest stanem umysłu o wielkiej wartości dla jednostki w utrzymywaniu trzeźwości. Chociaż ja uznaję jej ochronną funkcję, czuję że jakakolwiek dyskusja na jej temat byłaby jednostronna gdyby nie udało się podkreślić faktu, że zachowywanie uczucia anonimowości - poczucia " jestem nikim ważnym" - jest podstawowym zabezpieczeniem skromności i podstawowym strażnikiem przed dalszym problemem z alkoholem. Ten rodzaj anonimowości jest prawdziwie cennym dobytkiem.
Na podstawie
GRAPEVINE
”Szczęście przychodzi niepostrzeżenie„
Pierwszy mityng AA w języku polskim w Hereford.
Nasze plany - moje i Grzegorza -
rozpoczęcia mityngów AA w języku polskim - w okolicy, gdzie teraz mieszkamy - po
wielu tygodniach rozmów, planowania zostały zrealizowane. 16 czerwca
nadszedł termin pierwszego mityngu AA w języku polskim w Hereford. Braliśmy pod
uwagę różne miasta, przede wszystkim Kidderminster i
Birmingham, ale ze względu na nasze ograniczenia czasowe i finansowe musieliśmy
zrezygnować z tych miejscowości. Ogromne znaczenie przy wyborze miała również
życzliwość, a właściwie entuzjazm naszych angielskich przyjaciół z AA z
Hereford. Przeprowadziliśmy kilkutygodniową akcję informacyjną i o 18:00 w sobotę 16 czerwca czekałem w sali mityngowej.
Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że już na pierwszy mityng
przyszła jedna osoba. Przyszła Evie – węgierka,
która chciała usłyszeć o naszych doświadczeniach. Evie
chce pełnić służbę 12- go Kroku wśród swoich rodaków oraz Węgrów ze Słowacji i
Rumunii.. I tak pierwszy mityng w języku polskim w Hereford zamienił się w
warsztaty służby 12- go Kroku w języku angielskim. Przy herbacie i kawie
(oczywiście z mlekiem, przecież to Anglia) i upieczonych przez Evie węgierskich ciasteczkach opowiedziałem o naszych
dotychczasowych działaniach, o tym jak udało nam się doprowadzić do
zorganizowania mityngów AA w języku polskim.
W styczniu dotarł do nas z Polski
pakiet materiałów niezbędnych do prowadzenia mityngu. Nasze działania
zaczęliśmy w lutym. Na spotkaniu Intergrupy Walsh Borders, na terenie działania której mieszkamy, Grzegorz opowiedział o naszych
planach, podał numery telefonów dla angielskich służb 12- go Kroku. Ja
“przegadałem” temat z powiernikiem Regionu Wales
& Borders – Polly i zostałem zaproszony na
mityng służb regionu. Byłem tam w marcu, poinformowałem o naszych planach,
podałem numery telefonów dla służb 12- go Kroku regionu i telefonu krajowego.
Przyniosło to kilka telefonów od Polaków na nasze numery. Tears
zaczęliśmy szukać miejsca na mityng. Koszty oczywiście były bardzo ważne
– jest nas przecież na razie tylko dwóch. I tu z pomocą przyszli nam nasi
angielscy przyjaciele z AA. Po prostu nawet nie przyszło im do głowy, że mityng
w języku polskim będzie w innym miejscu niż wszystkie (oprócz szpitala) herefordzkie mityngi. Dali nam również rekomendacje (to
bardzo ważne w Anglii) dla właściciela pomieszczeń. Tears
pozostało nam tylko zadbać o rozpowszechnienie informacji o mityngach. I w tym
miejscu należą się nasze ogromne podziękowania dla Andrzeja – łącznika
internetowego regionu Warszawa, naszego “zielonego anioła”, który
przysyła nam regularnie od stycznia potrzebne aowskie
materiały (plakaty A4 z III Tradycją, i znakiem zapytania, broszurki i ulotki
informacyjne, Zdroje i Mityngi. Do dziś wraz z angielskimi AA ze służb PI
”rozprowadziliśmy” ponad 500 sztuk niebieskich ulotek I ponad 100
sztuk plakatów. Materiały te trafiły do angielskich grup, a przez nie dalej do
tych wszystkich miejsc, gdzie dostępne są również angielskie - policja, przychodnie zdrowia,
szpitale, pogotowie ratunkowe.. itp
na terenie Walii i graniczących z nią terenów angielskich. Potrzebujemy tych
materiałów więcej. Być może ktoś (grupa, intergrupa
czy region) zechce pomoc Andrzejowi w wspieraniu nas. Potrzebujemy również inne
broszurki AA na pakiety dla nowoprzybyłych oraz książki. Jeżeli ktoś zechce nam
pomoc, to proszę o kontakt z Andrzejem warszawa@aa.org.pl . W
najbliższych dniach i tygodniach planujemy objechać okoliczne większe miasta, w
których mieszkają Polacy i przekazać informacje o mityngach w parafiach
katolickich, organizacjach pomocowych dla cudzoziemców, punktach informacyjnych
i komitetach samorządowych pomocy społecznej, lokalnej policji, polskich
sklepach itp. Wszystkie te działania staramy się wykonywać w zgodzie z
Tradycjami, Koncepcjami oraz zasadami AA, tak jak je rozumiemy w naszym
sumieniu. Mamy niewielkie doświadczenie, ja z Polski, Grzegorz z Anglii
(nieistniejący już mityng w Swansea). Pragniemy, aby
mityng AA w Hereford nie był “podziemny”, znany tylko aowcom, abyśmy mogli trafić z posłaniem AA do tych, którzy
AA nie znają i do niego jeszcze nie trafili. Wszystko to co
robimy jest oczywiście potrzebne i pomaga nam – naszemu trwaniu w
trzeźwości. Jeżeli trafi na mityng w Hereford choć
jeden cierpiący i szukający pomocy alkoholik i zostanie z nami choć na jakiś
czas, będziemy bardzo zadowoleni.
Tak jak czytamy w “Codziennych
refleksjach” (17 stycznia, str 27)
“Prostota programu AA uczy
mnie, że szczęście nie jest czymś czego mogę
“żądać” lub “domagać się”. Przychodzi ono do mnie po
cichutku, gdy służę sobą innym. Kiedy wyciągam pomocną dłoń do nowicjusza lub
kogoś, kto wrócił do Wspólnoty po zapiciu, z nieopisaną wdzięcznością i
szczęściem odkrywam, że umacniam tym samym swoją własną trzeźwość.”
Pogody
Ducha
oraz jak tu piszą L.I.F. (Love In Fellowship)
Włodek - Sobotni mityng
AA w języku polskim w Hereford
PS Nie cały pierwszy mityng odbył się w języku angielskim. Na koniec
spotkania Evie postanowiła nauczyć się Modlitwy o
Pogodę Ducha po polsku. Nieźle jej poszło.
Takie sobie sprawy
Już dawno nie pisałem specjalnie do MITYNGU. Spróbuję tę lukę wypełnić,
zresztą kilka spraw zebrało się, i chyba warto o nich porozmawiać.
Po pierwsze chcę sobie przypomnieć, że jestem członkiem AA. Nie
uczestnikiem, jak mi ostatnio dwukrotnie sugerowano, ale członkiem, świadomym
członkiem wspólnoty AA i to mimo, iż nie podpisywałem
żadnej deklaracji członkowskiej. To dla mnie jest absolutnie zbyteczne. W swoim
życiu podpisywałem kilka deklaracji i do tej pory pozostały tylko deklaracjami.
Teoretycznie nadal jestem członkiem pewnej partii, ale partii już nie ma i nie
ja ją rozwiązałem. Jednak jej ideały nadal funkcjonują w mym sercu. Równocześnie
na naszych mityngach ciągle wysłuchuję historii małżeńskich rozpoczynanych
uroczystym podpisaniem odpowiedniego aktu; i co? Jeśli brakuje chęci, to nie ma
siły aby zmusić kogoś do rzetelnego traktowania
własnych słów. Nie zawsze w podpisie zawarta jest siła miłości.
Z każdym dniem pogłębia się duma, że mogę korzystać z dobrodziejstwa
wspólnoty AA, z jej Programu, a równocześnie ujawnia bezprecedensowe zadanie
– zachować wspólnotę AA w niezmienionym stanie dla przyszłych
pokoleń, aby następni mieli taką samą szansę zdrowienia, jaką ja dostałem. Na
moich oczach powstają i rozpadają się placówki pomocy, różne kluby,
stowarzyszenia, które swą egzystencję związały z dotacjami zewnętrznymi. W
przeciwieństwie do nich Wspólnota AA nauczyła się funkcjonować niezależnie od
takich funduszy i chyba to jest najważniejsza idea do przekazania następnym
pokoleniom. Wzajemna pomoc nie wymaga dotacji, bardziej potrzebuje
serca, dobrej woli, rezygnacji – przynajmniej częściowo – z
niedorzecznego egoizmu. Mam nadzieję, że tych cech nigdy nie zabraknie w AA.
Już dzisiaj mogę cieszyć się faktem jak bardzo moje życie zostało wzbogacone
przyjaźnią ludzi, o których jeszcze nie tak dawno nawet nie słyszałem. Koszmar
samotności cierpiącego alkoholika odchodzi gdzieś do przeszłości.
Tak chciałbym powiedzieć, że z chwilą wstąpienia do wspólnoty problem
samotności ulega rozwiązaniu, ale to nie jest cała prawda. Przed chwilą pisałem
o odchodzeniu samotności bo miałem na myśli
cudowną aktywność pierwszych mityngów. Gdy pełna akceptacja, zainteresowanie,
nowe środowisko, wyzwalają potrzebę przebywania wśród ludzi, przyjaciół. O ile
wokół świat się zawalił, to na mityngu nie jestem sam, pojawiają się pierwsze
sukcesy trzeźwości, tu zbieram siły aby poradzić sobie
z przeciwnościami losu. To piękny i jednocześnie trudny okres.
Najgorsze są chwile, gdy po pierwszych dniach euforii nowy przyjaciel pozostaje
jeszcze albo znowu samotny. Przebywanie w samotności grozi powrotem do
alkoholu. Życie nie jest prostym trwaniem, rozgrywa się w stałym napięciu
między rozwojem a regresem. Bez pomocy przychylnego środowiska zaczynamy o
wszystko starać się sami. Zrozumiałe, że wtedy na pierwszym miejscu stawiamy
własne potrzeby. Wydaje się, że nikt przed nami nie znalazł się w tak trudnej
sytuacji. Pojawiają się konflikty. Nie zdajemy sobie sprawy, że przebywanie
wyłącznie w zasięgu własnych spraw, obojętność wobec potrzeb innych ludzi
skłania do przesadnej troski o własne dobro. Oczekujemy ustępstw na swoją
korzyść, specjalnych przywileji. Rośnie egoizm, pogłębia
izolacja, następuje zerwanie wspólnotowej więzi a stąd tylko krok do złudzeń na
temat możliwości własnej osoby. Kiedy kontakty ograniczają się zaledwie do
konwencjonalnej grzeczności wtedy nawet z zupełnie dobrą wolą przeprowadzony
obrachunek moralny nie wykryje tego, co wszyscy naokoło dostrzegają codziennie. Człowiek staje się bezkrytyczny i nikt nie jest
w stanie wyprowadzić go z błędu.
Zbyt wiele oglądałem wysiłków samotnego trzeźwienia zakończonych porażką. Może dlatego poświęcam trochę czasu aby pomóc nowym
przekonać się, że życie w trzeźwości pomaga osiągnąć to, co jest najcenniejsze
– przyjaźń, miłość, odpowiedzialność. Do tego samo w sobie jest źródłem
zadowolenia.
Niesienie posłania cierpiącym alkoholikom, pomaganie w początkowym okresie
trzeźwości jest zajęciem przynoszącym wiele blasków ale
równocześnie nie pozbawione cieni. Potrzebujący pomocy alkoholicy najczęściej
daleko odbiegają od tych ze świętych obrazków. Choroba alkoholowa zawęża ich
zainteresowania do elementarnych potrzeb, wyzwala egoizm i egocentryzm. W
rzeczywistości alkoholicy przenoszą swe żale i pretensje na tych, którzy swą
służbą pragną im pomóc. Oni trzeźwieją, więc wszystko „im się
należy”. Na mityngu ciągle słyszymy żądanie wobec osób służebnych.
Niedawno miałem okazję uczestniczyć w spotkaniu sąsiedniej intergrupy,
na której wysłuchałem wielu żądań dotyczących rozliczeń finansowych. Ciekawe,
że nie usłyszałem żadnego głosu deklarującego pomoc przy opracowaniu bardziej
przejrzystego raportu. Czy program AA dla nich działa? Może sami niech
odpowiedzą.
Nie sposób przedstawić dynamikę przemian emocjonalnych w trakcie służby,
która nie szczędzi zaangażowanym trudnych zdarzeń. Początkowy entuzjazm
wyczerpuje się, zostaje zduszony narastającym rozczarowaniem. Mimo wszystkich
naszych zabiegów nowi odchodzą. Do tego zaczynamy dostrzegać własne
zniecierpliwienie, reakcje gniewu wobec niepowodzenia inicjatyw, a także
narastającego poczucia bezradności. Wtedy dochodzą do głosu podszepty:
”Co mogę z tej pracy uzyskać? Czy warto się dla nich
poświęcać?” Tymczasem to rozczarowanie jest właśnie kolejnym etapem
rozwoju nowej osobowości. Bo kiedy ta postawa zostaje przezwyciężona, rodzi się
nowa - „ życzliwości mimo wszystko” - dodatkowo rozświetlana
rosnącą wiarą.
Przypominam sobie pytanie, które zadałem w pierwszych miesiącach trzeźwości. - Na ile mam pomagać innym? Odpowiedź była ciekawa. – Pomagaj, ile potrafisz,… a potem zrób jeszcze jeden krok. Ta zasada obowiązuje mnie do dziś. Ale jest pewien problem. Aby zrobić kolejny krok potrzebuję pomocy. Pamiętam słowa: (Mt,18.19) …gdy dwaj zgodnie o coś prosić będziecie… W nich znajduję wskazówkę, że w swojej aktywności potrzebuję zwolenników. Bez współpracy nie ma kołaczy. Potrzebuję ludzi by mi pomogli odnaleźć sens życia. Życia w trzeźwości. Bym nigdy nie wracał do koszmaru pijanych dni.
Pozdrawiam
serdecznie Marek Warszawa 04 07 2007
Mój
pierwszy raz
Witajcie!
Wróciłem
właśnie z Warszawy, z PIK-u na Brazylijskiej i zasiadłem do kompa by w końcu coś napisać. Jechało mi się ciężko,
mocno padało, a ja czuje się w taką pogodę mało bezpiecznie. Jednak mimo tego
nie przejechałem tej trasy "zgodnie z przepisami" - ciągle jeżdżę za
szybko, jak na swoje możliwości. Mam do przejechania jakieś 80 "kilosów" w jedną stronę. Ręce mocniej zaciskam na
kierownicy ( jakby to miało coś dać) a nogą cisnę pedał
gazu, tak, jak zawsze. Czasami już zastanawiam się - co ja robię..? i wtedy na trochę zwalniam, a za jakiś czas znowu robię po
staremu. Tłumaczę sobie, że juz jest późno a ja spieszę się do domu, do dzieci,
bo żona pracuje na noc - i ..."rura"!!! Może
dzięki temu, że teraz to piszę zechcę, w końcu, wziąć pod uwagę - że czas
robić!!! a nie tylko gadać!!!, nawet
gdy gadam tylko do samego siebie. Przecież ja już to dawno wiem, że
lepiej będzie jeśli przyjadę 15 -20 min później ale
"w całości", niż gdy się tak narażam, ciągle ryzykuję i "kuszę
los". No właśnie - ale ja w tym przypadku, do tej pory, tylko gadam - a
nic z tym nie robię!!!
Ale
nie o tym miałem pisać. Byłem kolejny raz w PIK-u. Moja Intergrupa
ma dziś dyżur przy telefonie kontaktowym, więc byłem zobaczyć się ze
"swoimi" i kolejny raz trochę poduczyć się od nich tej Służby.
Ponadto, odbywało się spotkanie Zespołu ds. Literatury i tu też chciałem być.
Jestem mandatariuszem a także kolporterem Literatury AA, więc to też jest
"moje miejsce". I chociaż "gęba mi się
nie zamyka" to tak naprawdę, od jakiegoś czasu czuję potrzebę, po prostu -
bycia. Przebywania z ludźmi, poznawania ich i życia życiem Całej Wspólnoty.
Żebym się spotkał z innymi alkoholikami ruszam swój tyłek. Tak, jak na mityng.
Przecież nie muszę wszystkiego rozumieć, nie muszę się na wszystkim znać,
zgodnie z powiedzeniem: "...przynieś ciało a ..." Ważne
dla mnie jest, że jestem, że kolejny raz, tak naprawdę "robię coś dla
siebie". To, że "wchodzę" w coś nowego daje mi dużo satysfakcji,
a "moja nieznajomość zagadnień" powoduje, że nie mam oczekiwań!!! co do takich spotkań. A dla mnie to ważne! I ważne, że
jestem. Widzę, że dopiero wtedy, gdy wystawiłem nosa poza swoją "jedyną
grupę", moje podejście do Wspólnoty i trzeźwienia zmieniło się, zmieniła się jakość. Najpierw zacząłem chodzić i jeździć na mityngi
po innych grupach AA. Dziś jeżdżę po całej Polsce od momentu, gdy zauważyłem,
że mam takie możliwości i wystarczy je tylko wykorzystać. Znowu coś zrobiłem
dla własnego zdrowienia. Spotkania z wieloma innymi alkoholikami, z różnymi
mityngami, z wynikającymi z tego różnymi doświadczeniami spowodowało, że stałem
się dużo bardziej otwarty na ludzi i to nie tylko w AA. Także stałem się mniej
bojaźliwy i podejrzliwy wobec ludzi, także tych z AA. To spowodowało, że z
chęcią i radością przyjąłem służbę mandatariusza - znowu nowi ludzie, nowe
doświadczenia a nawet nowe przyjaźnie. Pragnąc jak najlepiej służyć przyszło
mi, ale już dużo łatwiej, ruszyć "w dalszą drogę", która zaprowadziła
mnie właśnie do PIK-u. Znowu ludzie, znowu doświadczenia i nowa Służba -
kolportera. Poczułem, że robię najlepiej, jak potrafię, czuję, że przynosi mi
to radość. Aha!... i ciągle jestem trzeźwy!!! ( no, przynajmniej nie czuję się pijany). I takie mam teraz,
na tą chwilę, spostrzeżenia: - czym więcej ludzi wokół mnie - czuję się mnie
samotny w tej chorobie; poznaję więcej ludzi - dostaję i mogę bardziej
akceptować Ich i samego siebie; cieszę się, bo przestaję się bać drugiego
człowieka; i gęba mi się cieszy, że ciągle mogę się
uczyć i uczyć nowych rzeczy. I że "wyrywając" swój tyłek z jednego
miejsca, z jednej miejscowości, z jednej Służby, czuję - że się zmieniam!!! A
takie właśnie, kiedyś powiedzenie wziąłem sobie do serca: "Trzeźwienie -
to ZMIANY !!!". A jeśli chodzi o chęć Służenia we
Wspólnocie, to cenię sobie powiedzenie o odróżnieniu samowoli od wolności( i to
będzie o mnie): - jako samolub robiłem to, co chciałem; jako człowiek dążący do
Wolności robię to, co POWINIENEM !!!
I jak juz wyżej napisałem: "gęba mi się nie zamyka". Jak już zacznę to nie mogę wyhamować. To tak, jak z tą moją jazdą. Ale cieszę się, że w końcu napisałem. Brałem się do tego pisania od kilku miesięcy. Dopiero dzisiaj, w PIK-u na Brazylijskiej, usłyszałem, że w ten sposób mam możliwość przełamać swoją kolejną barierę na drodze do trzeźwości, z której może już sobie zdaję sprawę ale ciągle boję się coś z tym zrobić - bo " co ludzie powiedzą lub pomyślą". A ja nie chcę się bać, przede wszystkim - ludzi. Także dziękuję całemu Zespołowi za dzisiejsze sugestie. Oto ich efekt.
Pozdrawiam Robert AA
SŁUŻBA
ARCHIWISTY
Jestem alkoholikiem i mam na imię Paweł. Jakiś czas temu na mityngu „Krok
trzeci” w części dotyczącej spraw organizacyjnych od Małgorzaty
dowiedziałem się, iż jest wolna służba archiwisty w regionie i w dodatku od
kilku lat nie obsadzona. Wystarczy uzyskać
rekomendacje intergrupy. Coś pięknego dla mnie, no i
jaka szansa na pokazanie co potrafię, pomyślałem sobie
„ ARCHIWISTA”– jakaś piwnica z rzędem regałów, stertami
papierów, teczkami zakurzonymi, przy mdłym i niezbyt jasnym świetle sączącym
się ze starych żarówek. Cisza, spokój - IZOLACJA, SAMOTNOŚĆ, UCIECZKA W STARE
MYŚLENIE. Od dłuższego czasu zmagam się ze sobą i pytaniami – Kim chcę być ? Czym się zająć zawodowo u kogoś czy u siebie ? Co chcę robić w swoim życiu ? Mam
tyle umiejętności jak je wykorzystać ? No i wpadłem na
pomysł, że wykorzystam moje umiejętności w służbie archiwisty (
systematyczność, dokładność, upór ). Lekko się zaniepokoiłem gdy usłyszałem, iż wypadało by abym w ramach
pełnionej służby bywał na Radzie Regionu i Zespołach. Jakoś to przełknąłem i
udaje mi się przychodzić w czwartki na Zespoły Ds. Literatury i Organizacyjny,
oraz drugi raz będę na Radzie Regionu. W brew pozorom znajduję czas, choć
„jestem tak bardzo zajęty”. Doznałem szoku jak poinformowano mnie,
iż wypadało abym znał Kartę Konferencji i w ogóle znał to co
jest napisane w materiałach AA a gwoździem do trumny okazało się, że owszem
pełnię służbę archiwisty jednak przy okazji również pełnie służbę Zastępcy
Rzecznika Regionu. Nooooooo i szczena
mi opadła, dotarło do mnie – ależ JA się wrobiłem, chciałem się ukryć a
tak jestem na świeczniku !! Tak nie miało być - A
gdzie Moje lochy, Moja piwnica, Moja izolacja i samotnia !!!!
GDZIE MOJE KAZAMATY !!! Zaczną się Konferencje,
Regiony, Warsztaty, Zloty itp. AAAAAAAAAAAAAA !! - I
spotkania z ludźmi ! Więc cóż, powiedziałem A to
trzeba powiedzieć B, za dużo już osób wie, no i co im powiem, że mi się nie
chce, że nie po mojej myśli, że ja tak nie chce, zresztą to wstyd i cyfra już
zobowiązuje. Zrobiłem szybkie „za i przeciw” i rachunek wyszedł, iż
nie chce mi się dyrektorować więc zajmę się tym co lubię
- że lubię grzebać w starociach,
lubię układać, segregować, katalogować, porządkować, równo ustawiać kolorami,
gabarytami a najważniejsze mam wolną rękę do tworzenia. Andrzej –
Rzecznik Regionu przekazał mi klucze do szafy, gablot
i PIK-u. przy ul. Brazylijskiej 10. Zamierzam zrobić w
gablotach część muzealno – pamiątkową. Są
okolicznościowe stemple AA, medal ze zjazdu Światowego AA, a najpiękniejsze
jest to, iż są książki oraz ulotki w języku angielskim
„pierwowzory” przetłumaczone na język polski i dokładnie odwzorowane.
Są też pierwsze jakie ukazały się w Polsce czasopisma AA z kilku krajów jak i
pierwsze MITYNGI ( hehehe ) w formacie A4. Zamierzam też zbierać wszystkie dokumenty
i pamiątki, książeczki i mityngi, zdroje i pocztówki, rysunki i zdjęcia, medale
i znaczki związane z Regionem Warszawskim AA i te stare i te nowe w końcu to
nasze WSPÓLNE dziedzictwo. Tworzyć dokumentację, gdy tylko ktoś będzie
potrzebował, sprawdzić, potwierdzić przypuszczenia lub zaprzeczyć
co było wcześniej uchwalone lub przegłosowane i kiedy. Przeprosiłem
rower i przyjeżdżam do PIK-u segregować dokumentacje czytając ją. Serdeczne
podziękowania dla Tomka, który po mojej prośbie wypowiedzianej na mityngu
(niedziela godzi. 11.00 przy ul. Brazylijskiej 10) o
brak segregatorów, przywiózł ich aż 32 szt. w poniedziałek. Postanowiłem w
ramach służby odwiedzić wszystkie mityngi jakie
znalazłem w książeczce adresowej i informować organizacyjnych części dotyczącej
spraw organizacyjnych o powstawaniu i zamiarach archiwum. O, i dopiero
usłyszałem parę „ciepłych” zdań – „Ale trafiła Ci się
fucha”, „No to żeś się wkręcił”, „Region to już
coś”, „Awansowałeś” jednak mam tekst, który wszystkie bije na
głowę – „ Jesteś z IPN-u. ?” Po powrocie do domu zaznaczam zielonym flamastrem
gdzie już byłem i….. tak mało jest zakreśleń.
Jako osoba skora do uzależnienia najchętniej to bym odwiedził ile się tylko da
w ciągu dnia mityngów. Zadaje sobie pytanie - Po co ja
idę na ten mityng ? Czy ja idę na mityng czy tylko
wpadnę na pierwszą część gdzie są sprawy organizacyjne ? Przypominam
sobie za każdym razem zasłyszane kiedyś słowa na spotkaniu AA „Chodząc na
dwie części mityngu trzeźwieje w całości, chodząc na jedną część trzeźwieje w
połowie”. W tym samym czasie znalazłem prace i dostałem z niej
wymówienie, popadłem w stan
przygnębienia i chodząc na mityng odnoszę wrażenie, że trzeźwieję
w połowie więc nie chcę ryzykować i zostaję na drugą część. Marek –
„Walizeczka” poprosił mnie o napisanie kilku słów, krótkiej
informacji na temat służby
i tego co się dzieje w archiwum. NO JAK MI SIĘ NIE CHCE. I zapomniałem ! Tydzień minął, jak bumerang wróciło na Zespole
Ds. Literatury. Zawstydziłem się i poczułem nieswojo w końcu obiecałem, dobra
napisze parę słów, a „Walizeczka” to nie może napisać podyktuję
jemu, NO JAK MI SIĘ NIE CHCE. I chodzi mi to po głowie!
Z poszukiwaniem, rozmowami i myśleniem o pracy popadłem w stan depresji,
pijanych zachowań, zamiany nocy na dzień, znanego mi spania, zasłaniania
zasłon, braku celu i wiary, porannego kaca i obwiniania do
czego się nadaję, złości i niechęci, planowania pójścia na mityng rano
na
Hehehehe, a miało być krótko i tak mi się nie chciało. Odczułem ulgę po napisaniu. Jednak z drugiej strony łaskocze mnie wewnątrz lęk, przeczyta to wiele osób a tu napisałem całą prawdę o sobie, odsłoniłem miękki brzuszek.
Z wyrazami szacunku – Paweł AA.
Z
WOLNEJ, HARCERSKIEJ
KORESPONDENCJI
MEILOWEJ
Jako ojciec i trzeźwy
alkoholik stanąłem dzisiaj przed zadaniem spakowania syna na obóz harcerski
(pierwszy w życiu). Pakowanie syna na obóz harcerski
dla osoby nie będącej alkoholikiem nie stanowi
wyzwania emocjonalnego - pomaga się synowi upchnąć rzeczy w plecaku, potem
życzy dobrej drogi i wyraża radość.
W wypadku alkoholika, trzeźwego, rzecz wygląda na bardziej skomplikowaną
od strony emocjonalnej.
Pierwszym utrudnieniem dla pełnego wad alkoholika (czyli mnie) są dwa plecaki. Gdyby był jeden
plecak, nie miałbym problemu, po prostu, z braku wyboru, spakowalibyśmy się w
ten jeden. Niestety, ambaras de richesse,
plecaki pojawiły się w domu dwa, przy czym oba pożyczone. Jeden był od męża
przyjaciółki żony i śmierdział kurzem z lat osiemdziesiątych, a wyglądał, jakby
100 razy przejechał trasę Warszawa - Zakopane na podłodze w kiblu
wagonu 2 klasy i spalono na nim 100 spoconych ludzkich ciał. Drugi był od cioci
Oli - bardziej nowoczesny, ale za to cuchnący tytoniem tak strasznie, że na
pewno syn dostałby na obozie od razu sprawność "fajka pokoju". Jako
alkoholik wpadłem w rozpacz niemożności dokonania wyboru. Najpierw
spakowałem wszystko w jeden plecak, ale ciągle się coś nie mieściło: buty na
dole, saperka nad nimi, saperkę owinąłem w ręcznik, żeby nic nie
przedziurawiła, na to spodnie i reszta, śpiwór na górę, pod spód ręczniki i
majtki. Źle. Wywalam wszystko z powrotem. Kurz wali na potęgę. Pakuję jeszcze
raz. Tym razem śpiwór na dole, razem z butami i do tego saperka. Źle. jeszcze raz. Potem kolejny. I dalej źle. To w drugi plecak. Na
szczęście, przede mną alkoholikiem, były dwa plecaki, a jak wiadomo dać
alkoholikowi drzewo, a zrobi z niego las - to ja tak samo, popadłem w
szaleństwo plecaków.
Potem, kierowany wszystkimi rozbuchanymi instynktami i wadami nie usuniętymi jakoś wcale do tej pory, zacząłem pouczać
syna, jak należy się pakować, żonę jak należy się pakować, a nawet młodszego
syna, jak należy się pakować, jak dorośnie.
Następnie zacząłem rolować koc. Koc pojawił się, bo kazałem dzwonić do druha i
zapytać, czy koc jest w ogóle potrzebny. Jest. Sanepid wymaga. Koc postanowiłem
zrolować, bo wiem, że się roluje, sam byłem kiedyś harcerzem i rolowałem.
Rozłożyłem koc. Zacząłem wysilać pamięć - jak się "fachowo",
bajerancko roluje koc? Tak po wojskowemu? Pamiętałem, że jakby w kopertkę, coś
na krzyż i boki szersze zostawić, jakby naleśnik, a potem końce wchodzą w te
boki. I dawaj. Raz rozkładam. Nie tak. Drugi raz, znowu coś nie tak. Trzeci,
czwarty, piaty raz. Żona mówi - daj spokój, nie roluj koca, już wieczór, po
prostu go złożymy. Nie. Żona się nie zna. Syn musi mieć wspaniale zrolowany
koc. Najlepszy koc. Taki koc, że jak go wyjmie na obozie, to wszyscy staną
zadziwieni i gęby rozdziawią i krzykną - ach, patrzcie
na tego młodego harcerza, ach skądże, skądże, ona ma tak pięknie zrolowany koc?
A syn popatrzy dumnie i odrzeknie - ach, ojciec mój, ojciec kochany, tatko mój
wspaniały nauczył mnie rolować i złożył go tak pięknie, bo sam był kiedyś
harcerzem i nauczył się pięknie rolować koc.
Rolowałem koc w pokoju dzieci z kilkanaście razy. Bez skutku. Nie chciało
wyjść, tak jak to robiłem te dwadzieścia kilka lat temu. Parę razy
podenerwowany rzuciłem do żony - no nie stój, weź złap z tamtej i zroluj. Żona
na kolana, jak przed świętym obrazem i dalej roluje. I nic. Znowu źle.. Koc jak
bałda, naleśnik nierówny, końce nijak się nie chcą
chować do kopertki. Bez sensu. Ale dalej się staram, rozkładam. Po skosie. Po
nierównym skosie. Na bok. Nagle pies zeskakuje z łóżka i niszczy łapami całą
misterną konstrukcją i merda ogonem. Co za głupi pies!
Żona znowu pomaga i znowu. W końcu pyta mnie spokojnie:
- a po co ty rolujesz ten koc?
- Po co? - spytałem baraniejąc.
No jak rzesz po co - kobita głupia chyba, że nie
rozumie. Ale.. właśnie...Hmmmm…
Po co? Właściwie… po nic.
To
rolowanie jest bez sensu. Te zrolowane koce pasowały kiedyś do niewielkich
plecaków harcerskich, a do tego nowoczesnego "komina"? Nonsens…
Faktycznie. Nagle stwierdziłem, że... że można go po
prostu złożyć w kostkę i włożyć do plecaka. Jest miejsce. Kilkanaście minut nerwowo
i spoconych ruchów bez sensu.
Hmmm...A to takie proste. Jak z Programem AA -
najprostszą drogę, tak jak jest opisane w księgach znaleźć jest najtrudniej. A najfajniej to pokombinować po swojemu,
pozwolić jeszcze zadziałać wadom charakteru (pycha, chęć błyszczenia, gniew)…
Ale to nie koniec. Na koniec pakowania, na koniec tych menażek, latarek,
skarpetek, porad jak prać brudne rzeczy, jak wydawać pieniądze padłem zmęczony
na łóżko w sypialni, z nadzieją, że zasnę i wtedy…
W drzwiach pojawiła się żona i syn. W rekach trzymali jego mundur. - Hmmm, trzeba przyszyć do rękawa logo drużyny
- Ja???? - otworzyłem szeroko oczy - a dlaczego nie
ty? Przecież to kobiety szyją zawsze. I gotują. - Bo jest za twarde, nie dam
rady przebić, bolą mnie palce.
- O nie, nic nie będę przyszywał. Niech on sam przyszywa, jest duży, chce być
harcerzem, powinien być odpowiedzialny. Niech sam szyje! - burknąłem
bardzo zły.
Wyszli. Głupio mi się zaczęło robić. To cholerne,
ukształtowane na mityngach sumienie zaczęło się odzywać - "hej, czy kto tu
nie zachowuje się, jak pijany? hej - kto ma pomagać
rodzinie? hej - naprawdę się dobrze z tym
czujesz?"
Wstałem, polazłem po ten mundur, po te grubą naszywkę z logo drużyny, nawlokłem
igłę, usiadłem i zacząłem szyć. A jaka złość była we mnie dalej. Ale szyłem.
Ciężko było, jak cholera - ta naszywka faktycznie taka gruba, że się igła nie
chciała przebić, w dodatku na rękawie - niewygodnie. Szyć nie umiem, to idzie
ciężko. Ale idzie.
I tak siedziałem i szyłem. Ze dwa razy zakląłem nawet (hmm, na k....), co przy mundurze symbolizującym harcerskie
wartości nie było zbyt ładne, ale na szczęście tych moich "k..." pod
nosem nikt nie słyszał. I szyłem dalej i szyłem. Mijały minuty. Syn zaglądał,
pytał, czy coś pomóc. Potem żona. A ja robiłem się coraz spokojniejszy, coraz
spokojniejszy. Potem załapałem w które miejsca się
wkłuwać, żeby igła łatwiej przechodziła, zaczęło iść szybciej. I w końcu, po
długich mozołach… Przyszyłem. Przyszyłem.
I nagle - poczułem się szczęśliwy i spokojny. Syn mi bardzo podziękował.
Fajnie, że mu przyszyłem te plakietkę.
Pogody Ducha - Tomek AA
Mija kolejne 10 lat
"Ten
czar nade mną trwa"
Szanowny Redaktorze Mareczku,
Wygląda na to, że jest to pierwszy mój ważny list od
bardzo dawna, może nigdy nie napisałam takiego listu. Urodziny MITYNGU to
dzisiejszy dzień, ale myślami przy tych urodzinach jestem od pewnego czasu.
Motto tego listu przyszło do mnie ot tak, nie wiem skąd. Ale wyraża to co czuję. Nie będę wyrażała wdzięczności używając tego słowa (choć uczyłam się tego od Ciebie na schodkach w Strzyżynie - bardzo ładnie to robiłeś). Wdzięczność wyłazi
z całego tego listu.
Ten mały kawałek życia spędzony z MITYNGIEM dał mi
wiele i wiele mnie nauczył Zaczynałam z ciekawości i co tu dużo gadać, aby
pomóc Mirkowi. Okres przed poznaniem Ciebie był oswajaniem się z Al-Anonem. Nie mogę powiedzieć, że był to okres bytności we
wspólnocie. AA znałam tylko z nazwy i programu. Nie wiedziałam, że to, w co
wkładam ręce to służba. Ale czułam, że jeżeli przyłożę rękę do wspólnoty to
może stanie się ona "moją wspólnotą". I tak się stało, obie wspólnoty
są "moje". Wielka frajda i zabawa jaką był
"Mityng" pozwoliły mi się nie tylko bawić, ciekawić tym co się dzieje
z nim, ale przede wszystkim pozwoliło mi się rozwijać. I to w
jakiej atmosferze i towarzystwie!. Wiele się zdarzyło ze mną w tym
czasie i nie mam ochoty myśleć, co by było ze mną, gdyby to się nie zdarzyło. W
czasie naszej roboty poznałam, że zmęczenie dla takiego celu jest zmęczeniem ale nie zniechęceniem. Że popełniam błędy, i co -
i nic. Często myślę o tym jak z niektórymi z nich się borykałeś. I jeszcze to,
że bardzo chciałam, żeby ludzie widzieli "Zobaczcie, ja to robię, robię to
dla Was i dla siebie". Dziś mi to już nie jest potrzebne. Dziś tylko bym
chciała, żeby MITYNG był. Zobaczyłam, że mogę mieć głupie pomysły, i co - i
nic. Ciepło i cierpliwie mi je tłumaczyłeś. I zawsze się mogłam przytulić do
flanelowej koszuli. Sopel lodu, którym byłam topniał
powoli w tej robocie. Ten "czar" z motta jest przeze mnie odczuwany jako atmosfera ale i jako czary, w wyniku których
się zmieniałam. Zaczynając nie przypuszczałam, że to tak działa. W takiej
ciepłej atmosferze odważyłam się na otwartość. Najpierw maleńką, potem większą staram
się tego nie zgubić. Mówiłeś, że czasami były takie sytuacje, w których byliśmy
na pograniczu rzucenia tego wszystkiego - ja z trudem sobie je przypominam i
nie przypominam sobie tego napięcia. Przypominam sobie natomiast swoją
nieświadomość na temat tego jak działają wspólnoty, z rozbawieniem i z ciepłą
zadumą przypominam sobie "Wesołe", "Aniny"
i to jak zmieniało się moje samopoczucie tam. Bez wątpienia to był czarujący
okres w moim życiu, który trwa pomimo tego, że mój związek z MITYNGIEM jest
związkiem czytelnika z pismem. Jedno mi w tym wszystkim dokuczało i dokucza, że
"buda nr 17" nie znajduje się w okolicy Dworca Centralnego. I jednego
się nie nauczyłam w tym czasie - wyrażać swoją złość. Widać nie było na czym poćwiczyć. Jesteś jednym z tych ludzi, którym
mogę powiedzieć "Jeżeli na Twój widok się nie
uśmiecham, tak szeroko od serca, to znaczy, że już nie żyję.”
Jak są urodziny, to zazwyczaj jest tort i potańcówka. Nie muszę tego mieć. Czuję się tak słodko jakbym
już ten tort zjadła, a w środku od rana śpiewam sobie Psalm Agnieszki
Osieckiej. Dzięki Ci Panie za ten świat, dzięki Ci Panie.
... Grajmy Panu na harfie, grajmy Panu na
cytrze, Chwalmy śpiewem i tańcem cuda te fantastyczne. I nie musi być
potańcówki.
Wdzięczna Ci jestem za to, że jesteś.
Mam nadzieję, że jesteś w koszulce flanelowej i mogę się do niej przytulić.
Elunia. Warszawa, 25.10..97