MITYNG 09/123/2007
DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO
Boże, użycz mi Pogody Ducha, abym godziła się z tym, czego nie mogę
zmienić....
Na
zewnątrz lato deszczowe, przygnębiające, dopada mnie w te dni żal przemijania i
smutek bezpodstawny. Z małych problemów tworzą się w mojej chorej głowie
najgorsze przewidywania względem przyszłości i zamartwiania się o moje dzieci i
wnuki. Zamartwiam się o zdrowie, o pracę dla dzieci, o trzeźwość mego męża i
trzeźwość dorastających wnuków. Jedynie na mityngu, gdy widzę uśmiechnięte
twarze przyjaciół, czerpię od nich „Pogodę Ducha”, myśląc, że mają
większe problemy a jednak są radośni. W pierwszych latach trzeźwości, chętnie
pełniłam służby, niosłam posłanie z dużym skutkiem, wtedy czułam się potrzebna
i doceniona. Obecnie czuję się stara, brzydka i gruba. Nie umiem wypowiadać się
na podany temat. Nie jestem w stanie przyjąć do wiadomości słów: „Przyjmuj
pogodnie, to co lata niosą, bez goryczy wyrzekając się
przymiotów młodości!”. W czasie użalania się nad swoją starością,
przypominam sobie Ś.P. Bożenkę z Wiatracznej (tych mityngów już tam nie ma).
Ona często mówiła: „Jestem młoda i piękna, uśmiecham się do ludzi na
ulicy, gdyż rozpiera mnie radość trzeźwienia.” Przepraszam, że powiem, iż
Bożenka była wątpliwej urody i w moim wieku a ja słuchając jej z entuzjazmem
przyznawałam Bożence piękność. Siebie nie umiem tak pocieszać. Jak piłam,
gardziłam sobą, chciałam się zapaść pod ziemię ze wstydu. Byłam
brudna, pobita. Czułam się odrzucona, niekochana i niegodna życia. Obecnie po
wielu latach trzeźwości, gdy jestem zadbana, mam trzeźwy dom, dobrego drugiego
męża, kochające dzieci, wnuki, to nadal użalam się nad sobą. Ciągle prześladuje
mnie przeszłość, cierpienia jakich przysporzyłam
rodzicom, mężowi, który odszedł, dzieciom i wnukom, to mnie przygnębia i pryska
cała wypracowana przez lata Pogoda Ducha. Czuję mocno Opiekę Bożą, wdzięczność
dla Wspólnoty AA oraz radość z trzeźwego domu. Czytam na bieżąco literaturę AA,
rozumiem co do mnie piszą, że mają podobne
doświadczenia. Brakuje mi pokory, aby uznać się szczęśliwą. Potrafię cieszyć
się latem ale tylko, gdy świeci słońce i mam kontakt z
przyrodą i przyjaciółmi. Nienawidzę słoty jesiennej, długiej zimy i już teraz
zamartwiam się, jak to przeżyję w czterech ścianach. W zimie nie wychodzę z
domu ze strachu, że na pewno przeziębię się. Paraliżuje mnie strach, czy córka
znajdzie pracę? Czuwam w nocy, czy dorastający wnuczek wróci do domu cały i
trzeźwy? Słowem zamartwiam się o wszystkich i o przyszłość, którą widzę czarno.
Taka chwiejna jest ta moja Pogoda Ducha. Odpowiem sama sobie: „Zacznij
znów zmywać szklanki! Chodź częściej na mityngi! A wróci równowaga zbolałej mojej
duszy.
„Ciągle jeszcze ten świat jest PIĘKNY.
Bądź uważna, staraj się być szczęśliwa!”
Pogody Ducha całej Wspólnocie AA życzy przyjazna
STENIA.
AA źródłem życia
Opowiadała mi kiedyś żona historyjkę znaną
w kręgach Al.-Anon.
W rodzinie aktywnych alkoholików wychowali się
bliźniacy. Zapytano jednego z nich, który został profesorem uniwersytetu, co
było podstawą jego osiągnięć? Odpowiedział prosto. Robiłem wszystko
aby być jak najdalej od takiej rodziny. Zapytano również brata-bliźniaka,
dlaczego jego życie toczy się jedynie w melinach
pijackich? Gdybyście mieli taką rodzinę jak ja, też byście pili –
wyksztusił z siebie w pijackim amoku.
Znam wiele rodzin, do których można dopasować tę
historyjkę, choć różnica postaw życiowych może nie jest aż tak drastyczna. Kto
wie, czy sam nie byłbym dotąd przykładem „czarnej owcy” w rodzinie
gdyby nie AA? Wszystko na to wskazywało, jednak nasuwa mi się pytanie, czy bym
dziś żył? Wątpię.
Nieraz zastanawiam się nad tym, jak trudny do
zrozumienia dla mnie jest ten nasz świat. Nieznaczna różnica w warunkach
rodzinnych, a może nawet żadna, wywołuje zupełnie odmienne drogi życiowe. Stąd
moje wątpliwości wobec wszystkich, którzy poszukują "mądrości
życiowej"; jakiejś niezawodnej drogi życia, sądzących, że składa się ona z
prostych recept mówiących jak działać, by zawsze i wszędzie osiągnąć
spektakularny sukces. Póki nie wypróbujemy ich w praktyce, pozostaną jedynie
świstkami papieru.
Na terapiach, naszych mityngach
„wałkujemy” Kroki, Tradycje, rozprawiamy na temat wszelkich
niuansów programowych, często zapominając, że już współzałożyciele AA
wskazywali, że nasz cały program zawarty jest w słowach – MIŁOŚĆ i ODPOWIEDZIALNOŚĆ.
To szalenie ważna wskazówka. Oczywiście przydatne są wiadomości o chorobie
alkoholowej i dyskusja krokowa. Właściwie nie wyobrażam sobie ich pominięcia,
ale również mam świadomość, że na tym nie może kończyć się edukacja alkoholika,
który coraz częściej zaczyna sprawiać wrażenie zadufanego eksperta od choroby
alkoholowej. Konieczna jest praktyka, najlepiej w służbach we wspólnocie AA,
które stają się poligonem doświadczeń poznanych w procesie trzeźwienia. Chodzi
o to aby choć raz przeżyć osobiście to co się mówi, by
słowa, myśli i działanie stanowiły jedność. I jeszcze coś. By wszyscy mogli to
zobaczyć i uwierzyć. Często się mówi, że prawdziwą naturą alkoholizmu jest brak
więzi - rozłączamy się od rodziny, przyjaciół i prawdziwego świata. Wraz z
postępem naszego uzależnienia się przechodzimy do totalnej izolacji. Powrót do
zdrowia to obok zaprzestania picia również przywrócenie więzi z ludźmi które przerwaliśmy. Byśmy z całą odpowiedzialnością
kochali bliźnich pomagając sobie wzajemnie.
W życiu codziennym najczęściej nie zastanawiam się
długo nad decyzjami bo nie mam czasu na skomplikowane
analizy. Działam intuicyjnie a mimo to mam wrażenie, iż nie mogę postąpić
inaczej, niż właśnie postępuję. Czuję taki przymus. Racjonalne argumenty są
raczej usprawiedliwieniem decyzji niż przyczyną jej podjęcia. Właściwie nie mam
wyboru. Po prostu całą swoją osobowością opowiadam się, kim jestem. Samowiedza
jest tylko odpowiedzią na pytanie, jaki chcę być. Kiedy wspólnota funkcjonuje w
mojej świadomości, myśleniu i uczuciach, kiedy jej Program "przenika"
mnie, dopiero wtedy czuję, że jestem sobą. Powoli
dociera do mnie istnienie Siły, której ulegam. Zdaję sobie sprawę, że
wszechmocna natura rozstrzyga swoje sprawy nie pytając mnie o zgodę. Pozostaje
mi tylko schylić głowę pokornie przed jej potęgą i przyjąć do świadomości, że
nie ja jestem Bogiem ani głównym reżyserem życia. Muszę teraz nauczyć się
rozpoznawać i wypełniać wolę wobec siebie albo nadal cierpieć. I do tego dziwić
się. Jak to się dzieje, że te same fakty i zdarzenia są dla wierzącego dowodem
opieki Boga nad światem a dla ateisty są argumentem potwierdzającym jego
przekonania? Tego nie będę rozstrzygał. Dla mnie jest ważne, że natura uczyniła
z AA źródło życia dla tylu wspaniałych ludzi. Dziękuję wspólnocie za
przyjaciół, dzięki którym moje życie się zmieniło i wzbogaciło. Za trzeźwe
życie.
Pozdrawiam pogodnie Marek Warszawa 8 08 07
Z mojej korespondencji mailowej
Witaj Droga
Przyjaciółko!
Lada moment wyjeżdżam na kilka dni z rodziną nad morze - nasze, polskie.
Nie byliśmy razem na wakacjach bardzo wiele, wiele lat. Jest to nasz pierwszy
wspólny wyjazd w moim trzeźwym życiu. Jest to też dla mnie i wyzwanie nie byle jakie - nowe miejsce, obcy ludzie, podróż i... jak zwykle pojawił się lęk przed nieznanym. Wracają też
wspomnienia - takie wyjazdy kojarzą mi się tylko z piciem:
Jeśli pierwszego dnia piłam do drugiej w nocy, to zaraz następnego do
4tej, a następnego do rana. Potem trochę odpoczynku na kaca i regenerację sił a
potem znów to samo. To była udręka a nie odpoczynek. I wspomnienia fatalne. I
wstyd przed dziećmi i znajomymi.
Ech...lęk jest olbrzymi no i te obrzydliwe
skojarzenia.
Zanim jednak podjęłam ostateczną decyzję o wyjeździe i jego miejscu sprawdziłam
w wykazie wszystkie okoliczne mityngi. Tak ustaliliśmy z mężem i synem
marszrutę i zwiedzanie, abym mogła skorzystać ze spotkań AA. Dziś sobie nie
wyobrażam samotności w zdrowieniu. Wiem - bo przerobiłam to na własnej skórze -
SAMA POTRAFIĘ TYLKO JEDNO - WYKOMBINOWAĆ FLASZKĘ.
A takie wakacje są dla mnie zagrożeniem - przecież wokół będzie piwsko lało się
strumieniami i tego nie zmienię. Siłować się sama z tymi emocjami nie mam
zamiaru, więc spotkania AA są dla mnie bardzo ważne, wręcz niezbędne!
Zapytał mnie piętnastoletni syn : "Mamuś,
a czy Ty nie będziesz wstydziła
się pójść na mityng w obcym mieście do obcych ludzi?"
Hmmmm....Zna mnie – pomyślałam – słucha,
wie, że wciąż boję się nowych miejsc. Zastanowiłam się troszkę
ale zaraz potem odpowiedziałam: "Synuś, pewnie dwa
lata temu bym się wstydziła. Dziś wiem, że jest to dla mnie JEDYNE
lekarstwo. I dziś jest mi wszystko jedno jak wygląda i gdzie mieszka
"pielęgniarka",
która mi je podaje. Wiem, że to są ludzie z taką samą chorobą jak ja -
alkoholicy i oni mogą mi pomóc, kiedy są lęki, strachy, niepewność itd."
A potem uśmiechnęłam się do swoich myśli. Dostrzegłam kolejne zmiany w mojej
rodzinie:
Mój komfort
trzeźwienia poprawia się z dnia na dzień. Mogę rozmawiać z rodziną o wszystkim szczerze.
Nie zawsze tak było. Kosztowało mnie to dużo pracy. Ale opłaciło się. Bo mimo
tych lęków, mam wsparcie też u najbliższych. Nie zawsze rozumieją w całości,
ale to tak widocznie ma być. Przecież mi też zrozumieć trudno osoby z innymi
chorobami - mogę im współczuć, pomagać ale jak
zrozumieć, poczuć na przykład ból chorego na nowotwór?
Piszesz, Droga Przyjaciółko, że zdrowie fizyczne Ci
dokucza. Myślę, że warto teraz, gdy przestałaś pić, szczególnie o nie zadbać.
Pamiętam jak wszystkie choróbska ujawniały się we mnie po odstawieniu alkoholu.
Przestał przecież działać. ZNIECZULACZ! A alkohol działa znieczulająco nie
tylko na bóle fizyczne ale też i na świadomość, i
podświadomość. Zakłamuje objawy, chowa je gdzieś głęboko w mózgu. Nie zauważałam więc, że coś złego dzieje się z moim ciałem.
Nazbierało się tego trochę. Doszły jeszcze objawy odstawienie i ból całego
ciała zwiększał się. Aha... rozmawiałam ostatnio ze
swoim lekarzem – po czasie, gdy w pełni zaakceptowałam swoją
chorobę, zawsze teraz informuję lekarzy o swoim alkoholizmie. Dla swojego
bezpieczeństwa - okazuje się, że niektóre lekarstwa potrafią wywoływać głód
alkoholowy. A wtedy, by sięgnąć po pierwszy kieliszek - już tylko formalność.
Tego nie chcę – nie chcę wrócić do picia.
A więc rozmawiałam ze swoim lekarzem o swoich silnych bólach wewnątrz jamy brzusznej.
Zrobiłam wiele, wiele badań specjalistycznych. Co nieco wyszło
ale też niektóre z nich są jakby "bezzasadne". I to te bóle
okazały się właśnie bólami (WCIĄŻ!!!! PO LATACH!) odstawiennymi. Powiedział mi lekarz, że mogą pojawiać
się właściwie do końca życia. I powiedział, że powinnam nauczyć się je
rozpoznawać, by nie bagatelizować tych, które zwiastują inną chorobę.
Warto więc, Moja Przyjaciółko pobiegać troszkę po
lekarzach, porobić badania i być ostrożną. Zabrzmi to troszkę jak truizm ale przypomnę Ci (i sobie!) jeszcze
raz - pamiętaj o 24 godzinach, nie zapominaj o PROGTAMIE HALT - nie bądź
głodna, zła, samotna i ZMĘCZONA. Warto robić sobie plan dnia. Taki, by znaleźć
dla siebie czas - przede wszystkim odpocząć. To jest do zrobienia
jeśli tylko chcesz. Nie musisz być siłaczką.
Pozdrawiam radośnie, trzymam kciuki i
życzę wytrwałości.
Gosiali
MOJE DRUGIE TRZEŹWE
ŻYCIE –
PEŁNE
BŁEDÓW I WYPACZEŃ.
Z
początkiem mojego trzeźwienia w 1997 r. Prognozowałam ile to profitów zbiorę.
Ile będę miała radości z trzeźwości. Podreperuję upadłe zdrowie. Wynagrodzę
wszystkim zadane zranienia mojego picia. Odłożę pieniądze. Pomogę innym.
Odszedł kac fizyczny i moralny. Pomagałam i pomagam najbliższym. Niosłam
posłanie.
Rodzina odetchnęła,
sąsiedzi też. Myślenie i zachowania po części pozostały pijane. Złoszczę się,
krzyczę, gniewam, gdy coś nie idzie po mojej myśli.
Zaprzątam moje myśli czarnymi prognozami i źle się
z tym czuję. Ciągle drżę na myśl, żeby moje wnuczki i wnuki nie popadli w moje
uzależnienia od alkoholu i nikotyny. Nie umiem żyć dniem dzisiejszym tzn.: - TU
I TERAZ –
Na mityngu słyszę jak
przyjaciele ciężko pracują na utrzymanie rodziny. Wtedy włącza mi się poczucie
winy, że robię wszystko szybko, niedokładnie, żeby mieć czas na odpoczynek.
Czuję się jak „kura domowa” – jak służąca.
Wtedy postanawiam wziąć
się solidnie do pracy w domu i nad swoim lenistwem. Jeden dzień się przyłożę a
trzy dni odpoczywam. Kiedyś cieszyłam się z drobnostek a teraz ciągle jestem
nieszczęśliwa. Jak na siłę łapię ster i rządzę w domu, to mam z tego same
niechęci, niedomówienia oraz złość.
Modlę się i medytuję, na
krótko otrzymuję wyciszenie. Ciągle czuję się nieszczęśliwa, głównie z powodu
palenia papierosów. Zazdroszczę przyjaciołom, którzy skutecznie rzucili ten
nałóg. Nic nie robię w tym kierunku, czekam na cud odrzucenia nikotyny. Palenie
wyniszcza resztę mojego zdrowia. Żeby odreagować poczucie winy oddaję się
nierealnym marzeniom. Marzę o podróżach, głównie w góry, do dalekiej, kochanej
rodziny. Marzenia nie do spełnienia – nic nie mogę odłożyć, dużo wydaję
na papierosy.
Marzę o długim, zdrowym życiu i pomaganiu dzieciom
i wnukom, które bardzo skrzywdziłam dawnym piciem.
Ślad pozostał. Są znerwicowane, niesystematyczne,
marzyciele tak jak ja. Chcą mieć wszystko bez wysiłku. Ja te wady przypisuję
sobie i gnębi mnie żal, że podałam tak okropny przykład życiowy. Oprócz
trzeźwości i niewielkiej pomocy finansowej nic nie mogę zaoferować. No chyba
to, że dzieci, męża, wnuki i wnuczki bardzo kocham i kupuję od nich każdą
radość i każdy ból.
Serdecznie i cieplutko pozdrawiam – Trzeźwa
Niedoskonała Anonimowa.
Koń
ma jedną nogę.
Niedziela 5 sierpnia 2007r, poranna audycja
programu 1Polskiego Radia. Z okazji miesiąca trzeźwości, na antenie wypowiada
się terapeuta z klubu „Goplańska” w Warszawie. Pada dużo informacji
o tym, gdzie uzależnieni, szczególnie alkoholicy mogą otrzymać pomoc.
Wymieniane są numery telefonów profesjonalnych ośrodków terapii. Między różnymi
informacjami pojawia się też zachęta do korzystania z grup wsparcia Anonimowych
Alkoholików. Ostatnia informacja poruszyła mnie. Poczułem się w tym momencie
jakbym usłyszał, że koń ma jedną nogę.
Niby wszystko się zgadza. Koń ma jedną nogę, ale
czy tylko? Czy to co usłyszałem jest jedynie
informacją, czy może czymś innym, bardziej złożonym?
Często w początkowej fazie psychoterapii pacjent
doświadcza bardzo silnego egocentryzmu, uznaje realizację wszelkich swoich
potrzeb za największą wartość. Pewnie jest to zachowanie psychologicznie
uzasadnione. Jeśli jednak taka postawa utrwala się, powstaje problem. Gdy
autorytet, jakim jest dla pacjenta terapeuta, zaszczepi informację, że Anonimowi
Alkoholicy są grupą wsparcia wtedy naturalne, że pacjent niczego innego w AA
się nie spodziewa ani nie oczekuje. Przychodzi na mityng w przekonaniu
jakoby jedynym celem grupy było wspieranie jego (egocentrycznej) postawy. On
przecież ze swoimi problemami jest najważniejszy.
Może to wystarczające do poprawy samopoczucia,
może dobre na początek, ale z Programem AA jeszcze niewiele ma wspólnego. Jeśli
w ogóle.
Trudno więc uważać, że
wszystkich uczestników naszej wspólnoty łączy jakaś wspólna, mistyczna
właściwość wynikająca ze wspólnej choroby. Różne informacje powodują różne
oczekiwania i postawy.
Wielu z nas, a wiem to z osobistych doświadczeń,
ma tendencję do koncentrowania się na sobie, własnych przeżyciach,
trudnościach, doświadczeniach. Często o nich dużo mówimy, chcemy, by nas
wówczas słuchano, by się nami interesowano. Gdy tej tendencji nie ograniczymy,
dorasta ona do rangi problemu utrudniającego kontakty z innymi ludźmi wokół nas
– głównej przyczyny ucieczki w alkohol.
Kiedy świat gwałtownie kurczy się do przestrzeni
własnych spraw, najskuteczniejszym antidotum na samotność alkoholika może
okazać się zaangażowanie w życie Wspólnoty AA. W niej wielu doświadczyło, że
wychodzenie poza własne sprawy przyczynia się do lepszego funkcjonowania.
Problemy bliźnich pozwalają nabrać zdrowego dystansu do osobistych
przeżyć, dają odetchnąć psychice. Lecz nie przeceniajmy samych siebie.
Pozostawieni sobie samym nigdy nie zdobędziemy tyle samo świadomości, ile
możemy uzyskać wśród ludzi złączonych celem niesienia posłania AA oraz
wzajemnej pomocy.
Konsekwencją traktowania mityngów AA jako grupy wsparcia jest to, że trzeźwiejący
alkoholicy rzadko poczuwają się do zasady przekazywania innym swojej
trzeźwości, w czym ujawnia się czysto konsumencki stosunek do wspólnoty -
chętnie korzystają z wysiłku służb, chwalą za skuteczność lub narzekają na
bylejakość, ale nawet przez chwilę nie pomyślą o tym, że powinni wziąć na
siebie cząstkę ich trudu. Chętnie odcinają kupony wypracowane przez wspólnotę
zapominając, że poza wspólnotą motywacja trzeźwości łatwo gaśnie. To tylko
kwestia czasu. W ten sposób oddalają się od dobrodziejstw Programu AA.
Nie jest przedmiotem tego artykułu prezentacja
Programu AA. Mam nadzieję, że zainteresowani sami znajdą dla siebie odpowiednią
odpowiedź. Nie mam też zamiaru pozbawiać kogoś radości odnajdowania i
przeżywania wskazówek AA lecz chciałbym zwrócić uwagę
na jeszcze jedną sprawę. W kanonie literatury AA jest taka pozycja –
„GRUPA AA … gdzie wszystko się zaczyna”. Już z tytułu jasno
wynika, że GRUPA AA to miejsce gdzie rozpoczynamy naszą trzeźwość, w której
niczym w jakimś tyglu mieszają się wpływy różnych „szkół
trzeźwienia”. Ale początek zawiera jedynie ułamek możliwości. Poza grupą
istnieje jeszcze cały świat AA. Zamykanie oczu na części działań grupy jest
chyba tylko nieporozumieniem.
Na zakończenie chciałbym przekazać kilka uwag:
1. Największym dla mnie
zaskoczeniem było to, że nie ja stawiam wymagania Programowi AA ani ustanawiam warunki w jakich mogę trzeźwieć, lecz to, że aby skorzystać
z niego musiałem przestać pić i to bezwzględnie.
2. Byłem przerażony wizją
konieczności uczęszczania na mityngi AA a dzisiaj jestem zadowolony, że z
mityngów mogę korzystać nawet do końca życia.
3. Sama wiedza, bez praktycznej
odpowiedzialności za siebie i innych, jest we wspólnocie AA mało przydatna.
Pozdrawiam pogodnie Marek Warszawa 8 08 2007
Do NOWICJUSZA!
Pamiętam swój pierwszy mityng...Było to rok temu w niedzielę. Znalazłem się na
nim dzięki zaproszeniu mojego niepijącego przyjaciela. O spotkaniach AA i
programie leczenia słyszałem juz od dawna, lecz nigdy nie miałem w sobie
wystarczająco dużo siły i odwagi, by móc się przed samym sobą przyznać do
bezsilności wobec alkoholu…
W
domu nie układało mi się dobrze. Moje małżeństwo wisiało na włosku. Bardzo
często się nad sobą użalałem, jaki to ja nieszczęśliwy. Chwilami nie chciało mi
się żyć. Za mój stan samopoczucia obwiniałem ciągle najbliższych. Nie
potrafiłem dostrzec winy w sobie i swoim zachowaniu. Próbowałem wszystkimi
wokół manipulować, chciałem by wszystko się działo po mojej myśli –
bezskutecznie. Moja żona wraz z dziećmi nie zgadzała się z tym
co mówię, i jak postępuję… Nadszedł moment, że sam zacząłem się
brzydzić swoim zachowaniem. Kochałem ich i nie rozumiałem
dlaczego ich tak ranię. Moja pycha i egoizm wzięły górę nad wszystkim.
Nie piłem juz kilka lat i uważałem, że to powinno wystarczyć. Nie ufałem nikomu
- dlatego nie miałem przyjaciół, tylko znajomych. Odizolowałem się od
ludzi...Żyłem w świecie, który sam sobie stworzyłem. Czułem się samotny i
nieszczęśliwy w tym świecie… Wszystko zaczęło się zmieniać od momentu,
gdy: Na mityngu
zostałem powitany brawami, które mnie z początku onieśmieliły, aczkolwiek
dodały otuchy i większej odwagi. Opowiedziałem o sobie kilka słów. Trudno mi
było przyznać się, że jestem alkoholikiem i mam problem. Zostałem przyjęty do
wspólnoty. Atmosfera była miła i serdeczna. Czułem się w tym miejscu
bezpiecznie. Wiedziałem, że tu się nie napiję; poczułem dużo pozytywnej energii
od ludzi, którzy siedzieli obok mnie. Na mityngu usłyszałem, że nikt nie ma
prawa mnie stąd wyrzucić, mogę sam zadecydować o tym, w którym momencie chcę
wyjść...Ja chciałem zostać i słuchać… Po mityngu rozmawialiśmy długo na
temat trzeźwienia. Przyznam, że zazdrościłem tym ludziom, z którymi rozmawiałem
pogody ducha, spokoju i optymizmu. Tak się wtedy czułem. Ktoś powiedział mi, że
będzie mnie szukał wzrokiem na następnym mityngu. Zrobiło mi się miło, że kogoś
obchodzę i nie jestem nikomu obojętny. Postanowiłem go nie zawieść. Na
następnym mityngu widziałem radość w oczach i uśmiech na twarzy tych, którzy
jakby na mnie czekali. Ucieszyłem się na ich widok. Na mityngu słuchałem
wypowiedzi innych. Były to historie i doświadczenia z życia. Niektóre radosne,
niektóre smutne, ale zaintrygowały mnie. Docierały do mnie. Zacząłem się powoli
z tym utożsamiać. Nie byłem jeszcze gotowy na to wszystko, ale powoli
zmieniałem stosunek do innych ludzi, szczególnie tych najbliższych. Program
zdrowienia był prosty:12 Kroków,12 Tradycji, czytane
Refleksje, w jakiś szczególny sposób wprowadzane w życie codzienne, zmieniały
mnie w lepszego człowieka. Przełomowym momentem w moim trzeźwieniu było
podjęcie służby zmywania szklanek. Bardzo było mi to potrzebne, bo poprzez to
zbliżyłem się do przyjaciół z mityngu, nauczyłem się pokory, której wcześniej
nie znałem. Zakupiłem literaturę AA, aby poznać lepiej program, nad którym
pracują Anonimowi Alkoholicy. W trudnych chwilach czytam ją i wtedy już nie mam
najmniejszych wątpliwości, czy jestem alkoholikiem, czy nie. Będąc na swoim
mityngu wypatruje wzrokiem nowoprzyjętych. Jeżeli są to bardzo się cieszę i
chcę żeby to zauważyli, że nie są mi obojętni, a jeśli ich nie ma, to martwię
się i modlę się do swojego Boga, aby odnaleźli drogę, którą ja odnalazłem w AA.
Pozdrawiam serdecznie. Piotrek "Słoneczko":)
około 10 lat temu
Poznaliśmy się około 10 lat temu na obozie w
Strzyżenie. Od tamtej pory jesteśmy w stałym kontakcie. Korespondujemy meilowo wymieniając się wiadomościami z naszych podwórek
AA, a czasami nawet odwiedzamy. Ostatnio z Tarasem spotkaliśmy się w
Warszawie. Opowiadał ciekawie o mityngach w swoim mieście, we Lwowie. Poprosiłem aby zechciał napisać do MITYNGU swoje refleksje.
Marek
A oto plon:
Cześć wam.!!! Mam na imię Taras, jestem
alkoholikiem.
Ostatnio zauważyłem, że mało
jest informacji o AA na zewnątrz wspólnoty, że mało nowicjuszy uzupełnia stan
grupy, a "starostwo" już się "zmęczyło" pracować nad
Programem, Krokami, Wielką Księgą.
Na rozpoczęcie mityngu przychodzi kilka osób, a później kiedy
zaczynają przychodzić następni, hałasują ustawiając dodatkowe krzesła itd. Ale
zauważyłem również, że kiedy przychodzi nowicjusz to wytwarza się jakaś inna
atmosfera, że nawet zacięty "marudziarz"
grupy (dobry, porządny chłopak, ale ciężko go słuchać), zaczyna udzielać
nowicjuszowi informacji i dobrych przykładów, zaczyna opowiadać o osobie. My
zaś mamy okazję zobaczyć jak na naszych oczach maruda zmienia się w człowieka
delikatnego i pełnego troski. Przestaje marudzić i zaczyna opowiadać proste aowskie rzeczy, bez filozofowania i innych naukowych
skrajności. Siedziałem obok i byłem tym przyjemnie zdziwiony. Takie spotkanie
działa niesamowicie pozytywnie.
Mimo wszystko zbyt mało nowicjuszy uczęszcza na spotkania grupy AA. .. I kiedyś, przy kawie padł pomysł aby nie czekać, kiedy nowi przyjdą albo nie, ale ... pójść do takich osób. Umówiliśmy się z lekarzami, że każdej środy będziemy przychodzić do szpitala, gdzie pacjenci otrzymują detoks. Do rozpoczęcia takiego działania przygotowaliśmy się. Wydrukowaliśmy 5 rodzajów ulotek. zaaprobowanych przez nasze krajowe GSO AA Początek zawsze jest trudny. To nie ma kluczy od sali, to coś tam jeszcze, ale jednak tydzień za tygodniem mija i już sympatycy wiedzą, że przychodzą z AA. A ci, którzy nie są sympatykami też wiedzą, że przychodzą jacyś dziwni ludzie. Nie baptyści, a chyba normalnie mają w głowie. W jakimś tam kolejnym spotkaniu wśród pacjentów detoksu zauważyłem znajomego, z którym kiedyś pracowałem w izbie skarbowej. On był pewnie kierownikiem, słabo już to pamiętam. Przed samym spotkaniem zauważyłem, że przez niego mam opory aby siebie przedstawiać jako alkoholika. Trwało to około 15-20 minut, gdy opowiadałem o chorobie alkoholowej, jakbym mówił o drugiej osobie ale kiedy uświadomiłem sobie, że znajomy jest tu z tej samej przyczyny co ja, zadałem do sali pytanie, czy mieli okazję rozmawiać z alkoholikiem, który od 12 lat nie pije? – Nie!!! - powiedzieli. I w tedy przedstawiłem się, że mam na imię Taras, jestem alkoholikiem.
Na sali zapanowała niesamowita cisza, choć na spotkaniu było około 40
osób. Można było słyszeć jak leci mucha. Mój znajomy też podniósł głowę,
widać było jego zainteresowanie. Dalej opowiadałem o sobie jak to na zwykłym
mityngu a potem odpowiadałem pytania. Po zakończeniu spotkania podszedł dawny
znajomy i mocno ścisnął moją rękę. Przez moment nawet pomyślałem, że mi urwie
palce. Zadawał mnóstwo pytań, co i jak, gdzie są grupy, jak dostać
literaturę,.. itp. Warto było wystąpić.
Zauważyłem ostatnio kilka ciekawych rzeczy o sobie: że
mimo tylu lat trzeźwości, to przy spotkaniu starych znajomych uruchamia się
dawny mechanizm myślenia. Zawstydziłem się przedstawiając siebie jako alkoholika, a może to ściany oddziału
detoksykacyjnego na mnie tak działają?
- że ja też się zmieniam. Potrafię śmiało opowiadać o swoim piciu, zdrowieniu, o swoim dzisiejszym życiu. Kiedy wychodziłem ze szpitala zadawałem sobie więcej pytań, czy to, co robię, mogę robić lepiej, czy mam tylko poczucie dobrze spełnionego obowiązku?
że rozdając ulotki mam pewność siebie i tych
informacji, do których kiedyś miałem sporo wątpliwości o skuteczność
oddziaływania, czy to coś pomoże.
-że mimo lat niepicia chciałem pokazać się lepszy niż
byłem.
Od czasu do czasu zauważam, że jak zaniedbuję mityngi, to podświadomie wraca
stare myślenie, wracają stare mechanizmy oddziaływania na mnie.
- że po spotkaniach na detox
sam zacząłem więcej zaglądać do Wielkiej Księgi, do „12x12” i
innych aowskich lektur.
Kolejny raz potwierdza się zasada: Program AA działa, jeśli ja działam.
Czasami, w chaosie wydarzeń, jakichś spraw, zgiełku i pośpiechu - zapominam o
tym. A wtedy o nieszczęście łatwo.
Pogody Ducha. Taras
ze Lwowa
MOJE
DOŚWIADCZENIA SKARBNIKA
GRUPY,
INTERGRUPY
I REGIONU
Na grupie Skarbnikiem
być było proste: podać stan kasy, ile w kapeluszu, że zapłacona sala, ile
wpłacimy na intergrupę, na herbatę też starczyło. Po
skończeniu służby na grupie zostałam skarbnikiem intergrupy
i tu już podniosła się poprzeczka. Wpłaty z grup, które trzeba było podzielić
na ulotki, „Mityngi” i jak była potrzeba na posłanie do ZK.
Następnie na Region i BSK i tu zdziwienie i bunt –
dlaczego mamy utrzymywać BSK?
Bo mój poprzednik nie wprowadził mnie w te arkana. Więc dopytywałam się mądrzejszych i dowiedziałam
się, że BSK drukuje książki, ulotki i pracownicy są na pensji (BSK jest
przedstawicielem całej Wspólnoty AA
Pod koniec służby na intergrupie zgłosiłam się na skarbnika Regionu. Żebym
wiedziała, że to wyższa szkoła jazdy, pewnie bym się nie zdecydowała.
Zobaczyłam, że tu są większe pieniądze, trzeba wpisywać do zeszytu przychody i
rozchody – dla mnie czarna magia. Lecz koledzy podpowiedzieli, żebym
poprosiła o pomoc koleżankę, która od lat zajmuje się księgowością i
zrozumiałam.
Ja podejmuję decyzję na co
możemy dać pieniądze (posłanie, utrzymanie PIK). Lecz o tych decyzjach mówię na
Radzie Regionu, Zespole Finansowym. Miałam takie chwile na RR, kiedy zadawano
mi pytanie czasem dla mnie niezrozumiałe i wtenczas miałam ochotę rzucić
wszystko na stół i niech zajmą się tym ci, co się rządzą. Ale wytrzymałam i
teraz się cieszę, że czegoś się nauczyłam (pokory).
Teraz kończy mi się ta
służba na jesieni. Miałam spocząć na laurach ale
doszłam do wniosku, że chcę czegoś więcej i chcę dalej trzeźwieć w służbach i
podjęłam się następnej służby.
Na koniec dziękuję tym, którzy mi pomagali i
wspierali w pełnieniu służby skarbnika Regionu.
Trudna sprawa
Zupełnie niedawno jedna z intergrup w swoim raporcie
zawarła wiele żalu do regionu w związku z brakiem zainteresowania mityngiem dla
profesjonalistów organizowanym na ich terenie. Faktycznie, przykra sprawa, ale
jak to w naszej wspólnocie bywa, z każdej trudnej sytuacji można się czegoś
nauczyć. Może najpierw trochę fantazji, a może nie do końca fantazji.
Wyobraźmy sobie duże przedsiębiorstwo składające się z wielu zakładów
gdzie pokolenia dziadków, ojców i dzieci wspólnie pracują na dobre imię całego
przedsiębiorstwa i pożytek dla każdego z nich. To jedna, wielka rodzina. Raz na
jakiś czas przedstawiciele zakładów zbierają się aby
wspólnie wyznaczyć politykę przedsiębiorstwa oraz rozporządzić możliwościami i
środkami tak, aby wszyscy byli zadowoleni. Realizując zaplanowane zadania
całego przedsiębiorstwa każdy zakład może liczyć na pomoc w sprawnym działaniu,
co jest zupełnie zrozumiałe. Sytuacja się komplikuje gdy
któryś zakład w części albo całości rezygnuje ze współpracy z całym
przedsiębiorstwem i realizuje swoją politykę. Zaś o swoich zamierzeniach
jedynie powiadamia. Dobre i to!!! Niby nic strasznego, przecież
deklarowany cel ten sam, jednak możliwości całego przedsiębiorstwa są
zmniejszone i może się zdarzyć, że zdolność do pomocy będzie ograniczona. Po
prostu zabraknie ludzi do wykonania zadania. Tracą obie strony.
Chyba do tej pory stało się już jasne, że opisywane relacje dotyczą
regionu i intergrup ale mogą one mieć swoje
przeniesienie również na relacje grupy i intergrupy,
czy regionu i konferencji służby krajowej. Najważniejszym zadaniem jest
uczestnictwo w celach jednostki większej. Mówimy wtedy o czerpaniu z
dorobku wspólnego dziedzictwa, wspólnym korzeniu naszych działań. Podobnie jak
alkoholik zwiększa szansę na swoje zdrowienie uczestnicząc w życiu grupy, tak intergrupa współpracując z regionem, w zgodzie z Tradycjami
i Koncepcjami, uczy się kolejnych pomocnych zasad. Przypomnijmy sobie: Egoizm,
egocentryzm …. AA str 52. Właściwie każde
działanie w służbach AA daje okazję praktykowania pokory, niezbędnej by
trzeźwość ujawniła nowy blask i sens życia członka AA. A teraz dodajmy jeszcze
cytat z CODZIENNYCH REFLEKSJI str 188: AA nie popiera
żadnych ośrodków, inicjatyw ani przedsięwzięć poza swoimi własnymi
.
Mam nadzieje, że tych kilka słów wyjaśnia, że najbardziej zdrowym
inicjatorem działań grupy jest intergrupa. Gdy jest
odwrotnie i intergrupa jest tylko powiadamiana o
inicjatywach grupy, do tego często z prośbą o wsparcie, narasta pytanie, czy intergrupa ma porzucić swoje zadania i wspierać grupowe,
czy realizować to, co wcześniej zaplanowała? Kilka takich wezwań sparaliżuje
najcenniejsze inicjatywy. Oczywiście takie powiadomienie może równie dobrze
dotyczyć regionu czy konferencji służby krajowej.
Zdarza się, że
liderzy niektórych środowisk nawet nie są zainteresowani współpracą z intergrupą zazdrośni o swoje wpływy gdzie ich słowo stanowi
prawo. W intergrupie musieliby podporządkować swoje
ambicje zasadom AA. Lecz łatwiej odrzucić zasady AA
niczym skórkę zjedzonego banana niż podjąć trud stosowania ich w życiu. Nie
dziwi, że w takich warunkach powstają lokalne inicjatywy, które z przypisywaną
im nazwą AA nie mają nic wspólnego, są raczej próbą wykorzystania struktur
wspólnoty AA do uzyskania rozgłosu dla poczynań zrodzonych w innych
środowiskach i dla ich potrzeb. Nazywam to „syndromem kukułki” albo
podrzutka.
Najpierw powstanie inicjatywa realizująca ambicje pomysłodawców a dopiero
później przychodzi moment zastanowienia, co z tym dalej robić? Może o pomoc w
realizacji poprosić intergrupę, region? Ale cóż,
takie jest życie. W tego typu akcjach brylują ludzie, którzy często tylko na
mityngu mienią się AA. Stosowanie zasad AA poza mityngiem jest dla nich
chyba zbyt trudne.
Ale dla mnie jest ważne. Częściowe uczestnictwo to jak częściowe
trzeźwienie. Kolejna iluzja. Półprawda nigdy nie jest prawdą.
Pozdrawiam
pogodnie Marek Warszawa 1 08 2007r
Zapis pewnej rozmowy meilowej
z okazji dyskusji o 8 Kroku AA
Hmmm... Mówiąc szczerze to zastanawiam się, jaka
będzie moja relacja z Krokami mając tak, jak Ty ze 12 lat trzeźwości?
Zaledwie 8,5.
Jaka będzie Twoja? Nie wiem? Być może
żadna - co nie znaczy, żeby to było coś złego. Tak czy inaczej to Twój wybór.
Ty ustawiasz te relacje.
Doprawdy podziwiam u Ciebie tę ogromną determinację w
ich realizacji. Mieć cały czas coś do powiedzenia na temat wdrażania programu
AA świadczyć może tylko o dwóch rzeczach, oczywiście moim skromnym zdaniem:
Że zrealizowanie ich w sposób właściwy jest dla
Ciebie życiowym mottem. Można powiedzieć śmiało, że żyjesz programem AA.
Trochę w tym
wszystkim jest elementów AA, trochę DDA. Kiedy przestałem pić, a samo
utrzymywanie abstynencji przestało być jakimś wielkim problemem, stanąłem przed
pytaniem, co dalej? Nie wiedziałem za bardzo kim
jestem i czułem się jak choinka - pooblepiany różnościami, czyli opiniami
innych ludzi na mój temat, które brałem za swoje.
Nie wiedziałem ani
kim jestem, ani jak mam żyć i w ogóle po co. Nie mówię
tu jakby o myślach samobójczych, raczej o jakimś sensie życia w ogóle.
I wreszcie po długich i ciężkich
cierpieniach wymyśliłem, że ja chcę być przyzwoitym, porządnym człowiekiem.
Nie wiem, czy rozumiesz... Nie dobrym,
nie uczciwym. W każdym razie nieco mój wizerunek człowieka przyzwoitego opisuje
Marcin Król w swoim felietonie No i dobrze. Cel i sens już był, to teraz
musiałem wykombinować, JAK to zrobić. Kumasz? W oparciu o co?
Jakimi narzędziami? Przy jakiej pomocy? I mówiąc w skrócie, wykombinowałem, że
program AA będzie w moim przypadku dobrym pomysłem na życie i jednocześnie
narzędziem do realizacji celów czy zamierzeń.
Z drugiej zaś strony taka ogromna (już kilkunastole tnia) koncentracja,
oraz skupienie się i bazowanie na A-owskich
krokach uważam za trochę…. hmmm... jakby to powiedzieć...odpał.
Jak wspomniałem, tylko
8,5.
Nigdy w życiu nie miałem kilkudziesięciu
zainteresowań. Miałem za to zawsze 2-4 pasje. One się potrafiły z czasem
zmieniać, ale było ich nie mniej i nie więcej. W tej chwili wygląda to u mnie
tak:
a) pisanie
b) alkoholizm i AA
c) komputerowanie
w szerokim zakresie tego słowa
d) czytanie książek
I w tych czterech aspektach
koncentruje się może życie. A jeśli tylko w czterech, to z dość dużą
intensywnością.
Wspólnota AA to gromada przypadkowych
ludzi, których często łączy jedynie fakt uzależnienia. Weź Ciebie i mnie. Mimo
mojej sporej sympatii dla Ciebie i to tak, za nic, co my mamy ze sobą
wspólnego? O czym mielibyśmy gadać? Mnie nie interesuje sport (a piłka nożna w
szczególności), ani łapanie ryb i prawie w ogóle muzyka. Bardzo wątpię, żeby
pociągały Cię moje opinie na temat nowej ortografii czy pisania recenzji do
książek dla dzieci i młodzieży. Rozumiesz? W takim razie komunikuję się z Tobą
na poziomie tego jedynego wspólnego punktu. I wtedy może to sprawiać wrażenie,
że jest to całe moje życie. :-)
Odpał? Może... A jak nazwiesz kogoś, kto maluje? Z pasją, z
powołania, z talentem... Może ja po prostu znalazłem swój żywioł?
Ktoś mnie kiedyś
zapytał, czy ja nie mogę po prostu normalnie, zwyczajnie żyć?
Jako DDD nie miałem
okazji zobaczyć, co to jest normalne życie. Sam tego
też nie potrafiłem zbudować. No to teraz ja zapytam: co to jest normalne,
zwyczajne życie? :-) Masę ludzi realizuje się w tak zwanym życiu rodzinnym. Ja ani za bardzo
nie wiem, co to jest, ani mnie to specjalnie nie pociąga. I tak to, jak
widzisz, wygląda.
Oczywiście nie podważam w jakikolwiek sposób
zasadności takiego postępowania (bardzo daleko mi do kwestionowania programu
samego w sobie!), skoro taka droga prowadzić może do
stałego rozwoju osobistego i życiowej progresji. Co do tego, to
w Twoim przypadku nie mam najmniejszych wątpliwości, że tak jest.
Twoje teksty są kapitalną
esencją
wyssaną z - mówiąc szczerze - bardzo karkołomnie
skonstruowanych merytorycznie zapisów o Krokach - i są zajebistą ( proszę wybaczyć cytat – przypis redakcji) pomocą dla nowicjuszy, bądź tych,
którym pojmowanie programu AA idzie trochę opornie.
Dziękuję. I o to głównie chodzi. O pomoc.
Oczywiście mógłbym długo i namiętnie,
choć nie jestem pewien czy prawdziwie, opowiadać o spłacaniu długu,
ale w rzeczywistości sprawa jest banalna - ja lubię pomagać, robi mi to frajdę. :-)
No to staram się pomagać tam, gdzie mogę
to zrobić, gdzie coś umiem, gdzie trochę się znam.
Podkreślam, że Twoja charyzma była mi ogromnie
pomocna w stawianiu pierwszych kroków i miała bardzo duży wpływ na moje
trzeźwienie.
Mimo, że teraz odszedłem troszeczkę na bok, to wcale
nie wróciłem ani do starych przekonań ani nie towarzyszy mi wahanie... itd.
Ja absolutnie nie uważam, żebyś Ty czy
ktokolwiek miał żyć tak, jak ja. Ja mam swoje życie, a Ty swoje. Być może i
najprawdopodobniej, Twoje miejsce jest gdzieś indziej i inna jest Twoja droga.
Nic w tym złego. Przecież to, że Ciebie nie interesuje 12 Kroków tak jak mnie,
nie znaczy zaraz, że masz się iść napić.
Nie piję alkoholu, nie kontaktuję się ze sponsorem i
nie czytam literatury AA. Życie jednak nabiera dla mnie wciąż nowych blasków i
bardzo duża w tym zasługa AA, 12 Kroków, no i Twoja.
Dziękuję. Zawsze do usług. :-).
Tradycja Dziewiąta w wydaniu mazurskim.
W czasie wakacji
wybraliśmy się z przyjaciółmi na spacer po lesie. Wokół pachniało zielenią,
przed nami szły „panie” z wózkiem i z dziećmi, a my zamykaliśmy
pochód z najmłodszą latoroślą mojego przyjaciela, siedzącą mu na barana.
Rozmowa szybko zeszła na tematy związane z AA – zacząłem odpowiadać na
różne pytania i starałem się mówić tak, żeby nie popadać w zbytnią
szczegółowość, a wyjaśnić komuś całkiem z zewnątrz mechanizmy działania naszego
Programu i całej Wspólnoty. Opowiedziałem o tym, jak spotkali się Bill z Bobem,
o tym na czym polegają nasze mityngi, i co w moim
życiu zdziałał Program. Co pewien czas tylko poprawiałem chusteczkę na głowie
dziewczynki siedzącej „na barana” mojemu przyjacielowi, albo
przystawałem wraz z nim łapiąc psa za obrożę, gdy przejeżdżał leśną szosą
samochód, a potem
wracaliśmy do rozmowy o naszej Wspólnocie i do spaceru.
Oczywiście, nie mogłem uniknąć pewnej emfazy, zauroczenia, stanu miłości,
jaki drzemie w moim sercu w miejscu z wyrytym napisem AA i opowiadałem wszystko
z werwą i błyskiem w oku.
Przyjaciel kiwał głową i był coraz
bardziej zainteresowany. Co pewien czas wtrącał wykrzykniki w rodzaju:
„to niesamowite”, „piękne”, „że też jest coś
takiego w tym świecie”, itd.
Ja na to, czując jego ciepłe zainteresowanie, poszedłem dalej i zacząłem
opowiadać o służbach. I mówiłem oczywiście, w typowym „mityngowym”
stylu, o tym ile dała mi służba, i jak służba pomaga mi trwać w trzeźwości.
„Ale co ty konkretnie tam robisz w tych
służbach?” – on zapytał.
No to ja z radością wysnułem opowieść o mojej drodze – o byciu
kolporterem, prowadzącym mityng, mandatariuszem, łącznikiem do Zespołu, a jak
obecnie jestem przewodniczącym zespołu literatury i że jeszcze ostatnio
zacząłem chodzić na komisję krajową literatury, jako p.o. delegata
regionu.
I tu zachwyt mojego kolegi zgasł, jak piękna pogoda przegnana z nieba
przez burzowe chmury.
„Ależ to jakaś straszna organizacja” – powiedział
– „komisje, zespoły, rady, jakiś Region… Wybacz, stary, ale
brzmi to tak jakoś „biurokratycznie”, jak za komuny.”
I tu zgłupiałem. Faktycznie – jak rzuciłem tą nasza aowską nomenklaturą, intergrupami,
regionami, zespołami, komisjami i konferencjami, to mogło to wyglądać
strasznie.
Na szczęście była chwila na zebranie myśli, bo idące z przodu panie z
wózkiem stwierdziły, że to najlepszy czas, żeby zawrócić, tak żeby spokojnie
dojść do hotelu przed kolacją. Chwilkę z nimi porozmawialiśmy i potem
„peleton” wrócił do poprzedniego kształtu – przodem kobitki i
dzieci, dookoła pies, a my na końcu. I wróciliśmy do rozmowy, a ja stanąłem
przed zadaniem wyjaśnienia temu przyjacielowi, który nigdy nie miał kontaktu z
AA, na czym polega specyfika naszej organizacji, która nie jest organizacją
(Dziewiąta Tradycja na pierwszy rzut oka wygląda na paradoks wymyślony przez
nietrzeźwego marzyciela – robimy organizację, która nie jest
organizacją).
Nie było łatwo – najpierw spróbowałem opowiedzieć o innych
Tradycjach, w tym
o tej, która mówi, że każda grupa ma jeden główny cel – nieść posłanie
temu, kto wciąż cierpi. Że to ON jest w naszej organizacji PREZESEM, on jest
głównym „KLIENTEM”, on stanowi treść naszych działań. Opowiedziałem
o spotkaniu naszych „współzałożycieli” z Rockefellerem i o
doświadczeniach milionera z pieniędzmi i z władzą. O tym, że władza i pieniądze
mogą nas zniszczyć. I o tym, że przy pewnych cechach organizacji nigdy
organizacją nie będziemy, w takim sensie, a jakim dzieje się to w całym
zewnętrznym świecie. I że podstawowa różnica tkwi w tym, że u nas jest
odwrócona „piramida władzy” – u nas nie rządzą
„prezesi”. U nas ci „prezesi” (Powiernicy, Rzecznicy,
Prowadzący, wszelkie służby regionalne, krajowe, itd.) nie rządzą, ale SŁUŻĄ. A
to jest zasadnicza różnica.
Wystarczy przyjść na jakiś zespół w Regionie, żeby się o tym przekonać.
Wystarczy usiąść i posłuchać, jak ze sobą rozmawiamy, jak słuchamy każdego,
jaki żywimy szacunek do siebie nawzajem, by zauważyć, że nazwa
„zespół”, „komisja”, „region”
„konferencja” stała się tylko nazwą roboczą, czymś
co usprawnia zrozumienie zadań danego ciała. Najważniejsze jest jedno,
jest jedna wspólna cecha – za każdym razem jest to SPOTKANIE PRZYJACIÓŁ,
którzy wspólnie zastanawiają się, jak polepszyć działanie naszej Wspólnoty.
Przy jednym stole siadają przyjaciele złączeni jednym celem, przyjaciele
trwający w trzeźwości i chcący zanieść ją innym, cierpiącym alkoholikom. Nie ma
wielkiej różnicy – czy to jest spotkanie zespołu, czy jakiejś komisji,
czy to jakaś konferencja, czy rada.
Najważniejszy jest ten sam wspaniały AKT PRZYJAŹNI – siadamy koło
siebie, ściskamy dłonie, zmawiamy modlitwę o Pogodę Ducha i czujemy, że to jest
WAŻNE.
Tradycja Dziewiąta mówi, żebyśmy nigdy nie
stali się organizacją, czyli mówi do mnie, żebym nie zapomniał tego co jest naprawdę WAŻNE – dlaczego jestem w AA i
co mi daje służba. Tu rodzi się moja ODPOWIEDZIALNOŚĆ za sposób mojego
uczestnictwa w AA.
Tu leży sedno naszej Wspólnoty, która nie jest organizacją, chociaż ma jej
cechy. Wszelkie „komisje”, „zespoły”,
„rady”, „konferencje” są nam potrzebne, bo bez nich nie
dalibyśmy rady dobrze funkcjonować. Ich sens zawiera się jednak w tym, że
zawsze są to grupy PRZYJACIÓŁ, którzy SŁUŻĄ.
Nie wiem, czy ten przyjaciel rzeczywiście zrozumiał moje wywody –
nasz aowski świat ciężko zrozumieć, kiedy się go nie
dotknęło, nie poczuło. W każdym razie powiedział na koniec, że to wszystko
wygląda na ideał z bajki. Nie słyszał przecież żadnego z naszych gorących aowskich sporów, ha ha, ale ja wcale nie
zamierzałem wyprowadzać go z błędu. Sam czasem się zastanawiam, że to wszystko
jest za piękne, żeby było prawdziwe.
W każdym razie przy kolacji jedliśmy frykasy, patrzyliśmy na zachód słońca nad jeziorem, a ja już więcej nie trajkotałem jak nawiedzony o AA. Tylko po cichutku, patrząc na uśmiechniętą żonę i dzieci pomyślałem, że ta trzeźwość to całkiem miła rzecz.
Tomek AA
Czy w październiku muszę być
tak cholernie pokorny?
Często słyszymy na naszych mityngach, że
nie jesteśmy święci i pewnie długo nam to jeszcze nie grozi. Bardziej
oczekujemy od siebie rozwoju duchowego, niż doskonałości. To, co warto w życiu
osiągnąć, to stan pokory. Ale jak wygląda to w praktyce? Spróbujmy prześledzić.
…. Zupełnie zapominałem
o słowach - Nie próbuj być zbyt dobry do czwartku! - które
zostawił nam jeszcze Bill W. Może do dzisiaj nabrały one już podręcznikowego
smaku, ale bliższe spojrzenie pokazuje, że jest to sprawdzony sposób
ostrzegania przed pychą, wyimaginowaną doskonałością i nieuzasadnioną dumą.
Gdy po pewnym czasie we wspólnocie
zostajesz wybrany do służb, natychmiast wokół ciebie znajdą się ludzie, którzy
będą ci przytakiwać, choćbyś i nadal gadał głupstwa, zaczynają cię szanować,
dostrzegać, a potrzeba akceptacji szybko może przerodzić się w potrzebę
dominowania. Trzeba wielkiej siły woli, aby złapać ten moment i nie pozwolić
sobie zgłupieć. Z zaczadzenia, gdy wydaje się nam, że oto prawie zawsze mamy
rację, rodzi się łatwość idealizowania siebie i niestety łatwość potępiania
innych. Dostęp do informacji AA sprawił, że wiedziałem więcej, i to też, że
inni tego nie wiedzą. Wreszcie czułem się kompetentny i odkrywałem bezmiar niekompetencji
innych. Powoli, opętany ambicją, bujając
gdzieś w obłokach, przestawałem szukać porozumienia z przyjaciółmi.
…..Zaniechałem
tego, co jest chyba najistotniejszym elementem pokory - nieustanne
potwierdzanie, czy nie zbaczam na manowce, bo do tego niezbędny był udział w
sumieniu grupy, do tego dobrowolny, uczciwy, pełny. Wolałem, aby się działa
moja wola. Dzisiaj wiem, że wracał obłęd, a z nim samotność.
….Zupełnie podręcznikowo
wpadałem prosto w schematy z czasów mojego picia, kiedy koncentrując się
zbytnio na potęgowaniu przyjemności, budowałem niebezpieczny egocentryzm. Znów
pojawiły się te same, stare cele - moc, sława i uznanie.
Tylko wspólnocie mogę
podziękować za możliwość zrobienia inwentury osobistej i codzienne jej
uzupełnianie. Najlepiej wyraża to fragment z książki UWIERZYLIŚMY str 135 „Dane mi było spojrzeć obiektywnie na to, kim byłem i kim się stałem. Po raz
pierwszy w życiu wyraźnie dotarto do mnie, że jestem bezwzględnym skończonym
draniem i stuprocentowym farbowanym lisem. Byłem tak egocentryczny i miałem tak
rozbuchane „ ja",
że omal siebie nie
zniszczyłem. Przez lata obcowania z AA nauczyłem się jedynie „nie odkorkowywać flaszki". Zupełnie natomiast nie zadbałem o to,
żeby podjąć pracę nad w s z y s t k i m i Dwunastoma Krokami”.
…..Nawet przez moment
nie zabiegałem o to, aby wprowadzać w swoje życie to, co mówiłem. Mityng to
mityng, a życie życiem. Na mityngu niosłem przecież posłanie, to „oni” mieli się zmieniać a „cel uświęca środki”. Mówiłem tak, aby „oni” zrozumieli to, czego sam nie
chciałem zrozumieć.
….Musiałem
więc ponownie rozpocząć swoją drogę. Początkiem było poproszenie o pomoc
i przewodnictwo. Przed sponsorem mogłem nareszcie być szczery i wyjaśniać
wszelkie rozterki, gdy prawda uczuć i prawda rozumu wyraźne się rozmijały, gdy
traciłem swą spontaniczność i zaczynałem się czuć jak jakaś marionetka w
nieswoim płaszczyku. Łatwo powiedzieć, że „mam być
sobą”, ale co to znaczy?
…..Chwilowe przyjemności
powodowały chwilową poprawę samopoczucia, ale na dłuższą metę osłabiały wolę
działania, zagłuszały poczucie czasu. Samozadowolenie to najlepsza droga do
wyprowadzenia w pole. Zobaczyłem, jak wielkim szczęściem jest, że mam czujnego,
wymagającego sponsora, któremu na sercu leżą moje postępy. Łatwo szachrować z
samym sobą, posługiwać się kłamstwem czy szukać fałszywych usprawiedliwień. Ale
wobec sponsora czuję się zdemaskowany a nawet zawstydzony. Nieraz odnoszę
wrażenie, że jest niesprawiedliwy, że brak mu tolerancji i zrozumienia. A
jednak nie widać na nim zniechęcenia. Krytykuje, dodaje ducha, żałuje, ma
nadzieję. Trudno się obejść bez jego prostych uwag. Dziwię się często, że nie
nuży go ta niewdzięczna rola, a jeszcze słyszę, że z tej pracy jest dumny. Nie
potrafię tego objąć rozumem. To chyba wielka tajemnica.
….Załamać się, poddać, potrafi każdy. Być zwycięzcą, przestać pić i
odnajdywać radość życia jest daleko trudniejsze niż być pokonanym, ale
równocześnie nic nie daje takiej satysfakcji jak pokonywanie kolejnych
przeszkód życiowych. Tę drogę mogą rozpocząć wszyscy, ale efekty są dla
wytrwałych, tych, którzy tej drogi uczciwie pragną.
… Nieustanna służba we wspólnocie staje się wspaniałą kuźnią
charakterów. Uczę się powoli tej trudnej sztuki, uczę się walczyć z sobą, z
pokusą pychy i samowoli. A jeśli chodzi o pokorę, to zdaje się, że jest
przydatna nie tylko w październiku.
Marek Warszawa 2002