MITYNG 10/124/2007
DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO
Po
co nam
Konferencja?
Coraz rzadziej pada takie
pytanie lub wątpliwość wśród nas. Wzrastamy w świadomości,
czym jest AA.
Uczestnictwo w Konferencji cieszy się coraz większą frekwencją.
Większość AA
dostrzega potrzebę uczestnictwa i zaangażowania w sposób
skoordynowany,
uporządkowany. Aby nieść posłanie skutecznie i wzajemnie nie
przeszkadzać
sobie, służby Konferencji starają się pomagać rozłożyć równo
ciężar
organizacyjny na wyspecjalizowane w działaniach zespoły naszego
Regionu. Uczymy
się przy tym
pokory
i wiary w zbiorową mądrość grupy. Nie jest łatwo poddać się tej
mądrości
bezkrytycznie, lecz kiedy się to udaje odnosimy wspólne
sukcesy.
Bardzo lubię
oglądać maszerujących żołnierzy i zawsze dostaję gęsiej
skórki na dźwięk równych uderzeń butów
o bruk. Mój podziw wzbudza zgranie i
jednolitość kompani oddającej honory w marszu defiladowym. Takie
skojarzenie
nasuwa mi się gdy myślę
o jedności naszych działań w
AA. Konferencja nadaje rytm, nabija tempo, podaje komendę: lewa, lewa,
lewa.
Pozwala nam
to maszerować wspólnie w jedną stronę, wzajemnie nie kopać
się
i nie przewracać. W trakcie postoju możemy przyjąć sugestie tych,
którzy nie
podążają bądź mają lepsze sposoby na osiągnięcie celu - …trwać
w trzeźwości i pomagać innym w jej osiągnięciu.
Być może, nowoprzybyłym do
AA, trudno od razu pojąć struktury organizacyjne wspólnoty
AA i dostrzec
potrzebę uczestnictwa w nich, ale przekonuje mnie myśl z naszej
literatury
mówiąca: „ nie
osiągnie trzeźwości, lub będzie ona chwiejna - kto nie nauczył się
pomagać
innym”. „Aby
to robić trzeba
się najpierw nauczyć, jak to robić” - podkreśla
wielu weteranów AA.
Temu służą warsztaty podczas Konferencji i w naszym Regionie, gdzie
można
posłuchać bardziej doświadczonych przyjaciół. Każdy może
uczestniczyć w Konferencji,
choćby miał tylko jeden dzień trzeźwości. Ale prawo do głosowania mają
jedynie
mandatariusze grup. Wiele dają rozmowy w przerwach. Poznajemy się
wzajemnie.
Od dawna
sugerowane jest, aby każdy mandatariusz przyprowadził ze sobą na
Konferencję kogoś, kto jeszcze nie był. Może w przyszłości wyrośnie z
niego
aktywny uczestnik służb? Podczas jednego z warsztatów w
PIK-u, padła sugestia,
aby wszyscy służący grupie przysłuchiwali się Konferencji. Niech każdy
sam
zdecyduje, czy to dobry pomysł.
Do zobaczenia - Redakcja MITYNGU
Mityngowe wspominki
(bez zanudzania
– przyp. red.)
Było to gdzieś w lutym lub marcu 93 roku. Nagle ktoś w
czasie przerwy zaczął namawiać do zakupu nowego wydania pisma MITYNG.
Byłem
wtedy absolutnym nowicjuszem. Miałem może miesiąc trzeźwości i byłem
zainteresowany czytaniem . Zresztą
podobnie
podchodziłem do wszelkiej literatury AA, sądząc, że jestem w AA tylko
na chwilę
i nie są mi potrzebne jakieś lektury. Siła Wyższa miała widocznie wobec
mnie
inne plany.
Tak się stało,
że kilka miesięcy
później na moich oczach powstawała Intergrupa
SAWA, a
potem Region Warszawa. Było przy tym wiele zachodu, ciągłych spraw
organizacyjnych, a że Andrzej Siwy był w to szczególnie
zaangażowany, to pod
koniec 93 roku nie miał już czasu na przygotowanie kolejnego numeru.
Pamiętam, że
wtedy, już
jako jeden z aktywnych w intergrupie
członków
AA, wyrażałem niepokój, że nie wychodzi kolejny numer. Na to
jeden z kolegów,
bodaj Andrzej Łysy, zaproponował, abym to ja się zajął jego wydawaniem.
Rok
1994. Dziś mogę jasno powiedzieć, że wtedy nie wiedziałem, co robię.
Nie znałem
się na niczym; ani na naszym programie, ani na wydawaniu. Jedno, co
miałem, to
szczere chęci i informację z naszych mityngów o tym, że
zawsze w działaniu
niezbędna jest pokora. Poprosiłem przyjaciół o pomoc. Między
innymi zgłosił się
Mirek, który napisał specjalnie dla MITYNGU kilka
artykułów, a wraz z nim
pojawiła się jego żona Elżbieta, która na kilka lat stała
się dobrym duchem
MITYNGU. Zrezygnowaliśmy z kserowania i zaczęliśmy drukować u naszego
przyjaciela spoza AA Zbyszka. Jasne, że na początku trudno było się
porozumieć,
ja nie znałem nawet koniecznej terminologii, ale powoli zaczęliśmy się
porozumiewać. Wspólne dobro było najważniejsze.
Z pierwszym
"moim"
MITYNGIEM, który miał nr 8 przeżyłem ciekawy epizod.
Wystarczy spojrzeć. Jego
tytuł brzmi MITING. Mnie się wydawało, że tak będzie dobrze, inaczej
niż
poprzedni tytuł. Nawet do głowy mi nie przyszło sprawdzić prawidłowej
pisowni,
dopiero Andrzej zwrócił uwagę, że takiego wyrazu w języku
polskim nie ma i
zapytał, czy ja chcę być większym autorytetem niż słownik języka
polskiego.
Zrobiło mi się głupio, sprawdziłem i od tej pory nie chcę być
mądrzejszy niż
słownik. Jeśli w naszej literaturze jest powiedziane: przekora jest
rzucającą
się w oczy cechą większości alkoholików - to właśnie miałem
w tym przykład swojej
postawy. Później, kiedy do naszego zespołu doszedł Janusz,
spotkania zaczęliśmy
robić przy komputerze u Eli. Prawie wśród chmur, ale jak
chmur nie było, to
mieliśmy wspaniałą panoramę Warszawy. Janusz Wąs dostarczył trochę
dalszej
wiedzy na temat komputera i specyficznej spokojnej rozwagi. Dzięki jego
umiejętnościom pokazały się pierwsze rysunki skanowane a nie tylko
kserowane.
Zaś dzięki Eli nauczyłem się fajnej
rzeczy. Często
tłumaczyłem jej jak ma wyglądać strona, coś ma być więcej, coś mniej
itp.. i
wtedy bardzo często zdarzało się, że to
co proponowała
w praktyce Ela, było daleko lepsze od tego co ja mogłem oczekiwać.
Doświadczyłem, że inni mogą zrobić coś lepiej niż ja kiedykolwiek
mogłem
pomyśleć. Mogą być lepsi niż ja. Trudno zapomnieć śp. Alka. Pamiętam,
że nie
żywiłem do niego specjalnej sympatii, i pewnie
dlatego
byłem zdziwiony, gdy wśród kilku innych i on zgłosił się do
składania MITYNGU.
Była to dosyć ciężka praca ale
czego nie zrobią
alkoholicy? Danuśka przyniosła ciasto i praca zamieniła się w zabawę.
Pod
koniec składania Alek wyraźnie nabrał szacunku dla naszego wysiłku, a
sam od
tej pory stał się miłym przyjacielem. Nauczyliśmy się wzajemnie, że
wspólnie
wykonana praca zmienia uprzedzenia, powoduje, że przyjaźnie stają się
bardziej
szczere.
Jest rok 96.
Powstało już Biuro Służby
Krajowej, zbliża się VI Kongres AA w Warszawie. W redakcji sporo zmian
i nowych
zadań. Na wyraźne życzenie czytelników MITYNG przybrał nową
szatę graficzną w
postaci zeszytu A5. Niby niewiele, to jednak musieliśmy inaczej robić
przygotowanie numeru a przecież doświadczeń nie mieliśmy żadnych. W tym
czasie
wspólnota AA w Polsce przeżywała okres trudnego wzrastania.
Potrzebowaliśmy
literatury, ulotek, informacji i współdziałania. Redakcja
żywo włączyła się w
ten nurt. Pamiętacie może śpiewnik i informator kongresowy, plakaty?
Pierwsze
numery SKRYTKA 243 powstały w naszym zespole i właśnie dzięki naszym
koneksjom
drukarskim. W całej Polsce słychać było głosy wołające o PORADNIK
SŁUŻB, gdy ze
strzępków tłumaczeń pierwszy egzemplarz przygotowała Ela.
Trzeba było jej cierpliwości aby
tego dokonać. Do tej pory nie mamy lepszego
wydania. Druga część tego poradnika, czyli Koncepcje Służb Światowych
to już
domena Ewy, która obok pracy przy przepisywaniu
tekstów do kolejnych numerów
MITYNGU, potrafiła znaleźć czas i siłę
aby pilotować
sprawę dokończenia tłumaczenia koncepcji. / Do dzisiejszego dnia - wrzesień 2007 rok - zarówno
PORADNIK SŁUŻB jak
i KONCEPCJE nie
doczekały się oficjalnego wydania, lecz wielu przyjaciół
nadal czerpie ducha AA
z naszych amatorskich publikacji/
Robiąc notatki do tych wspominek wypisałem
sobie, abym nie zapomniał o podkreśleniu poświęcenia. jakie
obserwowaliśmy u
przedstawicielek Al-Anon.
Teraz, gdy piszę te słowa, zdaję sobie sprawę z
ogromu włożonej pracy. Pewnie dlatego
dzisiaj, w
ramach rewanżu, doświadczenie alkoholików pomaga w pracy
wydawniczej,
przynajmniej w Regionie Warszawa. Dodatkowo oddając szacunek innej
wspólnocie,
uczymy się twórczo współpracować. Nie wspomniałem
jeszcze o pierwszych ulotkach
robionych dla BSK. Okazało się wtedy, jak nie rozumiałem idei, aby
wszystkie
ulotki, książki miały ten sam tekst, kształt i barwę na całym świecie.
Ale,
będąc kiedyś na wycieczce w dalekiej Szkocji zobaczyłem, jak te
elementy mogą
pomóc porozumieć się ludziom nie
znających wzajemnie
swoich języków. Niestety, nie uniknąłem błędów.
Trzy ulotki przygotowane w
naszym zespole okazały się kompletnym niewypałem. Zachciało mi się
wprowadzać
inny format, dodawać swoje oznakowanie. Poniosła pycha i wiele trudu
poszło na
marne. BSK nie przyjęło bubla, a ja kolejny raz uczyłem się, że nie wszystko co wymyślę, jest
właściwe. Należy uważniej słuchać
współbraci i nie lekceważyć zaleceń. Zresztą od tamtej pory
MITYNG zaczął być w
wielu środowiskach AA bojkotowany, co osobiście bardzo ciężko
przeżywałem.
Zapotrzebowanie malało. Jednak dla tych, którzy chcieli
nadal czytać,
przygotowywaliśmy coraz ciekawszą szatę graficzną z kolorową okładką. Z
tamtego
okresu przypominam sobie jak wiele prac i inicjatyw brało początek w
naszym
zespole. Czy to kolorowa oferta literatury wydawana przez BSK,
informator o AA,
ulotka "Wzrastanie w służbie" czy "AA w więzieniu", ulotka
o 7 Tradycji, zeszyty tradycji, tłumaczenia z angielskiego,
francuskiego, włoskiego. A
zeszycik z wierszykami czy MITYNG dla
profesjonalistów przygotowany na Zlot Radości w Ryni?
To jednak nie wszystko. Pamiętajmy. Ten ogrom pracy został wykonany zupełnie
honorowo.
Nikt z redakcji nie wyciągał ręki po zapłatę. Tak jest do dzisiaj. Praca w
redakcji jest zaszczytem pomagającym w osiągnięciu własnej trzeźwości,
a nade
wszystko wielką radością i źródłem satysfakcji. Zaczęliśmy
poświęcać więcej czasu na przygotowanie tekstów. Wiele pracy
włożył w to nasz
nowy współpracownik Sławek zwany Siwym, który z
kolei został redaktorem
prowadzącym. Właśnie z nim przeżyłem pouczające momenty. Kiedyś
pojechaliśmy
robić przygotowalnię nowego numeru na Mokotów, ale chyba nie
końca świadomi co mamy
robić, bez koncepcji pracy. Tak
współpracować z fachowcem nie można. Szkoda jego czasu.
Spotkanie okazało się
fiaskiem a w konsekwencji kolejny numer wyszedł dopiero po miesiącu.
Innym
razem zupełnie niespodziewanie dostałem zaproszenie na jakieś rządowe
spotkanie. Kto wie, czy nie jedyne w mym życiu, a
równocześnie o tej samej
porze mieliśmy się spotkać z komputerowcem.
No cóż,
czekaliśmy na niego tylko z godzinę na ulicy przy siąpiącym deszczu i
doczekaliśmy się. Numer wyszedł w przewidzianym terminie. Biorę teraz
MITYNG do
ręki i ta historia jak żywo mi się przypomina. Jak mówi
nasza pierwsza
tradycja, żadne poświęcenie nie jest za duże...
A
mieliśmy jeszcze przed sobą kolejne poświęcenie. Od dłuższego już czasu
słuchaliśmy głosów oczekujących, aby MITYNG stał się
bardziej informatorem a
nie biuletynem, bo tę rolę pełni już ZDRÓJ.
I tak się
stało. Rok 2000 przyniósł
nam zmianę formatu. MITYNG stał się miesięcznikiem. Zrezygnowaliśmy z
kolorowej
okładki, zmniejszyliśmy ilość stron i zaczęliśmy więcej miejsca
poświęcać na
zamieszczanie wiadomości z życia Regionu. Ten okres to wielki wkład
pracy
Piotrka Komputera. Jego spontaniczność i poświęcenie były wyjątkowo
zaraźliwe.
Nie było spraw nie do zrobienia. Systematycznie, jak w zegarku,
wychodzi nowy
numer. Skrócił się cykl wydawniczy na tyle, by informacje z
życia naszej
wspólnoty były jak najbardziej aktualne. Za ich
zamieszczanie odpowiedzialne
stały się Intergrupy.
Kolejnym członkiem naszej
redakcji został Sławek Długi. Napisał kilka tekstów i
wyjątkowo dbał o
aktualność części informacyjnej. Później straciliśmy z nim
kontakt. Oczywiście,
że nie jestem w stanie wspomnieć wszystkich przyjaciół
oddających swój czas i
siły na potrzeby MITYNGU, to niemożliwe. Ale każdego mam w swoim sercu,
nawet
tych, którym nie udaje się osiągnąć trwałej trzeźwości. Bo i
tacy są.
/Pozdrawiam przy okazji pewnego tłumacza licząc, że się znów
pojawi/
Mam nadzieję, że dobry Bóg ma ich
w
swojej opiece.
Ostatnie kilka
lat to okres
zaangażowania następnego redaktora, czyli Lechu02. Do jego
szczególnych zasług
mogę zaliczyć zapał do przedstawiania doświadczeń warsztatowych oraz
relacji z
życia w naszym Regionie. Dzięki jego pracy mamy dzisiaj wiele
wypowiedzi na
temat Tradycji, Koncepcji oraz działania przeróżnych służb z
"naszego
podwórka". Ile wysiłku w to trzeba było włożyć wie tylko
ten, kto choć raz
zapis głosowy zamieniał na tekst. Osobnym dorobkiem Lecha jest
pojawienie się
nowych ilustracji oraz zmian w szacie graficznej biuletynu.
Pewnie jeszcze
długo mógłbym wymieniać
osoby współpracujące przy opracowywaniu biuletynu MITYNG,
mam dla wszystkich
wiele wdzięczności. Ich uwagi pozwoliły na ciągły - mam nadzieję -
rozwój
biuletynu, a mnie osobiście pozwoliły cieszyć się ich przyjaźnią.
Jednak
najbardziej sobie cenię, że w zespole redakcyjnym obok starych
redaktorów
pojawili się nowi współpracownicy. Gosiali,
Zbyszek,
Sławomir, Tereska Ruda, Tomek Detektyw, Piotr AA, Meszuge
- to tylko kilka imion. Następnych nie wymienię by się nie zapeszyli.
Nie
ukrywam, że liczę na aktywność ich wszystkich. Jak to dobrze, gdy mamy komu przekazać dorobek swej
pracy.
Na zakończenie,
żeby nie zanudzać,
przypomnę tylko o korzyści jaką
ja odniosłem.
Nauczyłem się, aby pracy redakcyjnej nie odkładać na ostatnią chwilę, a
pracować kiedy pojawi się
pomysł i ochota. Wtedy jest
lekkość i zadowolenie, zaś pod pręgierzem terminu, rozum przestaje
funkcjonować
i jest tylko pustka. Spotkałem się z opinią, że służby w AA są
najlepszą drogą
kształtowania charakterów. Z całą odpowiedzialnością
podpisuję się pod tym
stwierdzeniem. Zaś wszystkim czytelnikom MITYNGU życzę, by stale
odnajdywali
Drogę do Szczęśliwego Przeznaczenia i mam nadzieję, że na tej drodze
spotkamy
się jeszcze nie raz.
Pozdrawiam
pogodnie Marek Warszawa 26
sierpień 2007r.
/na podstawie
wcześniejszych zapisów z
2002 roku/
Aby
dać
trzeba mać
Zadośćuczyniliśmy
osobiście wszystkim, wobec
których było to możliwe, z wyjątkiem tych
przypadków, gdy zraniłaby to ich lub
innych
Zabierając
się do tej części programu AA, początkowo niecierpliwość sprawiała, że
popełniałem te same błędy jak w okresie pijaństwa, a właściwie po
pijaństwie.
Pewien byłem, że wystarczy przeprosić najbliższych, dzieci, kupić
prezent, może
fundnąć wycieczkę
zagraniczną, dać kasę na zachcianki?
Właściwie to nic złego nie zrobiłem. ONI
też mi dali nieźle popalić.
Powiem
„oczywiście”. Oczywiście najtrudniej zadość uczynić
żonie,
dzieciom, nie narażając się jednocześnie na pełzanie i posypywania
głowy
popiołem. (Patrz str 72
„WK”) Próbowałem
kilka razy pójść tą drogą. Raz byłem podnóżkiem,
raz sponsorem zakupów. Innym
razem kuchcikiem. Efekty były zawsze podobne, czyli opłakane,
zakończone moimi
wybuchami żalu – bo ONI nie widzieli
jak się
staram.
Czekałem na nagrodę. JA chciałem zadośćuczynić szybko i wielkim stylu.
„Daj,
czas czasowi”, jakie to jest trudne chyba nie muszę was
przekonywać? Tak
zwane życie samo wyznaczy odpowiedni moment w odpowiednim czasie. Ja
miałem
jedynie robić swoje i nie pić. Wreszcie rozumiem zalecenia mojego
sponsora: bądź
gotowy, trwaj w trzeźwości i czekaj na okazję. Być może napatoczy się
okazja,
ale to nie jest gwarantowane przez program AA. Jakoś
trudno było mi to
pojąć.
Niedawno
przesiedzieliśmy kilka godzin wspólnie z synem w garażu nad
naprawą motocykla.
Dużo rozmawialiśmy. w środku nocnej naprawy powiedział: dzięki ci
tato za pomoc, dobrze że
jesteś, ja bym tego nie
umiał. A tak naprawdę to chyba pierwszy raz w życiu robimy coś
wspólnie i
bardzo mi się to podoba.
W gardle mnie
ścisnęło. Zakręciłem się po garażu. Nie umiałem nic wydukać.
Zadośćuczynienie
nigdy do końca jest nie możliwe. Wybaczają,
ale nie zapominają. Coś
jednak
zmieniło się na lepsze.
W AA, w
służbie, uczę się tego czego
mi zawsze brakowało
– konsekwencji.
lechu02.
Warto
wrócić do dobrych, sprawdzonych tradycji
Mam
na imię Felek i jestem
alkoholikiem. Kiedy to powiem sobie i innym czuję się spokojniejszy i
bardziej
zrównoważony? A tego mi potrzeba, kiedy myślę o
dwóch zaniedbanych i
zapomnianych tradycjach, bardzo pożytecznych tak dla warszawskiej jak i
polskiej wspólnocie Anonimowych Alkoholików.
Pierwsza.
Kilka,
a może już kilkanaście lat temu dwa razy w roku, warszawskie AA
organizowało
Ogólno warszawskie Spotkania Wspólnot AA i
zapraszano inne wspólnoty pracujących
na programie 12 kroków AA. Wówczas było to tylko
3 wspólnoty: Al-Anon,
Al-Ateen i AA. Były to
urocze i ciekawe spotkania. Każdy mówił o sobie, o swojej
przemianie, od kiedy
zapoznał się i zaczął stosować program 12 kroków AA w swoim
codziennym życiu. Była
także możliwość wysłuchania tej „drugiej strony". My mogliśmy
posłuchać jak odbierają nas nasi najbliżsi; żony, rodzice, dzieci czy
przyjaciele. Co o nas myśleli, jak nas wówczas odbierali, a
jak wyglądamy w ich
oczach dzisiaj? Czasami było to trudne do wysłuchania, ale z pewnością
było
warto.
Także
ważne było to, że Oni mogli
wysłuchać nas alkoholików, może po raz pierwszy w życiu.
Używaliśmy wówczas
pojęć alkoholik i koalkoholik,
co oddawało w prosty
sposób istotę naszych uzależnień. Była to też wspaniała
okazja do zobaczenia
jak wielu jest nas w Warszawie. Jak wielu ludzi, w różnym
wieku, różnej
profesji jest uzależnionych. Tym,
że możemy wspólnie
cieszyć się tylko, dlatego, że jesteśmy razem. Było to
szczególnie ważne dla
nowoprzybyłych, dla tych, co jeszcze nie byli przekonani do programu
AA. Ważne
to także było dla ludzi, którzy szukali pomocy dla swoich
najbliższych,
przyjaciół, czy znajomych. Poznawaliśmy nowych
przyjaciół. Wspaniale było wziąć
się za ręce i odmówić wspólnie modlitwę o pogodę
ducha. Krótką, kojącą, mądrą
modlitwę, która zawsze daje tak wiele mocy i ukojenia. Dla
tej jednej chwili,
kiedy 100-150 osób trzymając się za ręce mówi ze
łzami w oczach tekst tej
modlitwy, warto było tam być. Czuło się niezwykłą jedność, nadzieję i
siłę zdolną
do przemian. Jakże mocno czułem wówczas obecność Boga
wśród nas! I za tym
tęsknię. Potrzebuję tego. Nie tylko ja.
Druga
sprawa to
zorganizowany z wielkim trudem Wschodnio-Europejski Mityng
Wspólnot Anonimowych
Alkoholików, czyli dla państw z krajów
postkomunistycznych. Spotkanie to odbyło
się w dn. 18 - 20 kwietnia 2002 r. Przybyli delegaci 16 państw.
Wszelkie koszty
pokryła polska wspólnota AA. I to było piękne. Większość
wydatków pokryto z
kapelusza specjalnie na ten cel przeznaczonego. Byłem zaskoczony i
zauroczony
szczodrością i zrozumieniem idei, dla której zorganizowano
to spotkanie. Byłem
dumny, że jestem członkiem polskiej wspólnoty AA. Idea jest
prosta i jedyna;
nieść posłanie innemu alkoholikowi, który wciąż jeszcze
cierpi. W tych krajach
AA było jeszcze w powijakach, w niektórych jeszcze do
dzisiaj nie ma, tak jak:
Armenia, Gruzja, Azerbejdżan, Uzbekistan itd. Nadarzyła się nam
wspaniała
okazja by nieść posłanie i sponsorować kraj- krajowi. Niestety, na tym
jednym
spotkaniu się skończyło. A szkoda, wielka szkoda. Skończyło się,
dlatego, że
sprawę zaniedbano. Więcej w tej sprawie napisałem do
„Zdroju",
ponieważ uważam, że sprawa ta dotyczy całej polskiej
wspólnoty AA. I za to
jesteśmy odpowiedzialni. Jeśli nie będziemy nieść posłania to
życiodajne
źródełko nadziei i mocy wyschnie.
Ale ja
piszę do
„Mityngu" w tej pierwszej sprawie. Jestem mandatariuszem
grupy
„Belweder", która przynależy do intergrupy
„Mokotów". Zaproponowałem by powrócić
do tych ogólno-warszawskich
spotkań dwa razy w roku. Mandatariusze intergrupy
„Mokotów" zaakceptowali to i nastąpiły już
pierwsze ustalenia.
Rzecznik intergrupy
omówi to na Radzie Regionu i
poprosi o wspólne działanie. Ogólno warszawskie
Otwarte Spotkanie AA odbędzie
się 10 listopada 2007r. ul. Dereniowa 12 w godz. 14.00 - 18.00. Temat:
- Jakie zmiany
zaszły w tobie, od kiedy praktykujesz duchowy program 12
Kroków AA? Czy niesie
to za sobą także zmiany w twojej rodzinie?
Celem tego spotkania jest
głównie to byśmy
się spotkali w jak najszerszym gronie. Na naszych cotygodniowych
mityngach
spotykamy z reguły te same osoby. I to wspaniałe. I tak powinno być i
jest, ale
od czasu do czasu zdrowo jest przerwać monotonię, gdyż za nią często
idzie
nuda, a to już prawdziwe zagrożenie. To sygnał o niebezpieczeństwie.
Miałem zamiar
zaprosić inne wspólnoty pracujące na programie 12
kroków. Oczywiście Al.-Anon,
AL- Ateen, DDA /dorosłe
dzieci alkoholików/, AŻ /anonimowi obżarciuchy/, AE
/anonimowi erotomanii/, AN
/anonimowi narkomani/, AD /anonimowi depresanci/,
AH
/ anonimowi hazardziści/ i inne. Tak, że spotkanie miało być niezwykłe!
O korzyściach, jakie moglibyśmy odnieść,
były tak dla wszystkich oczywiste, że nikogo nie trzeba było - moim
zdaniem-
przekonywać. Słuchając innych, z pewnością nabierzemy szacunku dla
ludzi
uzależnionych od czegoś innego, choć źródełko uzależnienia
jest to samo: - lęk
i oczekiwanie. I to źródło jest wspólne dla nas
wszystkich. Ciekawe, jak inni
korzystają ze wspaniałego programu 12 kroków AA? Można by
było posłuchać
doświadczeń innych jak stosują ten program i zastosować u siebie.
Korzyści
naprawdę jest wiele. Nie zapominajmy, że jesteśmy zobowiązani do
współpracy z
innymi. A to jest doskonała okazja. Dla nas i dla nich. Intergrupa
„Mokotów" nie zgodziła się na tę rozszerzoną
formułę. Było
głosowanie i ja uszanowałem jego wynik - nikogo nie zapraszamy, tylko
dla AA. A
piszę to po to by poprosić całą wspólnotę regionu
warszawskiego o wsparcie. Nie
o zmianę werdyktu intergrupy
„Mokotów".
Poprosić wspólnotę by takiej rzadkiej okazji, bycia razem,
nie zmarnować.
Przypomniał
mi się Kongres AA w Warszawie
zorganizowanym na warszawskiej AWF, kiedy to każda z tych innych
wspólnot
dostała od nas salę by mogli zorganizować swoje mityngi w tym
informacyjne.
Cieszyły się ogromnym zainteresowaniem. Przypomnę, że uczestniczyło w
tym
kongresie około 3000 ludzi. Wzbudziło to w ludziach postronnych
olbrzymi
szacunek do AA, a na tym nam zależy, gdyż jest to czyste niesienie
posłania
innym alkoholikom, którzy wciąż jeszcze cierpią. Niesienie
posłanie w takiej
formie wymaga ciągłej dbałości. Dlatego były te spotkania organizowane
dwa razy
w roku, wiosna i jesienią. Wróćmy do tej sprawdzonej i
dobrej tradycji. Wpiszmy
ją z powrotem na stałe w nasz regionalny terminarz. Doprowadźmy do
tego, aby
ci, co przyjdą na to spotkanie mieli okazję wspólnie
zmówić modlitwę o pogodę
ducha, poczuć tę niesamowitą moc wspólnoty, dyskretną
obecność Boga i ciepło
przyjaznych rąk. Otucha leczy duszę. Mam nadzieję, że te spotkania dwa
razy w
roku na stałe zagoszczą w terminarzu regionu warszawskiego. Każda intergrupa, która
będzie takie kolejne spotkania
organizować ma prawo wybrać formułę tego spotkania. Być może inne
regionu także
odważą się zorganizować takie spotkanie. Bo struktura służb polskiego
AA jest
już dawno na to dobrze przygotowana. Będę wam za to bardzo wdzięczny.
Felek
Alkoholik, Warszawa 26 lipca 2007r.
Pierwsza
świeczka
- chciałabym
się z Wami podzielić swoim szczęściem...
Właśnie kilka dni temu minął mi pierwszy rok trzeźwości.
W ciągu tych kilkunastu miesięcy
zrobiłam wiele rzeczy, z którymi nie mogłam
się uporać przez jakieś 10 lat. Najważniejsze
jest chyba to, że polubiłam samą
siebie. Nie boję się rano spojrzeć w swoje lustrzane
odbicie. Ludzie zaczęli ze mną rozmawiać,
a nawet niektórzy proszą o radę,
jeśli nie mogą sami dokonać
wyboru. Czuję się potrzebna, doceniana no i może
kochana. Tak, chyba powoli odzyskuję miłość
swojego synka. Rzekłabym, że bardzo powoli. Ja chciałabym,
żeby już po kilku dniach mojej
abstynencji, rzucił
mi się na szyję i powiedział
KOCHAM Cię mamusiu!. Ale niestety, tak nie
jest, zbyt dużo
wymagam, za bardzo go skrzywdziłam. Przez wiele lat
widział mnie pod wpływem alkoholu. To on
nieraz znajdował puste butelki po setkach, których
zapomniałam wyrzucić, no
bo kto będzie szukał butelek w rzeczach
dziecka. Nie zapomnę jego wzroku, kiedy przychodziłam
po niego do szkoły. Przemawiał przez niego wstyd i
lęk, obawa, co będzie się
działo w domu. Wydawało mi się,
że jestem dobrą matką:
bawiłam się z nim, chodziłam na spacery. Teraz
wiem, że ja tylko wyrywałam się
z domu żeby sobie wypić a tylko przy okazji
być z dzieckiem. Piłam wszędzie:
w drodze ze szkoły, na górce, kiedy Marcinek
zjeżdżał na sankach, w lesie, nad wodą.
Kiedy to sobie przypomniałam, czuję się
podle! Teraz też czasami patrzy mi w
oczy i pyta czemu tak
wyglądam,
albo dlaczego tak dziwnie mówię.
Denerwuję się wtedy, wybucham! Dlaczego on
jeszcze zadaje mi takie
pytania? Jak długo?
Ale
dzięki Wspólnocie
wiem, że na wszystko potrzeba czasu. Mój
synek coraz częściej przytula się do mnie. Któregoś
dnia dał mi bezinteresownie kwiatek i
powiedział:
"Proszę, to dla Ciebie mamo". Nawet nie
możecie
sobie wyobrazić, jak się wtedy czułam
- jakbym wygrała główną wygraną na loterii. A może
wygrałam MIŁOŚĆ SWOJEGO DZIECKA? Kolejną
rzeczą było przeprowadzenie się do swojego gniazdka
(przez 10 lat mieszkaliśmy z teściami). Zanim do tego
doszło, trzeba było załatwić
kilka spraw, których jeszcze rok temu na pewno
nie załatwiłabym
po trzeźwemu. Powoli dochodzę do siebie, choć
nie przeczę, że czasami moje zachowania są
takie, jak kiedyś gdy
piłam.
Np.: sprzątanie - nieraz chowam wszystko w
kąt,
byle tylko na środku było czysto i pewnie
jest ich dużo więcej. Staram się ich nie zauważać,
ale za to mój mąż to spostrzega i robi wymówki.
Ciężko mu wytłumaczyć,
że nie zmienię się
od razu o 100%. Nieraz jest mi z tego powodu źle,
czuję się samotnie i podle. Wtedy biorę
do ręki naszą literaturę
- najczęściej MITYNG i czytam. Niektóre
artykuły nawet po kilka razy i z
niecierpliwością
czekam na niedzielne spotkanie naszej grupy. Pomaga mi to utrzymać
trzeźwość i mam nadzieję, że
wytrwam przez kolejne 24 godziny. Dziękuję
Wam za to, że jesteście, że
piszecie do MITYNGU, że przychodzicie na spotkania, że
dzielicie się swoimi doświadczeniami. Dzięki
Wam stanęłam na nogi i postawiłam pierwsze kroki w
trzeźwe życie.
Z
poważaniem
Sysia
TRADYCJA
DZIESIĄTA
„Anonimowi
Alkoholicy nie zajmują stanowiska wobec problemów spoza ich
wspólnoty, ażeby
imię AA nie zostało uwikłane w publiczne polemiki.”
Na
niektórych mityngach początek spotkania wygląda tak, że gdy
wszyscy
chwycą się za dłonie tworząc krąg, prowadzący mówi:
„wyciszmy się i
pomyślmy, po co tutaj się zgromadziliśmy” (lub podobnie).
W tej jednej,
krótkiej chwili, przez ułamek sekundy, w mojej głowie
wyświetla się film, zapisany na taśmie podświadomości –
przypomina mi się
lęk, jaki czułem gdy
jeszcze piłem. Przypominam sobie,
kim jestem, co się ze mną stało i jaki jestem obecnie. Oraz dzięki
czemu i
komu, a
właściwie
Komu dzisiaj żyję. Jaką drogę przeszedłem.
Dobrze, że
przypomina mi o tym Prowadzący. Mógłbym łatwo zapomnieć
DLACZEGO jestem na mityngu. Potem czytamy Preambułę,
„Jak to
działa” oraz Kroki i Tradycje. Za każdym razem. Rytualnie.
Jakbyśmy bali
się, że zapomnimy to, co najważniejsze. I to właśnie także jest mi
bardzo
potrzebne.
Gdy słucham
preambuły, która mówi o naszym jedynym celu, gdy
słucham
Tradycji Piątej, która podkreśla, że celem istnienia grupy
jest niesienie
posłania alkoholikowi, który wciąż jeszcze cierpi, także
przypominam sobie, PO CO
siedzę na mityngu. Tak łatwo mógłbym zapomnieć o
najważniejszym.
Kiedy jestem
na mityngu, zostawiam za sobą świat mediów i telewizji
– oczu pałających agresją, wypluwanych ze złością
poglądów, jedynie
słusznych racji i argumentów nie do zbicia; zostawiam świat
agresji i
politycznych przekomarzań, zostawiam rozzłoszczone pielęgniarki,
strajkujących
lekarzy, występujących ministrów, krzykliwych
opozycjonistów, interpelacji,
dochodzeń, gromów rzucanych z jasnego nieba, zostawiam
dyskusje o rynku pracy,
o imigracji, o służbie zdrowia, o remisie z Portugalią, o tym, czy ktoś
jest
łajdak, czy nie, zostawiam bijące w oczy tytuły, terkoczące kolorem
reklamy i
cały ten bigos, w którym zanurzam się
co dzień, jako
normalny, funkcjonujący w świecie człowiek.
Gdy wchodzę
na mityng, oczyszczam swoją duszę z brudu tamtego świata,
jakbym brał prysznic z aowskiej
miłości. Dlatego
wychodzę z mityngu z uczuciem oczyszczenia.
Tradycja
dziesiąta daje mi gwarancję, że AA nie zanurzy się w szambie
życia publicznego.
Choćby
pobieżna obserwacja jakości
tego życia
publicznego (wystarczy włączyć telewizor, albo przeczytać gazetę i już
czujemy
ten „smród”) pokazuje, że nie można
poruszać się w nim w taki
sposób, żeby się tym szambem nie ubrudzić.
Nawet
najpiękniejsza idea, wrzucona w nurt spraw współczesnego
świata,
choćby u jej podstaw były naprawdę szlachetne intencje, także szambem
się
ubrudzi. Czyż w moim sercu nie budzą się mocne wątpliwości, gdy widzę
zaangażowanie Kościoła, którego jestem członkiem, w
rozliczne „doczesne”
sprawy, w tym polityczne?
Czasem jestem
świadkiem, jak w naszej Wspólnocie toczone są gorące spory.
Ba, można by rzec, że spory przeradzają się nawet w kłótnie.
Ktoś gardłuje na
konferencji i jest aż czerwony z emocji. Kto inny krzyczy na spotkaniu
Rady Regionu. Jeszcze
ktoś inny gestykulując mocno spiera się z
innym AA na Intergrupie.
Ale dzisiaj
już mnie to nie drażni. Nie kiwam głową i nie mówię do
siebie:
„a fe, jak
tak można!”. Bo wiem, że te
spory, te – wydawałoby się czasem kłótnie nawet
– mają wspólną
pożywkę. Jest nią troska o AA. Gdy
się więc czasem
zdarzają, myślę sobie, że jestem w dobrym miejscu –
wśród ludzi, którym
NA CZYMŚ ZALEŻY. Zależy na AA. I kiedy tak pomyślę, kiedy pomyślę, że
ten ktoś kto ma całkiem
ode mnie odmienne zdanie w jakiejś
kwestii, to ma ten sam cel co ja, to od razu mi lżej i weselej.
I cieszę się, że o coś się spieramy, ale zgodnie z Tradycją Dziesiątą robimy to tylko i wyłącznie w jednym celu – żeby AA jeszcze lepiej działało, żeby jeszcze lepiej niosło posłanie.
Tomek
AA
DZIŚ NIE PIJ
Otrzymałem
z Regionu
drogą mailową list z prośbą o wyjaśnienie sugestii,
które często
pojawiają się na kartach MITYNGU:
dziś
nie pij, idź na mityng , czytaj literaturę AA, rozmawiaj ze sponsorem a
odnajdziesz
drogę do Boga, który Ci pomoże. Korespondent pisze: …chciałbym
się dowiedzieć: jaka
jest historia tego powiedzenia? skąd
się wzięła? kto jest jej
autorem? jaka jest
geneza powstania?
Dla mnie, w tym
powiedzeniu,
najważniejsze jest (…) znajdowanie drogi do Boga i
wiara, że mi
pomoże i że tylko On może to uczynić, ale nie chcę niczego sugerować.
Bardzo
proszę o podzielenie się wiedzą na ten temat. Z góry jestem
wdzięczny za
wszelkie informacje. AA
Po raz pierwszy
te sugestie
ukazały się w MITYNGU nr 3/26/98 str 44 . Są one owocem
mojego osobistego doświadczenia 5
pierwszych lat trzeźwości. W tym okresie nie tylko zaprzestałem picia ale również
zmieniło się całkowicie moje myślenie. W
rysunku chciałem w jak najbardziej zwięzłej formie przekazać swoje
doświadczenia
nowym przyjaciołom oraz tym, którzy poprosili mnie o
sponsorowanie. Znałem już
kilka podobnych sugestii ale
żadna z nich nie oddawała
w pełni mojego rozumienia Programu AA. Musiałem
więc
zatroszczyć się o swoją wersję.
Słyszałem często, że na mój alkoholizm jest tylko jedna
recepta. Wielka Księga
nazywa ją lakonicznie – „Tym Kimś jest
Bóg, obyś znalazł Go
teraz”. Chyba nie byłem pierwszy, który bronił się
przed takim
rozwiązaniem, ale jednak mogłem spełnić pierwszy warunek – dziś nie pić.
Z tym
związane jest kolejne powiedzenie – póki nie
pijesz, wszystko możliwe.
Coraz bardziej zdawałem sobie sprawę, że zaprzestanie picia jest
bezwzględnym
warunkiem skorzystania z Programu AA a nie jego celem. Pijany niczego
nie pojmie.
Drugi warunek
– idź na
mityng –
jest
przypomnieniem dla tych, co zaczęli myśleć, że można wytrzeźwieć
samotnie. Gdy
pomyślę, że konsekwencją mojego alkoholizmu było zerwanie więzi ze
społeczeństwem, odrzucenie najbliższych, staje się jasne, że muszę
wreszcie
nauczyć się funkcjonować w grupie, aby nie wrócić do piekła,
z którego
wyszedłem. Gdy zwalczę swoje opory wobec nowych towarzyszy zobaczę
autentyczne
przykłady, że można wieść pogodne, trzeźwe życie. Trzeźwość jest
możliwa dla
każdego. Pewnie i dla mnie.
Kolejny warunek
– czytaj
literaturę AA
- jest obrazem mojej wiary. Jeśli uczestnictwo w mityngach AA pozwoliło
mi na
uzyskanie uczucia przynależności do wspólnoty AA,
której uwierzyłem, że pomoże
mi w potyczkach z losem, to swoją świadomość rozwijam korzystając z
doświadczeń
zawartych w literaturze AA. Nie darmo jest lansowane hasło. Działa to, w
co wierzysz.
Kiedyś w mej duszy zalęgły się wątpliwości. A może jest inna,
łatwiejsza droga?
Zacząłem szukać informacji o trzeźwieniu po różnych
książkach i przeżyłem szok.
W każdej z nich znalazłem ciekawe zalecenia, o których
poprzednio
czytałem w naszych lekturach. I wtedy uświadomiłem sobie, że wszystkich
ciekawych książek nie muszę czytać,
lepiej
jest mi koncentrować swą uwagę na tym
co jest
sugerowane w AA. Zrozumiałem, że nasza literatura
jest specjalnym
doświadczeniem jakim zostałem obdarowany przez wcześniej trzeźwiejących
alkoholików. Zawiera sprawdzone w działaniu
wskazówki. Wiara w sukces w AA
pozwala mi nie rozmieniać swych intencji na drobne ani na pogubienie
się w decyzjach. Wspaniałą ilustracją tej sytuacji jest
obrazek z 7
Tradycji w broszurze „12 Tradycji
Ilustrowane”, gdy podstawowy cel jest zastępowany powabem
innych atrakcji.
Ostatni z
warunków - rozmawiaj
ze
sponsorem
- jest sam w sobie przypomnieniem mojej obłudy w poczynaniach. Już nie
piłem,
uczęszczałem na mityngi, czytałem wiele książek
ale
ciągle na dnie duszy bałem się skonfrontować swoje trzeźwienie z
rzeczywistością. Nadal w drugim człowieku widziałem jedynie rywala,
którego
muszę pokonać. Nawet angażowałem się do służb chcąc polepszyć swoje
samopoczucie i pokazać jaki
jestem ważny. Mimo to nie
miałem śmiałości aby
odsłonić się przed kimś innym;
nadal królował lęk przed odrzuceniem i jednocześnie chęć
pokazania się lepszym
niż byłem. Niepowodzenia kazały mi ponownie zweryfikować postawę. W
dotychczasowych poczynaniach zabrakło choćby odrobiny pokory. Tak
opisywałem tę
sytuację w innym artykule:
Musiałem więc ponownie
rozpocząć swoją drogę.
Początkiem było poproszenie o pomoc i przewodnictwo. Przed sponsorem
mogłem
nareszcie być szczery i wyjaśniać wszelkie rozterki, gdy prawda uczuć i
prawda
rozumu wyraźne się rozmijały(…) Zobaczyłem, jak wielkim
szczęściem jest,
że mam czujnego, wymagającego sponsora, któremu na sercu
leżą moje postępy.
Łatwo szachrować z samym sobą, posługiwać się kłamstwem czy szukać
fałszywych
usprawiedliwień. Ale wobec sponsora czuję się zdemaskowany a
nawet
zawstydzony. Nieraz odnoszę wrażenie, że jest niesprawiedliwy, że brak
mu tolerancji
i zrozumienia. A jednak nie widać na nim zniechęcenia. Krytykuje,
dodaje ducha,
żałuje, ma nadzieję. Trudno się obejść bez jego prostych uwag. Dziwię
się
często, że nie nuży go ta niewdzięczna rola, a jeszcze słyszę, że z tej
pracy
jest dumny. Nie potrafię tego objąć rozumem. To chyba wielka
tajemnica.
….
Co ciekawe, moim sponsorem
została
osoba, którą znałem od lat i której
niejednokrotnie wypłakiwałem w pijackim
widzie swoje trudne życie. Wreszcie
miałem kogoś, kogo
byłem w stanie bezwzględnie wysłuchać i kto widział to, czego ja nie
widziałem.
Siebie samego.
Poproszenie o
sponsorowanie, przewodnictwo jest jednym z najważniejszych
aktów w procesie
trzeźwienia. Wiele ośrodków leczenia wypracowało swoje
metody na uświadomienie
alkoholikom bezsilności wobec alkoholu
ale dla mnie
jedyną prawdziwą oznaką bezsilności w AA był moment gdy poprosiłem o
pomoc
sponsora. Po raz pierwszy w życiu pochyliłem głowę, uznałem swoją
bezsilność.
Teraz dopiero mogłem uczciwie podejść do Kroków i całego
Programu. I tu
nastąpiła niespodzianka. Sponsor zażądał jeszcze udziału w służbach AA.
Za
pomoc sponsora „płaciłem” swoją aktywnością w
służbach. W ten
sposób powstała dla mnie przestrzeń działania, w
której praktycznie pokazywałem
ile z programu zdrowienia sobie przyswoiłem. Widzieli to wszyscy;
sponsor,
rodzina, przyjaciele, a ja czułem, że jest mi lepiej.
Naszkicowałem w
tym zapisie cztery
warunki, które musiałem spełnić w procesie trzeźwienia. Dawniej
często o nich mówiłem na mityngach dodając ostrzeżenie: jeżeli
ktoś nie uczyni bodajże jednego z tych czterech warunków, to
znaczy, że jeszcze
nie rozpoczął trzeźwienia z AA. Dzisiaj jestem bardziej łagodny wierząc, że
dobry Bóg powoli każdemu potrzebującemu znaleźć własną drogę
do trzeźwości
zgodnie z wypracowaną miarą.
Pozostało mi
jeszcze do
omówienia zdanie – a
odnajdziesz drogę do Boga, który Ci pomoże. To chyba najtrudniejszy, najbardziej
intymny element Programu AA. Wypełnianie czterech warunków
przyniosło obok
formalnej trzeźwości również pytania o cel i sens życia.
Świadczyło to o
zmianach w moim myśleniu, rozszerzeniu zainteresowań. Lecz o ile
początkowo w
Bogu widziałem jedynie pomocnika w realizowaniu moich zamierzeń to w
miarę
upływu czasu taka postawa zmieniała się w drogę poszukiwania Boga. Tak
jest do
dzisiaj. Dzisiaj Bóg stał się celem ziemskich działań. Znane
jest powiedzenie
– rób
tak, jakby wszystko zależało od ciebie i módl się jakby
sukces zależał od Boga.
Rozumiem je
w ten sposób, że mam postępować mając stałą świadomość, że
każde moje
poczynanie jest moim darem dla Boga. Bogu byle
czego
ofiarować nie mogę. Jakże korespondują mi tu słowa z Wielkiej Księgi str 11: „Świadomość
istnienia Boga miała stać się
probierzem mojego myślenia”. Każdy człowiek, natura, chwila
będzie
przypominać Boga. Ma to praktyczne znaczenie. Są momenty w życie, kiedy
się
zagubię i pozwolę sobie na mniej chwalebne czyny czy myśli. Wtedy
natychmiastowe odniesienie się do Boga pozwala mi na godne zachowanie.
Łajdactwa i Boga nigdy nie udało mi się pogodzić. Nie wiem czy kogoś
przekonałem, że Bóg pomaga tym, którzy pragną
Jego pomocy ale
ja ciągle korzystam. Mam nadzieję, że któregoś dnia stanę
przed Jego obliczem i
podziękuję za nie do końca zabałaganione życie.
Pozdrawiam
pogodnie Marek Warszawa 1
09 2007
Marzenia
się spełniają,
czyli póki nie pijesz, wszystko możliwe.
Jeżeli się nie mylę, to około dwóch lat temu, po mityngu, przy kawie trwała dyskusja o początkach w AA, o tym, jak to wszystko się zaczęło. A na koniec powiedziałem, że chciałbym zobaczyć to historyczne miejsce, że to jest moim marzeniem, choć nie mam forsy. … Minęło trochę czasu gdy w pracy powiedziano mi, żebym zgłosił chęć udziału w delegacji i żeby szybko wyrobić paszport.
Za jakiś czas dowiedziałem się że zostałem wybrany!!! Ale chwilę potem zadzwonili, że coś tam niedokładnie wypełniłem i że będę jako pierwszy rezerwowy.
W ostatnim momencie przyjechałem do Kijowa. To też cała historia z tą podróżą, kiedy nie miałem biletów, ale znalazły się w ostatniej chwili na ostatni pociąg ze Lwowa do Kijowa. Dlaczego? Jak to? – dyżurna ze stacji Lwów podeszła właśnie do mnie i spytała – „kto potrzebuje jedyny, pozostały bilet na dziś do Kijowa? … obok stało sporo ludzi, chętnych wyjechać do Kijowa na święta Niepodległości, … a ona podeszła właśnie do mnie.
… Wszedłem do biura, obok ambasady amerykańskiej, gdy do kierowniczki naszej grupy nagle zadzwoni telefon. Do mnie docierają jedynie kawałki rozmowy (stoimy obok siebie) “tak rozumiem, no tak, oczywiście. O jejku, tyle roboty!!!…” Kierowniczka odkłada słuchawkę, odwraca się do mnie i z radością mówi: “No cóż, przyjechałeś ostatni ale masz nagrodę; jeden z członków delegacji, jakiś kierownik nie złożył na czas sprawozdania i nie otrzymał zwolnienia z pracy. Jedziesz!!!”.
… Spojrzałem na plan wizyty, zauważyłem tylko, że dwa dni zostało zaplanowane na zwiedzania instytucji w Akron!!! O jej-ku, mam życiową szansę na zrealizowanie swoich marzeń!!!. A w pracy tylko praca i praca, co gorsza, nie udawało mi się skontaktować z AA w Ohio. Nawet napisałem email do wszystkich, kogo tylko znalem w poszukiwaniu adresów i kontaktu. Wśród nich był Rysiek z Clewland.
…No i juz jest autobus, jedziemy do Akron, sporo wizyt, spotkań, dylematów, a ja ciągle chodzą napięty, bo przy takim programie nie widzę sposobności na zwiedzanie domu Billa W.
Pierwszy dzień poszedł na marne,
poszedłem spać około
godziny 12 w nocy. A drugi dzień, jeszcze gorzej. Proszę swoją kierowniczkę aby na zwolniła mnie
na pół dnia, albo żebym
został w Akron na dzień
lub dwa. Kierowniczka była
nieubłagana. “Nie
!” To było dla mnie jak
zimny prysznic. Jak to!!! Ja
będąc w Akron, kiedy
przeleciałem ponad
… jak miasto Akron zostało w tyle, naszło na mnie poczucie złości i rozpaczy, pojawiły się łzy w oczach.. Nie potrafiłem sobie dać odpowiedzi na pytanie “Jak to tak? Czy to w ogóle jest możliwe? Gdzie zbłądziłem? Co zrobiłem nie tak?”. Całą drogę rozważałem w głowie różne myśli i pomysły na przemian z Modlitwa o Pogodę Ducha. I za każdym razem wracałem w swoich pomysłach do Ryśka. Jak wróciłem do Columbus to 5-6 razy telefonowaliśmy sobie nawzajem i umówiliśmy się, że ja pojadę do Clewland, a Rysiek na drugi dzień mnie zabierze do Akron. No i właśnie tak zrobiliśmy. Usiadłem do autobusu i pojechałem do Clewland. Z Ryśkiem spotkaliśmy się na autostacji. Zabrał mnie do swego domu, potem pojechaliśmy na mityng, gdzie poznałem wiele osób..
No i nastąpił ten dzień, kiedy marzenia się spełniają… Jak wszedłem do budynku to aż mi dech zaparło. Fantastyczne przeżycie. Oglądałem budynek. Przysiadałem sobie to tu, to tam. Oglądałem zdjęcia. Wspominałem sobie kawałki historii. Pani, która nas oprowadzała uścisnęła mnie, coś mi mówiła. Nie wiem dokładnie co, ale to oczywiście było coś z aowskich sloganów… I znowu łzy mi stanęły w oczach, ale już z innego powodu… Tyle zawdzięczam Sile Wyższej (jakkolwiek Ją pojmuję), za to, że żyję,! że mogę coś zrobić dla innych, że patronuje nade mną, że nawet na pierwszy rzut oka mało wiarygodne marzenia się spełniają. (takich przykładów mam około 10, których osobiście doświadczyłem i których sam jestem świadkiem!) Jak przyszliśmy na cmentarz dr Boba, to obok ulicą jechały auta, które klaksonem nas witały... albo jak przyszedłem do domu, gdzie odbyło się pierwsze spotkanie, gdzie właśnie tworzył się program AA, nie umiem nazwać, … to niesamowite wrażenia, przeżycia …
Siła Wyższa pokazała, że chroni, prowadzi i pilnuje mnie
12 09 2007 Taras ze Lwowa
Jest
sposób !!!
“O!
znalazłam
właśnie czarodziejskie wyjście! Ci ludzie mi pomogą! Oni są jakoś
podobni do
mnie. Jeżeli będę tutaj przychodzić, to więcej się nie
upiję!!!” - takie
myśli kręciły mi się w głowie, kiedy siedziałam
na swoim pierwszym spotkaniu AA. W sercu zrodziła się
nadzieja. Ostatnio
upijałam się codziennie. Piłam wszystko, co było z alkoholem.
Nie
brzydziłam się leczyć kaca ani aptecznymi nalewkami na spirytusie, ani
zacierem
bimbru, ani nawet perfumami. Piłam w kompanii i w samotności.
Upijałam się
tak, że traciłam orientację w czasie. Nie wiedziałam czy to
dzień czy
noc; rano czy wieczór; dzień roboczy czy wolny.
Czasem trafiało się, że
obudziłam się w nieznanym mi miejscu. Co robiłam wczoraj
wieczorem? Jak
tutaj trafiłam? Ale jak bolała mnie dusza – ciężko
przekazać
słowami! To straszne, rozpacz, poczucie winy, użalanie się
nad sobą,
samotność, strach przed ludźmi, itd. Kolejny kac, a ja już nie
wiedziałam, co
mnie tak trzęsie, strach czy zatrucie? “Zabierajcie swoją
alkoholiczkę, ja
nie potrafię z nią więcej żyć,
pozbawię ją prawa
do córki” – to były ostatnie słowa
męża, kiedy zaciągnął mnie
do domu moich rodziców.
Tak rozpadła się
moja rodzina. Przez picie straciłam pracę. Wszyscy przyzwoici
koledzy i
koleżanki odwrócili się ode mnie. Nikt nie chciał mieć ze
mną żadnych spraw,
oprócz nędznych pijaków,
których jeszcze pięć lat
temu sama nienawidziłam. Miałam 27 lat, wydawało mi się, że
osiągnęłam
czarne dno, że nie mam z niego żadnego wyjścia. Życie moje się
skończyło!- I co? to już
wszystko? Przecież jestem jeszcze młoda! Mój przepity
mózg widział jedno
wyjście – samobójstwo. Po kolejnym zapiciu matka
zaproponowała mi
leczenie od alkoholizmu, ja nie rozumiałam, co to ma
wspólnego ze mną? Ja
uważałam siebie za nieszczęśniczkę
i przeklętą
osobę, ale zgodziłam się na leczenie.
Nie
miałam wyboru. Poszliśmy do doktora narkologa/
od
uzależnień – przypis redakcji/ aby mnie odpowiednio zakodował, a on w zamian
zaproponował mi odwiedzić grupę AA.
Regularnie uczestniczyłam w spotkaniach, wydawało mi się, że
to wystarczy
aby się nie upić. Ale żeby całkowicie usunąć alkohol z mego
życia? - To
nie było na moje siły. Ale co robić, kiedy tak bardzo chce mi się pić
alkohol? To pytanie prześladowało mnie codziennie. Szłam na mityng, siedziałam 1,5
godziny, cierpiąc z pragnienia alkoholu i milczałam. Nadal
chciałam
nauczyć się kontrolowanego picia. Kiedy na jednym z mityngów
ktoś
powiedział, że miał wpadkę, że jest trzeźwy jeden dzień - to dla
mnie zabrzmiało jako
sygnał odroczenia zakazu picia. Myśl o tym,
że w AA wolno też pić, juz mnie nie opuszczała. Tak
wytrzymałam 25 dni
bez alkoholu, potem zapiłam. A dalej stary
scenariusz: ciąg picia,
mocny kac, poczucie winy, nieprzyjemności, wytykanie
rodziców, a dalej
znów okres bez alkoholu, do następnego zapicia.
Poza tym nadal chodziłam
na mityngi AA. Dzisiaj jestem wdzięczna, że wytrzymywali ze
mną, nie
wygonili, kiedy przychodziłam podpita. Tak się ciągnęło około
trzech
miesięcy. Każda wpadka przynosiła mi coraz więcej
rozczarowania: -
“nawet wśród alkoholików jestem nijaka, najgorsza”.
Opanował mnie strach. Ale w tym czasie jakoś zapamiętałam, że
AA jest
ostatnim przystankiem dla alkoholików.“ - dlaczego?
Dlaczego ja się upijam? Mam tyle chęci
aby rzucić picie! Dlaczego nie mam
hamulców?”
– takie
pytania nie dawały mi spokoju, ciągłe
wbijały się niczym gwoździe w moją chorą głowę i kołatały roztarganą
duszę.
W
tym czasie, na każdym spotkaniu grup AA,
weterani ogłaszali, że w Kijowie odbędzie się
wielkie świętowanie 10-lecia AA na Ukrainie, że należy
obowiązkowo jechać
szczególnie tym osobom, które nie mogą stabilnie
utrzymać trzeźwości, że
tam mogą odnaleźć pomoc. To była moja ostatnia nadzieja. Jeżeli
nie odnajdę pomocy, to jestem
skończona. Bardzo dokładnie szykowałam się do podróży. Nawet
wyliczyłam, że
tego dnia będę miała 1 miesiąc trzeźwości. No, ale jak prawdziwy
alkoholik,
zapiłam w najbardziej nieodpowiednim momencie. Kiedy
wytrzeźwiałam,
wiedziałam już na pewno, że następna wpadka będzie dla mnie
ostatnią, że
mój organizm więcej nie wytrzyma.
Na 5-ty dzień
mojej trzeźwości pojechałam do Kijowa. Rocznica była pyszna,
tłum ludzi,
z różnych stron i krajów. Wszyscy byli
uśmiechnięci, ściskali się na
wzajem, całowali. To ludzkie morze bujało z radości, ale mnie
się
zdawało, że ja
nie odczuwam tego świętowania. Czułam się bardzo samotnie, tęskniłam.
Do tego
poczucie strachu. Nie mogłam zrozumieć, co się odbywa
dookoła. Chciałam
uciec i schować się przed wszystkimi, żeby nikt mnie nie
zaczepiał.
Dlatego tuż po otwarciu święta, z takimi jak ja sama
“początkującymi” pojechałam do hotelu.
Siedziałam w
papierosowej zadymie do wieczora gdy
nagle w mojej
głowie przeleciała myśl - “Dziewczyno! Ty
przyjechałaś tu po pomoc!
Tutaj do hotelu pomoc nie przyjdzie! Idź do ludzi i rozmawiaj!
Przypomnij sobie co
mówili “weterani” przed
wyjazdem!” – i
poszłam na zabawę
taneczną. Podchodziłam do kilku osób
ale nie
chcieli ze mną rozmawiać.
Podczas
tańca zauważyłam jednego poważnego
(otyłego) mężczyznę,
który nie przestawał na
mnie patrzeć, uśmiechał się i mrugał… Oto mam!
– trzeba było
tak mocno pic, że tylko emeryci zwracają na mnie
uwagę! – pomyślałam.
Była juz 2 godzina w
nocy, muzyka grała głośno, ja zmęczona usiadłam z myślą o tym,
że żadnej
pomocy tutaj nie znajdę, że
nikogo nie
interesuję. W tym momencie podszedł do mnie ten sam emeryt;
coś
powiedział po polsku. Zobaczył, że ja w żaden
sposób nie reaguję,
przedstawił się - “mam na imię Marek, jestem
alkoholikiem z
Warszawy”. Tak zaczęła się nasza rozmowa. Ja słabo
rozumiem polski
język. Obok przechodził młody chłopak. Marek zatrzymał go i poprosił aby posłużył nam za
tłumacza, a ten zgodził się ochoczo.
Chłopaki zobaczyli, że rozmowa będzie długa i
zaproponowali mi przejść do hotelowego pokoju. Iść z
nieznajomymi mężczyznami
do pokoju było trochę niepokojące. Ale ja chciałam się
ratować. No
cóż!!!, będzie co
będzie, a ratować się trzeba.
Tak siedzieliśmy do rana, dużo rozmawialiśmy o trzeźwości, czytali
dla
mnie Wielką Księgę, ale ja w ogóle niczego i tak nie
rozumiałam. Zadawałam
pytania: “Dlaczego
w AA ja zapijam?
Dlaczego mnie tak ciągnie do picia? Dlaczego muszę tak cierpieć?
Dlaczego AA
mnie nie pomaga?” – pytałam raz
po
raz. Senni i zmęczeni juz nie wiedzieli, jak ze mną
rozmawiać. Tutaj
Marek mówi - “Posłuchaj T…, jest
jeszcze jeden sposób. Ty
pojedziesz do domu, na poczcie kupisz kilka pocztówek.
Każdego dnia będziesz
pisała taki tekst -“Marek, dzisiaj jestem trzeźwa”
– i
wysyłać do mnie. Zrobisz to? Ja każdego dnia będę czekał na
informacje od
ciebie”. Ten pomysł bardzo mi się spodobał. Mnie
się wydało, że to
jest tak proste. Ale najwięcej zadziałało to, że dla ludzi, którzy
siedzieli obok nie była
obojętna moja trzeźwość. A
może jeszcze
i ja będę potrzebna? Wymieniliśmy się adresami i ja wypełniona
nadzieją w sercu poszłam
spać. Na drugi dzień święto trwało dalej. Poszłam na mityng
AA z
moimi nowymi przyjaciółmi, juz nie czułam się obca
i samotna. Stałam
się częścią tego morza radości. Kiedy żegnaliśmy się,
zapytałam się:
“Marek, czy
my kiedykolwiek się
zobaczymy?”, na
co on z uśmiechem odpowiedział -
“Jeżeli będziemy trzeźwi wszystko jest możliwe.
Wierzę, że się
spotkamy ponownie. Mam nadzieję, że wszystko ci się
uda!!!”. I
spotkaliśmy się!!! Na innej rocznicy AA, tym razem we Lwowie.
Stanęliśmy
w uścisku, nie mówiąc ani słowa. Ja płakałam ze
szczęścia, ale to juz
inna historia…
Kiedy
wracaliśmy z Kijowa do domu miałam
uczucie, że coś się we mnie zmieniło, nie wiedziałam co,
jak i gdzie, ale to czułam. Przyjechałam do domu
nowonarodzona. Od razu zaczęłam
prowadzić dzienniczek, gdzie zapisywałam każdy trzeźwy dzień
i
podziękowanie Bogu, że dzisiaj jestem trzeźwa, że On
podarował mi taką
Wspólnotę, takich
cudownych przyjaciół. Na
mityngu AA po raz pierwszy zabrałam głos - mówiłam
na trzeźwo. Powiedziałam,
że okłamywałam mówiąc o swojej trzeźwości około 3
miesięcy, że naprawdę
nie piję 7 dzień. Zaczęłam korespondencję z
przyjaciółmi ze Lwowa, a
kiedy miałam już 1
miesiąc trzeźwości napisałam do
Marka list. To były moje
pierwsze konkretne działania
które dzień po dniu
pomagają mi nie pic. Odmieniłam swoje pytania. Zamiast pytać:
“czemu zapijam będąc w AA” zastanawiam
się: “Co ja
robię aby pozostać trzeźwą”? I to zaczęło działać.
Tam w Kijowie, w
tym pokoju hotelowym Marek mi powiedział: “Myślisz,
że my
przypadkowo tutaj siedzimy i rozmawiamy? - Nas prowadził
Bóg” Wtedy ja mu
nie uwierzyłam. Ale dziś wiem na pewno, że bez Bożej pomocy
się nie
obeszło. Od tego dnia minęło osiem i pół roku. Te lata były
różne, i
szczęśliwe, i radosne, i tragizm, i miłość
– ale
to wszystko odbywało się w trzeźwości, bez alkoholu. Jestem
wdzięczna
Bogu, za to, że w potrzebny czas posłał mi takich cudownych przyjaciół : Marka z
Warszawy, Tarasa
i Wiaczesława ze Lwowa. Jestem wdzięczna tym ludziom, że nie
pozostali
obojętni wobec mojej trzeźwości i wyciągnęli pomocną dłoń.
Postawili
pierwszą cegiełkę mojej trzeźwości. Dzisiaj mam sporo
przyjaciół, tak w
kraju jak i za granicą. Jestem wielekroć wdzięczna wszystkim,
którzy
pomagali mi w zdrowieniu, a zwłaszcza swemu sponsorowi. Jeśli
dziś bywam
na różnych Forach AA, rocznicach, to zawsze
oglądam się, czy nie ma
wśród tłumu kogoś tak samotnego, jaką ja byłam 8 lat temu.
Staram się nikogo
nie pozostawić
bez
zainteresowania. Zawsze zaczynam rozmowę. Bo dla nowicjusza
najważniejsze,
że możemy się spotykać. A dalej, to już jak Bóg
pokieruje. Życzę wam
trzeźwości, by nigdy nie wpadać w beznadzieję.
Тania АА Łuck
(trzeźwa 8 lat i 6 miesięcy) wrzesień 2007 r
Anonimowi Anglicy
w naszym PIK-u
Na spotkanie
w PIK-u z przyjaciółmi z Wielkiej Brytanii przyszło wiele
przyjaciół, również spoza naszego regionu. Roger,
Ann i Angela
są przedstawicielami służb AA z Wielkiej Brytanii, przy czym Angela nie jest alkoholiczką,
lecz osobą zatrudnioną przez
angielskie Biuro Służby Krajowej (GSO).
Spotkanie
miało charakter konferencji – to znaczy nasi przyjaciele z
Wysp odpowiadali na pytania „naszych”, a tłumaczył
w pocie czoła (z
racji wielości pytań i trudnych tematów
), Jacek, nasz
delegat narodowy (przy okazji dzięki Jacku za wspaniałą robotę przy tej
wizycie).
Rozmawialiśmy
na wiele niezwykle ciekawych tematów. Na przykład został
podjęty wątek finansowania wspólnoty brytyjskiej. Okazało
się, że aż 80 %
wpływów to są u nich wpłaty
z grup, a reszta ze sprzedaży
literatury. Jak wiemy, u nas jest na odwrót, co wyraźnie
pokazuje, że potrzebna
jest nam ciągle rozmowa o naszym samofinansowaniu i o praktycznym
przełożeniu
VII Tradycji na życie naszej Wspólnoty w Polsce. Jednak
i oni, przy doświadczeniach sześćdziesięcioletnich, nie ustrzegli się
kryzysów
finansowych (np. w 2002
roku).
Również
ciekawy był wątek związany z systemem dystrybucji literatury.
Przyjaciele z Anglii wyjaśnili, że na Wyspach nie istnieje żadna
„struktura sprzedaży”, bo jest niepotrzebna.
Sprzedawcą literatury
jest angielskie GSO
(odpowiednik naszego BSK) i grupy
zaopatrują się w literaturę bezpośrednio u nich. Kluczem tego prostego
systemu
jest brak opłat za wysyłkę literatury – to znaczy koszt
wysyłki pokrywa GSO,
a nie zamawiająca grupa,
czy osoba prywatna.
Jednocześnie GSO nie udziela żadnych rabatów – czy
to regionom, czy to intergrupom.
Dowiedzieliśmy
się także, że na Wyspach jest bardzo prosty system
weryfikacyjny związany z istniejącymi, czy powstającymi grupami
– to
znaczy wystarczy wypełnić specjalny formularz, żeby grupa była
umieszczana we
wszelkich spisach AA. Nie ma żadnych systemów
weryfikacyjnych i na samej grupie
spoczywa odpowiedzialność za sposób jej uczestnictwa we
Wspólnocie. Na formularzu
jest też miejsce do wpisania nr tel. kontaktowego do jakiejś osoby z
grupy
– w ten sposób zawsze można w razie czego się z
grupą skontaktować.
Rozmawialiśmy
także o kontaktach z profesjonalistami – tu wynikły
ciekawe wątki, związane z różną specyfiką obu
krajów. Np. w Anglii zwraca się
specjalną uwagę na relacje AA ze środowiskiem pielęgniarek –
to pielęgniarki bowiem
są tym „pierwszym
kontaktem”, to one są osobami do których
najczęściej Anglicy zwracają się
na początku z prośbą o pomoc w kwestiach medycznych. Jak wiadomo u nas
są to
jednak lekarze.
Kolejnym
ciekawym tematem była sprawa 12 koncepcji, które jak
pamiętamy
omawialiśmy na naszych regionalnych warsztatach, a które
obecnie są tematem
prac związanych z tłumaczeniem i zaaprobowaniem ostatecznych wersji.
Okazało się,
że 12 koncepcji w Anglii zostało trochę zmienionych
jeśli chodzi o same zapisy, a było to związane z inną
rzeczywistością
prawną systemów w Wielkiej Brytanii i w USA. Także i dla
naszej Wspólnoty
powinno być to doświadczenie, z którego trzeba skorzystać
przy opracowywaniu
naszych Koncepcji.
Rozmawialiśmy
też o poradniku służb ( w wersji angielskiej jest to
„podręcznik” służb), a temat ten był nam
szczególnie bliski, gdyż
obecnie pracujemy nad polskim poradnikiem.
W trakcie
rozmów „kuluarowych” przyjaciele z
Anglii wyjaśnili,
że bazą ich pracy nad własnym podręcznikiem służb było skonfrontowanie
własnych
doświadczeń i poglądów na dane służby z orginałem
amerykańskim. Dopiero ze zderzenia tych dwóch
materiałów – amerykańskiego
i ich własnego, wypracowanego na spotkaniach roboczych, stworzono
angielski
poradnik służb.
Nie zabrakło
też pytań o samą wspólnotę, o sposób prowadzenia
mityngów, a
nawet o to, czy Anglicy tez się wymieniają
„Misiakami” i
„uściskami” na przywitanie czy pożegnanie.
Rozmawialiśmy o
niesieniu posłania, o służbach, o dyżurach internetowych, o biuletynach
o
kampaniach informacyjnych mediach – a wszystko w
tej dobrej,
wesołej, pełnej uśmiechu i żartów atmosferze naszej
Wspólnoty.
Przyjaciele z
Anglii mówili bardzo ciepło o pobycie w Polsce, o tym, że
czują to wspaniałe ciepło
które jest zawsze tam, gdzie
jest AA i że wiele rzeczy tu w Polsce wydało im się z jednej strony
bliskie,
podobne do rzeczywistości brytyjskiej, a z drugiej strony inspirujące i
odkrywcze. Więc i my nie mamy się
czego wstydzić. A na
koniec była modlitwa o Pogodę Ducha odmawiana jednocześnie w
dwóch językach,
angielskim i polskim i serdeczne uściski rąk. Dziękujemy Wam,
Przyjaciele z
Wielkiej Brytanii – to było wspaniałe móc gościć
was w Polsce.
Tomek
AA
NASZE KORZENIE… ARCHIWUM
Jestem
alkoholikiem i mam na imię Paweł. Jest niedziela i siedzę wgapiony w
komputer.
Przymierzam się ( od trzech tygodni ) do napisania czegokolwiek
i nie mam pojęcia o czym tu
informować szanownych
czytelników, że
niby co „ładnie powkładałem w koszulki
sprawozdania” a może
„poustawiałem segregatory”. Jakoś mało tego, a
chciałbym się już
czymś pochwalić. Tak po staremu, żeby były oklaski. Zaobserwowałem
– jak
mi wygodnie to zaczynam umniejszać moją służbą archiwisty, z lenistwa
trudno mi
wypełnić czekające obowiązki: poczytać dokumentacje, poznać fakty z przeszłości co pozwoliłoby być
może lepiej poznać AA jak i
tych alkoholików, którzy byli przed nami.
Uknułem
niezawodny plan, iż będę jeździł bez biletu
(bo mi się należy), jestem na zwolnieniu lekarskim i
bez pracy, to się należy. Efekt jest taki, że stałem się czujny jak
„ważka” i na każdym przystanku metra wypatrywałem
kontrolerów, co
wzbudzało moją irytację oraz wymówkę „daleko mam
do tego PIK-u” no i
straciłem ochotę do odwiedzania codziennie innego mityngu w Warszawie.
Za
pierwszym razem dostałem mandat za jazde
bez biletu a
za drugim razem czułem się jak niedojrzały chłopczyk tłumaczący się pokrętnie dlaczego nie ma biletu,
legitymując się
nieaktualnym zaświadczeniem z Urzędu Pracy. Zły jestem na siebie,
kontrolerów,
świat i ludzi - jestem skrzywdzony. Zacząłem knuć plan zemsty np.: wszczynając awanturę z
kontrolerem przy kasowniku,
albo obrażony patrzę w okno (to te łagodniejsze scenariusze).
Porozmawiałem ze
znajomym z AA i na drugi dzień zapłaciłem mandat a potem wykupiłem
bilet
miesięczny. Od razu ulżyło, spokojnie podróżuję. Wstyd mi za
siebie takiego z
przed kilku dni. Lecę na mityng. Dzień drugi a mnie wywiało z głowy co miałem napisać.
26.08.07. Aaowcy
z Łodzi zaprosili nas na swoją Rade Regionu i pojechałem, dołączając do
„delegacji” Warszawskiej (Andrzej, Darek i
powiernik-Mirek). Czułem
się
tam jak u siebie w domu, ta sama atmosfera i ten sam styl prowadzenia
spotkania. Myślałem, że tylko ja wpadłem na genialny pomysł spisania
historii aaowskich
weteranów Regionu AA Warszawa. Okazuje się, iż w
Łodzi wpadli na ten sam pomysł a jeszcze ciekawsze, że BSK jest
zainteresowane
takim spisanymi wspomnieniami weteranów. Może i ja dołożę
się do realizacji tej
inicjatywy? Będę miał swój wkład.
Odwiedziłem,
Intergrupy
(Wars, Północ, Wschód, Sawa) i przedstawiłem
sugestie o uporządkowaniu
dokumentacji tzn. historię Intergrupy kiedy powstała, ile grup
przynależy (nazwa, kiedy powstała,
nad czym pracuje, jak niesie posłanie AA), sprawozdania ze spotkań oraz
inne
„ważne sprawy”. Jak zauważyłem archiwizacja nie
cieszy się zbytnią
popularnością, gdyż co
jakiś czas kolejny archiwista
prosi o te same dokumenty co poprzednik. A następnie pozostawia te
sprawy bez
zakończenia i uporządkowania. Ci
którzy systematycznie
zbierali i dbali o porządek odchodzą po jakimś czasie, dokumenty są
powierzane
i później już nie wracają lub nie są przekazywane w
ogóle. Mam nadzieję że
mnie się uda! Czasami nie było gdzie tego
magazynować gdyż Intergrupy
lub grupy zmieniały
miejsca spotkań. Teraz mamy PIK, jest „wielka czarna
szafa”, jest
miejsce i są segregatory i jest archiwista REGIONU AA WARSZAWA. A
sprawozdania
i listę osób biorących udział w spotkaniach)
co dwa
miesiące będzie przywozić Rzecznik Intergrupy
na Radę
Regionu, która odbywa się w każdą 3 sobotę nieparzystego
miesiąca w PIK-u ul.
Brazylijska 10 o 16-00. Na moją prośbę odpowiedziała już Intergrupa
Północ zwożąc całą dokumentację, stare mityngi jeszcze te
duże, A-4 od Nr.
1 do Nr. 17. Ciekawa
literatura!
Pozostałe Intergrupy są
w trakcie porządkowania i
uzupełniania.
No
i napisałem tych kilka słów! Pokonałem swój
kolejny
opór. Najtrudniej zacząć! Teraz mam
co poprawiać. -
Kamień spadł mi z serca. Miłe jest poczucie przydatności. To chyba tego
uczy
służba w AA, obok sposobu na wypełnienie pustki?
No
i co najważniejsze - nie piłem!
Pozdrawiam,
Paweł z archiwum.
MÓJ
CICHY PRZYJACIEL MITYNG
Z drugiego mityngu w życiu, przyniosłam do domu swój
pierwszy egzemplarz
naszego biuletynu. Kupiłam go za złotówkę od osoby,
która sprzedawała książki.
Nie znałam jeszcze nikogo w AA na tyle, abym odważyła się porozmawiać a
wszystko co mogłam z
siebie wykrztusić to słowa:
„Małgosia Alkoholiczka” (Ups...
raczej "Małgośka-alkoholiczka"
- wtedy jeszcze bardzo siebie nie lubiłam) a następnie czytałam Krok
albo
Tradycję. Potem milcząco przysłuchiwałam się wypowiedziom
osób tam będących.
Mityng
na żywo trwał tylko 2 godziny. Po powrocie do domu zostawałam sama ze
swoją
chorobą. Miałam co
prawda zgromadzoną już naszą
literaturę, zachłannie ją czytałam, poznawałam sposoby Anonimowych
Alkoholików
na to, by nie pić z „Anonimowi Alkoholicy” i z
„Życia w
trzeźwości”, poznawałam historię naszej wspólnoty
z „Przekaż
dalej” i „AA wkraczają w dojrzałość”.
Czytałam „Jak to
widzi Bill” i „Codzienne Refleksje”.
Chętniej
jednak sięgałam po nasz biuletyn. Łatwiej było mi skoncentrować się na
krótkich
tekstach pisanych przez przyjaciół językiem serca,
którzy byli tuż, tuż... obok
a nie daleko, daleko … gdzieś za oceanem.
Biuletyn
został moim cichym przyjacielem ale
nie milczącym – mówił do mnie pisanym
głosem przyjaciół z AA. Zostałam stałą
czytelniczką i wierną przyjaciółką Biuletynu Mityng.
Zachłannie czytałam nie
tylko to, co pisali przyjaciele o swoim życiu
ale i
przemyślenia o Tradycjach, Koncepcjach i sprawozdania – taka
ciekawska
byłam od początku. Lubiłam wiedzieć co,
gdzie się
dzieje. W ten sposób odkrywałam naszą Wspólnotę.
W ten sposób stawała mi się
bliższa.
Wielokrotnie
w bezsenne noce na początku mojej drogi ku trzeźwości układałam swoje
myśli w
zdania, które rankiem chciałam wystukać na klawiaturze i
wysłać do redakcji
Mityngu. Ranek przychodził a nocne postanowienia rozpływały się wraz z
pierwszymi promieniami słońca. Przychodziły wątpliwości: „A
komuż to
potrzebna moja pisanina?”, „A któż to
zechce czytać te moje
rozdygotane, nocne przemyślenia?” – przecież
nie potrafię jeszcze podzielić się swoim doświadczeniem, bo go nie mam,
zbyt
krótka ta moja dróżka w AA…
Odstępowałam od pomysłu pisania do redakcji a
moja przyjaźń z Mityngiem stawała się coraz bardziej intymna: tylko
„ON” i ja - tuż przed zaśnięciem przeczytanych
kilka stron. Na jednym
z mityngów poznałam osoby, które aktywnie
uczestniczą w pracach Zespołu ds.
Literatury i Redakcji „Mityngu”. Usłyszałam, że
mogę być pomocna,
więc chętnie włączyłam się – z wielką ciekawością i zapałem,
zgodnie z
moimi możliwościami i umiejętnościami – przepisywałam
rękopisy, zaczęłam
wybierać cytaty, które redaktor umieszczał u szczytu każdej
strony. Ucieszyłam,
gdy poznałam adres strony w Internecie z archiwalnymi numerami.
Wszystko to co robiłam i
robię pomaga mi w trzeźwieniu –
poznaję dokładniej naszą literaturę, która jest wciąż moim
przewodnikiem ku
zmianom w sobie i w moim życiu, by pozostać trzeźwą a czytając
doświadczenia
przyjaciół z archiwalnych numerów uczestniczę w
mityngach, które odbywały się
na stronach biuletynu na długo przed tym jak ja zakręciłam swoją
butelkę.
Natrafiłam przeglądając archiwum na mój ulubiony tekst o
ogórku kiszonym, który
wg autora może być (a wręcz jest niezbędny) w sałatce warzywnej
jaką jest społeczeństwo ("I alkoholik może być
pożyteczny" -
"Mityng" - 10/88/2004).
Ech...
ileż słowa tam
napisane
przyniosły mi wiary w siebie....
A
potem przyszła odwaga i napisałam swój króciutki
pierwszy
„felietonik”...
Dobrze,
że jesteś Mój Cichy Przyjacielu. Radośniej się z tobą
trzeźwieje.
Gosiali
Co ciekawe, moim sponsorem została osoba, którą znałem od lat i której niejednokrotnie wypłakiwałem w pijackim widzie swoje trudne życie. Wreszcie miałem kogoś, kogo byłem w stanie bezwzględnie wysłuchać i kto widział to, czego ja nie widziałem. Siebie samego.
Poproszenie o
sponsorowanie, przewodnictwo jest jednym z najważniejszych
aktów w procesie
trzeźwienia. Wiele ośrodków leczenia wypracowało swoje
metody na uświadomienie
alkoholikom bezsilności wobec alkoholu
ale dla mnie
jedyną prawdziwą oznaką bezsilności w AA był moment gdy poprosiłem o
pomoc
sponsora. Po raz pierwszy w życiu pochyliłem głowę, uznałem swoją
bezsilność.
Teraz dopiero mogłem uczciwie podejść do Kroków i całego
Programu. I tu
nastąpiła niespodzianka. Sponsor zażądał jeszcze udziału w służbach AA.
Za
pomoc sponsora „płaciłem” swoją aktywnością w
służbach. W ten
sposób powstała dla mnie przestrzeń działania, w
której praktycznie pokazywałem
ile z programu zdrowienia sobie przyswoiłem. Widzieli to wszyscy;
sponsor,
rodzina, przyjaciele, a ja czułem, że jest mi lepiej.
Naszkicowałem w
tym zapisie cztery
warunki, które musiałem spełnić w procesie trzeźwienia. Dawniej
często o nich mówiłem na mityngach dodając ostrzeżenie: jeżeli
ktoś nie uczyni bodajże jednego z tych czterech warunków, to
znaczy, że jeszcze
nie rozpoczął trzeźwienia z AA. Dzisiaj jestem bardziej łagodny wierząc, że
dobry Bóg powoli każdemu potrzebującemu znaleźć własną drogę
do trzeźwości
zgodnie z wypracowaną miarą.
Pozostało mi
jeszcze do
omówienia zdanie – a
odnajdziesz drogę do Boga, który Ci pomoże. To chyba najtrudniejszy, najbardziej
intymny element Programu AA. Wypełnianie czterech warunków
przyniosło obok
formalnej trzeźwości również pytania o cel i sens życia.
Świadczyło to o
zmianach w moim myśleniu, rozszerzeniu zainteresowań. Lecz o ile
początkowo w
Bogu widziałem jedynie pomocnika w realizowaniu moich zamierzeń to w
miarę
upływu czasu taka postawa zmieniała się w drogę poszukiwania Boga. Tak
jest do
dzisiaj. Dzisiaj Bóg stał się celem ziemskich działań. Znane
jest powiedzenie
– rób
tak, jakby wszystko zależało od ciebie i módl się jakby
sukces zależał od Boga.
Rozumiem je
w ten sposób, że mam postępować mając stałą świadomość, że
każde moje
poczynanie jest moim darem dla Boga. Bogu byle
czego
ofiarować nie mogę. Jakże korespondują mi tu słowa z Wielkiej Księgi str 11: „Świadomość
istnienia Boga miała stać się
probierzem mojego myślenia”. Każdy człowiek, natura, chwila
będzie
przypominać Boga. Ma to praktyczne znaczenie. Są momenty w życie, kiedy
się
zagubię i pozwolę sobie na mniej chwalebne czyny czy myśli. Wtedy
natychmiastowe odniesienie się do Boga pozwala mi na godne zachowanie.
Łajdactwa i Boga nigdy nie udało mi się pogodzić. Nie wiem czy kogoś
przekonałem, że Bóg pomaga tym, którzy pragną
Jego pomocy ale
ja ciągle korzystam. Mam nadzieję, że któregoś dnia stanę
przed Jego obliczem i
podziękuję za nie do końca zabałaganione życie.