MITYNG 11/125/2007
DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO
Samotny biały żagiel czy...?
Po czterech pierwszych
miesiącach uczestnictwa w mityngach i wsłuchiwania się w słowa
Anonimowych Alkoholików, zaczął wyłaniać się obraz magicznego słowa –
„Program AA”. W konfrontacji z wiedzą, jaką już miałam z literatury,
był jakby mało wyraźny, zamazany. Jak to „ugryźć”? No i ciągle
brakowało mi informacji o bardzo ważnej osobie wśród alkoholików, opisywanej w
książkach – O SPONSORZE. Najczęściej słyszałam: nie mam sponsora, nie
sponsoruję.
A
ja... tak jak uwierzyłam wcześniej, że sama nie dam rady przestać pić, tak też
byłam w tym momencie przekonana, że potrzebuję kogoś, aby wziął mnie za rękę i
pomógł zrozumieć jak mam żyć w zgodzie z Dwunastoma Krokami, jak służyć i jak
dbać o jedność AA – tylko po to (a może „Aż”!), by
uzyskać tak bardzo upragnioną przeze mnie trwałą trzeźwość, by nie wrócić do
picia.
Zastanawiałam
się zatem: - ” Czy moja pycha pozwoli mi zaufać komuś na tyle, by prosić
o sponsorowanie? Czy może wciąż zaniżone poczucie wartości przekona mnie, że
nie jestem godna uwagi i nikt swojego czasu mi nie poświęci?”
Strach przed powrotem do picia
był silniejszy. I to ten strach kazał mi pytać przyjaciół na mityngach, czy nie
znają kobiety w AA, która podjęłaby się sponsorowania nowicjuszce takiej jak
ja. Czekałam, słuchałam, obserwowałam i znów pytałam. Mijały miesiące –
dobiegałam roku abstynencji. Od kobiet spotykanych na mityngach słyszałam wciąż
to samo: nie mam sponsora, nie sponsoruję. Kilku mężczyzn napomknęło, że
pracuje ze sponsorem. Kilku. Ich głos brzmiał bardzo słabo, zanikał w tłumie.
Po pewnym czasie byłam skłonna
zrezygnować z poszukiwań – włożyć między bajki możliwość pracy ze sponsorką. Przychodziła mi też myśl, by prosić któregoś z
tych nielicznych mężczyzn, chociaż wiedziałam, że takie rozwiązanie nie jest
zalecane.
A potem… potem stał się
kolejny cud w AA!. Dostałam informację od przyjaciela, że rozmawiał z osobą,
która zgodziła się poświęcić swój czas – mnóstwo czasu -. . ze strony
pierwszej Na początku pojawił się we mnie lęk przed nieznanym. Minęło znów
troszkę czasu – pycha czy źle rozumiana pokora przeszkadzała mi wyraźnie
poprosić tę osobę o pomoc, o sponsorowanie? Teraz spotykamy regularnie.
Rozmawiamy, pracujemy na programie. Przyjaźnimy się.
Dziś moja sponsorka jest mi bardzo bliską osobą. Dziś
czuję wdzięczność za jej mądrość, cierpliwość, wyrozumiałość. Prowadzi mnie
przez zakręty moich emocji, równocześnie pozwala stanąć mocniej na własnych
nogach. Dobrze, że jesteś MOJA SPONSORKO.
Jakiś czas temu inna Anonimowa Alkoholiczka poprosiła mnie o to abym została jej sponsorem. Poznajemy się, zaprzyjaźniamy… Nigdy wcześniej nie miałam tylu przyjaciółek co teraz w AA, ale te osoby, między którymi stoję w łańcuszku sponsoringu są dla mnie wyjątkowe, są podporami – wspaniałymi i bardzo ważnymi. Fajnie by było, gdyby ten łańcuch miał wiele, wiele mocnych takich ogniw. Ale to tylko zależy od samych AA : Czy chcą przyjąć pomoc innego alkoholika i swoją pomoc dawać drugiemu? Czy płynąć przez Program jak samotny, biały żagiel? Hmmm... Byli śmiałkowie, którzy nawet ziemię opłynęli sami – to już wyczyn. Czy z przyjacielem nie łatwiej, nie przyjemniej, nie bezpieczniej i nie prościej? Ja już wiem, znam odpowiedź.
Pozdrawiam
radośnie Gosiali.
JĘZYK SERCA
Z wielkim zaskoczeniem przeczytałem w korespondencji mailowej opinię
jednego z przyjaciół o tym, że literatura AA jest jedynym autorytetem w
naszej wspólnocie. Początkowo się żachnąłem. Wydało mi się to przesadą. Od
razu wspomniałem słowa z 2 Tradycji: Jedynym autorytetem w naszej wspólnocie
jest Miłujący Bóg…, ale po chwili refleksji nie byłem już taki
zdecydowany. Musiałem się temu dokładniej przyjrzeć.
Właściwie każda grupa społeczna ma swój specyficzny język, którym
się posługuje, aby wzajemnie, szczególnie w swoim środowisku być bardziej
zrozumianym. Wiele elementów takiego języka słyszymy w rozmowie z duchownymi,
lekarzami czy terapeutami. Inaczej wyraża się kibic sportowy przeżywający
zmagania zawodników a inaczej poseł z trybuny sejmowej albo przekupka z bazaru.
I te różnice są zrozumiałe.
Kłopoty zaczynają się, gdy na mityngu słyszę język zupełnie niepodobny do
tego, jakim posługiwałem się do tej pory. Pamiętam, że gdy byłem nowicjuszem,
szalenie trudno było zrozumieć wypowiedzi kolegów naszpikowane nieznanymi
terminami. Nieraz miałem wątpliwości, czy słucham jakiegoś terapeuty czy
lekarza specjalisty. Trudno było się identyfikować z tak wyedukowanym
człowiekiem. Słyszałem język, jakiś obcy, który nie docierał do mnie - ani do
umysłu, ani do serca. Nie rozumiejąc treści nudziłem się. Pojawiało się
zniecierpliwienie i niechęć.
Oczywiście powoli przyswajałem sobie niektóre terminy. Przyznam się nawet
do czegoś. W tamtym okresie miałem wyobrażenie, że moje trzeźwienie ma polegać
właśnie na przyswojeniu sobie „mądrego” słownictwa.
Ćwiczyłem na swojej rodzinie robiąc wykłady z choroby alkoholowej, co chwila
wykazując jej, że nie zna podstawowych pojęć. Rezultaty były dalekie od
oczekiwań. Po kilku zdaniach domownicy uciekali do innych zajęć, aby tylko mnie
nie słuchać. W ten sposób powstało takie spostrzeżenie. Alkoholika można
nawet wytrzymać póki nie zaczyna tłumaczyć czegoś, co sam słabo zna.
Po tym, pewnie zbyt długim wstępie chciałbym przekazać dwa podstawowe
przesłania.
Po pierwsze - Alkoholicy nie gęsi i swój język mają. Wielu z Was
już pewnie czuje, co chcę powiedzieć. Tak. To oczywiście JĘZYK SERCA. Właściwie
przy każdym spotkaniu słyszę nawoływanie abyśmy odrzucili waśnie i animozje i
dla dobra wspólnoty, ale i samych siebie zaczęli porozumiewać się w duchu
miłości. Zbyt długo już cierpieliśmy w dawnym życiu. Nie ma żadnej potrzeby
cierpieć dalej. JĘZYK SERCA sprawia cuda. Ten sam język przenieśmy w nasze
domy, rodziny, przyjaciół. Szczęście czeka.
Ale gdzie odnaleźć JĘZYK SERCA? Jak się go nauczyć? To jest właśnie
najważniejsza treść drugiego przesłania. JĘZYK SERCA odnajdujemy w naszej
literaturze AA. Z niej możemy czerpać garściami wskazówki do nowego życia.
Jest tak napisana, aby fakty w niej zawarte mogły dotrzeć do każdego niezależnie
od wykształcenia czy zaangażowania duchowego, by czytelnik/słuchacz rozumiał
to, co do niego jest skierowane. Muszę okazać minimum szacunku dla jego
cierpienia a nie przemawiać z pozycji przeładowanego różnymi wiadomościami
prawie uczonego w dziedzinie choroby alkoholowej. Inaczej może stać się
obojętny i zniechęcony, a to przecież znaczy zagrożenie życia.
Na świecie jest wiele ciekawej i pożytecznej literatury. Są najróżniejsze
poradniki dla zagubionych życiowo, ale tylko literatura AA ma specjalny napis: Publikacja
zaaprobowana przez Konferencję Służb Ogólnych AA. Oznacza to, że
poprzez naszych przedstawicieli zgodziliśmy się, że dana, a nie inna publikacja
dobrze przyczyni się do propagowania posłania nadziei cierpiącym alkoholikom.
Będzie przybliżać świat wartości wynikający z naszych wspólnych doświadczeń.
Teraz już łatwo zrozumieć, czemu tak chętnie przyjąłem słowa o autorytecie
literatury AA. Oczywiście nikt nie zabrania indywidualnego korzystania z
wszelkiej dostępnej literatury. To sprawa osobistego wyboru. My zachęcamy do aowskiej.
Pozdrawiam pogodnie
Marek Warszawa 21 09 2007r
Moje
pierwsze warsztaty
Ja, alkoholiczka
Ania, jestem pod wielkim wrażeniem warsztatów, które odbyły się w Radomiu (
18-19 sierpnia 2007r). Tematem warsztatów było - „Niesienie posłania
przez internet”. Dla mnie jest ono wyzwaniem i ogromną chęcią
niesienia pomocy potrzebującym alkoholikom poprzez dyżur on- line.
Prezentacje prowadzone
przez przyjaciół z Warszawy Mirka - powiernika, Andrzejka - łącznika grup
polskojęzycznych i Andrzejka z Zielonki. Były czytelne i rzeczowe, widać było
jak wiele pracy włożyli w przygotowanie materiałów na warsztaty.
Dla mnie jest to nauka jak
nieść pomoc poprzez internet i potrzebne informacje
zostały mi przekazane jasno i dokładnie. Wiele zagadnień było dla mnie
całkowitą nowością, ale jakże ciekawą i pouczającą. Widzę w tym tak wielką siłę
w pomocy tym, którzy wciąż jeszcze cierpią jak również tym, którzy chcą
utrzymać swoją trzeźwość. Zostały tam poruszone między innymi bardzo cenne
wskazówki jak nieść posłanie i jak radzić sobie z informacją drogą
elektroniczną. Jest to temat bardzo szybko rozwijający się w naszym kraju i
jakże bardzo potrzebny, a nasi przyjaciele z Warszawy są autorami programów,
dzięki którym działa cały system pomocy poprzez internet.
Mam również wiele słów
uznania dla organizatorów z Radomia. Dołożyli oni wszelkich starań aby
udostępnić nam komputery i inne sprzęty do praktycznych zadań oraz wspaniałe
warunki podczas prowadzenia warsztatów. Mogliśmy dzięki temu łączyć teorię od
razu z zajęciami praktycznymi i prowadzić dyżur on- line.
Poznałam wielu przyjaciół z różnych regionów Polski. Wymienialiśmy się
doświadczeniami. Pomagaliśmy tym, którzy po raz pierwszy nieśli posłanie przez internet.
Ja również prowadziłam taki
dyżur. Byłam szczęśliwa, że mogę komuś pomóc kto właśnie tej pomocy potrzebował.Dziękuję Małgosi, że zaszczepiła we mnie
bakcyla i trafnie pokierowała na właściwe tory. Umocniło mnie to w przekonaniu,
że podjęłam dobrą decyzję zgłaszając się do Zespołu Internetowego.Mam
nadzieję, że będzie nas coraz więcej.
Ania - Wesoła
Kiedy we Wspólnocie AA gotów byłem
wreszcie słuchać innych ludzi, a nie tylko podszeptów swojego komplikatora, który czasem optymistycznie nazywam rozumem,
wpadło mi kilka razy w uszy stwierdzenie, że 12 Kroków nieprzypadkowo ułożono w
tej właśnie kolejności, a na dokładkę ponumerowano.
Dla takich jak ja nowicjuszy miało to oznaczać, że Kroki należy
poznawać i realizować w ustalonej kolejności, bez wybiegania naprzód nawet o
milimetr.
Kiedy do tego dodałem tekst „stosowanie półśrodków nic nam
nie dało…”, wyszła mi dość niebezpieczna mieszanka – uznałem
bowiem, że nie powinienem nawet zerkać w kierunku następnego Kroku, jeśli
wcześniej nie zrealizowałem poprzedniego całkowicie i absolutnie dokładnie.
Zafundowałem sobie w ten sposób kilka solidnych wybojów na drodze
trzeźwienia, mam też świadomość, że parę istotnych decyzji życiowych podjąłem
zbyt pochopnie i przed czasem. Trudno… pewnie tak miało być.
W każdym razie realizując Krok III, nie zadowoliłem się uznaniem,
że „Bóg istnieje, ale ja nim nie jestem” (to aowskie
powiedzenie dotarło do mnie za późno) i ewentualnym przyjęciem za Siłę Wyższą
Wspólnoty AA, Służby Zdrowia, Losu, Przeznaczenia, Kosmicznego Ładu, czy czegoś
podobnego, ale starałem się bardzo dokładnie poukładać i uporządkować swoje
relacje z Bogiem, kościołem, wiarą, religią, klerem, itd.
Problem polegał na tym, że mi się to w pewnym sensie
udało. Udało się dokładnie tak, jak dziecku udaje się posprzątać pokój,
kiedy obiecają mu za to ciastko lub grożą karą. Dziecięce sprzątanie, wymuszone
lub motywowane nagrodą, często polega na tym, że do szaf i szafek pakowane są
chaotycznie i czasem „na siłę”, przedmioty różnego typu i
zastosowania. Pozorne wszystko jest w porządku – bałaganu nie
widać. Problem zaczyna się wtedy, kiedy okazuje się, że potrzebnych rzeczy nie
można znaleźć, a po otwarciu szafki wszystko się z niej wysypuje.
Tak to właśnie u mnie wyglądało, kiedy w Strzyżynie zmierzyłem się z Krokiem XI. Podszedłem do tego
zadania „na luzie” przekonany, że ja właściwie nic, albo niewiele,
mam tu do zrobienia - przecież tak się napracowałem przy Kroku III.
Jakieś zadania do napisania? Pestka! Spokojnie otworzyłem swoje
„szafki” i… nagle znalazłem się w środku całkiem niezłego
bałaganu, wszystko mi się rozsypało. Na szczęście byłem w dobrym miejscu, wśród
właściwych ludzi.
Kiedyś już dość boleśnie przekonałem się, że zrobiłem błąd
nie realizując natychmiast po Krokach IV-V Kroku X. Teraz dotarło do mnie, że
Kroki III i XI tworzą jedną, harmonijną całość i nie może być tak, że
„zrobię” Krok III, zamknę, odłożę, zajmę się następnymi, a dopiero
kiedyś tam, jak dotrę do Kroku XI, powrócę do tematu.
Krok III, w moim obecnym przekonaniu, powinien płynnie przejść w
XI w trakcie pracy nad wszystkimi Krokami, które je dzielą… a może
właśnie nie dzielą, ale łączą i spajają.
Tylko, czemu zrozumienie czegoś tak prostego zajęło mi tyle lat?
Z Krokiem XII zmajstrowałem sobie problemy podobne, bo, od czego
mam perfekcyjny komplikator? Ostatni element
„… i stosować te zasady we wszystkich naszych poczynaniach”,
nie budził moich wątpliwości. Właściwie „od zawsze” wiedziałem i
czułem, że Program AA jest dla mnie dobrym pomysłem na życie, a nie tylko
oderwanym od realnego świata tematem, z którym mam kontakt jedynie przez dwie
godziny mityngowe w tygodniu.
Niestety, reszta tego Kroku rodziła już pytania i rozterki.
Czy faktycznie pomóc można drugiemu alkoholikowi tylko po przebudzeniu
duchowym? A po czym w ogóle owo przebudzenie poznać? Czy faktycznie liczy się
tylko przebudzenie duchowe „w rezultacie tych kroków”, a inne
przebudzenia są nieważne?
Dzięki zbiorowej mądrości grupy i wspólnej pracy,
dzięki mojemu sponsorowi i dzięki literaturze AA poradziłem sobie i z tymi
problemami. Czy do końca? Czas pokaże. W każdym razie ostatecznym i kto wie,
czy nie najważniejszym elementem okazały się słowa Doktora Boba, który podczas
swojego ostatniego wystąpienia stwierdził, że cały Program to w zasadzie dwa
elementy: miłość i służba.
Pomimo ogromnej determinacji i zaangażowania, a może właśnie
„dzięki” nim, można się zagubić i próbować realizować Program AA
zbyt skrupulatnie i za dokładnie, jednak, jak się okazuje miłość i służba
potrafią korygować nie takie błędy.
Meszuge,
07.09.2007
Niesienie posłania AA odbywa się na wiele sposobów
Jest to m.in. literatura AA-owska,
również biuletyn MITYNG, który ukazuje się raz w miesiącu. Historii jego
powstania nie znam. Wiem tylko, że ukazuje się nieprzerwanie od wielu lat. Z
MITYNGIEM zetknąłem się po raz pierwszy, gdy wstąpiłem do AA. Tego też dnia
kupiłem egzemplarz za symboliczną złotówkę od kolportera grupy. Przejrzałem
pobieżnie i schowałem gdzieś między inne książki. Po jakimś czasie znalazłem
wolną chwilę, by go przeczytać. Najbardziej zainteresowały mnie przeżycia,
doświadczenia i refleksje alkoholików, którzy pisali do redakcji MITYNGU. Dla
mnie, trzeźwiejącego alkoholika, były bardzo bliskie, cenne i pomocne w
trzeźwieniu. W biuletynie można znaleźć wiele informacji dotyczących sprawozdań
struktur AA, organizacji i spraw dotyczących życia Wspólnoty.
Na początku mojego trzeźwienia wcale mnie one nie interesowały
– co, gdzie, kiedy, jak? – nie czułem tego. Po jakimś czasie
podjąłem się służby i wtedy poczułem się małą cząstką AA. Czytałem MITYNG od
deski do deski. Niektóre artykuły po kilka razy, bo były interesujące. Na
którymś z mityngów opowiedziałem swoją historię o sobie. Przyjaciel poprosił
mnie, abym to napisał na papierze. W tym momencie pojawił się problem. Zacząłem
kombinować - jak to w pijanym życiu bywało - że nie pamiętam co mówiłem, że
sobie nie poradzę. Tak naprawdę nie chciałem się do tego oficjalnie przyznać,
skonfrontować się z samym sobą. Przyjaciel dodał, że mógłby być to materiał do
biuletynu. Wtedy już nie miałem wyjścia – głupio było odmówić. Skoro ja
czytam czyjeś artykuły i pomagają mi w trzeźwieniu, to nie mogę tak postępować.
Może mój artykuł pomoże innym alkoholikom. W AA otrzymuję dużo wsparcia za
darmo. Czas wielki aby wspierać innych, chociażby taką formą jaką jest pisanie
do MITYNGU. Bez tych artykułów posłanie nie dociera do wciąż jeszcze
cierpiących alkoholików. Doświadczenia z różnych okresów trzeźwości nie mają
szansy trafić do wielu potrzebujących, słabych duchem współtowarzyszy(szek) niedoli.
Jeszcze na zakończenie chcę podziękować tym, którzy wkładają dużo
pracy, poświęcenia i serca w to, że ten MITYNG dociera do nas nieprzerwanie od
wielu lat. Ja przełamałem swój lęk. Gorąco zachęcam do spisywania na papier
swoich doświadczeń, refleksji na różne tematy dotyczące trzeźwości, Wspólnoty.Nie zwlekajcie! – Redakcja czeka.
sierpień 2007, Pozdrawiam
serdecznie, Piotrek - Słoneczko
To działa!!!
Uff!!! Już po jubileuszu
15 lat biuletynu MITYNG. Dla mnie i kolegów z redakcji to wielkie przeżycie.
Zdecydowaną większość swego trzeźwego życia poświęciłem udziałowi w redagowaniu
MITYNGU. Gdy patrzyłem na wystawę archiwalnych numerów albo spoglądałem na
ściany z rozwieszonymi rysunkami czułem się serdecznie wzruszony. Miałem okazję
opowiadać o historii powstawania poszczególnych numerów, tłumaczyć niektóre
rysunki a słuchacze dziwili się, że do tej pory nie wiedzieli ile ciekawych
historii zawartych jest na kartach biuletynu; choćby podróż w kierunku pokory
ujawniająca się w szacie graficznej.
Padało - co było
szczególnie miłe - wiele ciepłych słów dla redakcji, za wytrwałość, wysiłek aby
biuletyn był obrazem działalności naszej wspólnoty w Regionie i równocześnie
jak to wyraził jeden z redaktorów - był dla czytelników "o krok do
przodu". Wypowiedzi w drugiej części spotkania potwierdziły tę opinię. Ale
to nie wszystko. Wtedy też padło dosyć osobliwe stwierdzenie i zaraz potem pytanie.
W AA nic nie musimy, to czemu wy /redakcja/ tyle lat to wydajecie?
Nie potrafię chyba
odpowiadać natychmiast, zresztą nie przewidywała tego konwencja spotkania,
dlatego też pomyślałem sobie, że warto napisać kilka słów w odpowiedzi na
zadane pytanie.
Po pierwsze, chciałbym
podziękować serdecznie wszystkim przybyłym na nasze święto. W swoich mrocznych
scenariuszach, a czasami mam takie, wydawało mi się, że na spotkanie przyjdzie
tylko kilka osób. Miłe było rozczarowanie. Do tego usłyszałem, że jest to
święto naszej całej wspólnoty AA, że są czytelnicy, którzy z niecierpliwością
czekają na kolejny numer. Zapoznawanie się z treścią biuletynu pomaga niektórym
przyjaciołom w utrzymaniu trzeźwości. Odnajdują w nim sugestie trzeźwego życia.
To zachęca do dalszych wysiłków.
Nieraz spotykam się z opinią, że Wspólnota AA będzie
miała co robić póki choć jeden alkoholik będzie potrzebował jej pomocy.
Podobnie mam nadzieję, że MITYNG będzie niósł posłanie AA póki będzie wzbudzał
zainteresowanie. Ono wyznacza sens działania.
Właściwie te słowa powinny
wystarczyć za odpowiedź na postawione pytanie jednak chciałbym dodać coś
jeszcze.
Praca w redakcji MITYNGU
jest dla mnie nie tylko zaszczytem pomagającym w osiągnięciu własnej
trzeźwości, ale przede wszystkim wielką radością i źródłem satysfakcji
osobistej. Wykonywana zupełnie honorowo pokazuje, że Program AA działa
niezależnie od funduszy zewnętrznych. Nikt z naszej redakcji nie wyciąga ręki
po zapłatę, dzięki czemu nie rozpraszamy
zainteresowań na zapotrzebowania innych instytucji, możemy koncentrować się na
zadaniach wyznaczanych przez służby Regionu Warszawa.
Tak więc odpowiedź może
być jedna. Wydajemy MITYNG, bo z każdym numerem rośnie nasza świadomość.
Poznajemy Program AA i dzielimy się naszymi doświadczeniami z czytelnikami.
Wypowiedzi kolejnych redaktorów i bliskich współpracowników pokazały jak praca
redakcyjna pomagała nam w utrzymaniu trzeźwości oraz w naszym życiu osobistym.
Dziękuje Wam Przyjaciele,
za to, że jesteście i czytacie MITYNG nadając sens naszym redakcyjnym
wysiłkom. Dzięki Wam odkryłem absolutną
prawdę. TO DZIAŁA. Stale.
Pozdrawiam pogodnie Marek Warszawa 01 10 2007
Jaki MITYNG?
Wczoraj
na Konferencji Regionu Warszawa zostałem wybrany do służby redaktora MITYNGU.
Mój poprzednik, Lechu02, pełnił tę służbę o rok dłużej niż przewiduje 2-letnia
kadencja. Bo na poprzednich Konferencjach nikt się nie zgłaszał, nie było nawet
cienia chętnych. Chyba to rozumiem – bo to jest „produkcja”,
tu wynik służby musi się pojawić. Można jako mandatariusz dać nogę z
konferencji, można nie nadesłać sprawozdania na czas – nic się nie
dzieje. A tu musi wyjść produkt.
W
czasie wyborów zapytano o wizję, o zmiany jakie planuję w MITYNGU...
Myślę,
że jeśli coś działa to nie należy tego naprawiać. Kiedy przyszedłem do AA to po
krótkim już czasie chciałem zmieniać, ulepszać, podsuwać cudowne pomysły. Ale
Wspólnota ma jakąś wewnętrzną siłę i to ja sam zacząłem się dostosowywać,
akceptować funkcjonujące rozwiązania. No i nic mnie przez to nie ubyło, nie
poczułem się nie rozumiany przez epokę niczym Leonardo da Vinci.
Dla
mnie biuletyn MITYNG jest jak spotkanie mityngowe grupy. Służy niesieniu
posłania, jest też otwarty dla wszystkich, nie tylko dla alkoholików. Jest
wieloosobowa Redakcja wolontariuszy - jak służby na grupie - która czuwa nad
przestrzeganiem Tradycji. Jest miejsce na różne wypowiedzi – od
pierwszych, nieśmiałych do tych dojrzałych, uporządkowanych aowskim
spokojem. Tu i tu szata jest prawdziwa, nie na pokaz. Mityngi nie konkurują
między sobą, nie są żadnym show.
Biuletyn MITYNG też nie jest konkurencją, nie szuka na siłę
„swojego stylu”. Tu i tu jest część organizacyjna, ważne aby we
właściwych proporcjach. Mityngi to nie punkty informacyjne a MITYNG to nie
tablica ogłoszeń.
We
wrześniu, na całodniowym spotkaniu z okazji XV-lecia
biuletynu, słuchając wypowiedzi pełniących przez te lata służbę przy
redagowaniu dowiedziałem się wiele. Poczułem niemalże pokoleniową sztafetę,
pewną ciągłość w przekazywaniu doświadczenia z działania, również z wdrażania
nowych rozwiązań. Nabrałem szacunku.
Jaki
MITYNG chciałbym widzieć? Zgodny z uprawnionymi przecież oczekiwaniami
czytelników, Rady Regiony, Redakcji. MITYNG otwarty. Ale nade wszystko – PRAWDZIWY.
pozdrawiam, Sławomir Kontaktowy
P.S.
Jak na mityngu, zapraszam do wypowiedzi. Piszcie: redakcja@mityng.org
A
jeśli nie macie poczty, komputera – weźcie w rękę ołówek i piszcie.
Wyślijcie tekst na adres: PIK, ul. Brazylijska 10, 03-946 Warszawa, z dopiskiem
„do biuletynu MITYNG”. Albo przekażcie służbom swojej grupy.
Potrzebuję WIARY, że można się zmieniać
Może swoją
gawędę rozpocznę dziś przypomnieniem opowieści z MITYNGU 1/43/2001 str. 9 z
początków mojego trzeźwienia, kiedy uświadomiłem sobie, że niekoniecznie
wszystko, co słyszę na mityngu, jest warte naśladowania, że istnieje coś
takiego jak program AA, który warto poznać. A oto opowieść: Przychodzę na swój pierwszy mityng.
Słucham, ale niewiele rozumiem. Zadano mi jakieś pytanie i przyjęto oklaskami.
Zrozumiałem na tyle, że zostałem AA i mam teraz nieść posłanie. Na następnym
mityngu czułem się więc upoważniony aby zabrać głos, ale już jako AA.
Przypomniałem sobie to, co poprzednio usłyszałem - choć nie zrozumiałem - i
pomieszałem ze swoim poplątaniem a następnie dumnie się wypowiedziałem. Nie
byłoby to wcale tragiczne, gdyby na kolejnym mityngu poprzednio przyjmowany AA
nie powtórzył tym razem moich słów, tylko, że jeszcze bardziej wszystko
zagmatwał a później na kolejnym mityngu następny, następny itd...
aż któregoś dnia znalazłem się na mityngu, gdzie wszyscy powtarzają chaotyczne,
niezrozumiane słowa i ja zaczynam sobie zdawać sprawę, że jeśli wartość
przedstawianych doświadczeń jest taka, jak moich pierwszych wypowiedzi, to
możliwe, że taka trzeźwość jest zagrożona. Na tym mityngu nikt nie mówił o
programie AA, tym co działa i jak działa, liczyło się tylko to, co kto sam chcę
powiedzieć, co chcę wyrzucić z siebie. - Tyle powiastka, a co w życiu?.
Znów ostatnio rozmawiałem z grupką naszych nowych przyjaciół o tym, co się
dzieje na mityngu AA. Usłyszałem wiele zachwytów nad możliwością
"wyrzucenia z siebie" różnego rodzaju brudów wewnętrznych,
podzielenia się kłopotami itd... Jasne, że te słowa
nie wzbudziły mego najszczerszego zachwytu. Perspektywa zostania ofiarą takich
wypowiedzi nie należy do miłych. Byłem już w kilku takich sytuacjach, gdy po
paru "wyrzucaniach" atmosfera mityngu
stawała się nie do zniesienia. Jedne użalania wzniecały dalsze, narastały
pretensje. Historie stawały się coraz bardziej tragiczne, a co dziwne, że chyba
nikt nawet nie był zainteresowany usłyszeniem słów pomocy, chodziło tylko o to,
że mówiący - choć przez chwilę - miał szansę skupić na sobie uwagę wszystkich
uczestników mityngu. Wielokrotnie żałuję, że nie ma wtedy wśród nas kogoś z
profesjonalistów. Oni pewnie poradziliby sobie z powstałą atmosferą. Lekarze,
psycholodzy, terapeuci są bardziej przygotowani do słuchania takich wynurzeń,
może na nich tak destrukcyjnie nie działają - zresztą pewnie mają swoje
finansowe motywacje. Ale
dlaczego ja mam być ofiarą nieznajomości celu i zasad AA tylko dlatego, że ktoś
tych zasad nie chce poznać i uszanować? Rozgoryczenie pogłębia fakt, że
najczęściej "wyrzucacze", po swoich pełnych
pretensjonalności oracjach, opuszczają mityng. Czuję się wtedy oszukany,
wykorzystany, daleki od pogody ducha. Teraz, kiedy wyraziłem swój pogląd, czego
nie jestem entuzjastą, wypada mi powiedzieć, po co ja właściwie przychodzę na
mityngi, a jest to wyraźnie trudniejsze. Ale od początku. Tak przypuszczam, że
we wspólnocie bardziej zatrzymała mnie determinacja trzeźwienia niż usłyszane
historyjki, z których nic nie rozumiałem. Zresztą, wtedy i tak nie wiedziałem,
co z sobą robić. A teraz, choć od mojego pierwszego mityngu upłynęło kilka lat,
to jednak pamiętam jak bardzo czułem się wtedy nieufny, rozgoryczony, samotny,
odrzucony. Byłem spragniony bodaj odrobiny zainteresowania, przyjaźni a nie
gadaniny co mogę albo mam robić. Tego miałem w nadmiarze. Ważniejsza była
szklanka herbaty, uśmiech i krótkie - "Dobrze, że jesteś tak więc, kiedy
na mityngu pojawia się ktoś nowy, staram się, aby moje gadanie nie odpychało
go, chcę dać mu to, czego mnie kiedyś brakowało. A więc odrobinę ważności,
szacunku dla ludzkiego cierpienia, ale nade wszystko zainteresowania. Tam, na
zewnątrz mityngu, często nikt nie jest zainteresowany naszą trzeźwością, ale tu
jest każdy ważny. Jesteśmy prawie jak rodzina. Są starsi w trzeźwości, młodzież
szkolna i akademicka, są też wspólnotowe dzieci z kilkudniową trzeźwością.
Podczas gdy pierwsi przewodzą nam swoją postawą, to najmłodsi stanowią cel i sens
trzeźwienia. Mają też w sobie najwięcej spontaniczności. Pomagając im i sobie
wzajemnie, napotykamy różne trudności, przełamujemy je korzystając z
doświadczeń zawartych w naszym programie. W ten sposób kroczymy w programie. A
wtedy nie jest ważne, w jakim miejscu kto się znajduje, ale w jakim kierunku
zmierza.
Przypomniała mi się pewna przyjaciółka. Odwoziłem ją samochodem z mityngu do domu. Nie potrafiłem jej przekazać, że jeszcze nie tak dawno, najwięcej to miałem długów. Skarżyła się na swoją sytuację materialną i osobistą. Przyszło mi wtedy do głowy coś takiego. Zgoda. Moja sytuacja materialna jest obecnie daleko lepsza niż jej, co wcale nie znaczy, że dobra. Zapamiętajmy to, a po roku zobaczymy, jakie zmiany zaszły w naszym życiu. W ten sposób mieliśmy równy start. Gdy to jej powiedziałem, to po uśmiechu zorientowałem się, że nadzieja wpłynęła do jej serca. Niestety, tak naprawdę, nie miałem jednak możliwości dokonać tego podsumowania. Dobry Bóg powołał ją do siebie, ale metoda patrzenia na uczestników mityngu pozostała. Jestem przygotowany na każdą nierozwagę, łamanie zasad, właściwie każdą z form nieracjonalnej postawy, nawet "wyrzucenie z siebie"- ale do pewnego czasu. Właśnie to, czego ja najbardziej potrzebuję, po co przychodzę na mityngi, to wiary, że można się zmieniać. Że powiedzenie: "Póki nie pijesz, wszystko możliwe" ma sens. Że „nie wszystko stracone". Notoryczni "wyrzucacze" tę wiarę, jak dotąd, skutecznie mi podważają. Za to ile radości, nadziei przynosi widok zmian w życiu przyjaciół. Jest to uczucie szalenie podobne do uczucia, jakie miałem, gdy patrzyłem na postępowanie moich dzieci, gdy widziałem, jak z dnia na dzień nieporadne kroczki stawały się solidnymi krokami. Za to jak odmienne uczucie pojawia się gdy nie widać żadnych zmian, gdy stale powtarzają się błędy i zachowania lekceważące uczucia innych. Tę gawędę chcę zakończyć przypomnieniem. Wspólnota AA była już świadkiem wielu cudów, beznadziejni alkoholicy znajdowali receptę na swoje życie, wieczni oportuniści stawali się aktywnymi członkami AA. Mam nadzieję, że dzięki Programowi AA każdy dostrzeże swoją szansę. Służba czeka. Jest to widomy znak zdrowienia.
Marek
Pisane w 2002 roku
Mam na imię Mirek i jestem alkoholikiem... Z obchodzącym w tym miesiącu X- leciem istnienia MITYNGIEM zetknąłem się ponad 8 lat temu,
kiedy przeżywał właśnie moment decydujący o dalszym jego losie. Mój ówczesny
sponsor, Marek W. dostał właśnie propozycję zajęcia się po przerwie jego
dalszym wydawaniem, gdyż w tym czasie jego twórcy mieli za dużo innych służb.
Ponieważ Marek się wahał, a ja byłem od niedawna w AA, a więc pełen jeszcze
zapału i chęci do "pokazania się", chyba dodałem mu otuchy i ....tak
się zaczęło. Dużo pomogła nam też Ela (moja żona ) i ...jej komputer. Jaki był
mój wkład w MITYNG, nie mnie oceniać, wiem jednak , że wkład MITYNGU w moje
trzeźwienie był ogromny i przynosi profity do dziś. Mniej ważne jest co i jak
robiłem, ważne, że w ogóle coś zrobiłem. Nie waham się nazwać tego pierwszą
służbą w AA, a że nic tak nie rozwija, jak służba, nie bałem się podejmować
innych służb. A te spotkania z Redakcją / najpierw trzy, czteroosobową /, a
spotkania ze znanymi już dłużej we Wspólnocie znajomymi redakcji, spotkania z
innymi redakcjami; w kraju i nie tylko, a te teksty ze światowej literatury
wspólnie wybierane do MITYNGU itd. itd.. Z tego musiało coś zostać dla mnie ...
i zostało. A to, że z pisanych przeze mnie tekstów dzisiaj trochę się pośmieję,
to nic; fakt, że może niejedno napisałbym dzisiaj inaczej, ale wdzięczny jestem
MITYNGOWI, za możliwość służby, za wszystkich nowych znajomych i przyjaciół, za
udzielenie mi głosu za wszczepienie chęci do służenia innym. Ten tekst świadczy
też o tym, że moja przyjaźń z MITYNGIEM trwa nadal i życzę sobie by trwała.
PS.
Ponieważ kiedyś zajmowałem się kolportażem MITYNGU / prywatnym/, miło mi jest i
dziś, kiedy ktoś gdzieś w Polsce zapyta mnie o nowy numer.
.
TRADYCJA
JEDENASTA
„Nasze
oddziaływanie na zewnątrz opiera się
na przyciąganiu,
a nie reklamowaniu; musimy zawsze zachowywać osobista
anonimowość wobec
prasy, radia i filmu.” W dzisiejszych
czasach, kiedy media stały się prawdziwa
czwarta władza,
kiedy pojawiły się nowe środki
przekazu – takie, jak Internet, nie mówiąc
o telewizji – ta Tradycja nabiera szczególnego znaczenia dla mnie osobiście,
jako alkoholika zaangażowanego w sprawy naszej
Wspólnoty, jak i - co oczywiste - dla całego AA. Istnieje, bowiem pokusa, by kierując
się dobrymi intencjami, pragnąc
nawet zdziałać dla AA cos
rzeczywiście dobrego, pragnąc
lepiej nieść posłanie – wykorzystać
te środki w sposób, który
przekroczyłby pewna cienka
granice. Granice
miedzy przyciąganiem,
a reklamowaniem oraz granice miedzy
(trywializując) „byciem
widzialnym i anonimowym” a „byciem zbyt widzialnym i już
nie anonimowym”. Tak się pięknie
składa, że trafił ostatnio do
naszych rak kolejny, wspaniały
biuletyn – zapis 19 światowego
mityngu służb, jaki odbył się
rok temu w Irlandii. Temat wiodący
tego mityngu brzmiał: „Anonimowi, ale
nie niewidzialni” i odnosił się
w dużej mierze do Tradycji
Jedenastej i także, do kolejnej - Dwunastej,
również mówiącej
o anonimowości, jako fundamencie naszej
Wspólnoty. Zachęcam Przyjaciół do
zapoznania się z tym świetnym
wydawnictwem – mamy tam zapis głosów Anonimowych Alkoholików z całego świata,
którzy w Malahide, w Irlandii dzieli się swoim
doświadczeniem w temacie. „…pokora,
wyrażona przez anonimowość,
jest największym zabezpieczeniem,
jakie Anonimowi Alkoholicy mogą kiedykolwiek
mieć”. – powiedziała Ingrid z
Niemiec, trawestując zdanie z 12x12, gdzie na str. 187 czytamy, że
„pokora, wyrażająca
się w anonimowości,
jest najlepsza z możliwych
gwarancja rozwoju AA”. Bardzo
bliska jest mi wypowiedz Ingrid – ja także
na początku swojej drogi
rozumiałem anonimowość, jako zabezpieczenie
mojej własnej prywatności, kiedy przychodzę
do AA. Dzisiaj wiem, że
anonimowość stała się
dla mnie gruntem do pracy nad pokora.
Pracując nad Programem 12 Kroków, będąc
w służbach, ciągle
staram się zmniejszać
drzemiące we mnie pokłady egoizmu i egocentryzmu. Tego szkoła
jest właśnie anonimowość,
wyrażona w pokornym, anonimowym uczestnictwie w
AA, a przede wszystkim w służbach.
Ingrid powiedziała w Irlandii pięknie
zdanie: „Dzięki naszej anonimowości,
wyzbyci wszelkich „światowych zalet”,
koncentrujemy się jedynie na jednej
definicji: „Jestem alkoholikiem”.”
Bardzo trafiło do mnie to zdanie, gdyż jest
w nim kwintesencja ducha Tradycji mówiących
o anonimowości. Utkwiła mi też
w pamięci wypowiedz
Luiz z Brazylii: „Duchowa istota
anonimowości jest poświecenie”,
a kiedy pozostawiamy na uboczu nasze ego, rozumiemy anonimowość
w pełnym tego słowa znaczeniu. Dzieje się
tak, kiedy rozpoznajemy, że
trzeźwość nie
jest osobistym zwycięstwem, ale skutkiem
przyznania się do naszej porażki,
lub naszej bezsilności wobec alkoholu.”
Warto, byśmy dbali o to, aby
posłanie AA docierało do jak największej
liczby cierpiących jeszcze
alkoholików. Trzeba, żebyśmy
odważnie korzystali z nowych smrodków
przekazu. To już się
dzieje także w Polsce. Z radością
słucham, jak Przyjaciele z naszego zespołu ds. Internetu odnoszą
kolejne sukcesy w kwestii naszej obecności
w Internecie. W naszym PIK-u funkcjonuje dyżur
internetowy, i mamy szanse dotrzeć
do kolejnych alkoholików, którym można
zanieść nadzieje.
Z równa radością
słucham opowieści
Przyjaciół z zespołu Informacji Publicznej – o ich ożywionej
działalności i kolejnych
mityngach informacyjnych. Na naszym PIK-u wisi gustowny „neon” –
baner, z symbolem naszej Wspólnoty, a jak opowiadał Andrzej na konferencji, do
PIK-u zaczynają wchodzić
zaciekawieni ludzie „z ulicy”. Już
za moment ruszy nasz ogólnokrajowa infolinia. To wszystko są
oznaki, że ciągle
rozwijamy się, że
stajemy się bardziej „widoczni”.
Że przyciągamy,
a nie reklamujemy. Ostatnio, przyjaciele z GSO brytyjskiego opowiadali o
telewizyjnych spotach informacyjnych AA w Wielkiej Brytanii. Kiedy ich słuchałem,
pomyślałem, że
wspaniale wypracowali swoja dojrzałość
i świadomość.
że skorzystali z nowoczesnych smrodków
przekazu. I że są
w tym odważni. Ale najważniejsze,
pomyślałem, to jest to, że
na tyle ugruntowali sobie duchowa bazę,
duchowa podstawę
anonimowości, przyciągania,
a nie reklamowania, że ze spokojem mogli rozpocząć
takie działania. Także
i u nas duch Tradycji leży u podstaw działania
służb. Wiec
z nadzieja i radością
patrzę w nasze „jutro”.
I z przyjemnością
uczestniczę w łańcuch
tak ugruntowanej Tradycjami przez Przyjaciół służby.
Tomek AA
Rozmowa...
Co się
stało, że przestałem pić?
Posłuchałem
drugiego człowieka, którego spotkałem na mityngu. Przez pierwsze 2-3 dni byłem w takim
napięciu, w silnych emocjach - starałem się nie patrzeć na alkohol, który
pojawiał się na mojej drodze. Potem tak się zadziało - chodząc codziennie na
mityngi - odeszła ode mnie obsesja picia. I tak dzień po dniu. Złapałem się jak
tonący brzytwy sugestii, by chodzić 90x90. Rodzina mnie odrzuciła a tu mnie
ludzie przyjęli. W AA miałem przyjaciół - to mnie ciągnęło na mityngi. Pamiętam
taką sytuację - tydzień nie piłem, pojechałem do klienta rozliczyć się. On na
siłę chciał mnie poczęstować alkoholem a ja uciekłem. Wziąłem pieniądze i
uciekłem.
Co mi
najbardziej na początku pomogło?
Doświadczenia
drugiego alkoholika. Tak się złożyło, że na pierwszych mityngach poznałem sporo
przyjaciół, z którymi mam kontakt do dzisiaj. Sugestię, którą dostałem na
mityngach, że nie ma picia kontrolowanego pomogła mi najbardziej. Wtedy
przypomniałem sobie, że kontrolowanie picia nigdy mi się nie udawało. Pamiętam
jak myślałem, że każdy upadek po pijanemu może skończyć się dla mnie kalectwem
(byłem po operacji stawu biodrowego), że moje picie zabierze mi rodzinę. Wtedy
na mityngach uświadomiłem sobie, co alkohol robi z moim życiem.
Co mi
daje przyjaźń w AA?
Są tu
ludzie, którzy przeszli to samo co ja. I nie piją. Każde spotkanie z
trzeźwiejącym alkoholikiem pomaga mi, dodaje wiary i nadziei. Widzę na
mityngach tych samych ludzi, których widziałem 6 lat temu i wcześniej. Na samym
początku nie znałem jeszcze programu zdrowienia. A jednak nie piłem. Kiedy
poczułem samotność, bezsilność, lęk przed życiem, który był we mnie, wróciłem
do Wspólnoty AA. Chodziłem na mityngi, gdzie czytane były Kroki. Myślę, że te
kroki docierały do mnie powoli, stopniowo. Cały czas teraz staram się stosować
je we własnym życiu. Ale program zdrowienia dla mnie to nie tylko Kroki.
Wspólnota wypracowała sobie jeszcze 12 Tradycji. To jest bardzo ważne, dla mnie
bardzo ważne!
Program
zdrowienia jest programem duchowym. Boga traktuję jako Siłę Wyższą. Mówią, że
czasami można sobie wybrać jakoś grupę ludzi. Ważne jest to, by mieć
świadomość, że to nie ja jestem Bogiem. Moje myślenie w tym sensie doprowadziło
mnie do upadku - upadałem wtedy, gdy uważałem, że byłem Bogiem.
Jestem
osobą wierzącą i modlitwa bardzo mi pomogła. Najbardziej nasza modlitwa o
Pogodę Ducha. Powtarzałem ją dziesiątki razy w ciągu dnia. Mimo, że chodziłem
na mityngi ciągle i ciągle modliłem się. To mi pomagało utrzymać trzeźwość i
opanować chaos, który wtedy we mnie był.
Usłyszałem
na mityngach, że w AA są służby ale do mnie to nie docierało. Myślałem, że ci
którzy robią herbatę, otwierają salę, prowadzą mityng to jacyś wynajęci ludzie
albo terapeuci.
Usłyszałem
też coś takiego: kto szklanki myje ten nie zapije. Zacząłem po miesiącu
abstynencji zmywać szklanki na grupie. I przy myciu szklanek JUŻ nie byłem sam!
Przecież
kiedy przestałem pić, wady zostały we mnie - egocentryk, egoista z chęcią
błyszczenia. A dowiedziałem się, że służby pomagają przełamywać siebie, swój
wstyd, lęk przed oceną. Te uczucia były barierą przed kontaktem z drugim
człowiekiem. Służba uczy mnie kontaktu i współpracy z drugim człowiekiem. To
był proces - uczyłem się krok po kroku - pełniąc służby uczyłem się być z
ludźmi.
Uwierzyłem,
że mogę żyć bez alkoholu. Uwierzyłem, bo zobaczyłem ludzi, trzeźwych ludzi.
Wspólnotę
traktuję jak rodzinę - mam obowiązki wobec niej tak jak w rodzinie. Żeby być i
żyć w pełni w rodzinie, to muszę coś dla niej robić. Samo przychodzenie na
mityngi mi nie wystarcza. Jak jestem sam, to wkurzam się, że nie potrafiłem
zwrócić się o pomoc. Tego uczę się we Wspólnocie - prosić o pomoc. Już się tak
nie złoszczę, jeśli nie potrafię poprosić za każdym razem. To wszystko
przełożyło się na stosunki rodzinne. Mimo separacji z żoną, współpracujemy ze
sobą. Ale dopiero po 2-3 latach zaczęło się poprawiać. Na początku mojego nie
picia stosunki z żoną były bardzo chłodne, bez zaufania. W AA nauczyłem się
cierpliwości. Wiem, że by naprawić potrzeba czasu. Mamy z żoną "nasze wspólne
dobro" - nasze dzieci. Dzieci chcą spędzać ze mną czas, wyjeżdżamy razem
na wakacje. Wiedzą, że mogą na mnie liczyć. Dzwonią a ja jestem gotowy, by im
pomóc.
Jestem
nadal nieśmiały, ale dzięki temu, że jestem właśnie we Wspólnocie, pokonuję to
uczucie. To ona mi daje wiarę w to, że jestem potrzebny, że mój Bóg mnie nie
odrzuca, nie karze. Zacząłem akceptować siebie, takim jakim jestem - ze swoimi wadami. Wiem, że jestem wybuchowy,
że się denerwuję. Wspólnota pomaga mi rozpoznawać swoje uczucia i to kim jestem.
Kiedyś
żyłem w lęku. Uważałem, że pieniądze załatwią mi wszystko a przede wszystkim
spokój. Pojawiał się wtedy lęk przed utratą bezpieczeństwa finansowego.
Wpadałem w pracoholizm.
Lęk przed
starością, przed nieznanym, kłopotami w pracy, przed nowymi wyzwaniami itd., itd....pojawiał się, bo myślałem, że ja na to wszystko mam
wpływ. A tak naprawdę nie mam na nic wpływu. Wspólnota mnie też tego nauczyła.
Jest sposób
na to, by nie sięgnąć po alkohol. Żeby się nie napić. Dla mnie jest to
Wspólnota AA - życie w niej i z nią.
Napiję się
kiedyś? Nie wiem. Wiem, że dzisiaj nie chcę się napić
Andrzej
(Rembertów)
Za każdym razem, gdy loguję się na dyżur
internetowy lub podnoszę słuchawkę telefonu w PIK-u, przymykam oczy na chwilkę i wracam myślami do
czasów, kiedy piłam. Staram się przypomnieć sobie, jakie słowa do mnie
trafiały, a jakie odrzucałam już po pierwszej sylabie. Staram sobie przypomnieć
jak zachowywała się moja rodzina mówiąc do mnie o moim pijaństwie i w jaki
sposób szukała dla mnie pomocy.
Wtedy właśnie przypominam też
sobie, jak manipulowałam tzw. „chęcią zaprzestania picia” i jak
bardzo chciałam usłyszeć słowa „pocieszanek”,
„zrozumienia” i innych „ble,ble”.
Wtedy to dopiero dawałam sobie upust! Słyszałam, że jestem chora i to nie moja
wina. A skoro nie moja wina, to mogę sobie dalej pić – jestem
rozgrzeszona. No i przecież dostawałam mnóstwo informacji od mojej rodziny,
która też gdzieś tam je dostała – informacji właściwie nic mi nie mówiących.
Ale kiedyś przeczytałam suchą,
rzeczową informację – bez pocieszanek, bez
dyskutowania, bez gdybania i ględzenia: „Chcesz przestać pić, to rusz
swój tyłek i idź do Anonimowych Alkoholików, tam Ci pomogą – spotykają
się tu i tu. A jak chcesz kombinować i używać swojej elokwencji w dyskusji
– to pij sobie dalej”.
I to ona do mnie trafiła.
Wiem, też ile czasu mi zajęły
dyskusje „pocieszankowe” na forach
– ten czas, to czas mojego intensywnego picia.
I dziś jeśli chcę, by moje
posłanie trafiło do alkoholika, rodzin – staram się odpowiadać rzeczowo,
nie wdawać się w czcze dyskusje, nie roztaczać mnóstwa możliwości leczenia
–podpowiadam pójcie do tych, którzy mi pomogli – do Anonimowych
Alkoholików.
A z rodzinami i przyjaciółmi nie
dyskutuję nad ich strasznym losem, tylko wskazuję Al-Anon
lub terapię – dla nich, nie dla alkoholika. Bo ja nie jestem „ciotka-klotka”, która ma pocieszać. Jestem dyżurną od
informowania, od wskazania drogi do Anonimowych Alkoholików.
Pozdrawiam. Gosiali - dyżurna
Liczyłem dyżury w PIK
Wstąpiłem wczoraj na dyżur
telefoniczny w PIK-u, tak przy okazji zajęć mojej córki. Na mityngach sam
zachęcam do brania udziału w dyżurach telefonicznych i z takim przekonaniem
mówię o ich zaletach...
Otóż wczoraj przyjaciel
przygotowywał sprawozdanie z działalności PIK-u. Robił to rzetelnie, poważnie
jakoś, że aż się zainteresowałem.
Zliczał dyżury od ostatniego,
wiosennego sprawozdania. Poprosił o wspólne sprawdzenie.
Liczyliśmy dzień za dniem: ... 23,
24, 25 kwietnia... dzwonił alkoholik ...
od poniedziałku do piątku ... 14,
15, 16 maja... dzwoniła matka ...
od godziny 16-tej do 21-szej ...
4, 5, 6 czerwca ... przyszedł ojciec ...
z przerwami świątecznymi ... 16,17,18 lipca ... ktoś pyta o mityngi AA...
ale bez wakacyjnej przerwy ... 20,
21, 22 sierpnia ... ktoś pyta o mityngi Al-Anon
...
i wreszcie ...24, 25 września...
Naliczyliśmy107. Nieprzerwanie,
wszystkie się odbyły, przyjaciele z różnych Intergrup
wypełnili służbę. Zadałem sobie pytanie, na ilu dyżurach mojej grupy byłem? Eh,
słabo to wypadło.
To nie jest w tej chwili ważne,
że kiedy moja macierzysta grupa miała dyżur, czasem byłem poza Warszawą - taką
mam pracę. Ważne jest co poczułem, zaznaczając każdy kolejny dzień dyżuru,
przyglądając się jak działają, jak dobrze służą we Wspólnocie. Poczułem, że ja
też winien jestem brać w tym udział.
3 października
’07, Sławomir Kontaktowy
fragment
artykułu z 2005 r.
O
sponsorowaniu
…
sponsor zachęcał nas do
uczestnictwa w pracy zespołów regionalnych. Tam poznawaliśmy
struktury AA, tajemnice wykonywania służb
poza grupa. Można
było ćwiczyć
pokorę przy uzgadnianiu
spraw wspólnoty. Uczestnictwo w życiu
Regionu pokazało mi, jak mogę poskromić
niecierpliwosc,
gwiazdorstwo, chęć dominacji. Nabywałem
praktyki w stosowaniu teorii. Co należy
zrobić i co jest nie tak w
AA, wszyscy wiedza. Lecz trudniej było
wspólnie naprawić. Włączyć
się w inicjatywy, kiedy
sprawy nie układały się po
mojej myśli. Nie obrażać
się i nie trzaskać
drzwiami.Po niedzielnych mityngach, wieczorem, spotykaliśmy
się jeszcze u sponsora
w domu. Rozmawialiśmy przy kawce na wcześniej
zadane tematy. Wyjaśniał nam znaczenie doświadczeń
zawartych w naszej literaturze. Często
Rozmawialiśmy o naszych
postawach w życiu codziennym i w
AA. Rzadko o swoim nieszczęściu.
Wcześniej sadziłem,
że praca ze sponsorem podobna jest do
spowiedzi przed konfesjonałem. Myliłem się.
Oczekiwałem rad, co i jak mam zrobić,
aby rozwiązać
swoje problemy. A on uporczywie odwoływał się
do wybranych fragmentów z literatury AA. Drażni
mnie to do dziś. Po przemyśleniu
przyznaje jednak racje.
Czas knajpy już minął.
Po pewnym czasie ujawniły się problemy
z DDA. Nie było żadnych sprzeciwów na
spotkania terapeutyczne, raczej wiele przychylności.
O sponsorowanie poprosiłem bez przekonania. Po prostu postanowiłem zrobić
wszystko to, co w AA się zaleca.
A potem dopiero, kiedy sposób się nie
sprawdzi, miałem zamiar to odrzucić.
Jednak pomogło! Trzymając
się wspólnoty i opieki
sponsora przeszedłem bardzo trudne zakręty.
Prawdę mówiąc
sam się dziwie,
że się nie
napiłem. Wszystko
da
się przeżyć
bez gorzałki! W samotności
pewnie bym sobie nie poradził, bo tej pory zawsze wracałem do picia. Sam też
próbowałem być sponsorem.
Na razie bez sukcesów. ... Ale może
następnym razem mi się
powiedzie. Pewne doświadczenia
już mam. Praca ze
sponsorem bardzo różni się
od rozmów z terapeuta.
Terapeuta pomógł mi w identyfikacji choroby i wyjść
z dołka. Sponsor zaś pomaga
mi dowiedzieć się,
kim jestem i jak w praktyce stosować zasady,
według których należy żyć,
aby nie wracać do picia i nie wpadać
w dołki ponownie. Wiem, że
trudno jest czasem przełamać wstyd
i pychę, aby poprosić
o sponsorowanie. Mnie też nie
przyszło to łatwo. Teraz śmieję
się z siebie, gdy to
wspominam - a jak wielki i śmiertelny
wstyd towarzyszył mi po piciu? Nigdy nie chciałem zostać
alkoholikiem, lecz skoro już wiem,
że nim jestem…? „Nie
lękajcie się”
Tu chodzi o życie!!!
L..
AA
W
Woźniakowie koło Kutna, w gościnnym
domu salezjańskim, we wrześniu 2007, kolejny raz spotkali się uczestnicy internetowego warsztatu Krok po Kroku, żeby twarzą w
twarz i oko w oko popracować
nad Programem 12 Kroków
Anonimowych Alkoholików.
I ja tam byłem...
Woźniaków
wrzesień 2007
Poszedłem do AA, bo tak kazała
moja pierwsza terapeutka w poradni odwykowej – i chwała
jej za to. Zostałem
w AA, bo Wspólnota obiecała mi –
odwrotnie niż psychiatria i psychologia -
wyzdrowienie z choroby alkoholowej, z alkoholizmu.
Od pierwszego spotkania „strzyżyńskiego” miałem
przekonanie, że dla mnie jest to bardzo
dobre rozwiązanie, bo opierając się
tylko na mityngach AA, pierwsze trzy Kroki poznawałbym pewnie z 15 lat. Tyle czasu to ja nie miałem i nie mam – nie będę żył wiecznie, a i trzeźwienie
- z założenia nieskończone
– wywoływało
we mnie dość umiarkowany zapał do ciężkiej
pracy.
Jednak dzięki takim właśnie
zgromadzeniom, jak Strzyżyna, Kowary, Woskowice
Małe czy ostatnio także Woźniaków, dzięki
bardzo intensywnej pracy w oderwaniu od codziennego życia i to w grupie ludzi, którym naprawdę
zależy, zaznajomienie się z Programem 12 Kroków
zajęło mi mniej niż 9 lat. Aż
tyle, czy tylko tyle? To już
zdecyduj sam/a.
Od samego początku wiedziałem, że
jeśli spotkanie w Woźniakowie we wrześniu
2007 dojdzie do skutku i jeśli
faktycznie będą jakieś
grupy do wyboru, to ja nie będę się
starał dostać do żadnej
z nich. Byłem gotów puścić ster, oddać
go we właściwsze ręce,
a samemu zająć się jedynie wiosłowaniem.
I tak się stało. Zaraz po przyjeździe
zadeklarowałem chęć pracy w tej grupie, do której wpakują
mnie organizatorzy –
na przykład wyrównując
liczebność grup. W taki oto sposób trafiłem
na Kroki I-III.
Początkowo byłem lekko zawiedziony. Czego jak czego, ale bezsilności wobec alkoholu to ja sobie udowadniać nie muszę -
zwłaszcza po zapiciach
w trakcie terapii i pomimo uczestnictwa w mityngach AA. A tu wróciły
stare pytania typu: „Czy
próbowałeś
kiedyś definitywnie przestać pić?”, „Co
ci z tego wyszło?”, itp.
Zanim jednak zdążyłem się
rozczarować na amen, przypomniało mi się
hasło, które czasem rzucamy sobie z moim sponsorem: „tak miało
być, tylko ja śmiałem
myśleć inaczej” i
już spokojnie czekałem na ciąg
dalszy.
Zresztą tego czekania zbyt wiele nie
było – w Woźniakowie
dzieje się bardzo dużo w stosunkowo krótkim
czasie, trzeba tylko być
niezwykle uważnym i chcieć to widzieć.
Pierwsze zaskoczenie rzuciło
mnie wręcz na kolana. Kiedy mówiliśmy
o wyzdrowieniu z alkoholizmu, kilka osób
stwierdziło, że dla nich jest to nowość,
że pierwsze słyszą.
Uff!
Na każdym mityngu powtarza się zapewne co najmniej kilka razy określenie „posłanie AA”.
No przecież to właśnie
jest posłanie AA! Alkoholik nie musi pić! Alkoholik może
dobrze żyć obok alkoholu, bez alkoholu! Z alkoholizmu można wyzdrowieć!
Albo zostać uzdrowionym…
Przecież ani w Wielkiej Księdze, ani w żadnych
innych tekstach aowskich nie napisano, że „my
zdrowiejemy z alkoholizmu od 10, 20, 30, 40 lat, to wy też możecie
zdrowieć… w nieskończoność”.
Jest za to napisane, na tytułowej
zresztą stronie: „Historia o tym, jak tysiące
mężczyzn i kobiet zostało uzdrowionych z alkoholizmu”.
Oczywiście, jasną jest rzeczą, że wyzdrowienie z alkoholizmu nie wiąże się z
możliwością
powrotu do picia kontrolowanego – na zmienioną
biochemię komórek jak dotąd
nie ma mocnych. I może
dlatego według lekarzy alkoholizm jest
chorobą nieuleczalną (trwałą).
Ale przecież problemem alkoholika nie jest
alkohol. Ważna jest cała ta dysfunkcja psycho-emocjonalna,
która kiedyś tam spowodowała
moje uzależnienie, a następnie rozwijała
się w najlepsze wraz z pogłębianiem się
choroby alkoholowej.
Okazało się, że
być może, mówiąc o tych najprostszych, najbardziej podstawowych sprawach,
mogłem się komuś
do czegoś przydać.
Po niedługiej chwili przydał się
ktoś mnie. I to bardzo.
Rozważaliśmy właśnie złożone implikacje niekierowania życiem, kiedy utknąłem
na jednym zdaniu z naszych materiałów,
które brzmi: „Jeśli
cierpię z powodu symptomów choroby duszy, to nie potrafię kierować
swoim życiem”. Ja w zasadzie nie mam wątpliwości co do niekierowania tym swoim życiem, ale tego stwierdzenia po prostu nie potrafiłem pojąć.
No i trzeba było kumpla, alkoholika z
abstynencją kilkumiesięczną,
który pomógł
mi zrozumieć, że jeśli
jestem przerażony, albo w depresji, albo w
euforii, to przecież
nie ja kieruję swoim życiem. Moim życiem
kieruje wtedy przerażenie,
depresja, euforia, itd. Przykładów może
być bardzo dużo…
niestety.
Wszystkie decyzje, które
podejmę w takim stanie będą
prawdopodobnie do bani, bo przecież
nie wynikną one z mojego trzeźwego oglądu
sytuacji, rozsądnego namysłu, spokojnej kalkulacji.
(Tutaj
ważna wydaje mi się pewna dygresja – znam dość
popularną koncepcję, która
głosi, że w Kroku X Bóg
oddaje alkoholikowi kierownicę
jego życia. Ja do jej zwolenników (jeszcze) nie należę.
Koncepcja ta wydaje mi się
bardziej pomysłem, czy raczej pobożnym życzeniem,
alkoholików, a nie Pana Boga. Nie
wspominając o tym, że ja nie śmiałbym nawet myśleć, że
wiem, kiedy i co Bóg
zrobi wobec tego czy innego alkoholika. I to jeszcze w wyliczonym przez tegoż alkoholika momencie.)
A
wrześniowy Woźniaków
trwał i działy się
kolejne „cuda”…
- ksiądz Mirek podczas spowiedzi,
przy nastrojowej muzyce, kawie i ciastkach (!) doprowadził mnie do płaczu,
- katolikowi od urodzenia, ja, wieloletni ateista, przypomniałem o istnieniu Dekalogu,
- rasowy samotnik, tak bardzo chciałem
być razem z innymi, że wyszedłem
na dwór prosto spod prysznica,
- itd. itd. itd.
Na pierwszym moim spotkaniu tego typu, a były
to Kroki I-III „obrabiane” przez 9 dni w nieistniejącym
już Studium w Opolu, kiedy
dokonywałem coraz to nowych odkryć, moja znajoma, stara aowska
wyjadaczka, skwitowała
te moje „ochy i achy” krótko:
„normalka, przecież w tym miejscu anioły
latają pod sufitem”.
Po kilku takich spotkaniach, także
w innych miejscach i według
innej formuły, przekonałem się, że nie tyle chodzi tu o miejsce, co o ludzi. I znów zrobiłem
solidny kawał drogi w stylu Koziołka Matołka,
żeby odkryć na nowo prawdę
znaną od setek lat: „... gdzie są
dwaj lub trzej zgromadzeni w imię
moje…”.
Kiedy wróciłem w niedzielę
z Woźniakowa, kontynuowałem
w domu przerwaną wyjazdem lekturę, a dokładniej
książkę o strategii marketingowej Cisco. Pierwsze zdanie, które rzuciło
mi się w oczy, to opinia szefa tej
korporacji na temat pracy zespołowej:
„Nie od dzisiaj
wiadomo, że czy to w biznesie, czy w
sporcie dobrze zgrany zespół
zawsze pokona drużynę złożoną z
indywidualistów”.
Śmiem twierdzić, że
prawda ta znana jest też
we Wspólnocie AA. Mniej więcej od 70 lat.
A jeśli już mowa o indywidualizmie… Przypomina mi się
zdanie z jakiejś naszej literatury, w którym alkoholików
nazwano, jeśli dobrze pamiętam, niebezpiecznymi indywidualistami. Ja mam gębę
niewyparzoną, więc mówię wprost o indywidualizmie na granicy absurdu,
indywidualizmie czasem wręcz
samobójczym.
Ten indywidualizm przypomina mi się
zawsze, kiedy słyszę, że
wprawdzie alkoholizm jest jeden, ale dróg
do wyzdrowienia jest tyle, ilu alkoholików,
czyli praktycznie nieskończenie
wiele.
Jasne! Gdzieżbym ja, egocentryk do n-tej potęgi
był w stanie pogodzić się z
myślą, że MNIE
potrzebne są zwykłe i typowe metody i sposoby zdrowienia. Nie... ja przecież muszę
mieć wyjątkowe! Indywidualne!
No cóż… możliwe, że
to jedynie kwestia nomenkleatury, ale moim zdaniem
droga jest jedna. To tylko ja mogę
nią podróżować w
różny sposób: na piechotę,
hulajnogą, na rolkach, ciężarówką, maluchem, mercedesem… Mogę
czasem zatrzymać się na poboczu, mogę
próbować szukać
skrótu, mogę doznawać
mocnych wrażeń jadąc
po wertepach, obok szosy…
Mogę jechać sam lub w towarzystwie, mogę przestrzegać
specjalnych znaków
i specyficznych przepisów
ruchu obowiązujących na tej właśnie drodze lub je ignorować…
Ale droga ostatecznie jest tylko jedna.
Myślę nawet, że
już wiesz, jaki napis może widnieć
na drogowskazie...
(Wrzesieñ 2007)
Mam na imię Ania i jestem
alkoholiczką.
Kolejny wyjazd do Woźniakowa, kolejne warsztaty i
praca nad sobą, kolejne wzruszenia, odkrycia, nowi Przyjaciele, zaduma,
chwilami niezadowolenie z siebie, w końcu radość i spokój, nowa motywacja do
pracy, świeży przypływ energii.
Każde spotkanie w Woźniakowie było dla mnie ogromnym
przeżyciem, nowym doświadczeniem, nauką.
Tym razem zaczynałam pracę w dość smutnym nastroju, z
żalem, że cofnęłam się w ostatnim roku, ze po 3,5 roku abstynencji znowu jestem
na początku drogi i z obawą, ze musze znaleźć coś, co przeoczyłam, co
doprowadziło mnie do porażki. Presja i lęk przed tym, ze jednak nie dam rady,
odebrała mi w znacznym stopniu radość z pierwszego dnia wśród Przyjaciół. Przez
moment pomyślałam nawet, że już tu nie pasuję, że nie nadążam, że inni tak
pięknie się rozwijają, a ja zostałam w tyle. Jednak w efekcie to właśnie Ci,
którzy tym razem po raz pierwszy zetknęli się z warsztatem i głęboką analizą
pierwszych kroków Programu sprawili, ze poczułam wielka radość i nową nadzieję.
Swoim entuzjazmem i zaangażowaniem sprawili, że naocznie, namacalnie wręcz
widziałam, co robi obcowanie z Programem, jeśli tylko na niego się otwieramy.
Czasami aż zazdrość mnie zżerała, patrząc na ten zachwyt, na to odkrywanie
wspaniałej nowiny przez Przyjaciół.
Kolejna rzecz, która jeszcze dopełniła te miarkę
szczęścia była szczera, bardzo długa rozmowa z ojcem Mirkiem, którego
wewnętrzna siła, mądrość spokój i pogoda ducha, pozwoliły mi odkryć swoją
drogę, niepowtarzalną, własną i spojrzeć z dystansem na siebie samą, na swoje
błędy.
Woźniaków postawił mnie do pionu, wskrzesił trochę
zgasłą nadzieję, dodał sił, uskrzydlił, zmotywował. Wspaniale jest być we
Wspólnocie, patrzeć jak zdrowieją ludzie, radować się z nimi i uczyć się od
nich.
Trudno nie wspomnieć też o części rozrywkowej, a
jakże. Poza pracą był także czas zabawy, ognisko, kiełbaski, gitara i śpiew,
mnóstwo radości z przebywania razem. Nawet pogoda, choć ostatnio kapryśna, w
sobotni wieczór była przepiękna, niebo usłane gwiazdami, jakby to sama Bozia je
dla nas zaświeciła:). Najsmutniejszy element to czas pożegnania, wzruszenie
ściskające za gardło i myśl, że dość długo znowu się nie spotkamy.
Czuje się jeszcze trochę oszołomiona, radosna i stęskniona, jednak nie
zapominam, co dały mi te warsztaty. Zdobytą wiedzę i nowe doświadczenia muszę
wprowadzić w życie tu i teraz i nie zatrzymać się, nie stanąć w miejscu, bo
tylko w ten sposób mogę się czuć przez cały rok jak w Wożniakowie:). Pozdrawiam serdecznie -
Ania alkoholiczka z Gdańska
ZZA KRAT
Witam
Was wszystkich!
Mam na imię Jacek, jestem
alkoholikiem. Zaczynając swój list do Mityngu, chcę być szczery i chcę też
powiedzieć wszystkim, że nie wiem tak naprawdę o czym mam pisać. Po raz
pierwszy piszę do Mityngu.
Obecnie od 11
miesięcy przebywam AŚ Warszawa Mokotów. Będąc tutaj i odbywając swą 22
miesięczną karę pozbawienia wolności postanowiłem uczestniczyć w terapii
alkoholowej i niedawno ukończyłem ją. Była to moja druga terapia w ZK. Jednak
myślę, że ta druga była tą przemyślaną, szczerą wobec siebie samego. Dziś to
wiem. Jestem zadowolony ze swojego uczestnictwa w terapii mokotowskiej.
Potrzebowałem tej terapii dla swojego życia (ratowania swego życia).
Mam 29 lat i
chcę trzeźwieć. Wiem też co to słowo "trzeźwość" oznacza. Gdy
wyszedłem w 2004 z ZK już po tej pierwszej terapii, chciałem zmienić - lepiej
zabrzmi - odmienić swoje życie. Zacząłem kombinować, jak to mam zrobić i z
niczego nie rezygnować. Wpadłem na pomysł, że wystarczy ograniczyć swoje picie
- kontrolować je. Przez około pół roku szło nieźle. Jednak po pewnym czasie
rzeczywistość była inna, która nie pozostawiła mi złudzeń. Doszło do tego, że
gdy piłem miałem już wstręt do siebie, ponieważ nie szanowałem niczego i
nikogo. Nie da się przecież tak żyć. Przez wiele lat użalałem się nad własnym
losem: nad tym, że pochodzę z rodziny z problemem alkoholowym, z rozbitej
rodziny, której się wstydziłem a w domu nie miałem miłości i bezpieczeństwa.
Moje użalanie a także szybkie wstąpienie w pseudo-dorosłość przyczyniło się do
mojego uzależnienia. Będąc dzieckiem obiecywałem sobie, że gdy ja będę miał już
swoją rodzinę, to będzie ona wyjątkowa a przede wszystkim NORMALNA. Mówiłem też
sobie, że moje dzieci będą szczęśliwe w swym dzieciństwie, bezpieczne i kochane
przeze mnie. W każdym bądź razie nie będą miały takiego dzieciństwa i
rodzinnego domu, jak ja miałem. Użalanie moje przyczyniło się do picia i
takiego właśnie radzenia sobie z problemami. Aż do momentu, gdy to picie
zaczęło mi przeszkadzać. Otworzyłem szeroko oczy i widzę, że moje dziecięce
obietnice i chęci zmiany czegoś na lepsze w swoim losie i życiu były niczym,
ponieważ idę dalej przez życie i nie odstępuję od alkoholu. Był pewien bardzo
dla mnie ważny moment w życiu, gdy byłem na wolności - rok 2005. Uważam ten rok za piękny ale także
bolesny i trudny. Jednak następuje zmiana. Alkohol nie daje mi ukojenia ale zaczyna
przeszkadzać. Rujnuje mą wielką miłość. Próbuję ratować siebie. Na początku nie
wychodzi mi to najlepiej. Próbuję różnymi metodami: biorę anticol, chodzę do
psychiatry. Zaraz potem zapijam. Nic nie pomaga. Jest już w życiu mi źle.
Pozostaje jedno - ostatnie rozwiązanie. Szczerze mówiąc myślałem, że
bezsensowne. Ale co mi pozostało? - IDĘ PIERWSZY RAZ NA SWÓJ MITYNG -. Dziś nie żałuję. Jak się okazało można nie
pić dzięki mityngom i przyjaciołom z AA. Cieszę się, gdy wspominam te dni, gdy
byłem trzeźwy i posmakowałem tego życia. Dziś przyszło mi odsiedzieć swój wyrok
(resztę jego, jeszcze 11 miesięcy) Pracuję nad sobą - chodzę na tutejsze
mityngi i staram się pamiętać co dnia kim jestem. A jestem alkoholikiem, który
chce żyć w trzeźwości. Jest to więzienie. Są tu ludzie podobni do mnie. Z takimi
samymi problemami i w końcu ludzie, którzy są dla mnie ważni. Są to ludzie,
którzy -jak myślę- chcą tak jak ja robić coś ze swoim życiem. Kiedyś wątpiłem w
to, że mogę kogoś takiego znaleźć z ZK. Dziś zmieniłem swoje zdanie. Nawet i
dziś, gdy byłem na spacerze mogłem opowiedzieć innym alkoholikom swój sen, który zaniepokoił mnie i wydał się
dziwny ale przyjemny, ponieważ znalazłem w nim rozwiązanie i nie napiłem się.
Myślę, że coś pozytywnego dzieje się w mojej głowie. Powracając do ludzi z ZK
tu przebywających i tych, którzy przychodzą z zewnątrz na mityngi AA
"Recydywa" Mokotów, myślę, że są oni mi bardzo potrzebni. Dodają
nadziei i szczerze za to dziękuję całej Wspólnocie Anonimowych Alkoholików.
Życzę Wam wszystkim trzeźwości i wiary. Dziękuję za to, że jesteście.
Pozdrawiam Jacek AŚ Mokotów
Witam Was,
Pisząc do Was chciałbym podziękować Wam za to, że jesteście, że dzięki Wam
mogę w jeszcze większym stopniu uczestniczyć w życiu AA i za Waszym
pośrednictwem podziękować przyjaciołom za niesienie posłania do Z.K.
Obecnie pozostało mi 5 miesięcy do zakończenia odbywania kary, ale dla
mnie nabrała ona innego wymiaru. Tutaj się odnalazłem, tutaj zmieniam swój
sposób myślenia i odczuwania. Tutaj, dzięki wspólnocie AA, moje życie nabrało
sensu i - może to zabrzmi dziwnie - teraz czuję się wolny, uczę się cieszyć
dniem dzisiejszym i staram się stawać co dzień lepszym człowiekiem. Nie
krzywdzić innych swoimi uczynkami lub słowami, bo czasem słowa robią większą
krzywdę niż uczynki. Z pokorą przyjmować to co przyniesie kolejny dzień.
Chociaż to nie jest łatwe i mam obawy i lęki, często odzywa się moja duma, to
wiem, że mam we wspólnocie przyjaciół na których mogę liczyć, pismo MITYNG i
dużo literatury AA. To dzięki temu, że są ludzie, którzy przynoszą ja do Z.K.,
przychodzą na nasze mityngi i dają świadectwo, że można trzeźwieć i być
szczęśliwym. Pod warunkiem, że nie zapomnę kim jestem. Dlatego rano przed
lustrem powtarzam słowa „jestem alkoholikiem i mam na imię Wojtek”.
Bo przypomina mi to kim byłem, z czego się podniosłem i gdzie mogę być.
Warszawa-Mokotów,
Wojtek AA, 12.09.2007r
Przyszedł taki moment. Na warsztaty o sponsorowaniu
udałem się zachęcony przez przyjaciela z „Kontaktu”. Myśl o
sponsorze „chodziła” za mną w tamtym czasie dość intensywnie.
Odnosiłem wówczas wrażenie, że na każdym niemalże mityngu przyjaciele wciąż powtarzają
to słowo: „sponsor”. Tak miałem na Pradze, na Żoliborzu czy
na Ursynowie. A na warsztatach, po kilku godzinach interesujących, jakże
różnych wypowiedzi, ja usłyszałem jedno zdanie. Choć przyjaciel nie mówił
wprost do mnie, to ono było dla mnie. Trafiło mnie ciepło i dogłębnie. „Nie
masz sponsora, to nie zacząłeś trzeźwieć”.
Spytałem wówczas siebie: O co chodzi? Dlaczego ja nie mam sponsora?
Przecież wśród tylu wypowiedzi na mityngach słyszałem: Znajdź sponsora.
Dlaczego dotychczas tego nie zrealizowałem? Pytałem siebie dalej, co mi tak
naprawdę przeszkadzało? Czy samo słowo sponsor, jak kiedyś alkoholik?
Bo mi się źle kojarzy? Bo nie chcę komuś przeszkadzać, zawracać sobą głowę? Bo
się boję, że odmówi? Czego jeszcze się boję?
Kiedyś dużo
wysiłku kosztowało mnie najpierw powiedzieć, że jestem alkoholikiem. Potem to
prawdziwie wiedzieć i czuć. Kiedy pogodziłem się ze swoim alkoholizmem –
zacząłem coś z tym robić. To może przyszedł czas zrobić coś więcej.
Wreszcie,
wsłuchując się w mądrość i dobro jakie daje mi AA, zrobiłem kolejny krok. Kilka
dni później, z pokorą i bijącym sercem poprosiłem przyjaciela aby został moim
sponsorem. Zgodził się. A ja poczułem
ulgę, jakbym z lekkością otwierał kolejne wrota, które niedawno wydawały mi się
nie do ruszenia. Dzisiaj kroczę
spokojniej …
Sławek
AA