MITYNG 01/127/2008
DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO
Trzeźwy rok...
Pokonany
wreszcie przez alkohol, zapragnąłem zaprzestania picia i rozpaczliwie modliłem
się o pomoc. Byłem gotów zrobić wszystko, aby tylko przestać pić. Zdarzyło się
wiele i udało się.
Przyszedłem
do Wspólnoty AA. Uwierzyłem, że jest to droga dla mnie. Przestałem
więc dyskutować. Dostosowałem się do panujących tu prostych zasad.
Zastosowałem
też prostą sugestię - dziś nie pij, idź ma mityng, czytaj literaturę AA...
Dzięki Bogu wzmocniłem to pełnieniem służby i pracą ze sponsorem. Dziś nie
piję. Przez ostatni rok cierpliwie pielęgnowałem swoją trzeźwość.
Warto
żebym dziś umiał znaleźć radość z tej trzeźwości, bez względu na moje przeróżne
sukcesy i porażki. Warto żebym umiał wyrazić wdzięczność za tak niegdyś
upragnioną trzeźwość.
Przez
każde 24 godziny nadchodzącego roku chciałbym pamiętać czym jest Wspólnota
Anonimowych Alkoholików i po co ja w niej jestem. Codziennie, przez kolejny
rok...
PREAMBUŁA AA
Anonimowi Alkoholicy
są wspólnotą mężczyzn i kobiet, którzy dzielą się nawzajem doświadczeniem, siłą
i nadzieją, aby rozwiązać swój wspólny problem i pomagać innym w
wyzdrowieniu z alkoholizmu.
Jedynym warunkiem
uczestnictwa we wspólnocie jest chęć zaprzestania picia. Nie ma w AA żadnych
składek ani opłat, jesteśmy samowystarczalni poprzez własne dobrowolne datki.
Wspólnota AA nie
jest związana z żadną sektą, wyznaniem, działalnością polityczną, organizacją
lub instytucją, nie angażuje się w żadne publiczne polemiki, nie popiera ani
nie zwalcza żadnych poglądów.
Naszym podstawowym celem jest trwać w trzeźwości i pomagać innym alkoholikom w
jej osiągnięciu.
Copyright
"A.A. Grapevine", Inc.
TRADYCJA PIERWSZA
„Nasze wspólne dobro powinno być najważniejsze, wyzdrowienie
każdego z nas zależy bowiem od jedności Anonimowych
Alkoholików”
Jest bardzo prawdopodobne, że gdyby nie istniała Wspólnota Anonimowych
Alkoholików, ja sam nie żyłbym już – być może potrącony przez samochód,
może zadźgany w ciemnym zaułku, może odwiedzany przez rodzinę w szpitalu aż do
beznadziejnego końca. Jednak żyję i właśnie zaczynam kolejny dzień z nadzieją,
że będzie to zdrowy dzień – bez pomocy Boga, bez pomocy Anonimowych Alkoholików
nie byłoby to możliwe. Ja w to wierzę.
Tradycja pierwsza mówi o naszym wspólnym dobrze, podkreślając że właśnie
ono powinno być na pierwszym miejscu, jeśli chcę osiągnąć obiecywane przez
Program wyzdrowienie z alkoholizmu , z choroby ducha.
Cóż znaczy dla mnie owo WSPÓLNE DOBRO?
Te słowa pokazują mi, wiecznemu egocentrykowi, wiecznemu egoiście,
wiecznemu rozpatrywaczowi własnych losów, upadków,
wzlotów, szczęść i nieszczęść, że istnieje coś więcej, niż MOJE DOBRO. Istnieje
jakieś WSPÓLNE DOBRO.
Dla mnie tym wspólnym dobrem we Wspólnocie Anonimowych Alkoholików jest
dar trzeźwości. Żyjąc trzeźwym życiem sam powinienem je pielęgnować i
przekazywać dalej. Tym WSPÓLNYM DOBREM, które winienem
pielęgnować jest samo AA.
Program 12 Kroków przyniósł mi nadzieję na wyzdrowienie z beznadziejnego
stanu umysłu i ciała, w jakim byłem przez wiele lat. Żadna ludzka siła, w tym
najbardziej usilne moje własne działania nie mogły mnie uwolnić od koszmarnej
obsesji picia i od choroby ducha, która powodowała, że żyłem w świecie własnych
iluzji. Przestałem pić, a mimo to nadal odczuwałem działanie choroby –
lęk, złość, nagłe impulsywne reakcje, żal do świata, ciągłe poczucie
nieszczęścia. Dla mnie osobiście punktem zwrotnym stało się to, iż uwierzyłem w
skuteczność Programu AA. W to, że na drodze zdrowienia mogę osiągnąć konkretne
efekty – obiecywane wyzdrowienie. Że taki stan zdrowia jest stanem
warunkowym, a jeśli go osiągnę, to potem by go utrzymać winienem ciągle trwać w działaniu, dzień za dniem.
Moje życie, moja trzeźwość, moje zdrowie duchowe to kwestia każdego kolejnego
dnia. Dzisiaj mogę pomodlić się o zdrowy dzień, a gdy wieczorem ten dzień się
skończy, podziękować za kolejny dar, jaki otrzymałem.
To wspaniałe móc prowadzić takie... normalne
życie – jestem ojcem, mężem, synem. Chodzę na zakupy, czytam książki,
oglądam filmy, jeżdżę na nartach, szykuję śniadania, nie krzyczę, nie płaczę,
nie obwiniam, staram się słuchać, moje dzieci przychodzą przytulić się do mnie,
nie boją się ze mnie żartować, nie boją się przyjść powiedzieć, że dostali złe
stopnie, moja żona mówi, że jest szczęśliwa. Nawet pies jest zadowolony –
zadośćuczyniam mu niegdysiejsze wrzaski braniem do
łóżka i chodzeniem na spacery.
Kiedy po okresie fascynacji Programem 12 Kroków sięgnąłem po raz pierwszy
„na poważnie” do Tradycji, to ze zdziwienim odkryłem, że już pierwszy zapis,
pierwsza, zdawałoby się najważniejsza Tradycja, mówi do mnie, że nie osiągnę
żadnego wyzdrowienia bez dbałości o dobro AA.
W końcu powinienem przestać tak bardzo przejmować się samym sobą i
zobaczyć, że dookoła jest Wspólnota, której jestem częścią. Ba, że moje
osobiste szczęście zależy od tego, czy ta Wspólnota będzie dobrze funkcjonować.
W Wielkiej Księdze mamy porównanie nas samych do pasażerów wielkiego statku,
który uległ katastrofie. W tej ciężkiej chwili wszyscy nagle się jednoczą
– celem staje się ratowanie życia. Przestają obowiązywać naturalne
podziały społeczne – nagle ramię w ramię stają pasażerowie tych
ekskluzywnych kabin pierwszej klasy i ci najbiedniejsi, z najpodlejszych
pokładów. To piękna metafora.
Przeżycie katastrofy bardzo nas cementuje. A ja sam powinienem zdać sobie
sprawę, że jeśli nadal chcę szczęśliwie żyć, a nawet więcej – w ogóle żyć
– to winien jestem dbać o stan „szalupy” na
której wiosłuję wraz z innymi. To jest szalupa, która uratuje mnie,
jeśli ja sam zadbam o jej stan.
JEDNOŚĆ, poczucie zjednoczenia w działaniu, dążenie do JEDNOŚCI to nie cel
dla samego siebie – to środek do tego, bym ja sam mógł szczęśliwie,
normalnie żyć. Istnienie AA jest dla mnie równie ważne, co dla każdego
człowieka powietrze, czy jedzenie. Pozwala mi żyć. Dlatego chcę dbać o AA.
Jak mogę zadbać o AA i o prawdziwe przełożenie tej Tradycji z teorii
„na życie”?
Kiedyś chadzałem do niewielkiego antykwariatu, gdzie wśród kolorowych,
pachnących przygodami książek, prowadziłem długie rozmowy z pewnym Przyjacielem
z naszej Wspólnoty. To on wskazał mi, że ten Program nie działa bez służby
– bez służby zawsze będę się kręcił wokół własnego ogona. Nic nie
osiągnę. Wziąłem to sobie do serca, a ten Przyjaciel zaczął mnie ciągnąć
„za rękę” przez kolejne służby.
Gdybym miał w największym skrócie opowiedzieć komuś, o czym mówi do mnie Tradycja Pierwsza, to powiedziałbym jedno słowo: SŁUŻBA.
Tomek AA
Panel zagraniczny w POPOWIE
Chciałbym podzielić się z Wami ciekawym doświadczeniem, jakim było dla
mnie uczestnictwo w panelu dla gości zagranicznych podczas 36. Konferencji
Krajowej w Popowie. Znalazłem się tam trochę przypadkiem, w charakterze
zastępczego tłumacza dwóch sympatycznych Anglików, Martina i Charlesa. Gdy poprzedniego dnia zapytałem ich, jak długo
nie piją, to zupełnie naturalnie odpowiedzieli, że tak samo jak ja: tylko jeden
dzień na raz. Ale nazbierało się tego 20 i 17 lat.
W trakcie spotkania okazało się, że oprócz nas są również przyjaciele z Niemiec, Ukrainy,
Rosji, Łotwy, Białorusi i Słowacji. Po odmówieniu modlitwy o pogodę ducha
przyszedł czas na pytania.
Pierwsze zadała koleżanka z Ukrainy. Zapytała, jak w naszych krajach
dzielone są pieniądze z kapelusza i co robić z grupą, która nie stosuje
przyjętych zasad podziału. Aby wszyscy mogli zrozumieć, o co pyta, tłumacz
przełożył to z rosyjskiego na polski, następnie kolega mieszkający na stałe w
Niemczech na niemiecki, a ja, na ile pozwolił mi mój angielski, starałem się
wytłumaczyć, o co chodzi, przyjaciołom z Anglii. Słowacy na szczęście
zrozumieli po polsku. Zrobiło się trochę zamieszania. Ja próbowałem wyjaśnić,
na czym polega nasz system dzielenia 60/20/10/10.
Anglicy popatrzyli na mnie jakoś dziwnie, powiedzieli, że to świetny
system, ale oni robią to inaczej. Jak? Grupa zbiera pieniądze do kapelusza,
opłaca wszystkie swoje potrzeby: salę, wyjazdy mandatariusza itd., a resztę
przekazuje dalej do intergrupy. A co robi intergrupa? To samo, opłaca wszystkie swoje potrzeby, a to,
co zostanie, wpłaca do kasy regionu. Co robi region? Tu już się domyśliliśmy -
to samo. Stad pewnie w ich odpowiedniku BSK pojawiają się nadwyżki, które
później często służą wspomaganiu młodych wspólnot np.
w krajach wschodnioeuropejskich.
Proste, prawda? Delegatka z Niemiec powiedziała, że u nich też tak jest.
Przedstawicielka z Ukrainy stwierdziła natomiast, że u nich wiele grup w ogóle
nic nie daje na intergrupę i ponowiła pytanie: co z nimi robić?
Odpowiedzi były podobne. Trzeba mianowicie na takie grupy chodzić i
tłumaczyć, na czym polegają tradycje AA. A co, jeśli to nie pomaga? Jeden z
gości z Anglii powiedział, że jeżeli nic nie pomaga i grupa uparcie odmawia
stosowania się do zasad AA, to w ostateczności trzeba taką grupę skreślić ze
spisu grup. Podkreślił jednak, że jest to naprawdę ostateczność.
Kolega z Rosji powiedział, że w Moskwie na mitingi AA przychodzi wielu
narkomanów i nie bardzo wiadomo, jak z nimi postępować. Przeważały odpowiedzi,
że przyjmować, ale mówić, że nie do końca znamy się na ich chorobie i tak
naprawdę to może im pomóc grupa AN.
Było też pytanie o 12 Koncepcji, po co w ogóle zostały napisane? Odpowiedź
brzmiała: aby chronić wspólnotę AA przed nami, aowcami.
Mówiliśmy także o przypadkach łączenia działania grup AA z Kościołem. Zdarza się że grupy AA dryfują w stronę religijną. Oczywiście jest to zjawisko niedobre i zagrażające jedności ruchu. Nie było już jednak czasu, aby dłużej o tym mówić, więc Martin podsumował temat stwierdzeniem: "Koncepcja Boga została stworzona przez ludzi, koncepcja duchowości została stworzona przez Boga". Zrobiło to na nas tak duże wrażenie, że niektórzy z nas zapisali sobie to zdanie.
Pozdrawiam. Witek AA, region Łódź.
JAKOŚĆ TRZEŹWOŚCI
Jest takie
powiedzenie, często i dobrze, że często powtarzane w AA: „w
trzeźwieniu ważniejsza jest jakość niż ilość”.
Nowicjusz z paromiesięczną abstynencją może być w znacznie lepszym stanie
umysłowym i emocjonalnym niż stary wyjadacz, zapominający często o mityngach,
rzadko zaglądający do literatury i poświęcający minimum uwagi AA. Dla niego
czas stanął parę miesięcy lub lat po przyjściu do AA: jest „suchy”,
nie pije, ale nie jest trzeźwy, gdyż dla nas alkoholików, trzeźwość to
nieustający, radosny marsz do przodu w kierunku wskazywanym przez 12 Kroków.
Z moich
doświadczeń wynika, że jakość naszej trzeźwości ma wpływ na
jakość mityngów. Przez lata obserwuję, że najlepsze mityngi
na które trafiam to te, na które chodzą alkoholicy najbardziej trzeźwi i
emanuje od nich energia życiowa i koncentracja fizyczna i umysłowa, a ich
radosna, postępująca trzeźwość odbija się na mityngi.
Jest również powiedzenie, że „nie
ma złych mityngów”, ale jest to uproszczenie. Zapytajcie
jakiegokolwiek desperacko czepiającego się programu nowicjusza, co wynosi z
mityngu, na który wszyscy ciągle się spóźniają, gdzie ciągle jest kłopot z
prowadzącym, gdzie trudno o parę chwil skupienia na rozpoczęcie, gdzie dyskusja
zaczyna się od ostatniej ligowej kolejki lub polityki i poprzez tematy związane
z AA dryfuje często znów do początkowych. Może to skrajny przykład, ale bywałem
na takich mityngach.
Jakże inaczej
jest na mityngach rozpoczynanych punktualnie, gdzie prowadzący podaje temat,
każdy ma prawo wypowiedzieć się bez przerywania przez określony czas, a mityng kończy
się modlitwą. Potem, przy kawie jest czas na pogadanie o sporcie i polityce
– a przecież większość woli kontynuować temat z mityngu. To jest AA w
najlepszym wydaniu i Bogu dzięki większość mityngów tak wygląda.
Idąc następnym
razem na naszą grupę zapytajmy się siebie: jaka
jest jakość naszej trzeźwości? Czy uczestniczymy w grupie konstruktywnie,
czy tylko czekamy, co zrobią inni? Czy jesteśmy gotowi poświęcić nieco czasu
przed mityngiem na wybór tematu, który pomoże nie tylko nam, ale całej grupie?
Czy pamiętamy, że nowicjusze mogą mieć zamęt w głowie i gorączkowo pragną
poznać program? Czy wtedy jesteśmy gotowi zrezygnować z popisów retorycznych i zapomniawszy na
chwilę o sobie w prostych słowach wyjaśnić ich wątpliwości?
Jednym słowem:
czy
wiemy, że jakość naszej osobistej trzeźwości odbije się na poziomie mityngów, w
których uczestniczymy?
Jeśli tak, to każdy z tych mityngów będzie dobry.
Share, sierpień 97
BEZWZGLĘDNA
UCZCIWOŚĆ
Z różnych przyczyn nie dotarło do mnie kilka
ostatnich numerów MITYNGU. No i tak jak z mityngami - niby nic się nie dzieje,
chyba nie są mi już potrzebne, może nie warto już chodzić, może mogę mieć już
do siebie pełne zaufanie, niech się inni wykażą w niesieniu posłania, ile
jeszcze lat będę musiał… itd, itp.
Tyle głupich pytań. A wystarczy, że wbrew głupim myślom pójdę na mityng i
już wracam do rzeczywistości – po prostu „nadal” jestem
alkoholikiem. Wystarczy Was posłuchać i chwilę się nad sobą zastanowić.
Otrzymałem wreszcie 11/2007 numer MITYNGU i natychmiast, po jego przeczytaniu,
usiadłem do pisania. A dawno tego nie robiłem, zachęciły mnie teksty m.in.
Marka, Sławomira i Piotrka.
Bardzo się ucieszyłem, gdy dowiedziałem się, że MITYNG ma nowego opiekuna,
że została zachowana rotacja służb, redaktora pytano co chce zmienić ... Ja sam kiedyś
miałem wiele pomysłów jak powinno wyglądać czasopismo anonimowych alkoholików, tylko że nigdy nie chciało mi się tym zająć. Więc raczej nie
mam prawa udzielać rad. „Jeśli chcesz coś zmienić to się tym
zajmij” – dobra zasada – ale też
nasi założyciele twierdzili, że dla alkoholików tylko to co najlepsze więc może
pomysły Sławomira są potrzebne. Mam numer MITYNGU z 94r. (trzymam jak
relikwie), no i poza formatem jeszcze wiele się zmieniło, znaczy to chyba, że
nie możemy bać się zmian, zresztą Marek pisze „potrzebuję wiary, że można
się zmieniać”.
Wiele lat potrzebowałem do tego, aby znaleźć się w tym miejscu, w który
się teraz znajduję. Wiele razy „musiałem” zaryć ryjem,
wylać na siebie wiadro pomyj, doprowadzić się do granic wytrzymałości…
Pewnie można było szybciej, można było włożyć więcej pracy, zaangażowania,
determinacji, itp. Ale moja droga była właśnie taka i
od kilkunastu lat jestem trzeźwy. Dziś jestem zadowolony ze swojej drogi. Nawet
z tego, że trwała tak długo - widocznie było to czemuś potrzebne, potrzebowałem
dużo więcej czasu od innych, aby prawdy programu dotarły do mnie w całej swej
wielkości. Potrzebowałem wiele czasu do tego, aby dojrzeć do zmian i umieć je
zaakceptować w całej rozciągłości. To wcale nie jest takie łatwe. Łatwiej było
mi postępować tak jak do tej pory - wyuczone schematy, lęk przed zmianą, przed
niepewnością czy się uda, czy podołam. Jakie jest to mi jeszcze bliskie, niestety.
Zawsze w swoim pijanym życiu działałem pochopnie, bez zastanowienia i byle
jak, zaczynałem napalony i wypalałem się bardzo szybko, rozgrzebywałem i
zostawiałem innym. Teraz staram się postępować inaczej.
Dotarłem wreszcie do tego miejsca w swoim życiu,
gdzie obietnice programu zaczynają się urzeczywistniać. Uzyskałem prawdziwą
pogodę ducha, spokój i zadowolenie z tego, że żyję. I co ważniejsze - nie jest
to coś ulotnego, przemijającego. Jest to stan, w którym trwam, a byle powód nie
jest w stanie mnie z niego wytrącić, tak jak do tej pory się to działo.
To, że jestem trzeźwy, że nie sięgam po alkohol jest tylko dodatkiem lub
pochodną obietnic programu, po prostu nie może być inaczej.
Wiele lat czekałem na obietnice programu, ponieważ program realizowałem
bardzo powoli, z oporami, np. sponsora znalazłem
dopiero po 10 latach. Dziś wiem, że nie mogło być inaczej. Nie żałuję jednak
żadnego trzeźwego dnia, pijanego zresztą też - po coś były potrzebne jak nie
mnie to komuś innemu.
Chyba najdłużej docierało do mnie jedno z „zaleceń” z
„Jak to działa” str. 49 Wielkiej Księgi „bezwzględna uczciwość” . Tylko
dwa słowa, a mnie tak trudno było je zaakceptować, zrozumieć, przyswoić i co
tam jeszcze. Mimo wielu lat trzeźwości nie mogłem wypracować zachowań, które
cechują człowieka uczciwego. Z lat „słusznie minionych” (przed
89 r.) wyniosłem zachowania, które ja nazywałem niewinnie – wziąłem,
załatwiłem, wykombinowałem lub: nie mówiłem prawdy, pominąłem milczeniem, a
przecież powinno brzmieć - UKRADŁEM, KŁAMAŁEM…
Przez to nawet podświadomie żyłem w ciągłym
strachu myśląc nieustannie, tak jak kiedyś myślałem nieustannie o alkoholu - wyda się,
dowiedzą się, odkryją, co ja wtedy zrobię…?
Tak żyjąc nie mogłem uzyskać pogody ducha,
nie mogłem cieszyć się tak naprawdę trzeźwością i po prostu życiem, nie mówiąc
już o duchowości. Moje myśli ciągle uciekały do nieuczciwych zachowań, snułem
przeróżne scenariusze jak się zachowam gdy się wyda,
co powiem gdy… itd. – koszmar.
W tym czasie nie mogło być mowy o medytacji,
zastanawianiu się nad moim miejscem w życiu, w świecie mnie otaczającym mikro i
makro. Moje myśli mimowolnie uciekały do nieuczciwych zachowań i działań.
Dużo później, gdy pracując ze sponsorowanym
zacząłem się wymądrzać, jak to uczciwość w życiu alkoholika jest ważna, dotarło
do mnie jak wielkim jestem hipokrytą.
Znowu program zadziałał. Mała dygresja: na
moją macierzystą grupę przychodzi od pewnego czasu osoba, która zaczynała i
przez kilka lat trzeźwiała w USA. Osoba ta nie mówi, że przyszła do AA tylko
przyszła do PROGRAMU – bardzo mi się to podoba. AA
to zbiór różnych osób, często również i takich, o jakich pisze w przywołanym
wcześniej artykule Marek - „wyrzucacze”
(edytor, w którym piszę pokazuje mi, że takie słowo nie istnieje, ale wiemy o kogo chodzi).
Program
natomiast to coś, co powoduje że wszyscy w AA się
odnajdujemy, każdy ma tu swoje miejsce, każdy alkoholik może - jeśli tylko
szczerze tego zapragnie – zdrowieć, może nawet przestać być „wyrzucaczem” i zacząć mówić o tym co w nim siedzi, a
później wysłuchać tego co inni mają do powiedzenia.
Z doświadczenia wiem, że zawsze znajdzie się
odpowiedź. To tylko ja nie zawsze gotowy jestem ją usłyszeć, ale jeśli tylko
mogę - powinienem siedzieć na d… do końca mityngu i słuchać
co inni mają do powiedzenia w temacie, który poruszyłem. To pomaga i
mnie i innym, już nie chcę być egoistą. To nie jest tak, że moje zachowanie na
mityngu to tylko moja sprawa
Wracając do mojej uczciwości...
Uczciwość - przecież mógłby ktoś powiedzieć -
to tylko zalecenie programu. W tym momencie przypomina mi się fragment z
REFLEKSJI, coś w rodzaju: „tak samo jak zaleca
się
aby wyskakując z samolotu pociągnąć za linkę
spadochronu”. Wiem dziś, że uczciwość jest w moim życiu bardzo, bardzo
ważna. Przejawia się to we wszystkich aspektach mojego życia: w rodzinie, w
pracy, na mityngach, w życiu religijnym, w kontaktach z przyjaciółmi i ludźmi
spotkanymi przypadkowo. Nie powinienem zostawiać za sobą żadnego smrodu, to
mnie później boli, a czasami jest nie do odkręcenia. Naprawdę, im więcej się
nad tym zastanawiam tym jestem bardziej przekonany, że uczciwość jest dla mnie
najważniejsza, od niej wszystko się zaczyna.
To dopiero odkrycie, po tylu latach, po tylu
przejściach – no cóż, lepiej późno niż wcale. Zwłaszcza, że wcale może
znaczyć powrót do picia.
Kończąc mogę powiedzieć, że rok 2007 mogę uznać
za jeden z najlepszych w moim życiu, chociaż bardzo wiele się w nim działo.
Może ten rok oceniam jako udany, ponieważ rozpocząłem
go od wizyty z rodziną na Jasnej Górze (poza zgiełkiem naszych spotkań),
później byłem w Rywałdzie, a następnie dwa razy w sanktuarium w Krypnie, wśród
cudownych ludzi – trzeźwiejących alkoholików, gdzie z ks. Adamem
dokończyłem wreszcie krok piąty (przynajmniej na dzisiaj dokończyłem), a
tematami mityngów była miłość.
Być może te przeżycia, głęboko duchowe, tak
pokierowały moim postępowaniem w ciągu roku, że popełniłem mało błędów.
Prawdopodobnie częściej umiałem się zatrzymać i zastanowić nad tym czego chcę, do czego dążę, jakie są moje cele i
pragnienia. A także czego chcą moi bliscy i inni
otaczający mnie ludzie. Może też częściej przypominałem sobie o tym, aby
zwrócić się do Siły Wyższej o przewodnictwo – przedtem najczęściej o tym
zapominałem.
Dzięki przyjaciele za to, że jesteście. Całej redakcji MITYNGU
życzę pogody ducha w nowym roku
Do zobaczenia na szlaku, Włodek
Opowieść
sponsora
Tę historyjkę
/publikowaną ostatnio w MITYNGU nr 3/57/2002/opowiadałem już wiele razy, a
ciągle słuchacze prosili o dalsze wyjaśnienia. Przypomnijmy ją sobie.
Dwóch trzeźwych alkoholików dzieliło ten sam pokój w sanatorium. Jeden był
wysoki a drugi niski. Pewnej nocy wysoki musiał się załatwić, ale nie chciało
mu się udać na dół do holu do łazienki, więc poszedł do zlewu i załatwił się.
Niski, częściowo rozbudzony, zobaczył to i zdenerwował się. Następnego ranka
udał się do biura kierownika purpurowy z wściekłości. Podskakiwał, wołając: "Co to za miejsce? Facet
użył zlewu. Ja muszę się golić w tym miejscu!" Był tak wściekły, że
wybiegł z biura, pobiegł do najbliższego baru i upił się. Dwa dni później
umarł, tylko dlatego, że facet załatwił się do zlewu.
Tu następuje morał "Czasami nosimy ze sobą zlew. Czekamy tylko na pretekst aby ktoś go użył, a my mogli oszaleć. Wspólnota AA
pokazuje, jak pozbyć się zlewu".
To niesamowite. Facet miał rację. Zachowanie wysokiego
nie należało do najciekawszych, ale to niski zapłacił najwyższą cenę, cenę
życia. Codziennie obok nas różni ludzie popełniają błędy bądź zachowują się
niezgodnie z naszym kodeksem postępowania. Powodują, że możemy łatwo ulec
"słusznemu" wzburzeniu. Historyjka przypomina, że podczas takiego
wzburzenia istnieje niebezpieczeństwo utraty rozsądku, gdy pchani emocjami
możemy uczynić rzeczy, których tak naprawdę nie chcemy.
Kiedyś dosyć ostro kłóciłem się z żoną, już miałem ją przekonać do swoich
racji, gdy nie czekając na koniec kłótni, nadeszła kilkuletnia córka wręczając
mi jabłuszko. W jednym momencie, cała złość, jaką miałem w sobie, wykipiała na
nią. Przerwała rozmowę rodziców, tak się nie robi, po co się wtrąca, brak
szacunku! To były wyjaśnienia, dlaczego uderzyłem córkę. Za chwilę, gdy
ochłonąłem aż trudno mi było zrozumieć, dlaczego tak uczyniłem. Ale faktu już
zmienić nie mogłem. Na długi czas, na mój widok, szczególnie, gdy podnosiłem
głos, córka zachowywała się jakby sparaliżowana strachem.
To zdarzenie miało miejsce wiele lat temu, w okresie
kiedy "zdrowo" piłem, ale do dzisiaj pamiętam, że ja tego nie
chciałem. To był moment alkoholowego szaleństwa, który na długo miał swoje
konsekwencje. Inną sprawą jest posiadanie "zlewu", angażowanie szczególnie
fałszywej wrażliwości.
Przypomina mi się taki obrazek, gdy z grupą kolegów, rozbawieni, głośni,
szliśmy środkiem ulicy bacznie patrząc, czy przypadkiem ktoś nie wyrazi
jakiegoś niezadowolenia. Gotowi byliśmy natychmiast "nauczyć takiego
rozumu". Tego wieczora brałem oczywiście udział w pobiciu jakiegoś
chłopaka. Znałem go pobieżnie, nawet odczuwałem coś na kształt sympatii. Do
dzisiejszego dnia pamiętam zdziwiony i przerażony wyraz jego oczu, gdy go
kopałem. Nie jest to dobra pamięć. Później jeszcze wielokrotnie uczestniczyłem
w zabawie ze "zlewem". Sam byłem prawodawcą, prokuratorem, sędzią i
egzekutorem. Czysty obłęd. Mimo iż inni najczęściej nawet nie wiedzieli o
moich oczekiwaniach, to ja miałem wystarczający pretekst aby
"ukarać" nieposłusznych.
Egoizm i egocentryzm, koncentracja na samym sobie!... To właśnie jest, jak
sądzimy, zasadnicze źródło naszych kłopotów - przypomina Wielka Księga na
str. 52. Zupełnie nie zdawałem sobie sprawy, że wpadałem w szaleństwo egoizmu,
egocentryzmu. Zawsze potrafiłem wykazać swoją rację, ale też piłem coraz
więcej.
Przychodząc do AA zetknąłem się z przykrym faktem. To nie ja wyznaczam zasady zachowań, są one już sformułowane i od dawna sprawdzają się, a ja - by zachować życie - muszę się nim natychmiast podporządkować. Nie przyszedłem do wspólnoty z racji jakichś specjalnych uzdolnień czy osiągnięć. Wprost przeciwnie. Przyszedłem bo mi się nie powiodło. Przyszedłem po ratunek. Nie potrafiłem znaleźć swego miejsca w życiu, rozżalony uciekałem w świat pijanych złudzeń, a od gorzały umierałem. By żyć, musiałem przestać pić. Bez jakichkolwiek ociągań. Nie chciałem wierzyć w taką konieczność. Gdyby mi ktoś wtedy zaproponował inną drogę poprawy życia - bez konieczności rezygnacji z picia - to bym zrezygnował z AA. Jednak nie znałem takich możliwości. Dzięki Bogu. Nastąpił szczególny okres w mym życiu. Musiałem nauczyć się nowych zachowań. Stary sposób funkcjonowania nie zdał egzaminu. Przede wszystkim musiałem uświadomić sobie, że najczęściej popełniałem błędy życiowe w chwilach rozdrażnienia emocjonalnego. Przypadek z córką to tylko jeden przykład, a było ich wiele. Zbyt wiele.
AA
KONCEPCJA 5
Prawo
mniejszości
Tekst pochodzi z raportu ze Światowym Mityngu
Służb AA w NJ z 2004r.
Koncepcja Piąta
mówi nam:
"Na
wszystkich szczeblach światowej struktury, powinno panować «Prawo do
apelacji», gwarantujące to, że wysłuchany zostanie głos mniejszości, a
petycje o zadośćuczynienie osobistym krzywdom zostaną wnikliwie rozważone".
Jeszcze raz musimy podziwiać dalekowzroczność
okazaną przez naszych założycieli.
Jako
alkoholiczka wiem, że nie mam najmniejszych problemów w postrzeganiu siebie jako eksperta we wszystkich sprawach, i myślę, że
Koncepcja Piąta jest bardzo sprytnym sposobem ochrony AA przed naszymi wadami i
nami samymi. W zasadzie jesteśmy zachęcani do włączania do dokumentacji
raportów mniejszości ilekroć sądzimy, że większość znacznie się myli. Kiedy
pojawia się opinia mniejszości, czasami oznacza to, że mniejszość widziała coś
lub posiada informacje, których nie mają pozostali.
Aby
przeprowadzić pełne i poparte informacjami głosowanie, zawsze ważne jest, aby
jako zaufany sługa, zbadać opinię mniejszości pod kątem jej ważności i
wartości. Zachęca się nas do wysłuchania mniejszości, ponownej dyskusji i
wówczas czasami okazuje się, że być może większość może zaraz popełnić poważny
błąd, który może mocno zaszkodzić AA.
Jest
to przywilej, że mamy prawo apelacji, kiedykolwiek czujemy, że podjęta zostanie
błędna decyzja przez grupę, intergrupę, region czy
Radę Powierników AA. Nawet jeżeli się mylę, sprawa
jest jeszcze raz gruntownie omówiona, i mogę czuć, że mój głos jest ważny,
nawet jeżeli jestem w mniejszości. Moim prawem jest wyrażenie mojej opinii.
Uczestniczyłam w niezliczonej liczbie mityngów roboczych, spotkań intergrupy, uczestniczyłam w ośmiu Konferencjach Krajowych,
byłam na spotkaniach międzynarodowych. Przez wszystkie lata mojej służby,
widziałam szacunek i rozwagę wobec pracy mniejszości, ale niestety również tego
zaprzeczenie. Kiedy doświadczamy "tyranii większości" lub
"tyranii mniejszości", albo większość albo mniejszość będzie próbować
zapewnić głosy uczestników na swoją korzyść. Jeżeli
któreś z nich będzie mieć miejsce, opinia mniejszości i prawo apelacji mogą być
ważnym czynnikiem końcowym, jeżeli tę koncepcję wprowadzi się w życie.
Widziałam,
jak runęła intergrupa i widziałam, jak rozpadały się
grupy AA.
Żałuję,
że przy tych okazjach wcześniej nie przeczytaliśmy dokładnie Koncepcji Piątej,
ponieważ mówi ona, że jest to nasza główna ochrona przed niedoinformowaną, źle
poinformowaną, pochopną lub rozgniewaną większością. Koncepcja Piąta chroni
każdą osobę w naszej strukturze, opłacaną czy nie. Nieuchronnie będziemy
doświadczać sytuacji, w których albo personel albo inni zaufani słudzy czują
się niezręcznie lub czują niesprawiedliwość z tego czy innego powodu. Wielkim
przywilejem jest mieć prawo apelacji jako mniejszość.
Koncepcja Piąta daje nam prawo postępować bez obawy przed odwetem. Nie jest
powiedziane, że zobaczymy jakiekolwiek zmiany w sytuacji, ale mieliśmy prawo
wyrazić naszą opinię bez żadnych negatywnych konsekwencji. Jest to ważny
czynnik bezpieczeństwa w naszej strukturze.
W
praktyce prawa mniejszości zawsze były dobrze stosowane. Jest to zapisane, aby
powiększyć przyszłe zastosowania. Prawa "Apelacji" i
"Petycji", oczywiście odnoszą się one do globalnego problemu ochrony
i najlepszego wykorzystania odczuć i opinii mniejszości. Jest to cecha rządów
i demokratycznych społeczeństw. Jestem zaangażowana w lokalną politykę mojego
miasta, więc wiem.
Wolność
jednostki w AA ma wielkie znaczenie. Jest niezbędna. Stajemy się uczestnikami
AA, kiedy sami o tym zdecydujemy, a jedyne co
początkowo musimy, to wyrazić chęć zaprzestania picia.
Nikt
nam nie może zabrać prawa przynależności. Nie zmusza nas się do płacenia
czegokolwiek, nie zmusza się nas do wiary w cokolwiek. Faktycznie, jesteśmy
jednostką w mniejszości pośród miliona osób w AA.
Nasza
Karta jest wyjątkowa ze swoimi zapisami przywilejów i swobód mniejszości.
Przy
wyborze kandydatów godne uwagi jest kierowanie się metodą Trzeciego Legatu.
Widziałam
pewnego razu coś takiego. Kandydat większości nie mógł uzyskać dwóch trzecich
głosów i jego imię trzeba było wrzucić do kapelusza razem z innym kandydatem
mniejszości. W wyniku losowania, wybrano kandydata mniejszości. To pokazało, że
w AA bierzemy sobie do serca odczucia i mądrość mniejszości. Naprawdę wzmocniło
to ducha demokracji wśród nas.
Na
Konferencji Krajowej wspaniale widać, jak prawa mniejszości pomagają nam
podczas dyskusji i debatowania nad pytaniami dotyczącymi organizacji i
struktury. Nawet jeżeli mamy większość, możemy podjąć
decyzję o dalszej dyskusji, aby poznać zdanie mniejszości. Opinia mniejszości
może mieć, i czasami ma jakiś ważny punkt, który może spowodować zmianę opinii
na zupełnie przeciwną lub też rzucić nowe światło na temat, który wydawał się
po prostu nie do rozgryzienia. Mamy prawo do apelacji nie obawiając się
odwetu. Mniejszość istnieje ze swoim prawem dla bezpieczeństwa i ochrony AA.
Rzadziej
popełniamy poważne błędy w naszych decyzjach dzięki prawu do
"Apelacji" i "Petycji". To prawo jest wyjątkowe i sprawdza
się w AA. Stosując Koncepcję Piątą mamy szansę uniknąć niezadowolonej
mniejszości..
Annika M. - Szwecja
Obowiązek mniejszości
Demokracja to ucisk mniejszości. To prowokacyjne
stwierdzenie jest oczywiście prawdziwe tylko wówczas, kiedy prawa i opinie
mniejszości nie są chronione i właściwie wykorzystywane. Chronienie praw mniejszości jest - lub powinno być - centralnym
zagadnieniem dla wszystkich demokratycznych społeczeństw.
Młody francuski szlachcic, De Toqueville,
który przybył do Ameryki z doświadczeniami z Rewolucji Francuskiej, znany jest
ze swoich pism na temat rządu pochodzącego od ludzi i dla ludzi. Twierdził on,
że największym zagrożeniem dla demokracji zawsze będzie "tyrania"
apatycznych, egoistycznych i niedoinformowanych bądź rozgniewanych większości.
W dowolnym tłumaczeniu, wers duńskiego tekściarza
brzmi: "Czy ci, których jest najwięcej, są najlepsi, czy tylko jest
ich najwięcej?" Linijka ta przyznaje, że mniejszości często mogą
mieć rację. Nawet jeżeli się mylą, to i tak mogą zainicjować
wartościową debatę nad ważnymi sprawami.
Często
odczuwałem irytację i frustrację z powodu często długiego i męczącego procesu
podejmowania decyzji w naszej Wspólnocie. Czas i doświadczenie przekonały mnie,
że przyjęliśmy zdrowy i powolny sposób wprowadzania zmian i poprawek, ponieważ
zmiana niekoniecznie jest równoznaczna z postępem. Także przyjąłem do wiadomości
fakt, że mniejszości często chronią nas przed podejmowaniem pochopnych i
błędnych decyzji.
We
Wspólnocie Anonimowych Alkoholików, gdzie osobista wolność ma ogromne
znaczenie, branie pod uwagę uczuć i opinii mniejszości i pojedynczych uczestników,
powinno być wobec tego praktykowane i stosowane na każdym poziomie naszej
struktury służb.
Kiedy
w 1960 r. Bill W. napisał "Dwanaście
Koncepcji dla Służby Światowej", sformułował powyższe względy dotyczące
opinii mniejszości w Koncepcji Piątej: "Na wszystkich szczeblach światowej
struktury, powinno panować «Prawo do Apelacji», gwarantujące to, że
wysłuchany zostanie głos mniejszości, a petycje o zadośćuczynienie osobistym
krzywdom zostaną wnikliwie rozważone".
Aby
stosować się do ducha Koncepcji V, mamy obowiązek dążenia do znacznej jednomyślności,
obowiązek rozpatrzenia wszystkich przedstawianych punktów widzenia przed rozpoczęciem
głosowania, obowiązek zachęcania mniejszości do wyrażania opinii; "Prawo
do Apelacji", które ma być słyszalne na naszej grupie, spotkaniach Intergrupy, spotkaniach regionu i konferencji, obowiązek
zachęcania wszystkich mniejszości do dołączania do dokumentacji raportów,
ilekroć sądzą, że większość popełnia poważny błąd.
Wszystko
powyższe mówi o prawach mniejszości i obowiązkach większości i naszych
przywódców wobec mniejszości. Ale czyż nie jest prawdą, że mniejszości również
mają obowiązki wobec większości w procesie podejmowania decyzji? Oczywiście, że
są takie obowiązki!
Prawa
rzadko funkcjonują bez obowiązków. Posiadanie przywilejów w postaci prawa do
apelacji, prawa do dołączania do dokumentacji raportów mniejszości i prawa do
zabrania głosu przed podjęciem decyzji sprawia, że obowiązkiem mniejszości
jest właściwe korzystanie z tych praw.
Kiedykolwiek
mniejszość lub nawet pojedynczy uczestnik czuje, że większość znacznie się
myli, ich obowiązkiem jest sporządzenie raportu. Jeżeli uważa się, że sprawa
jest tak poważna, że mogłaby poważnie wpłynąć na Wspólnotę
jako całość, mniejszość ma obowiązek przedstawić swój raport
Konferencji.
Sądzę
również, że kiedy już podjęto decyzję - po zastosowaniu wszelkich procedur
dotyczących mniejszości i wysłuchaniu wszystkich opinii - obowiązkiem
mniejszości jest bycie lojalnym wobec decyzji i jedności naszej Wspólnoty.
Dlatego,
moi drodzy przyjaciele z całego świata - namawiam was po powrocie do rodzinnego
kraju do zadania następujących pytań:
Czy
rozumiecie znaczenie tego, że wszystkie punkty widzenia muszą być wysłuchane
przed podjęciem decyzji?
Czy
zachęcacie do tego, aby opinia mniejszości, "Prawo do Apelacji", była
słyszalna na każdym poziomie waszej struktury służb?
Co
uznajecie za "znaczącą jednomyślność"?
Czy
doświadczyliście "tyranii większości" lub "tyranii
mniejszości"?
i nie mniej istotne: Czy
rozumiecie konieczność i obowiązek mniejszości (pamiętajcie, to możecie być wy)
korzystania z prawa do apelacji, prawa do dołączania do dokumentacji raportów
mniejszości i prawa do zabierania głosu przed podjęciem decyzji?
Jeżeli
uważnie określimy prawa i obowiązki większości i mniejszości, jestem pewny, że
duch demokracji w naszej Wspólnocie i w naszej światowej strukturze służb
przetrwa na zawsze.
Tonni K. - Dania
PRAWIE FATALNA URAZA
Zasady
przed osobistymi ambicjami - ta lekcja była trudna do nauczenia, kosztowała
mnie prawie życie. Na mityngi przestałem chodzić na kilka miesięcy przed swoją
dziewiątą rocznicą. Zaczęły mnie dotykać plotki, krytyki, wskazywanie palcem.
Za mocno bolały obmowy i osądy. Przeszło sześć miesięcy odmawiałem chodzenia na
mityngi, ale trzy rzeczy trzymały mnie z dala od alkoholu:
1)
utrzymywałem kontakt ze sponsorem
2) nigdy
nie zaprzestałem modlitwy
3)
zbudowałem silną sieć powiązań we Wspólnocie.
Codziennie otrzymywałem telefony nakłaniające mnie do powrotu na mityngi. Wielokrotnie automatyczna sekretarka była wypełniona. Niemniej jednak, moja odpowiedź była zawsze taka sama "do diabła z mityngami". Choć zbliżała się moja dziewiąta rocznica, nie planowałem jej obchodzić, a już na pewno wcale nie zamierzałem pójść na mityng. Lecz mój sponsor, który trwał przy mnie przez cały ten czas, polecił mi zaangażować się w mityng, na którym miałem najwięcej problemów. Miałem stawić im czoło. Poszedłem więc pełen obaw, napięcia i uraz. Było tam też wielu ludzi, którzy do mnie dzwonili. Dwa tygodnie później, wybrano mnie na prowadzącego mityng. "Nie pozwól nikomu wygryźć się z mityngu" mówił mój sponsor. "Zapracowałeś na swoje miejsce. Jeśli ludzie są zajęci podsumowywaniem ciebie, to znaczy, że nie zajmują się sobą. I jeśli naprawdę chcesz ich wkurzyć, przychodź tu ciągle. A kiedy oni będą odpadać, ty wciąż tu będziesz - bezpieczny i trzeźwy. A jeśli będą mieli tyle szczęścia, żeby wrócić, mogą być pobici, skatowani i zdesperowani, ale ty tu będziesz, by ich powitać. Będą potrzebowali nie twoich wad, lecz doświadczenia, siły i nadziei".
Tradycja I AA (jak to widzi Meszuge)
Kiedy dla alkoholika zaczyna się Wspólnota AA? - sponsor
zadał mi to pytanie, nie licząc chyba na poprawną odpowiedź. Wydaje mi się, że chciał
w ten sposób raczej coś mi przekazać, czegoś nauczyć, niż odpytywać z filozofii
AA. W każdym razie powiedział mi wtedy, że AA zaczyna się wówczas, gdy w życiu
alkoholika stają się ważne Tradycje Wspólnoty.
To
mądry i doświadczony facet, więc zgodziłem się z nim
natychmiast, a że ja też sroce spod ogona nie wypadłem i wódka nie cały mózg mi
wyżarła. Więc zrozumiałem o co mu chodziło już po
kilkunastu miesiącach. Jednak wcześniej, w czasach moich początków w AA, nie
było to takie proste.
Miałem
może 3-4 miesięce abstynencji, gdy przypadkowo
trafiłem na spotkanie Intergrupy. Dotrwałem jakoś do
końca, ale wychodziłem z przekonaniem, że to jest jakieś grube nieporozumienie:
kilkunastu facetów o wyraźnych przerostach zapału
organizacyjnego i z ciągotkami do zarządzania, spiera się namiętnie o sprawy,
które nie mają żadnego istotnego znaczenia ani dla mnie, ani dla alkoholików,
ani dla Wspólnoty (tak, w tej właśnie kolejności). To na to idą pieniądze,
które wrzucam do kapelusza?! Aż mnie zatrzęsło ze złości! Jeśli ci działacze -
jak ich wówczas nazwałem - chcą się w to bawić, niech to robią za swoje, a nie
za moje pieniądze. No i oczywiście - beze mnie!!!
Nikt
mi wtedy nie powiedział, że faktycznie, bardzo często sprawy omawiane na
spotkaniach Intergrupy nie są najważniejsze na
świecie, ale też i nie o to chodzi. Nikt mi nie powiedział, że Intergrupa nie jest od organizowania i zarządzania swoim
kawałkiem Wspólnoty, ale jest raczej czasem i miejscem, w którym uczestnicy
spotkania zmagają się z Programem AA i własnymi słabościami czy wadami
charakteru.
Ja
jednak swoim negatywnym stosunkiem do służb zewnętrznych dzieliłem się ochoczo
przy każdej okazji, a także bez okazji, z podobnymi sobie nowicjuszami.
Niestety, niektórzy chcieli słuchać.
Dziś
mój kolega pamiętający tamte czasy mówi, że powinienem do końca życia pełnić
jakąś służbę, żeby odrobić szkody, jakich wtedy narobiłem Wspólnocie. Może ma
odrobinę racji.
Udało
mi się wówczas naruszyć prawdopodobnie wszystkie zasady i Tradycje AA, ale Tradycję
I w szczególności. Byłem przecież gotów bez mrugnięcia okiem podzielić
Wspólnotę na część właściwą, czyli "normalnych" alkoholików i Program
12 Kroków. Oraz podejrzaną resztę, czyli działaczy, organizatorów i rozmaitych
funkcyjnych w jakichś Intergrupach, Regionach i
Komisjach, z tymi ich wszystkimi niezrozumiałymi Tradycjami.
Minęło
dużo czasu zanim wreszcie usłyszałem, że "Nasze wspólne dobro powinno być
najważniejsze; wyzdrowienie każdego z nas zależy bowiem
od jedności anonimowych alkoholików" i zacząłem szukać odpowiedzi na
pytania, CO w takim razie jest tym wspólnym dobrem i JAK mam rozumieć jedność?
Bo te właśnie elementy wydają mi się najważniejsze w tekście I Tradycji. Ale
minęło tego czasu jeszcze więcej zanim, z pomocą innych ludzi i literatury AA,
zacząłem poznawać odpowiedzi.
W
książce "Dwanaście Kroków i Dwanaście Tradycji" znaleźć można
następującą informację: "Bez jedności serce AA przestałoby bić, a nasze -
oplatające cały świat - arterie przestałyby dostarczać życiodajną łaskę
Bożą". Prawdę mówiąc niewiele mi to pomogło. Szukałem odpowiedzi bardziej
prostej, bardziej zwyczajnej i praktycznej, bo chodziło nie tylko o to, żeby
zrozumieć treść Tradycji, ale także umieć stosować ją w codziennym życiu.
W
każdym razie wyszło mi ostatecznie, że wspólnym dobrem jest oczywiście
Wspólnota AA, jednak istniejąca w takiej formie i działająca według takich
zasad, które nadal i wciąż stanowić będą skuteczne narzędzie pomocy dla
alkoholików. Wspólne dobro to zdolność do tego, by "trwać w trzeźwości i
pomagać alkoholikom w jej osiągnięciu".
Czemu
jednak stawiam tu jakieś warunki? Czemu nie uznam po prostu, że wspólnym dobrem
jest Wspólnota AA i kropka? Odpowiedzi dostarcza historia samopomocy i
wzajemnego wsparcia alkoholików, która zrodziła się około 100 lat przed
oficjalną datą powstania Wspólnoty Anonimowych Alkoholików.
W
roku 1840, w Baltimore (USA) powstało Stowarzyszenie im. Waszyngtona (Washingtonian Society).
Początkowo jego członkami byli tylko alkoholicy. W niedługim czasie liczba
członków Stowarzyszenia przekroczyła wprawdzie 100 tysięcy, ale coraz więcej
było w nim osób nieuzależnionych, polityków,
działaczy społecznych i innych. Rozszerzony został też zakres działalności i
zainteresowań Stowarzyszenia. Jego członkowie angażowali się w walkę o zniesienie
niewolnictwa oraz inne działania polityczne i społeczne.
Bez
względu na to, jak szczytne idee przyświecały jego członkom, Stowarzyszenie
szybko utraciło w ten sposób zdolność pomagania alkoholikom. Jednak
doświadczenie to zostało wykorzystane podczas tworzenia i redagowania Tradycji
AA.
Na świecie jest wiele krzywd i niesprawiedliwości, a wielu ludzi
potrzebuje pomocy różnego typu, jednak staram się pamiętać, że Wspólnota AA nie
jest w stanie zwalczyć całego zła, nie jest lekarstwem na wszystkie bolączki
współczesnego świata. Ale też nie do takich celów została powołana.
Jest
to zresztą podstawową zasadą, która mówi o dobieraniu odpowiednich narzędzi do
określonych zadań. Oczywiście można mikroskopem tłuc orzechy, jednak wytrzyma
on to zdecydowanie krócej niż młotek, a jako mikroskop stanie się bezużyteczny
jeszcze szybciej.
Wspólnoty
AA nie można zamrozić raz na zawsze w jej postaci z lat 40-tych ubiegłego wieku
- choć czasem wydaje się to kuszące. Wspólnota musi ewoluować i dostosowywać do
realnie istniejącej rzeczywistości. Musi przyjąć do wiadomości i nauczyć się
wykorzystywać telefony komórkowe, komputery, Internet, zmiany gospodarcze,
polityczne i społeczne. Taka właśnie Wspólnota AA - elastyczna i nowoczesna, a
jednocześnie skuteczna, jak przed siedemdziesięciu laty - jest naszym wspólnym
dobrem i wspólną odpowiedzialnością.
Co
może zagrozić Wspólnocie? Brak jedności. O tym mówi druga część I Tradycji.
Podziały, konflikty i rozłamy mogłyby się stać dla Wspólnoty trucizną
skuteczniejszą od nakazów czy zakazów formalnych.
Popularne
porównanie mówi o tratwie ratunkowej, której pasażerowie/rozbitkowie mogą się
spierać, sprzeczać, dogadywać, a nawet kłócić, ale jeśli część z nich postanowi
odrąbać swój kawałek tratwy i popłynąć w inną stronę, to szanse na przeżycie
dla obu grup natychmiast drastycznie maleją.
W
tym miejscu bardzo mi się przydaje znajomość początków AA (literatura!) czyli czasów, kiedy nie było jeszcze żadnych Kroków czy
Tradycji. Wspólnota mogła powstać dopiero wówczas, gdy Bill W. a po nim i inni pionierzy zorientowali się, że SAMEMU
zachować abstynencji właściwie się nie da, że indywidualne trzeźwienie ma nie
tylko bezpośredni związek, ale przede wszystkim wręcz wypływa z aktywności w
niesieniu posłania drugiemu człowiekowi. Tak, właśnie tak - niesienie posłania
rodzi trzeźwość. Odwrotnie niestety się nie da. Stąd zresztą stare powiedzenie aowskie, które mówi, że "jeśli trzeźwość nie rodzi
trzeźwości to, albo jej w ogóle nie było, albo nie była prawdziwą
trzeźwością".
Jeśli
decyduję się na przestrzeganie I Tradycji AA, to nie dlatego,
że kocham styl retro i te urokliwe dawne tradycje. Bez świadomości, jak ważna
jest jedność i działanie dla wspólnego dobra, wielu z nas po prostu umrze -
fizycznie lub duchowo. To nie sentymenty - to gra o życie.
Co
w takim razie powinienem robić, jak się zachowywać i postępować, żeby nie łamać
I Tradycji, a nawet być strażnikiem powierzonego, wspólnego dobra? Wymyśliłem
sobie w tym celu prosty test. Działa skutecznie i jest łatwy w użyciu, jednak
pod warunkiem, że nie zareaguję odruchowo i instynktownie, lecz dam sobie
moment, krótką chwilę na zadanie jednego tylko pytania: czy to, co chcę zrobić
lub powiedzieć ma dzielić czy łączyć?
Jeśli
mówię, że ONI w Regionie, a MY w grupie, jeśli popieram i aprobuję tylko te
działania Wspólnoty, które rozumiem (nie zadając sobie trudu, by poznać
całość), to niewątpliwie dzielę, a nie łączę.
Jak
każdy członek AA mam prawo wypowiedzieć swoje zdanie, przedstawić argumenty. Czy jednak w przypadku, gdy zapadnie decyzja nie
po mojej myśli, mimo wszystko staram się pomóc w realizacji, wesprzeć, czy może
tylko krytykuję i odcinam się, szydząc przy okazji? Pierwsza postawa łączy,
druga - dzieli.
Czy
obgaduję, krytykuję i oceniam innych AA? Banalne i powszechne słabostki, prawda?
Jednak różnice w ocenie postępowania i zachowania przykładowego Iksińskiego
podczas ostatniego mityngu mogą podzielić grupę na jego zwolenników i
przeciwników, na dwa zwalczające się obozy.
Czy to, co teraz piszę, ma dzielić czy łączyć?
Meszuge (wrzesień 2007)
Wystarczy jedynie pragnienie zaprzestania picia?
Kolejny razy zastanowiło mnie to ważne pytanie. Co pewien czas słyszymy od przyjaciół historie o wyproszeniu z mityngu kandydata do AA, bo akurat trafił na mityng zamknięty, bo jedna z obecnych osób nie wyraziła zgody na otwarte spotkanie AA. Nie znam tradycji AA, która by o tym mówiła. Po prostu drętwieję z bezradności i nie wiem co mogę powiedzieć. Tyle już o tym mówiono. Mogę się jedynie z wami podzielić moimi wątpliwościami.
Nasuwają mi się takie oto pytania:
Komu ma służyć mityng AA - jeśli nie temu który wciąż jeszcze cierpi. Jest to chyba jedyny cel każdej grupy - przyciągać tych którzy pomocy potrzebują.
Czy brak zgody na otwarcie mityngu przez jednego AA jest ważniejszy od losu alkoholika potrzebującego pomocy? A jeśli jeszcze się nie zidentyfikował, to wyprosić go bo jest mityng zamknięty? Powiedzieć - wróć gościu jak się namyślisz! Niektórzy z nas dopiero po jakimś czasie zdecydowali, że AA to dobre miejsce aby nie pić? Podobno tak jest za naszymi granicami. Nie produkują alkoholików wprost z drzwi. Czasem prowadzący mówi: jeśli jesteś tu pierwszy raz to usiądź posłuchaj a jeśli zechcesz to zdeklarujesz swoją przynależność pod koniec spotkania. Jeśli zechcesz! Dlaczego otwierać mityng, aby przyjąć nowego a zaraz potem to możemy go ponownie zamknąć? Kto z nas pamiętających swój pierwszy mityng, wyobraża sobie co by było gdyby wówczas został wyproszony lub cała uwaga zgromadzonych skupiłaby się na nim i na domiar tego rozgorzała by gorąca dyskusja, głosowanie i polemiki czy „otworzyć”? Rany Boskie, już się pocę, w życiu więcej bym do Was nie przyszedł.
No i co z tym dziwnym prawem: że jak się jeden nie zgadza to reszta nie może? Jak się ma w tym kontekście prawo nowoprzybyłego do bycia w AA – pod jednym tylko warunkiem. Nie musi przecież być nawet trzeźwy, o tym nic w tradycji trzeciej nie ma.
Nie musi się przedstawiać na początku mityngu, nie musi jako kolejny czytać tradycji ani kroków, nie musi deklarować czy jest czy też nie jest alkoholikiem.
Wystarczy jedynie CHĘĆ zaprzestania picia, której nie ma obowiązku w AA deklarować głośno. Nikt nie ma prawa wyrzucić go ani zabronić mu być. Ponoć to ON sam decyduję czy chce być? To jak to jest z tą trzecią tradycją? Kto decyduje o tym czy dziś będzie zamknięty, otwarty i czy „przyjmujemy”, czy nie? Gdzie szukać Tradycji AA o tym mówiącej? Czym lub jakimi zasadami kieruje się wówczas owe sumienie grupy?
Właściwie to po co mamy zamykać lub otwierać mityng? Oczywiste dla mnie jest, że jeśli decyduję się na mityngu AA ujawniać jakieś wyjątkowo kompromitujące mnie szczegóły mojego życia to jedynie po to, aby się uwolnić od koszmarów, abyście dowiedzieli się jaki naprawdę jestem i żebym już nie musiał dłużej udawać aktora. Co mi przeszkadza czy to otwarty czy zamknięty. Skoro postanowiłem że moja tajemnica ma być powszechnie znana? No chyba, że chciałbym w AA być INNY, a na zewnątrz INNY. Wówczas co innego mówiłbym na zamkniętych, a co innego w domu. Poza tym wydaje mi się, że mityng AA to nie jest konfesjonał gdzie powinienem klepać wszystko, co mnie terapia nauczyła. Wylewać brudy swojego całego życia. Od tego jest sponsor i Krok 4, ewentualnie psychiatra, terapeuta itd...
Pewnie wkładam kij w mrowisko, i wielu powie w tym miejscu: każda grupa ma prawo postępować jak chce bo jest niezależna w swoich poczynaniach. Ma prawo. No tak, ale z praw najczęściej wynikają też obowiązki. I tu pojawia się druga część tradycji: grupa może korzystać ze swojego prawa jeśli nie szkodzi AA jako całości. Wydaje mi się, że NOWY który w takiej zadymie otwierania/ zamykania uczestniczył, może odnieść przykre wrażenie jeśli chodzi o całe AA. Mało kto na początku w ogóle wie czym jest AA. Ja długo nie wiedziałem.
Moim zdaniem każdy mityng AA powinien służyć jednemu - dzieleniu się tym, jak i co dzisiaj zrobiliśmy, żeby się nie napić oraz wysłuchać innych.
Jakie trudności związane z alkoholem zdołaliśmy pokonać, jakie to przyniosło skutki dla naszej trzeźwości.
Czyli podzielić się tym - kim byliśmy, co się z nami stało i jak obecnie sobie radzimy ze swoim alkoholizmem! Dziś wydaje mi się to oczywiste. I na takie mityngi chodzę najchętniej.
Przez skórę czuję, że przyczyną
tych kontrowersji są niejednokrotnie tak zwane małe tradycje grupy. Wychodzi mi
na to, że te małe tradycje są ważniejsze, bo pozwalają łamać 12 DUŻYCH TRADYCJI
AA. Odnoszę wrażenie, że te „maleńkie tradycyjki”
szkodzą AA, jeśli wychodzą swoim zasięgiem poza sprawy porządkowe grupy. Może
umieszczać nad lub pod nimi taki oto ostrzegawczy, napis:
OSTRZEŻENIE!
„Małe
tradycje mogą przyczynić się do zbyt szybkiego upadku Grupy AA.
Powodują
rozwój wielu groźnych i śmiertelnych chorób.
Mogą
szkodzić Tobie i Twojemu otoczeniu”.
26.11.2007 lechu02
Z cyklu „Krótka
historia grupy...”
Grupa AA „KOTWICA” Skierniewice
mityng otwarty – ostatnia niedziela
przynależy do Intergrupy Mokotów,
Region Warszawa
działa od: 10.12.2006r
Jeszcze w
listopadzie 2006 roku w 50-tysięcznych Skierniewicach istniała tylko jedna
grupa AA. We
wrześniu 2006 spotkało się dwóch alkoholików z myślą o założeniu kolejnej
grupy. Głównym powodem tej inicjatywy było ich własne zapotrzebowanie na
większą liczbę mityngów w rodzinnym mieście. Próbę założenia grupy rozpoczęli
od poszukania lokalu. Wybór padł na parafie. Ostatecznie zdecydowano się na
lokal – salkę przy ul. Św. Floriana 2, którą zaproponował Ks. Proboszcz
Jan z parafii św. Jakuba. Za tą lokalizacją przemawiało to, że została ona
przeznaczona „tylko na nasze potrzeby”. To był „bardzo duży
plus” a nasze dotychczasowe doświadczenia nas o tym przekonywały.
Ponadto: oddzielny budynek, położony praktycznie w centrum miasta, łatwy do
zlokalizowania dla każdego chętnego. Sala wymagała dość gruntownego remontu i
adaptacji. Prace potrwały do początków grudnia.
Pierwszy
mityng grupy AA „Kotwica” w Skierniewicach odbył się w niedzielę 10
grudnia 2006r. Grupa opiera się i pracuje tylko na literaturze AA. Grupa ma
kolportera literatury AA. Od początku, Sumienie Grupy ustaliło podział
„kapelusza” – 60% na potrzeby grupy, głównie na opłatę sali i
40% wpłacamy na Intergrupę. Grupa posiada służby:
rzecznika grupy, mandatariusza grupy, skarbnika i wcześniej wspomnianego
– kolportera literatury AA. Od października 2007 powstało zapotrzebowanie
na służbę „dyżurnego” grupy – odpowiada on za klucze,
przygotowanie i posprzątanie sali po mityngu.
Członkowie
grupy zajęli się informacją o AA w mieście. Plakaty informacyjne o mityngach AA
w Skierniewicach zostały rozprowadzone do poradni odwykowej, poradni
uzależnień, poradni zdrowia psychicznego i do lokalnych przychodni zdrowia,
także do MOPS. W naszej ocenie są to miejsca, gdzie akurat w naszym mieście
jest największa możliwość napotkania tej informacji przez osoby potrzebujące
pomocy. Warto wspomnieć, że w skierniewickim szpitalu nie ma oddziału
odwykowego ani „detoksu”, a przychodnia odwykowa znajduje się w
innej części miasta.
Grupa AA
„Kotwica” do tej pory zorganizowała kilka mityngów spikerskich,
ostatnio na każdym mityngu otwartym. Częstymi „gośćmi” na Kotwicy
są AA-owcy z Sochaczewa, Łowicza i Rawy Mazowieckiej. W ten sposób swoim
istnieniem grupa łączy dwa regiony AA: warszawski i łódzki. Dotychczas
jednorazowo grupa przeznaczyła 20 zł na zakup literatury do ZK w Łowiczu.
Pod koniec
listopada 2007 członkowie grupy organizują warsztaty 12 Kroków AA, które
potrwają do marca 2008r.
ZZA KRAT
Jak mawia jeden z moich przyjaciół - jestem alkoholikiem i to jest dla
mnie bardzo ważne. A to, że mam na imię Andrzej, nie
ma żadnego znaczenia.
Witam wszystkich, którzy tak jak ja - odnaleźli się we
Wspólnocie AA, a wszystkim, którzy nie osiągnęli jeszcze tego stanu, życzę aby się odnaleźli.
Mam
37 lat, od trzech lat i siedmiu miesięcy przebywam w więzieniu. Obecnie jestem
w AŚ Warszawa-Mokotów. Od ponad czterech lat trzeźwieję. Pierwszy raz do
Wspólnoty AA trafiłem 12 lat temu. Od tamtej pory kilkanaście razy odchodziłem
i wracałem do Wspólnoty. Za każdym razem dotykając coraz głębiej swojego dna. W
międzyczasie pięciokrotnie przepiłem esperal,
kilkanaście razy targałem się na swoje życie, kilka razy bandyci tacy jak ja
wywozili mnie do lasu, kilka razy trafiłem do ZK.
Przez
cały ten czas starałem się znaleźć złoty środek tzn. nauczyć się kontrolować
swoje picie. W efekcie czego zostałem narkomanem i
hazardzistą, straciłem dom i rodzinę oraz chęć do życia. Straciłem szacunek do
samego siebie. Kiedyś, kiedy wróciłem do domu po „ciężkiej pracy”
przywiozłem do domu butelkę Coli z zawartością amfetaminy, którą wypił mój
6-cioletni synek. Ale i ten tragiczny dla mnie fakt nie uświadomił mi w pełni,
że mam poważny problem. Mój synek żyje, nie widzę u niego na dzień dzisiejszy
konsekwencji tamtego dnia, ale sumienie mnie gryzie.
Nie
piszę tego wszystkiego po to, aby się nad sobą użalać, ale dlatego, abym nie
zapomniał gdzie i kim byłem. Wszystkie te tragiczne doświadczenia z mojego
pijanego życia, choć bardzo bolesne, są dla mnie bezcenne, gdyż bez nich nie
byłbym w stanie wkroczyć na drogę do wolności. Wiem, że może to zabrzmieć
dziwnie, ale pierwszy raz w życiu poczułem się wolnym człowiekiem tu, w
więzieniu.
W miarę jak trzeźwieję, topnieją otaczające mnie mury i kraty. Dziś żyję na innym poziomie świadomości. Potrafię cieszyć się każdą chwilą i żyć dniem dzisiejszym. Dzięki Programowi AA jestem innym człowiekiem i wierzę w to, że mogę być szczęśliwym i mogę również szczęście dawać innym. Do końca kary pozostał mi jeszcze rok. W zeszłą sobotę byłem na pierwszej swojej przepustce. Wszystkie te zmiany w moim życiu możliwe były tylko dzięki temu, że mój Bóg postawił na mojej drodze wspaniałych ludzi ze Wspólnoty AA. Do zobaczenia po tamtej stronie muru, na szlaku.
W-wa
24.11.2007, Andrzej AA
Zdarzyło się tak, że przez prawie dwa tygodnie –
24 godziny dobę - przebywałam z alkoholikami, którzy chcą trzeźwieć. Wiedziałam po
co tam jadę. Miałam jeszcze raz spotkać się ze sobą w świetle kroków
I-III. Właściwie byłam zła na siebie za decyzję wyjazdu i pełna
lęków przed nowym, innym, nieznanym. Przerażała
mnie perspektywa spotkania nowych ludzi, brak kontaktu z domem i ze światem.
A przede wszystkim bałam się ponownego bólu przy rozgrzebywaniu przeszłości. Chciałam drugiego dnia uciec do domu. W
miejsca, które znam. Zostałam i na własne oczy, swoim sercem poznałam
magię bycia z drugim alkoholikiem.
Siedmioro. Tyle nas było
w grupie. Z różnych miejsc kraju. Dzień w dzień razem. Trudne tematy, bolesne
zdarzenia z życia, gdy alkohol był naszym królem,
panem. Nieznani sobie alkoholicy - przez Siłę Wyższą przeznaczeni na wspólne
przebywanie - razem, w jednym pomieszczeniu, całymi godzinami. Przyglądając
się sobie od środka mówiliśmy o bezsilności, niekierowaniu, wierze w moc
sprawczą Siły Wyższej i powierzaniu się Jej.
Był ból, łzy, strach i przerażenie.
Ale też i ulga, nadzieja i uśmiech. Każda godzina przybliżała
nas sobie. Każdy dzień stawał się bezcenny.
Po przyjeździe pytano mnie wielokrotnie:
Co stamtąd przywiozłaś? A moja odpowiedź jest niezmienna:
Wspaniałych przyjaciół
w sercu. Dzięki nim poznałam łzy wdzięczności. Słodkie, przynoszące ulgę. Poznałam uczucie miłości
– bezinteresownej – miłości do drugiego człowieka.
Dziś wiem, że można kochać kogoś tylko za sam fakt, że JEST, że Siła Wyższa postawiła
mi go na mojej drodze. Czy to mało? Dla mnie jest to odkrywcze. Nowe. Do tej pory nieznane. W
głębi serca pojawiło się jeszcze jedno wspaniałe
uczucie, którego przez całe swoje życie nie znałam – uczucie dobrej tęsknoty.
Tak, tak – dobrej. Moje dotychczasowe „tęsknoty”
były tęsknotami bolesnymi albo bardzo płytkimi
– takimi: „bo wypada tęsknić”.
Dziś
tęsknię za swoimi nowymi przyjaciółmi. Za wspólnym
przebywaniem. Ale to nie boli. Wiele od nich wzięłam i żeby nie przerwać
„kanału dostawczego”, jesteśmy w stałym kontakcie. Całą siódemką. I chociaż
myślałam przed wyjazdem, że wrócę, zapomnę i pójdę sobie dalej, to dziś
mam przeświadczenie, że ta dobra tęsknota
pozwoli nam spotykać się na szlaku. Wspierać
się. Być nadal razem, choć w różnych miejscach... Dziś
wiem, po co tam pojechałam. Po ten skarb bezcenny jakimi są
te uczucia: Wdzięczność, Miłość, Dobra tęsknota.
Pozdrawiam radośnie, Gosiali
BĄDŹMY PRZYJAŹNI DLA NASZYCH PRZYJACIÓŁ
Poczułem
się zażenowany, gdy z ośrodka leczenia uzależnień kolega przyniósł wiadomość o
tym, jak terapeuta wyrażał zdziwienie postawą aowców.
On w swojej pracy, w najlepszej wierze kieruje pacjentów do AA, a tam pacjenci
dowiadywali się, że terapia nie działa i dobre jest tylko AA. Te z domieszką
goryczy słowa pochodziły od terapeuty, którego kwalifikacje, sposób pracy,
postawę, bardzo sobie cenię. Dodatkowo przykro mi się zrobiło, że stosunkowo
niedawno sam wypowiadałem na mityngach podobne herezje. Powstały konflikt - o
ile w ogóle można mówić o konflikcie - jest, jak sądzę, wynikiem pewnego
nieporozumienia. Wielu alkoholików tak bardzo zaangażowało się w życie AA, że
nie dostrzega innych sposobów uzyskiwania trzeźwości. Zupełnie zapomina, że
zdecydowanie największa grupa trzeźwiejących alkoholików rozpoczęła swoje nowe
życie na terapii. W wielu przypadkach to właśnie oni, po terapii tworzyli
grupy, w których obecnie sam trzeźwieję. Mam nadzieję, że powstały na mityngach
afekt jest zrozumiały przez profesjonalistów, że z
życzliwą pobłażliwością przyglądają się kolejnym fazom naszego trzeźwienia.
Tylko tak potrafię wytłumaczyć sobie własne postępowanie.
Nieporadny
entuzjazm, z jakim uczestnicy AA wypowiadają się o korzyściach ze stosowania
programu AA sprawia wrażenie, że są przeciwni innym formom zdrowienia, że
powstają napięcia na linii AA - terapia. Nic bardziej mylnego.
Coraz
częściej uświadamiamy sobie, że alkoholicy kończący terapię mają do dyspozycji
kilka możliwości kontynuacji trzeźwego życia i to do nich należy wybór, którą
drogą chcą podążać. AA i jej zasady są tylko jedną z możliwych dróg. Alkoholik
może kontynuować trzeźwość jako uczestnik na przykład
duszpasterstwa trzeźwości. Już pobieżne spojrzenie pokazuje jak wielu
przyjaciół właśnie w postawie religijnej znajduje rozwiązanie na swoje życie.
Drugą drogę wskazują różne kluby, stowarzyszenia, fundacje. Przez wspólne
wycieczki, obozy terapeutyczne, korzystając w swym działaniu również z funduszy
zewnętrznych, preferują budowanie postaw abstynenckich. Ich działalność jest
stale omawiana w środkach masowego przekazu, nagłaśniana przez różne festyny.
Oczywiście nie możemy przeoczyć działalności ośrodków pomocy społecznej, gdzie
AA jest częścią programu wychodzenia z bezdomności czy skrajnej nędzy.
Sądzę, że
bez tej pomocy wielu obecnych przyjaciół nie miałoby cienia szansy na
podźwignięcie się do nowego życia. Chyba ten dosyć pobieżny przegląd wykazuje
jak wiele podziękowań kieruję do wszystkich pomagającym alkoholikom. Mam pełną
świadomość, że ośrodki te wypełniają tę część pomocy, której AA nie podejmuje,
a które dla wielu są niezbędne. Błędem moim i moich kolegów było to, że
chciałem przypisać innym stosowanie zasad, których sam jeszcze nie potrafiłem
stosować.
Dzisiaj,
gdy rozmawiam z młodymi w trzeźwieniu przyjaciółmi, zawsze podkreślam, że nie
ma konfliktu AA - terapia, a jeśli rozmówca aktualnie uczestniczy w terapii, to
niech uczestniczy w niej jak najlepiej. Dopiero później, ze sponsorem, gdy
zapragnie tego co w AA posiadamy, będzie miał okazję
poznawać i stosować zasady AA do końca życia. Dziękując Bogu za możliwość
spotkania z programem AA muszę jednocześnie sobie przypomnieć, że jakoś do tej
pory nie słyszałem na mityngu takiej wypowiedzi: byłem na terapii i to mi
zaszkodziło. Raczej wielu sobie chwaliło uzyskaną wiedzę.
Przy
okazji chcę wspomnieć o innym przypadku. Niedawno miałem okazję uczestniczyć w
spotkaniu AA w sąsiednim Regionie. Na to spotkanie zawiózł mnie zaprzyjaźniony
ksiądz. Jakież było moje zdziwienie, gdy podczas dyskusji wysłuchałem mnóstwa
ataków wobec duchowieństwa. Właściwie każdy z mówców wykazywał tak wojowniczą
postawę, że nie mogło być mowy o porozumieniu, a sprawa , dodając
pikanterii dotyczyła 11 Tradycji AA oraz spotkania opłatkowego. W drodze
powrotnej przypomniały mi się słowa Billa W. będące tytułem cyklu artykułów w książce "Język
serca" a publikowanych kiedyś w MITYNGU nr 16/17: Bądźmy przyjaźni dla
naszych przyjaciół.
Barmin E