MITYNG 09/135/2008
DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO
Mówić - to jedno, a
działać- to drugie. Niżej przedstawiamy coś z działania - fragmenty
ostatniego sprawozdania z Zespołu ds. Literatury
Regionu AA Warszawa:
(...) Kolporter Regionu poinformował nas o tym, że
kolejny raz Biuletyn MITYNG został zakupiony przez czytelników w pełnym
nakładzie i że zainteresowanie kupnem jest dużo większe niż nakład.
Zastanawialiśmy się nad jego zwiększeniem, aby słowo pisane trafiło do jak
największej liczby tych osób, które swoje trzeźwienie chcą wspierać
doświadczeniami spisanymi w MITYNGU. To wszystko, o czym piszemy wspólnie z
Wami w naszym biuletynie można przeczytać na stronie internetowej www.mityng.net.
Zdajemy sobie jednak sprawę, że nie każdy ma możliwość skorzystania z Internetu
oraz, że dla wielu forma papierowa Biuletynu jest bardziej przyjazna i
wygodniejsza w czytaniu. Czy nakład zostanie zwiększony zdecydujecie Wy,
Czytelnicy Biuletynu poprzez swoje zainteresowanie zakupem. (...)
Pamiętamy,
że jest wydawany i chętnie czytany ogólnopolski biuletyn ZDRÓJ i kolejny raz
zachęcamy do dzielenia się swoim doświadczeniem z szerszym gronem czytelników
poprzez pisanie do redakcji ZDROJU.
Warsztaty dotyczące służb a odbywające się w drugą
sobotę każdego miesiąca, cieszą się również zainteresowaniem. Frekwencja jest
liczna a głosów chętnych do wypowiedzi też jest wiele. Ten termin zostanie
podany do kalendarza na przyszły – 2009 rok. (...)
Intergrupa
z Anglii poprosiła o materiały dotyczące przeprowadzenia inwentury grupy.
W biuletynie MITYNG została wydrukowana relacja z przebiegu inwentury
jednej z warszawskich grup. Tę relację w formie elektronicznej Redakcja
Biuletynu zobowiązała się przesłać do Anglii.
Zastępca Rzecznika ds. Archiwum zachęca pozostałe
grupy do dzielenia się historią początków swojego istnienia i przesłanie
krótkich notatek. Każda taka notatka drukowana w Biuletynie jest dla nas cenna
i pozwala pamiętać o NASZYCH KORZENIACH. Pamięć tę warto przekazywać dalej
– tym, którzy przychodzą do AA po trzeźwość.(...)
9 Tradycja
Wspólnoty AA
Dziewiąta
Tradycja Wspólnoty Anonimowych Alkoholików brzmi: „Anonimowi
Alkoholicy nigdy nie powinni stać się organizacją; dopuszcza się jednak tworzenie
służb i komisji bezpośrednio odpowiedzialnych wobec tych, którym służą”.
Kiedy po
raz pierwszy usłyszałem tekst IX Tradycji, przyjąłem go do wiadomości, nie
zastanawiając się głębiej nad jego znaczeniem czy sensem. Kiedy jednak odrobinę
liznąłem AA (liznąłem zdaje się przez papierek i chyba z zupełnie niewłaściwej
strony), okazało się, że problemy wyskakują mi, jak grzyby po deszczu.
Wspólnota Anonimowych Alkoholików nie powinna nigdy stać się organizacją? No,
oczywiście, że nie powinna – ironizowałem – bo przecież już nią
jest. Czym niby, jak nie organizacją, jest struktura i podział na grupy,
regiony, komisje, jakieś Intergrupy, konferencje? Obłuda i zakłamanie, ot co!
Zadałem
sobie nawet nieco trudu i znalazłem definicję organizacji: «grupa ludzi
lub państw mających ustaloną strukturę i działających razem, aby osiągnąć
wspólne cele». Przecież do Wspólnoty AA pasuje to jak ulał –
wymądrzałem się.
Minęły
lata. Dużo w tym czasie czytałem, jeszcze więcej rozmawiałem, a nawet zdarzało
mi się słuchać, co mają do powiedzenia inni ludzie. I tak istota i sens IX
Tradycji AA (i innych) powolutku sączyła mi się w umysł i duszę…
Dziewiąta
Tradycja AA (jak to widzi Meszuge)
Wspólnota AA nie powinna nigdy stać się organizacją
– czy to oznacza, że jej członkowie mogą, a może nawet powinni, robić
wszystko chaotycznie, bezładnie, bez żadnego planu czy zastanowienia, według
własnego widzimisię, instynktownie i żywiołowo? No, przecież wiadomo, że nie o
to chodzi. No, to o co?
Oczywiście na początek – to było zresztą
najłatwiejsze – musiałem nauczyć się odróżniać organizację w znaczeniu
jakiejś struktury, od zorganizowania, czyli działania podjętego wspólnie,
którego cel, a także sposoby i metody, realizowany jest zgodnie z zasadami i realistycznie
opracowanym planem.
Pomimo braku
takiej właśnie struktury organizacyjnej Wspólnota AA może i, jak widać, działa
w sposób dobrze zorganizowany realizując swoje główne zadania określone w V
Tradycji i Preambule AA.
Jak więc działa Wspólnota Anonimowych Alkoholików? Bez
szefów, zarządu, kierowników, regulaminów dyscyplinarnych itp. elementów
niezbędnych ponoć do właściwego funkcjonowania jakiejkolwiek grupy ludzi,
począwszy od państwa, a na klubie działkowicza kończąc?
Warto w tym
momencie wyobrazić sobie typową organizację (strukturę). Na przykład zupełnie
dowolne ministerstwo. Departamenty, wydziały, komisje, sekcje, komórki.
Dyrektorzy, kierownicy, ich zastępcy, referenci, itd. Związany z określonym
stanowiskiem zakres obowiązków oraz kompetencji, możliwość podejmowania decyzji
(władza), regulamin dyscyplinarny, służbowe samochody, telefony…
Alkoholik Jan
K. – starszy referent sekcji do spraw jedności, wydział I Tradycji,
Departament Dwunastu Tradycji AA – czy tak miałoby to wyglądać? Czy o to chodzi?
Uposażenie związane z latami abstynencji i premia regulaminowa za 25 detoksów?
Oczywiście wszystko to wydaje się tak absurdalne, że
aż śmieszne. Ale jest też nieco mniej zabawna strona medalu – ludzka
natura. W takiej lub podobnej strukturze organizacyjnej zawsze znajdzie się
ktoś, kto zechce wdrapać się na szczyt drabiny, albo schować w jej cieniu.
Alkoholik Jan K., człowiek ambitny (bo i czemu nie?) zechce awansować, a przy
okazji wygryźć starszego referenta, alkoholika Stanisława N., którego nie
znosi…
Dr Bob w swoim ostatnim publicznym wystąpieniu
powiedział, że jak ścisnąć w garści cały program, to zostaną właściwie jedynie
dwa liczące się elementy: miłość i służba. W organizacji pokazanej powyżej, nie
ma przecież miejsca ani na służbę, ani na miłość. A co najgorsze, nie ma w niej
też miejsca na alkoholika, który wciąż jeszcze cierpi…
Gdyby Wspólnota AA stała się organizacją w potocznym
rozumieniu tego słowa, to jej szef (dyrektor?) albo jakiś zarząd, musiałby
automatycznie przyjąć – wraz z władzą – odpowiedzialność za
trzeźwienie wszystkich członków (podwładnych), a to przecież brzmi zupełnie
bezsensownie. Jednak problematyki władzy i zarządzania nie poruszam tu celowo
– o rządzeniu traktuje przede wszystkim Tradycja Druga AA.
Najważniejsze we Wspólnocie jest zbiorowe sumienie, a
„nasi przewodnicy są tylko zaufanymi sługami, oni nami nie rządzą”.
Prosta myśl przewodnia czy też motto Konferencji:
„Dzielimy się doświadczeniem, a nie zarządzamy w służbach”, jest
(moim zdaniem) znakomitą i bardzo jasną kwintesencją problemów z rządzeniem w
AA.
Niezwykle ważną w Dziewiątej Tradycji wydaje mi się
pełna dobrowolność w korzystaniu z Programu Wspólnoty AA (Kroków, Tradycji,
Koncepcji). Zakazy, nakazy, regulaminy, sankcje, władza i inne elementy typowe
w organizacyjnej strukturze rodzą opór i sprzeciw oraz rozmaite sposoby na ich
obejście i sabotowanie. I nic w tym dziwnego – przecież przekora jest
typowym składnikiem osobowości alkoholika, a moim na pewno. No, ale przecież
nie będę sabotował czegoś, co sam, z przekonania, dobrowolnie przyjąłem!
Ja nie stosuję zaleceń Programu dlatego, bo nakazują
mi to przełożeni, bo tak wynika z zakresu moich obowiązków służbowych, bo to
należy do zadań komórki organizacyjnej, w której pracuję i odpowiadam za to
przed przełożonym (szefem) – nie. Obserwuję innych AA. Nie piją, mają
zwykle poukładane życie, są często pogodni i zadowoleni. I ja też tak
chciałbym, a więc zwyczajnie i po prostu robię to, co robią i robili oni, żeby
taki stan osiągnąć – poznaję Program, staram się realizować go w swoim
życiu, pracuję ze sponsorem i podejmuję się pełnienia kolejnych służb we
Wspólnocie AA.
Podobna reguła dotyczy grup AA. Nikt im przecież nie
jest w stanie niczego narzucić czy nakazać, ale wieloletnie doświadczenie
wykazuje, że kiedy grupa konsekwentnie rezygnuje i odmawia stosowania duchowych
zasad zawartych w Dwunastu Tradycjach, to prędzej czy później po prostu
„umiera”. Niestety, sam miałem okazję trzy razy w życiu obserwować
coś takiego.
A wracając do służb we Wspólnocie – jak mają się
one do Dziewiątej Tradycji AA, czy nie są organizacją, albo czy nie ma w nich
jakichś elementów władzy lub zarządzania?
Służby Wspólnoty AA, mimo, że zorganizowane w
Intergrupach, Regionach, Komisjach i Konferencjach, nadal nie są organizacją. A
możliwości decyzyjnych mają dokładnie tyle, ile jest potrzeba do właściwej
realizacji powierzonych im zadań.
Mam nadzieję, że nikogo nie urażę, ale w tym momencie
przychodzi mi do głowy plebania – być może dlatego, że i na plebanii i we
Wspólnocie AA „głównym szefem” jest miłujący Bóg. A więc jest
plebania: proboszcz, kilku księży i gospodyni. Nie ulega chyba najmniejszej
wątpliwości, kto w takim układzie pełni rolę służebną, prawda?
Żeby gospodyni
mogła w sposób zadowalający pełnić swoją „służbę”, musi od księży
dostać pieniądze. To ona przecież kupuje artykuły spożywcze, środki czystości i
inne rzeczy. Ma więc nad powierzonymi pieniędzmi pewną „władzę”,
decyduje przecież co, gdzie i kiedy kupić. Rzecz jasna nie zwalnia jej to z
obowiązku wyliczenia się z otrzymanych kwot. Gospodyni może też dysponować
pewnymi narzędziami – ma do dyspozycji kuchnię i zgromadzone tam sprzęty,
ma jakiś schowek na szczotki, ścierki, itp.
Wspólnota AA nie jest organizacją i nie ma w niej
żadnego zarządu czy zarządzającego, ale przecież osobom lub grupom, które nam
służą Wspólnota musi dać pewne uprawnienia, dzięki którym taka służba jest w
ogóle możliwa. Zakres tych uprawnień i rządzące nimi zasady, opisują Koncepcje
AA.
„Anonimowi Alkoholicy nigdy nie powinni stać się
organizacją” z innego jeszcze powodu – gdyby coś takiego nastąpiło,
wiele innych Tradycji AA natychmiast straciłoby sens i rację bytu. Czy można
sobie wyobrazić organizację, w której jedynym warunkiem uczestnictwa jest tylko
chęć zaprzestania picia? Organizację, w której tak naprawdę (w sensie
formalnym) nikt, nic nie musi?
Meszuge (V 2008)
Kim jestem?
Swego czasu, gdy moje życie „za mgłą”
koncentrowało się na dochodzeniu do siebie po kolejnym ciągu, bądź też
planowaniu jak tu zorganizować kolejną dawkę „cudownego leku” do
zagłuszenia własnego ego, udzielenie przez mnie odpowiedzi na pytanie Kim
jesteś? było
bardzo trudne, powodowało rozdrażnienie, lęk, wstyd i jeszcze szereg niezbyt
przyjemnych uczuć.
Dziś, gdy mam już za sobą pewien okres wzrastania
według duchowej recepty AA, nie mam już problemu z odpowiedzią na to pytanie.
Nie mam też problemów z hierarchizacją wielu odpowiedzi na to pytanie jakie mi
się nasuwają.
Po pierwsze jestem Dzieckiem Bożym. Wiem, że moją
trzeźwość, taką jaka jest na dziś, zawdzięczam działaniu Bożej Opatrzności. To
mój Bóg nie narzucając się czekał na mnie, a raczej na moją gotowość do
ponownego spotkania z nim i odkrywania jego tajemnic w zaciszu parku
tworkowskiego nad Utratą. Przyjął mnie jak syna marnotrawnego darując mi swą
bezgraniczną miłość, pomimo że tyle razy się na mnie zawiódł, przygarnął i
powiedział – Otaczaj się ludźmi,
którzy mają Mnie w swoim sercu. Staram się
otaczać dziś takimi ludźmi. Wiem, że nawet gdy ich zabraknie, pod ręką zawsze
On będzie czekał na mnie gdzieś w zacisznym miejscu – już nigdy więcej
nie będę więc samotny, co było przez lata moją udręką. Mam tylko być gotowy, co
dnia stosować pierwsze trzy kroki naszego Programu – Ja
nie mogę – On może – Ja mu pozwolę.
Po drugie jestem alkoholikiem. Mówię to dziś
bez wstydu, coraz odważniej i nie tylko na mityngowej sali (oczywiście z
rozwagą). Kiedyś trudno mi było się do tego przyznać, dziś czynię to z pełnym
przekonaniem. Mówię to na każdym mityngu do was, ale przede wszystkim do
siebie, by sobie uprzytomnić kim byłem, kim jestem i kim mogę się stać gdy
sięgnę po pierwszy kieliszek. Dziś jestem trzeźwym, pomnym swych doświadczeń,
wdzięcznym alkoholikiem. Dziś wierzę w to, co jest napisane w trzeciej tradycji
„Nie
ważne kim jesteś i jak nisko upadłeś. Nie jest istotne, jak pogmatwane jest twe
życie wewnętrzne..... nie odrzucimy cię.....”. Na sali
mityngowej zawsze znajdę bezpieczne schronienie, a swoiście wtedy, gdy pozwolę
sobie „upić się” swoimi rozhuśtanymi emocjami.
I po trzecie jestem Synem. Moja Matka, która
dwukrotnie dała mi życie jest dziś wśród nas i może cieszyć się i być świadkiem
zmian w moim życiu. Dom rodzinny i w nim Matka to kolejne zacisze, gdzie mogę
wrócić by nie pozostać sam ze sobą, bo jest to dla mnie duże zagrożenie.
Prawdziwa Matka nigdy nie wyrzuci syna ze swego serca. Będzie z nim na dobre i
złe współcierpiąc w chwili jego bezradności, zatopiona w modlitwie w jego
intencji. Taką była i jest moja Matka, która nie bacząc na rany jakie jej przez
wiele lat zadawałem, służy mi do dziś swoim wsparciem. Chyba już nadszedł czas
dla mnie by w sposób odpowiedzialny pełnić rolę Jej syna.
Te trzy odpowiedzi są mi najbliższe. To one wyznaczają
moje dalsze relacje. Dopiero potem jestem ojcem, partnerem, przyjacielem,
pracownikiem, znajomym, sąsiadem itp. Najważniejsze jest to, że to one
oznaczają moją tożsamość. Bóg, Wspólnota AA i Matka, to dla mnie trzy swoiste
„koła ratunkowe”, to w tym towarzystwie w swojej bezsilności
znajduję siłę – już nie jestem bezradny. Są to też moje korzenie. A nic,
ani nikt nie przeżyje, gdy nie ma swoich korzeni. Drzewo uschnie bez korzeni, a
drapacz chmur nie oprze się podmuchom wiatru bez swoich fundamentów. Gdy będę
znał „swoje korzenie” nie będzie w mym sercu pustki
egzystencjonalnej, takiej jak była w moim alkoholowym życiu, gdy nie mogłem
spojrzeć za siebie, ani przed siebie. Nie wiedziałem Kim jestem?. Dziś to
wiem i wiem, gdzie zawsze mogę powrócić - pozwala mi to z wiarą i nadzieją
poruszać się pomiędzy rafami i mieliznami życia i ufać „że cały
ten świat ze swoim znojem, zakłamaniem i rozwianymi marzeniami, może być
jeszcze piękny”.
Andrzej 04 AA
Warsztaty w niesieniu posłania do Zakładów Karnych
Punkt Informacyjno - Kontaktowy, Brazylijska
10, Warszawa dn. 21.06.2008
Warsztaty odbyły się pod
hasłem „Działajmy
a nie gadajmy”. A oto
zapisane fragmenty wypowiedzi:
1. Jak nieść posłanie AA do Z.K. aby było zgodne z
Tradycjami AA?
- aby nieść posłanie do Z.K., trzeba zacząć chodzić do
Z.K. Jestem kilka miesięcy na wolności i byłem w paru Zakładach koło Warszawy;
- przychodzę
ma mityng do ZK aby opowiadać, że można żyć bez alkoholu. Że program 12 kroków
i 12 tradycji jest programem prostym i pozwala godnie żyć i rozwijać się
duchowo;
- informowanie
po co ja tam przychodzę, nie załatwiam żadnych spraw. Czytanie ulotki
„Czego AA nie robi”. Chodzić systematycznie na mityngi AA. Być
odpowiedzialnym;
- mimo wielu
przyjaźni w Zakładach Karnych, nie załatwiam spraw osadzonym. Bo to nie jest
mój cel, nie przynoszę papierosów, itp. Choć kiedyś tak robiłem i myślałem, że
tym zdobędę zaufanie więźniów. Teraz wiem, że to nie jest zgodne z tradycjami,
a te traktuję poważnie;
- być
konsekwentnym w działaniu. stosować te zasady a nie kierować się osobistymi ambicjami.
Po prostu być sobą;
- tak jak jest
napisane – przychodzić na mityngi do ZK;
- dzielić się
doświadczeniem z trzeźwego życia;
2. Czy mam jakikolwiek problem w niesieniu posłania do
Z.K. (obawy, lęki)?
- nie
mam żadnych problemów w niesieniu posłania do ZK, czuję się jak w drugim domu,
spędziłem tam sporo lat. Dostałem wówczas coś i teraz chciałbym to oddać;
-
przez kilka lat miałem przeświadczenie, że tylko niesienie posłania do oddziału
odwykowego jest dla mnie potrzebne i dobrze się tak czułem. Teraz potrafię
pogodzić mityngi na odwyku z mityngami w Zakładzie Karnym. Byłem w Zakładzie
Karnym 43 lata termu i dziś wiem, że nastąpiła duża zmiana w Zakładach.
-
coś musi być, bo jest bardzo mało chętnych do niesienia posłania w ZK;
-
w moim przypadku – nie mam, gdyż tam dostałem swoją trzeźwość;
-
nie mam dziś obaw i leków. mamy otwarte bramy, mamy pomieszczenia. Zadbajmy o
to, abyśmy to my byli na tych mityngach. Dobrym sposobem jest powiedzieć
sponsorowanemu – ja poświęcam czas dla ciebie, ty oddaj to w więzieniu;
-
możesz przyjacielu zobaczyć, jak wielka jest wdzięczność dla AA, że ty zostałeś
przed tym cudowanie uratowany. I że warto się tym dzielić;
-
jeśli masz problem w niesieniu posłania do ZK to przyjdź na warsztaty lub na
czwarty czwartek miesiąca i przekonaj się, że mityngi w ZK są tak samo
potrzebne jak na wolności. Czekaja tam ludzie, którzy czekają na moje posłanie.
Pójdziesz pierwszy raz i przekonasz się, że jesteś potrzebny;
-
tak. Lęk przed tym miejscem, otoczeniem, ludźmi tam przebywającymi, że nie będę
umiał zachować w sytuacji, która przerosłaby mnie;
-
mam problem, bo nie wiem, jak zareagowałbym na prywatne prośby kolegów;
- mam problem
z pokonywaniem własnych barier.
3. Co można zrobić aby przekonać przyjaciół z AA, że
za murem też są alkoholicy którzy chcą zdrowieć?
- nie mam daru przekonywania alkoholików do chodzenia
za mur. Ale wiem iż jak ktoś chce i ma taką potrzebę chodzić dobrowolnie, to
tak będzie. I nie musiał przebywać w ZK;
- mogę tylko mówić o mityngach wolnościowych, że
ludzie tam przebywający oczekują na mityng, że praca nad piąta Tradycją inaczej
odbywa sie w grupie wolnościowej a inaczej w Zakładzie Karnym. Myślę, że na
mojej grupie macierzystej znajdzie sie grupa osób, która będzie niosła posłanie
AA do ZK;
- chodzić na mityngi i mówić o mityngach za murem.
Mówić prawdę i nie narzekać;
- jak najwięcej o tym mówić, pisać w biuletynach, że
to jest bardzo ważne;
- są tacy sami alkoholicy jak na wolności, oni mogą
być na mityngu tylko wtedy, gdy ja albo ty przyjdziemy. Oni będą Ci na pewno
wdzięczni, nawet jeśli tego nie powiedzą;
- mówić na mityngach, przełamywać stereotypy
własnym przykładem;
- ubolewam nad tym, że grupy nie we wszystkich
jednostkach mogą być w pełni samodzielne i że administracyjnie nie zezwala się
na samodzielność grupy, co jest przyczyną? Może warto organizować spotkania dla
funkcjonariuszy SW. Mówić, że wielką wartością dla grupy jest odpowiedzialność
i samodzielność, są to elementy bardzo potrzebne w trzeźwym życiu.
- szukać przyjaciół wśród profesjonalistów.
Przesłanie:
Gdy ktokolwiek gdziekolwiek potrzebuje pomocy, chcą by
napotkał wyciągnięta ku niemu pomocną dłoń AA. I za to jestem odpowiedzialny.
A często tak bywa, że bez naszego udziału mityngi w Z.K.
się nie odbywają. A przecież jesteśmy odpowiedzialni.
----------------------
Przypominamy, że Zespół
ds. Zakładów Karnych spotyka się w
czwarty czwartek miesiąca o godz. 18:00 w Punkcie Informacyjno –
Kontaktowym, ul. Brazylijska 10 w Warszawie. Jeśli chcesz nieść posłanie w
Zakładach Karnych – przyjdź, dowiesz się wiele. Zapraszamy!
Zadośćuczynienie
W numerze sierpniowym pisałem o liście osób, a teraz o
swoich doświadczeniach co do kroku IX – „Zadośćuczyniliśmy
osobiście wszystkim...”. Uzbierało się takich dobrych zdarzeń wiele,
lubię je pielęgnować i dlatego piszę.
Żona. Kiedy piłem, ciągle ją krytykowałem, zwłaszcza za
zakupy. Bo uważałem, że wiecznie kupuje rzeczy zbędne, za drogie, że jest
rozrzutna... Więc ją opiep..., przepraszam,
krytykowałem, i to mocno.
Kiedy już pracowałem nad Programem AA, nie piłem, żona
kupiła biały imbryczek do herbaty, na podstawce ze świeczką. Więc ja, po
staremu, już, już szykowałem się do ataku – „na co to komu takie
byle gówno?!” A przecież dopiero co pracowałem nad krokiem VII.
Zatrzymałem się, pomodliłem. Zanim coś powiedziałem, poprosiłem Boga o pomoc. I
zobaczyłem zapracowaną, kochaną żonę i matkę, która zmęczona po pracy zrobiła
zakupy i wraca do domu z ciężkimi siatkami,
załatwiła sprawy dla całej rodziny. Jakoś ciepło, przyjaźnie mi się
zrobiło. Doceniłem jej działania, zaakceptowałem jej wybór. A imbryczek od lat
stoi w kuchni i dobrze nam służy. Bardzo go lubię.
Córka. Kiedy piłem, nie słyszałem jej głosu, nie umiałem
jej wysłuchać.
Zdarzyło się, kiedy byłem już w AA i nie piłem, że
córka wulgarnie odezwała się do matki i uciekła na górę do pokoju, niby TV
oglądać. W pierwszym odruchu wykonałem polecenie żony, żeby jej przylać za ten
wulgaryzm i zacząłem, rozzłoszczony, maszerować na górę. Szedłem ją uderzyć,
schodek 1,2,3,4, dość szybko. Ale zwolniłem. Przecież tyle razy w życiu
niesłusznie ją uderzyłem. Schodek 5,6,7,8... Boże, jak ja mam dzisiaj
postępować? 9,10,11,12... Jakim ojcem ja mam być, Boże? 13,14,15,16... Pomóż
mi, Dobry Boże, chcę być lepszy. Schodków jest 17. Powoli wszedłem do pokoju,
już bez złości, szukając odpowiedzi na pytania. A córka powiedziała mi, dziwnie
spokojnie: „Tata, zostawcie mnie w spokoju. Jestem jaka jestem. Zajmijcie
się sobą”. Przez całe lata mówiła to do mnie, a ja nie słyszałem! Serce
mi stanęło, aż się zatrzymałem w bezruchu, żeby niczego nie zagłuszyć. Nigdy
dotychczas tak wyraźnie, tak głęboko nie dotarło do mnie to, o co córka
prosiła. O akceptację. I ja to usłyszałem.
Matka. „... z wyjątkiem tych przypadków, gdy
zraniłoby to ich lub innych”
Moja mama jest już po siedemdziesiątce. Przez znaczną
część mojego picia była poza krajem, widywaliśmy się raz w roku, nie widziała
więc ostatnich lat mojego picia, mojego upadku. Dzisiaj nie bardzo chce
słyszeć, że jestem alkoholikiem, nie chce rozmawiać o - jak to mówi -
„jakichś pojedynczych zdarzeniach”. Cieszy się, że nie piję
alkoholu i już, chce uważać mnie - jak to mówi - „za silnego
mężczyznę”. Chętnie opowiedziałbym jej o swoich doświadczeniach, kiedyś
chciałem nawet zaprosić na swoją spikerkę, wyznać błędy... Ale jeśli matka tego
dzisiaj nie chce, to ja to uszanuję.
Pozdrawiam,
S. AA
Warsztaty TRADYCJA V – SŁUŻBA NIESIENIA POSŁANIA
Punkt
Informacyjno - Kontaktowy, Brazylijska 10, Warszawa dn. 09.08.2008
TRADYCJA V –
„Każda grupa ma jeden główny cel: nieść posłanie alkoholikowi, który
wciąż jeszcze cierpi.”
„Tylko,
dlatego, że należeli do wspólnoty, częstokroć byli oni w stanie pomóc mi w tym,
w czym inni pomóc mi nie mogli.” – „Jak to widzi Bill”
W czasie
warsztatów, co stało się już zwyczajem, biorący w nich udział notowali swoje
odpowiedzi na przedstawione przez prowadzącą pytania. Nie było to oczywiście
obowiązkowe, ale jest bardzo pomocne przy gromadzeniu naszych wspólnych
doświadczeń, które poniżej przedstawiamy:
1. W jaki
sposób dotarła do mnie informacja o Wspólnocie Anonimowych Alkoholików?
- Tradycja V precyzuje i przybliża fragment
zdania zalecanego w XII Kroku. Ogólnikowe „my” przenosi na
grupę. Grupa AA „wie” jak
pomóc cierpiącemu alkoholikowi. Mało tego - grupa AA „powinna”
pomóc cierpiącemu, wypływa to z tejże Tradycji. Nie jestem zwolennikiem
pojedynczego niesienia posłania z obawy, że mogę popełnić drobny błąd i to
nieświadomie, który może zaszkodzić nie tylko mnie, ale i tej osobie. Natomiast,
jeśli będzie nas dwóch (i to jest w pewnym sensie grupa) popełnienie błędu
można zniwelować do minimum. Boję się pełnić pojedynczego posłannictwa. Kiedyś
byłem taki „the best”, dzisiaj staram się tego unikać, zacząłem się
pytać jeśli czegoś nie jestem do końca pewien.
-
z dyżuru telefonicznego;
-
w poradni od terapeuty;
-
w Al.-Anon – miałam pijącego męża, ja nie piłam. Przypomniałam sobie o AA
jak sama chciałam przestać pić;
-
będąc na terapii, kolega z grupy zaprosił mnie na pierwszy mityng;
-
na terapii odwykowej w 1981r. – nie skorzystałem z informacji, w rozmowie
z drugim człowiekiem w 1990 r., jak się okazało potem aowca –
skorzystałem z informacji i poszedłem na pierwszy mityng;
-
o Wspólnocie dowiedziałem się po raz pierwszy na oddziale detoksykacyjnym;
-
program telewizyjny. Pierwszy kontakt z AA przez terapię;
-
pierwszy mityng „wymyślili” dla mnie terapeuci, a pierwszy raz
usłyszałem o AA w knajpie;
-
w osiemdziesiątych latach. Ale uważałam, że to nie dla mnie. Dopiero w 2001 przyjęłam
się do AA, bo to jest dla mnie;
-
kolega na terapii o tym wspominał i tak trafiłam do AA;
-
właściwie o Wspólnocie AA wiedziałem od dziecka. Ojciec mojego kolegi z
podstawówki jest nadal w AA. Będąc dzieckiem chodziłem tam na zabawy. Jednak ja
największą pomoc uzyskałem przez Internet.
2.
Posłanie niesione przez grupę na własnym terenie - poprzez ulotki, plakaty,
ogłoszenia.
- moja grupa niesie posłanie na detoksie. W
lokalu, w którym odbywa się mityng wisi jedynie kalendarz AA;
-
nie wyżej wymienione. Dla mnie ważna była systematyczna obecność już
trzeźwiejących;
-
udział w mityngu w Szpitalu Praskim (detoks), członkowie grupy biorą czynny
udział w redagowaniu biuletynu MITYNG;
-
każdy nowicjusz otrzymuje książeczkę adresową oraz „Rzut oka na AA”
z wypisaną nazwą grupy oraz adresem. Dodatkowo zostawiamy na izbie przyjęć
ulotki „Rzut oka na AA”. Często na inwenturach zajmujemy się tylko
i wyłącznie wyborem do służb, zapominamy o naszym podstawowym celu, jak
bardziej skutecznie realizować V Tradycję;
-
mityng oznaczony jest przed wejściem plakatem. W trakcie trwania mityngu
wykładane są ulotki. Ulotki i broszury, jak i też literatura są dostępne u
kolportera grupy;
-
posłanie niesione przez grupę poprzez ulotki, plakaty, ogłoszenia i informację
o terminie spotkań mojej grupy. Może to być np. wpis z adresem grupy na
potwierdzeniu obecności dla terapeutów;
-
chodzę na detoks do szpitala i chętnie służę swoim czasem, jeżeli ktoś się
zwraca o pomoc. W mojej pracy też są ulotki, z których korzystają klienci;
-
nie do końca identyfikuję się z konkretną grupą, ale od tej, w której się
przyjąłem mogę liczyć na pomoc;
-
rozdajemy ulotki nowoprzybyłym oraz książeczki adresowe.
3.
Nowoprzybyły na mityngu – wsparcie grupy, komitet powitalny – jak
ja zostałem przyjęty przez grupę?
- komitet powitalny był niejednokrotnie
powoływany i działał raz dobrze, raz źle. Natomiast członkowie grupy na
pierwszym mityngu dzielą się swoim
doświadczeniem;
-
nie umiem swobodnie, szczerze zachęcić czy serdecznie przywitać;
-
z nowoprzybyłymi rozmawiamy po mityngu, atmosfera jest wtedy luźniejsza i
łatwiej im się przełamać, zadać pytania itd. Ja osobiście zostałem przywitany
we Wspólnocie AA dopiero około 2-letniej trzeźwości;
- zostałam przyjęta brawami, a na tamten
moment było to ważne, że nikt nie zadawał pytań i nie musiałam mówić o sobie a
wtedy było mi trudno. Ja sama zamieniłam kilka słów z nowoprzyjętym członkiem
Wspólnoty, kiedy widzę, że ma ochotę rozmawiać;
-
byłem tak speszony, że nie umiałbym dobrze przyjąć zbytniego zainteresowania od
obcych wówczas osób;
- było okropnie, ale dlatego zostałam i jestem
do dzisiaj (na złość prowadzącemu);
-
bardzo dobrze mnie przyjęto, otrzymałam książeczki i zostałam oficjalnie
powitana oklaskami;
- mój pierwszy mityng odbył się w małym
mieście. Dostałem brawa, przeczytano mi parę formułek. Podczas przerwy czułem
się samotnie.
4. Aktywne uczestnictwo mojej grupy w dyżurach
telefonicznych i internetowych w PIK-u.
- tak-
grupa cyklicznie raz na 2 miesiące uczestniczy w dyżurach telefonicznych;
- dotychczas – nie;
- od momentu wstąpienia do AA, będąc w
służbach;
- jak najbardziej – tak, dyżury on-line
co 2 tygodnie, natomiast dyżur telefoniczny raz na 2 miesiące;
- grupa aktywnie uczestniczy w dyżurach. Ja
jeszcze nigdy nie brałam w nich udziału ale chciałabym w przyszłości
uczestniczyć w takim dyżurze;
- działa prężnie wszędzie, gdzie trzeba nieść
posłanie;
- nie uczestniczyłam w dyżurach, ale kiedyś
zamierzam to robić, mam dopiero 67 dni trzeźwości;
- wiem, że moja macierzysta grupa uczestniczy
w takowych dyżurach w PIK-u.
5. Czy czuję się odpowiedzialny za pokazanie
drogi „do” i „w” AA innym cierpiącym i realizuję V
Tradycję wspólnie ze swoją grupą?
- tak, czuję się odpowiedzialna i dlatego razem
z grupą uczestniczę w niesieniu posłania na detox, do więzienia, jak również
pełnię dyżury przy telefonie. Również mityng spikerski jest formą niesienia
posłania;
-
czuję się odpowiedzialna za pokazanie drogi, ale już rozgraniczam
odpowiedzialność za czyjeś trzeźwienie;
-
niesienie posłania w grupie dla mnie wiąże się ściśle z wdzięcznością za swoją
trzeźwość. Odpowiedzialność, jaka na mnie spoczywa obliguje mnie do pomocy
innym potrzebującym-cierpiącym. Brak niesienia posłania wypływa z mojego
egoizmu, egocentryzmu. Wciąż jeszcze myślę o pomocy grupy mnie cierpiącemu. Jak
długo będę tym cierpiącym? Zależy ode mnie, kiedy przestanę się skupiać na
sobie.
-
będzie to nieskromne, ale powiem stanowczo – TAK. To właśnie dzięki
grupie AA odzyskałem sens życia, otrzymałem to za darmo, więc muszę to oddać
przynajmniej w małej części;
-
na początku przez jakiś czas przyglądałem się jak to działa i ciągle się
jeszcze uczę, ale myślę, że w miarę coraz aktywniejszego uczestnictwa w AA -
podjęcie służby – mogę już powiedzieć, że realizuję V Tradycję;
-
jestem zwolennikiem uczestnictwa w mityngach informacyjnych na detoksach, w
zakładach karnych. Indywidualne rozmowy z alkoholikami wyczerpują mnie;
-
obecnie czuję się odpowiedzialna tylko za siebie i swoje trzeźwienie;
-
obecnie jestem prowadzącym mityng grupy AA „Przemienienie”. Myślę,
że poprzez ten bezpośredni kontakt z ludźmi na detoksie jest doskonałym
miejscem do pokazania drogi do AA. Kiedy kończy się mityng, często rozmawiamy
jeszcze z ludźmi w szpitalu właśnie o Wspólnocie;
- długo chciałem być solistą, na mityngi wpadałem turystycznie, traktowałem jak grupę wsparcia. Obecnie ja to tak rozumiem - nie jestem we Wspólnocie AA, jeśli nie biorę udziału w niesieniu posłania. O tym mówi i Preambuła AA i V Tradycja.
LISTY
DO REDAKCJI
Witam piszę do MITYNGU z chęci
podzielenia się moim trudnym doświadczeniem.
Krok IX mówi „Zadośćuczyniliśmy osobiście
wszystkim, z wyjątkiem tych przypadków, gdy zraniłoby to ich lub innych”. Ja już nie chciałem ranić żony.
Rozstać się bez gniewu
Wielu jest takich jak ja - jestem w
wieku średnim, od wielu lat jestem jeszcze żonaty, a od paru lat nie piję
i nie biorę. Życie w moim małżeństwie nie było usłane różami dla mojej żony, jak
i dla mnie. Od samego początku naszej znajomości uważałem się za innego, lepszego bardziej inteligentnego człowieka niż moja żona.
Chociaż tak naprawdę niczym się nie różniłem od
niej, to ciągle właśnie myślałem w ten sposób. Zawsze to ja więcej
zarabiałem i uważałem że mi wszystko wolno, bo to ja dyktuję reguły gry. Więc poniżałem,
wyzywałem, gardziłem, wyśmiewałem się z żony jak
i całej jej rodziny. Często gdy
byłem pijany i nawet w trzeźwym moim
życiu. Raniłem ją
ogromnie i bezlitośnie, nawet mogę powiedzieć że
czasami sprawiało mi to radość. Ciągłe awantury, krzyki , wyzwiska, stały się naszym chlebem codziennym. Zapragnąłem ciszy i spokoju widząc do
czego to mnie i żonę
zaprowadziło. Nasze dzieci małe
jeszcze, stały się nerwowe, kłótliwe niczym ja i żona,
nawet używały przekleństw dokładnie takich samych, które padały z moich ust podczas kolejnej wojny.
Tak - wojny - bo to nie były kłótnie, a mordercze wojny dwojga ludzi,
długie i bardzo wyczerpujące
emocjonalnie niczym walka wręcz na prawdziwym polu walki, istne
piekło i straszna katorga.
Porównuję to do osiągnięcia
swojego dna w chorobie alkoholowej, a może nawet
i gorzej. Trwałem w tym wszystkim prawie od samego początku naszego związku, nie
powiem były i radosne, oraz miłe
chwile, ale było ich jak na lekarstwo. Przeważnie
kłóciliśmy się
zażarcie ząb za ząb
i oko za oko. Zacząłem od tego uciekać, uciekałem w wirtualny świat gdzie odizolowywałem się od świata zewnętrznego, gdzie nie było wojen
i krzyków. Taki inny syntetyczny świat,
sam tworzyłem go takiego jakim chciałem żeby był, czułem
się tam, bardzo bezpiecznie i bardzo dobrze, otrzymałem upragniony spokój.
To jest prawda że tak było, nawet nie zauważyłem kiedy życie zaczęło mi uciekać przez palce. Mijały dni tygodnie, a nawet i lata, nie wiedziałem jakie są dni tygodnia - dokładnie jak w cugu alkoholowym. Depresje i stany głębokiej psychozy, oraz nieustanne lęki towarzyszyły mi na
co dzień, bałem się
wyjść do sklepu, a co dopiero na spotkanie AA. Kolejny raz popadłem w sidła uzależnienia,
tym razem internet. Komputer zawładnął mną na dobre. Wyczerpany skatowany
psychicznie z wyrzutami sumienia , niespełnionych
obietnic danych sobie, tkwiłem tak cały czas i osiągnąłem
kolejne dno, gdzie nie było już
niczego tylko samo cierpienie i ból,
podobnie jak w wojnach z żoną i mojej
chorobie alkoholowej.
Postanowiłem coś z tym zrobić przecież żyć tak dłużej nie
mogę, zacząłem się
modlić, chodzić na spotkania AA, trochę czytać literaturę AA. Dzień po dniu, godzina po godzinie stawałem na równe nogi, poszedłem do pracy, coś dobrego
i pożytecznego wydarzało się w mym życiu. Zapragnąłem pogodzić się z moją żoną.
Lecz
to nie było już takie proste i łatwe, rany zadane przeze mnie krwawiły potokiem, wstręt do
samego siebie a zarazem, złość,
nienawiść, pycha, wzięły górę nad tym co jest normalne dla człowieka, czyli miłością. Tego uczucia nie dało się już między nami odbudować, legło w gruzach po których
biegały i bawiły się
nasze dzieci. Stanąłem więc
przed wyborem, uznałem że
zaprzepaściłem swoją
szansę, by cokolwiek uratować. Poddałem się, powiedziałem sobie nie będę już nikogo ranił, rozwiodę się tak będzie lepiej. Straciłem wiarę i nadzieję, że może być normalnie.
A
decyzja nie była łatwa, długo
myślałem nad jej podjęciem, rozważyłem
wszystkie za i przeciw. Jak sięgnę pamięcią to oboje od samego początku nie byliśmy dla siebie przeznaczeni, różniliśmy się
prawie pod każdym względem, rzadko umieliśmy ze sobą rozmawiać, po prostu nie kochaliśmy się aż tak, jedynie seks czasami, nawet
nasze dzieci to wpadki, nic nie umieliśmy
zaplanować, dużo czasu musiało upłynąć żebym to pojął.
Ja
jestem alkoholikiem. Jestem człowiekiem skłonnym do ucieczek w zapomnienie, nieważne czy alkohol, narkotyk, komputer cokolwiek co da mi stan
zapomnienia i upragnionego spokoju. Nie pasowałem
do mojej żony, ona chciała normalnego
prostego człowieka, który nawet sobie golnie w towarzystwie,
ale będzie ją kochał
i zrobi dla niej wszytko, wszystko czego ja nie potrafiłem dać, normalności i zrozumienia oraz bycia razem, a nie ciągle uciekać, zmyślać głupoty żeby
pokazać się w jak najlepszym świetle. Właśnie
takiego męża ona chciała, normalnego uczciwego człowieka, do którego mi
wiele brakuje, a którym mógłbym zostać gdybym tylko chciał. Lenistwo i pycha zgubiły mnie.
Może zabrakło mi cierpliwości w realizacji Programu AA?
Nigdy
nie zapomnę
twarzy mojej żony
kiedy dostała
pozew z sądu,
ukrywała
smutek w sobie, udając
że
cieszy się
z tego. Nie potrafię
opisać,
co wtedy czułem.
Dziś prawdziwie pragnę, abyśmy rozstali się w zgodzie i bez
gniewu. Teraz nie chcę
popełnić tych samych błędów, otrzymałem kolejną szansę więc nie mogę jej zaprzepaścić.
Dziękuję, żeście mnie wysłuchali. Pozdrawiam,
AA
Mam na imię Tadeusz jestem alkoholikiem.
Moje uzdrowienie z
alkoholizmu (cz. III, ostatnia)
Jako chory unikałem
rozwiązywania problemów, kłopotów, swoje podrzucałem innym, zaś od innych
przywłaszczałem sobie ich problemy nie wiedząc, że są nierozwiązywalne. Nie
potrafiłem ich rozróżniać. Użalałem się wówczas nad sobą, czułem się
pokrzywdzony. Oczekiwałem zainteresowania od innych, nadmiernej i niewłaściwej
opieki. Gromadziłem problemy. W konsekwencji uginałem się i wywracałem pod ich
ciężarem. Mówiłem, że mam pecha albo szukałem winnych wokół siebie i zawsze
znalazłem. Nie szanowałem swego czasu, marnotrawiłem go a innych z niego
okradałem. Byłem złodziejem nie tylko czasu ale również godności, honoru,
zaufania, miłości, ciszy, radości. A czasu nie potrafiłem nawet solidnie
zaplanować i podzielić. Nie kierowałem swoim życiem. Unikałem odpowiedzialności
i konsekwencji podjętych przeze mnie decyzji.
Miałem zapędy, by poukładać sobie życie i żyć w
"świętym spokoju".
Zrozumiałem jednak, jakie to niesie niebezpieczeństwo,
więc przyjąłem na siebie obowiązek stałego rozwoju.
Przyznam szczerze, że wygodniej byłoby mi być chorym.
Dalej mógłbym użalać się, domagać się zainteresowania, pielęgnować egocentryzm,
egoizm, pychę, - główne przyczyny mojej choroby. Ale co to za życie!!!???
Trzeźwość, wyzdrowienie, zdrowy rozsądek zobowiązuje,
aktywizuje, pomaga, daje siłę, chęć, nadzieję, wiarę, wytrwałość, mądrość,
pogodę ducha i świadomość, że podołam zwiększonym przecież obowiązkom.
Jako zdrowy człowiek zaakceptowałem swoje ułomności i
zalety. Mądrość, którą otrzymuje, pozwala mi zaakceptować błędy, do
popełnionych przyznać się, zmienić zdanie, wycofać, naprawić, przeprosić,
zadośćuczynić.
Nie zostawiam sobie furtki, że mogę zapić, bo jestem
chory, bo będę trzeźwiał do końca życia i przysługuje mi "wpadka". Mogę zapić tylko
świadomie, nie dlatego, że jestem chory lecz, dlatego, że zaniedbałem swoje
najcenniejsze dary, jakimi są :trzeźwość i wyzdrowienie. Uczestniczę w życiu
świadomie. Jako zdrowy człowiek potrafię rozróżniać problemy swoje od cudzych i
tych nadętych. Moje rozwiązuję, nie podrzucam innym, cudze odrzucam, nie
okradam z nich nikogo, bo dla mnie są nierozwiązywalne. Użalam się przysłowiowe
pięć minut, nie obwiniam innych, popełnione błędy naprawiam. Nie gromadzę
problemów, by się pod nimi nie ugiąć i nie wywrócić pod ich ciężarem i nie
mówię, że mam pecha. Interesuję się innymi, pomagam - nie wręczam.
Jestem panem swego czasu, umiem go podzielić,
zaplanować, wykorzystać i obdarzyć innych.. Kieruję swoim życiem, jestem
odpowiedzialny i ponoszę konsekwencje swoich decyzji. Zaakceptowałem swoje
ułomności ale znam również swoją wartość, swoje zalety.
Dotarło do mnie w końcu, że ludzie chorzy (nie mam na
myśli ułomności fizycznych) tworzą chore związki, a zdrowi zdrowe. Że zdrowy
człowiek nie dobiera sobie chorego partnera i odwrotnie. Zrozumiałem, dlaczego
pakowałem się w chore związki. Byłem chory i inaczej być nie mogło. To uległo
już zmianie. Jakość mego życia również. Niedawno spotkało mnie takie
wydarzenie:
po otrzymaniu pewnej korespondencji z życzeniami
zadzwoniłem i zapytałem się skąd mają informację, że jestem chory i nie
wytrzeźwiałem? W trakcie rozmowy powiedziałem, że jestem zdrowy a Program AA
jest dla mnie programem wyzdrowienia. Poproszono mnie o zaświadczenie że jestem
zdrowy. He, he !. Krok II brzmi: Uwierzyliśmy,
że Siła większa od nas samych może przywrócić nam zdrowie".
Ja uwierzyłem i doczekałem się tego daru. Ale jest tak, że można nie wiedzieć
lub nie przyjmować, iż Bóg, który to zdrowie przywraca, nie wystawia
zaświadczeń.
Jeśli chodzi o moje zrozumienie medyczne
alkoholizmu jako choroby: to każda ma swoje przyczyny, objawy, zwane często
symptomami i skutki, jakie wywołuje. Zasada jest jedna: jeśli znam przyczyny
choroby, mogę do niej nie dopuścić. Jeśli zachorowałem mam objawy, które
później rodzą skutki.
Przyczyny mojego alkoholizmu - niedojrzałość, moje wady
charakteru, rozpoznałem dzięki realizacji Programu AA. Rozpoznałem również jej
objawy a skutki usunąłem, naprawiłem, choć niektóre z nich jako konsekwencje
będę ponosił do końca życia. Jestem alergikiem uczulonym na kilka związków
chemicznych i dopóki się z nimi nie zetknę, nie spożyję, jestem zdrowy. Nie ma
przyczyny, nie ma objawów, nie ma skutków. Jest to czysto fizjologiczna sprawa.
Na alkohol też jestem uczulony. Mam uszkodzony system kontroli ilości
spożywanego alkoholu - tylko i aż.. Jeśli go ruszę, to nie mam pewności jak się
to skończy - dlatego go nie używam. Ale niebezpieczeństwo ruszenia mam wówczas,
gdy uaktywnią się przyczyny, które spowodowały wcześniej moją chorobę. A może
to stać się tylko, jeśli przestanę dbać o te najcenniejsze dla mnie dary.
Niektóre choroby przebiegają czasami bezobjawowo, alkoholizm do nich nie
należy. Nosiciela wirusa, bakterii, czy zarazków również nie nazywam chorym.
Nie ośmieliłbym się nazwać chorym kogoś, jeśli nie ma symptomów choroby.
Istnieje coś takiego jak : surowica, szczepionka,
antidotum, odczulanie alergii.
Ja codziennie coś takiego stosuję. Modlę się, rozważam, medytuję, czytam
literaturę AA, rozmawiam o tym, co przeczytałem, z innymi, realizuję program w
codziennych swoich poczynaniach, sponsoruję, służę. Ponadto, jako obowiązek,
przyjąłem swój stały rozwój duchowy. To mnie zabezpiecza przed powrotem
przyczyn a w konsekwencji przed zapiciem. W moim przypadku przyczyny ustąpiły,
nie ma ich (śpią, dopóki ich nie obudzę), objawy nie występują, nie ma również
skutków, więc nielogiczne byłoby gdybym przyznał się do czegoś, czego nie ma -
choroby, problemu alkoholowego. Czuję się zdrowy.
Ale każdą chorobę można sobie wmówić. Nazywa się to
hipochondrią. Hipochondryk chce być chory i do swej choroby przekonuje otoczenie.
Przeżyłem to. Miałem takie osoby w swoim najbliższym otoczeniu przez wiele lat
i spotykam je również dzisiaj.
Nie lubiłem pisać i mówić - bałem się. Program mówi
mi, bym robił nie tylko to, co lubię, ale przede wszystkim to, czego nie lubię,
a raczej to, czego się boję, więc to robię. Pokonuję kolejne bariery. Nie
nauczyłbym się pływać, gdybym nie wszedł do wody. Suchy, czarny chleb trzeba
długo gryźć, zanim zacznie smakować i tak było u mnie z Programem AA. Bill W.
pisze, że program to sugestie. Jestem przekonany, że jak pisał, to myślał o
sugestiach instruktora spadochroniarstwa, który wyskakującemu adeptowi
lotnictwa mówi: sugeruję ci, jak wyskoczysz, byś pociągnął linkę spadochronu.
Pozwoli ci to zachować życie. Cały program jest dla mnie taką sugestią.
Dzisiaj dziecko sąsiadów przechodząc koło mnie mówi mi
: lubię cię, kocham cię. Używam tych słów od jakiegoś czasu i one wracają do
mnie.
Nie miałem wątpliwości, że Program AA jest programem
wyzdrowienia. Stale natrafiam na coś, co to potwierdza. Biorę przykład ze
zdrowych. Chorzy są dla mnie przestrogą - zbyt dobrze to znam.
Wrócę jeszcze do semantyki. Czy
warto zajmować się nią? Czy jest niedoceniana a może lekceważona? Jeszcze
niedawno miałem do tego stosunek ambiwalentny. Dla mnie ważna była wiara w to,
co napisane jest w Programie AA, a jest on napisany językiem niesamowicie
prostym.
Semantyka czy retoryka to nie tylko program
wyzdrowienia. Dotyczy wszystkiego o czym mówię, piszę, czytam. Wcale nie
oznacza to, by mój język był kwiecisty czy piękny literacko, lecz był prosty,
jasny , zrozumiały, logiczny. Ci, którzy służą na różnych szczeblach, a
szczególnie w przenoszeniu i przekazywaniu informacji zarówno wewnątrz
Wspólnoty jak i na zewnątrz, zapewne wiedzą o czym piszę. Język jest dla mnie
narzędziem porozumiewania się a o narzędzia dbam. Mam podobne doświadczenia jak
moi przyjaciele wypowiadający się o trudnościach w rozszyfrowywaniu raportów,
informacji i innych tekstów. Nieraz nie wiadomo o co w nich chodzi i powoduje
to nieporozumienia.
Któryś z naszych członków służby krajowej na sesji
" Czy potrzebna jest nam Konferencja?", podkreślił ważność jak
piszemy i co mówimy o naszej Wspólnocie, że nie ma "polskiej czy
amerykańskiej wspólnoty", lecz jest Wspólnota AA w Polsce i by o tym pamiętać.
A chodzi o to, że wspólnota jest jedna.
Podobnie ma się z wpłacaniem na BSK. Nie wpłacamy na
BSK, lecz na Służbę Krajową do BSK na niesienie posłania. Powoduje to, iż
zrozumienie tego jest inne. Podzielam w pełni to, na co zwrócił uwagę Greg -
dyrektor GSO. Dzięki takim sformułowaniom zmienia się również myślenie o
finansach.
Pozdrawiam,
Tadeusz AA
„Nasze
korzenie...”
Grupa AA „SZEMBEK” „OSTROBRAMSKA”
Dawna
grupa „Szembek” (obecnie „Ostrobramska”) powstała w
ostatni piątek miesiąca 24 stycznia 1992 roku. Spotkania odbywały się w piątek
w godz. 17-19. Założyli ją Jurek-Lotnik, Andrzej-Łysy i Andrzej-Siwy. To były
bardzo liczne mityngi, przychodziło około 50 - 60 osób. Ze względu na taką
liczebność, założyciele wpadli na pomysł założenia nowej grupy
„Olszynka” w tym samym miejscu. Mityngi odbywały się w
poniedziałek. Pamiętam, że długi czas skarbnikiem i herbatkowym grupy był śp.
Zbyszek-Bułeczka. Po mityngu chętni zostawali, aby poznawać zawiłe wtedy dla
nas struktury organizacyjne AA. Uczestnicy grupy „Szembek” byli
inicjatorami powstania Intergrupy SAWA w 1993 r.
Spotkania
zmieniły miejsce i przeniosły się na ul. Ostrobramską, przyjmując nazwę
„Ostrobramska”. Równolegle odbywały się mityngi Al-Anon a spotkania
Al-Ateen zorganizowała śp. Ula z Rembertowa. Grupa liczyła około 14-16 dzieci i
młodzieży.
Wysiłkiem
kolportera grupy Jacka z Rembertowa zaistniał kącik z literaturą AA i jest do
dzisiaj. Grupa istnieje do dziś, mityngi mają miejsce w Sali bibliotecznej,
odbywają się w piątek.
Pracujemy na 12/12, czytamy Refleksje, wszystkie służby są obsadzone, brakuje jedynie mandatariusza. Niesiemy posłanie a szczególna troską staramy się otaczać nowoprzybyłych.
Prowadząca – Ela
AA
Grupy AA „PRZY
REDUCIE”
W marcu 2002 roku kilka osób ze Wspólnoty
AA postanowiło powołać grupę, która prowadziłaby mitingi na warszawskiej Woli.
W celu znalezienia lokalu, inicjatorzy: Wojtek, Tadeusz, Bogdan, Ryszard, udali
się do ks. Józefa, proboszcza parafii
Św. Wawrzyńca, na ulicę Wolską 140a.
Na
spotkaniu z proboszczem ustalono miejsce, dzień i godzinę spotkań, wybrano też
nazwę grupy - Przy Reducie.
Potem
dokonano adaptacji pomieszczeń, dzięki pomocy przyjaciół z AA grupa została
wstępnie wyposażona w niezbędne do prowadzenia mitingu materiały. Pierwsze spotkanie
wyznaczono na dzień 6 kwietnia 2002 roku i od tej pory spotkania systematycznie
się odbywają.
Na
przełomie lat 2005 / 2006 w związku z przeniesieniem parafii Św. Wawrzyńca do
nowo wybudowanego kościoła pod wezwaniem Dobrego Pasterza, w Warszawie przy
ulicy Szczecińskiego 5, również grupa AA „Przy Reducie” przeniosła
tam swoje miejsce spotkań, powiadamiając o tym służby Regionu Warszawa w celu
dokonania zmian w książeczkach adresowych.
Ze
smutkiem dowiedzieliśmy się w roku 2003, że odszedł z naszej wspólnoty Ryszard,
współzałożyciel naszej grupy.
Sporządził: Tadeusz, Warszawa, 30 maja 2008 r.
W każdy 1 i 3 wtorek miesiąca o
godz. 18:00 w PIK-u spotykają się osoby zainteresowane współpracą przy
uzupełnianiu archiwum Regionu AA Warszawa, o czym informuje wciąż
zapraszający Paweł - zastępca rzecznika Regionu ds. archiwum. Kontakt: 503-924-812, e-mail: archiwum_wawa@wp.pl
Występ
W Domu
Kultury dosyć często odbywają się różne występy artystyczne. Tym razem
uczniowie klas wokalnych szkół muzycznych, próbowali swych sił przed prawdziwą
widownią. Występ jak występ, dosyć daleki od znanych mistrzowskich wykonań i to
było zupełnie zrozumiałe. Wykonawcy dopiero się uczyli, ale wyniki były raczej
zachęcające. Świadczyły o dużych możliwościach. Jednak nie to było
najważniejsze. Nawet pianista śpiewający altem.
Jeszcze na
początku występu jedna z wykonawczyń chyba „złapała koguta” z dużym
wysiłkiem kończąc swój utwór. Moje zaniepokojenie wzbudził fakt, że usiadła
obok fortepianu akompaniatorki, jakby zrezygnowała z dalszych prób. Tak nie
zachowuje się profesjonalista. Smutna twarz świadczyła o przeżywanym dramacie.
Wtedy profesorka, opiekunka wykonawców skinęła głową w jej kierunku i obie
wyszły na zaplecze. Trwało kilka dobrych minut gdy pojawiły się ponownie i
zgodnie z programem nasza wykonawczyni zaczęła śpiewać kolejną pieśń. Widać
było skupienie na lekko zaczerwienionej twarzy, widać wysiłek w wyśpiewaniu
każdej nutki. Gdy doszło do trudniejszych fraz zaciskałem kciuki życząc
dziewczynie sukcesu. Wyśpiewała. I teraz dopiero zaczął się drugi obraz
koncertu. Twarz rozpromieniała, pojawił się uśmiech, lekkość i gracja. Już
żadna nuta nie była groźna. Sukces.
Ten
wieczór pokazał mi dobitnie, że droga do sukcesu potrafi być trudna. Miałem
wrażenia, że gdyby ta dziewczyna nie podjęła kolejnej próby to jej kariera
śpiewacza byłaby skończona. Jak to dobrze mieć swoją profesorkę.
Marek, Warszawa 25 07 2008r
ZZA KRAT
Mój pierwszy krok
Mam na imię Mariusz i jestem alkoholikiem.
Mijają dni, tygodnie i miesiące, a ja jestem coraz
bardziej szczęśliwy z tego, że nie piję. Gdy wracam myślami do czasu jak
upadłem na dno i wykańczałem siebie i moich bliskich, to nie chce mi się
wierzyć, że byłem wrakiem człowieka nikomu niepotrzebnym. Dzisiaj jest całkiem
inaczej. Cieszę się, że żyję i moje myśli są całkiem inne.
Gdy przyjechałem z ZK na oddział terapii
„Atlantis” na Mokotowie i poszedłem na pierwszy mityng przyznałem
się, że jestem alkoholikiem i chcę przestać pić. Wtedy mnie oklaskano, a
prowadzący powiadomił, że te oklaski są za odwagę, że przyznałem się do
choroby. Ja do końca nie wierzyłem, że jestem alkoholikiem i mam chorobę
alkoholową, ale na terapii dotarło do mnie, że jestem alkoholikiem i że tu mam
szansę się zmienić – to jest miejsce, gdzie otrzymam pomoc i wsparcie. Po
zakończeniu terapii zaproponowano mi pracę. Ofertę przyjąłem i pracuję do dnia
dzisiejszego.
Chodzę regularnie, (chociaż raz na dwa tygodnie) na
mityngi AA. Dzisiaj nie wyobrażam sobie życia bez mityngów. Wspólnota pomaga mi
otrzymać wszystko, aby nie pić – trzeźwość. Gdy piłem, rozpadła mi się
rodzina, syn mnie znienawidził, bał się mnie. W końcu rozwiedliśmy się, a ja
dalej piłem i trafiłem do więzienia. Tak to trwało kilkanaście lat aż w końcu
sąd skierował mnie na terapię odwykową do ZK. Dzisiaj jestem szczęśliwy, że tak
to się potoczyło. Uwolniony jestem od pokus. Chociaż z dnia na dzień jestem
silniejszy, pamiętam, że od wpadki dzieli mnie tylko jeden kieliszek.
Żyję
dzisiaj programem AA. Wiem, że gdy tak będę postępował, to mam szansę wytrwać w
trzeźwości. Od czterech lat nie piję. Dziękuję Wspólnocie za pomoc i wsparcie.
Wiem, ile jej dzisiaj zawdzięczam i że przyjaciele ze Wspólnoty nigdy mnie nie
zawiodą, a przeciwnie – mam zawsze od nich pomoc i wsparcie.
Sierpień 2008
Jak to działa?
Niczego nie zakładamy. Możemy polegać na
doświadczeniach, możemy z nich korzystać. Potrzeba dawania jest wyrazem
wdzięczności. Wiele razy poświęcam czas, bo czas nie jest własnością. Mówię o
tym, co mi nie pozwala być uczciwym. Moje ambicje, oczekiwanie czy chęć
posiadania nie pozwalały mi na działanie. Z czasem nie umiałem dać siebie i
traciłem to co jest najważniejsze. Traciłem kontakt z Siłą Wyższą.
Wady charakteru i brak pokory to siła
destrukcji, która wstrzymuje rozwój. Kiedy było mi źle i czułem się samotny i opuszczony, korzystałem
z doświadczeń AA. Szedłem na mityng szukać pogody ducha wśród nas. Odczuwanie
potrzeby utożsamiania się z grupą, bycie wśród dających jest gwarancją
działania na rzecz AA. Optymizm i chęć przynależności są owocami z raju. Chce
się „być” przed „mieć”. Zrozumiałem , że trzeba być
jeśli chce się mieć pogodę. To szczęście być pogodnym i chętnym do działania.
Bardzo cieszy mnie odnajdywanie zalet w
programie AA: prostota, miłość i odwaga bycia otwartym na działanie Siły
Wyższej.
Tak niewiele potrzeba: być na mityngu, być ze
sponsorem, być zainteresowanym czytaniem literatury AA. Prostota, która buduje,
a więc rozwija duchowo. Nawet przeciwności prezentowane przez niepokornych nie
mogą niczego zmienić. Siła oddziaływania realizujących program 12x12 jest nie
do pokonania i na nic zdadzą się wysiłki zakłócających mityng. To wszystko jest
nicością wobec pokory. Chciałbym zwrócić swoją uwagę na zasadność
przestrzegania zasad AA i zachowywania Tradycji. W taki sposób uratowało
przecież życie wiele osób.
Przynależność i odpowiedzialność za trzeźwe
życie w AA jest działaniem na rzecz Wspólnoty AA. Wspólnota zbiera owoce dzięki
naszemu poświęceniu czasu i dawaniu siebie innym. Tak działa. Gdy sami wyrazimy
gotowość na zmiany wad na zalety.
Ja tak robię i dlatego chciałem o tym
napisać.
Andrzej AA