MITYNG 11/137/2008
DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO
„Nasz wspólny
cel”
18-10-2008
Taki temat
przyjęto na
XXX Konferencji Służb Regionu AA Warszawa.
Początkowo
skojarzyłem go z V Tradycją. Podobnie jak inni pomyślałem
o „głównym” celu. Niesieniu posłania AA, trwaniu w trzeźwości itd… Może i nie zauważyłbym różnicy w sformułowaniu,
ale jak zwykle trafił się ktoś, kto wiedział więcej.
Mój rozmówca
przedstawił mi taką oto wymyśloną historyjkę przybliżając mi nieco różnicę
pomiędzy „wspólnym celem” a „głównym celem”.
Wyobraź
sobie, że nastąpiła katastrofa i wylądowałeś w szalupie ratunkowej. Wszyscy
rozbitkowie wspierają się, podtrzymują się wzajemnie na duchu i pomagają sobie,
aby przetrwać. Mają główny cel, to oczywiste – chcą przeżyć i pomóc innym
w miarę możliwości. Ale jak to zrobić?
Wówczas
dobrze by było, aby wszyscy z tej szalupy podjęli wspólne działania ratownicze,
korzystając ze swoich doświadczeń i wiedzy. Żeby koordynowali swoje starania.
Dobrze by było, żeby np.:
zaczęli wiosłować w miarę równo, w jedną stronę, w tempie dogodnym dla
większości, i żeby podjęli decyzję w którą stronę chcą płynąć, i żeby nie
zmieniali co chwila kierunku, kręcąc się w kółko. Wówczas może uda się im
uratować życie.
Metafora przekonała mnie, a moje dalsze rozmyślania pogalopowały już zupełnie swobodnie w odległy horyzont mojej wyobraźni.
Obserwator - lechu02
11 Tradycja Wspólnoty AA
Jedenasta Tradycja Wspólnoty Anonimowych Alkoholików
brzmi: „Nasze
oddziaływanie na zewnątrz opiera się na przyciąganiu, a nie na reklamowaniu,
musimy zawsze zachowywać osobistą anonimowość wobec prasy radia i filmu”.
Czy i w jaki sposób Tradycja 11 AA dotyczy każdego
alkoholika indywidualnie? Czemu nie reklamować? Jak odróżnić przyciąganie od
reklamowania? Wydaje mi się, że po wielu latach trudnych doświadczeń, odpowiedź
na te pytania jest nawet łatwiejsza dziś, niż w pierwszej połowie ubiegłego wieku.
Jedenasta Tradycja Wspólnoty AA (według Meszuge)
Ostatnio coraz częściej na banerach
czy plakatach reklamujących coś tam, widuję na samym dole, małymi literkami dodaną
następującą uwagę: „publikowane tu treści nie stanowią informacji
handlowej w rozumieniu przepisów kodeksu…”. Cóż to oznacza? Nie
trzeba być tytanem intelektu, czy geniuszem, żeby móc odczytać prawdziwy sens
takiego przekazu, który ogólnie rzecz biorąc brzmi: Ta informacja nie jest
prawdziwa! W rzeczywistości to wszystko nie wygląda aż tak korzystnie!
W ostatnich latach, coraz częściej zdaję sobie sprawę,
że reklama bywa czasem zwykłym naciąganiem, zawiera informacje tylko pozornie
zgodne z prawdą, albo tylko w niektórych jej aspektach. W takiej sytuacji czy
klimacie, reklamowanie Wspólnoty AA byłoby równoznaczne ze stwierdzeniem, że to
jakiś kant, że coś tu pewnie „nie gra”, jest podejrzane i wątpliwe,
że na pewno coś tu „śmierdzi”.
Tyle, jeśli chodzi o reklamę jako
taką. A relacje osobiste i prywatne?
W „Dwanaście Kroków i Dwanaście Tradycji”
czytamy, że: „Musimy mieć jednak pełną świadomość, że przebywanie w
centrum uwagi jest ryzykowne, szczególnie w naszym przypadku. W naturze nieomal
każdego z nas leży niepowstrzymane zachwalanie samego siebie, toteż perspektywa
stowarzyszenia złożonego prawie wyłącznie z agentów reklamowych mogła
przerażać”.
Ja jestem alkoholikiem, co w moim przypadku
automatycznie oznacza również egocentryka, i całymi latami żyłem w poczuciu winy, obarczony
wyrzutami sumienia, pośród ludzi, którzy często patrzyli na moje pijane
zachowanie z pogardą i wstrętem. Tak bardzo chciałbym móc teraz stanąć wreszcie
z podniesionym czołem i pokazać im wszystkim, że nie jestem złym człowiekiem,
że już nie piję, że nie kradnę, że…
Ja jestem alkoholikiem i mam za sobą zapicie po
jakiejś tam abstynencji, w trakcie terapii odwykowej, pomiędzy jednym, a drugim
mityngiem AA. Wydaje mi się… nie, nie wydaje się, wiem na pewno, że nie
chciałbym, żeby moja postawa sprzed dziesięciu lat miała być wzorem czy reprezentacją
Wspólnoty AA.
No, ale przecież Anonimowi Alkoholicy nie mogą działać
w konspiracji!
Przyciągać – bez krzykliwej autoreklamy –
będziemy wówczas, gdy o nas, o Wspólnocie AA pisać będą za nas nasi przyjaciele
z zewnątrz, sympatycy spoza AA. Ale… na
przyjaźń, jak wiadomo, trzeba sobie zasłużyć. Wartościowych przyjaciół mają, i
zwykle bez trudu znajdują, ludzie uczciwi, godni zaufania, dyskretni,
odpowiedzialni, życzliwi, gotowi do bezinteresownej pomocy. I to, jak sądzę,
jest znakomicie prostą sugestią dla mnie, odpowiedzią na pytanie:
jakim człowiekiem mam być (lub jakim się stać), jak zachowywać się i
postępować, żeby osiągnąć cel XI Tradycji, to jest przyciągać, a nie reklamować.
Jeśli będą o nas dobrze mówić ludzie nieuzależnieni, nasi sympatycy i przyjaciele, i jeżeli będą
to robić z własnego przekonania, a nie za pieniądze, informacja o Wspólnocie
powinna dotrzeć wszędzie tam, gdzie jest potrzebna oraz w takiej formie, która
byłaby do zaakceptowania przez AA.
W tekście Tradycji XI AA pojawia się też słowo
„anonimowość”, jest ono duchową podstawą wszystkich naszych
Tradycji i przewija się właściwie przez większość z nich – bezpośrednio
albo w tle. Tutaj na temat anonimowości przypomnę tylko jeden fragment książki
"Doktor Bob i dobrzy weterani":
„Ponieważ nasza Tradycja dotycząca anonimowości wyraźnie
wytycza poziom graniczny, dla każdego kto zna angielski, musi być oczywiste, że
zachowywanie anonimowości na jakimkolwiek innym poziomie jest pogwałceniem tej
Tradycji. Uczestnik AA, który ukrywa swoją tożsamość przed innym uczestnikiem
Wspólnoty, podając jedynie swoje imię, łamie tę Tradycję tak samo, jak ten
uczestnik Wspólnoty, który pozwala, aby jego nazwisko ukazało się w prasie w
powiązaniu ze sprawami odnoszącymi się do AA. Ten pierwszy zachowuje swoją
anonimowość powyżej poziomu prasy, radia i filmu; ten drugi zachowuje swoją
anonimowość poniżej poziomu prasy, radia i filmu –
podczas gdy Tradycja ta postuluje, abyśmy zachowywali anonimowość na
poziomie kontaktów z prasą, radiem i filmem”.
Ważne wydaje mi się określenie „osobista
anonimowość”, gdyż mam wrażenie, że czasem dochodzi do pewnych
nieporozumień. Ja jestem członkiem Wspólnoty Anonimowych Alkoholików, a nie
Anonimowej Wspólnoty Alkoholików. Oznacza to po prostu, że anonimowi we
Wspólnocie są alkoholicy, ale ani sama Wspólnota, ani tym bardziej jej Program,
anonimowe czy tajne nie są. Jakże inaczej nasi przyjaciele spoza AA mogliby
pisać o Wspólnocie?
Meszuge
(VI 2008)
Czwarty Legat AA?
Czasem siedząc na mityngu wydaje mi się, że mam coś do
powiedzenia. Rzadko kiedy nie chce mi się otwierać
ust. Prawie na każdym mityngu zadzieje się coś co mnie uruchomi. Tym razem
trafiłem na spotkanie kolporterów w naszym Piku przy Brazylijskiej 10.
Przypomniał mi o tym spotkaniu Andrzej
(kolporter).
Nie zawsze to robi, ale tym razem zadzwonił. Fajnie jest być potrzebnym i oczekiwanym. Dzięki! W trakcie
tego spotkania poskładały mi się pewne skojarzenia, dotąd luzem krążące po
ślepych uliczkach mojego mózgu. Słuchając kolporterów zdałem sobie sprawę że oprócz znanych wszystkim AA, trzech legatów:
JEDNOŚĆ, WYZDROWIENIE, SŁUŻBA, można by wspomnieć o nie mniej ważnej kwestii
samofinansowania się w naszym powrocie do zdrowia. Nie będę się nadmiernie
rozwodził nad 7 Tradycją, że bez pieniędzy trudno jest nieść posłanie, kupować
ulotki, organizować mityngi informacyjne, utrzymywać infolinię, czy choćby
przywitać Nowego herbatką. To oczywiste.
Czasami czytam „Skrytkę” wydawaną
przez BSK AA, i jak pamiętam wiele miejsca poświęca się w niej na wykaz
przychodów z grup, intergrup i ogólnie od
alkoholików, oraz ze sprzedaży książek. Ciągle zbyt małą część stanowią wpłaty
z datków (około 18%). To co mnie uderzyło to
zwiększająca się sprzedaż literatury, a tym samym wzrost przychodów BSK, za to
dobrowolnych datków nie przybywa tak szybko. Teraz kupujemy książki, ale mniej
przekazujemy „kapeluszowego”! Fenomen! Czyżby ci
którzy dotąd byli nie kupowali i nie czytali? A może kupowali i czytali
zupełnie inne książki? Doszedłem do wniosku, że sprawili to w znaczącej części
kolporterzy, że dochodzimy do normalności. Wreszcie dziś bez trudu można
spotkać kolportera literatury AA prawie na każdym mityngu. Rozpoczęło się to
pospolite kolportowanie kilka lat temu od pomysłu, aby każda grupa AA miała
zestaw literatury wydawanej przez BSK. Wydaje mi się logiczne, jak lepiej można
zaznaczyć swoją przynależność do AA? Chyba nie książką wydawnictwa Sp.zoo, terapeutyczną czy Koziołkiem Matołkiem, choć akurat
ta bajeczka najbardziej przystaje do mojego sposobu „ratowania
świata” i ponoszonych porażek.
Idea finansowania się poprzez sprzedaż
literatury znana jest we wspólnocie AA. Kiedy u nas
zaczęto ją propagować wzbudzała we mnie obojętność. Zadawałem sobie wówczas
pytanie: tych książek ma mieć każdy alkoholik? Przeliczałem według siebie. Sam
miałem już ze trzy Wielkie Księgi. Dziś tylko jedną. A jednak okazuje się, że
chyba nie wszyscy mieli choćby jedną. Kolportaż okazał się wspaniałym źródłem
pozyskiwania środków na realizację „naszego wspólnego celu”.
Siedząc z kolporterami w Piku
, przyszła mi do głowy myśl że każdy kolporter wkładając swoje staranie
w sprzedaż, jest wolontariuszem i przysparza dochodu NAM wszystkim, pozwalając
na podejmowanie wyższych form posłania AA. To tak jak by każdy z nich, co
miesiąc wrzucał do kapelusza np.: 50zł. No może nie
dosłownie, ale poprzez zwiększanie sprzedaży i wpływów BSK?
Mnie się jeszcze nie zdarzyło dać 5 dych.
Tak więc doszedłem do wniosku że dzięki staraniom tych służb
(kolporterów), rozwijamy się najsilniej. To bodajże najczystsza forma posłania
AA!
Bez kasy nie ma kołaczy, czy coś tak…?
Ciekawe jak by to zabrzmiało? Czwarty Legat AA: Kolportaż
literatury.
lechu02
Kilka słów od psychologa
Z osobami uzależnionymi pracuję od ponad 2 lat. Pracę
zaczynałem w ośrodku stacjonarnym, gdzie miałem okazję poznać podstawowy
program terapii uzależnienia od alkoholu, różne metody pracy, a przede
wszystkim ludzi i ich problemy, które wynikały z utraty kontroli nad piciem
alkoholu.
Pracując w ośrodku, poznawałem osoby różnej płci, o
różnych zawodach, o różnych poziomach wykształcenia, poziomie intelektualnym, z
różnych warstw społecznych, o różnych orientacjach - dosłownie wszystkich!
Doświadczyłem tego, iż alkoholizm jest chorobą demokratyczną i tak naprawdę
wszystkich alkoholików coś łączy.
Bardzo szybko poznałem program wspólnoty AA. Już
wcześniej, o wiele wcześniej, jeszcze zanim zdecydowałem, że chcę pracować z
osobami uzależnionymi, słyszałem o AA.
Zaczynając pracę w ośrodku, uświadomiłem sobie, jak
istotne i pomocne jest to, że mitingi AA odbywają się wszędzie i o każdej
porze. Zobaczyłem na własne oczy, jak ludzie korzystają ze wspólnoty, jak sobie
pomagają, będąc członkami AA, jak wielkie wsparcie dają sobie na mitingach i poza
nimi. Do mnie osobiście przemówiła III tradycja AA mówiąca, o tym, że jedynym
warunkiem przynależności do AA jest pragnienie zaprzestania picia. Bardzo ważne
wydało mi się także to, że alkoholik w tzw.
„dołku", może pójść na miting niemal o każdej porze doby, każdego
dnia w tygodniu. Wystarczy tylko, że zapyta, zadzwoni, poszuka, a znajdzie
miejsce, w którym odbywa się spotkanie AA - gdzieś w jego okolicy, gdzie akurat
przebywa. Zdaje się to być bardzo komfortowe.
Do AA mam ogromny szacunek, uważam
że jest to jedno z najwspanialszych zjawisk społecznych wszechczasów.
Niezależna wspólnota, której celem jest pomaganie drugiemu człowiekowi z
problemem alkoholowym.
Często zachęcam swoich klientów do pójścia na miting;
bez względu na to, czy już kiedyś byli, czy nie. Mówię wtedy: „umów się z
kimś, aby było Tobie raźniej, albo po prostu pójdź. Miejsce nie trudno znaleźć.
Nie kombinuj, tylko po prostu idź".
Wiele zwrotów, mądrości AA jest mi bardzo przydatnych w
pracy z alkoholikami, ale nie tylko. Wiele z nich stosuję w swoim życiu
prywatnym. AA stanowi dla mnie inspirację. Poza pracą z osobami z problemem
alkoholowym, zajmuję się także muzyką oraz sztukami walk. W pracy korzystam ze
swoich doświadczeń z różnych sfer swojego życia; w zależności
z kim akurat pracuję. Z resztą dostrzegam wiele powiązań między AA a
filozofią wschodu: medytacje, życie przez 24h, program HALT, pojęcie
bezsilności itd.
W pracy korzystam
ze swoich doświadczeń jako psychologa/terapeuty
uzależnień, jako wieloletniego praktyka sztuk walk, jako artysty/muzyka, tak
samo jak i z wiedzy AA. Integruję wszystkie te doświadczenia w jedną całość.
AA jest moim
zdaniem integracyjną częścią terapii uzależnienia od alkoholu. Pisząc o tym,
myślę o trzeźwieniu moich klientów. Myślę o tym, jak wiele razy z zupełnym
przekonaniem powtarzałem: Jeśli chcesz nie pić i
trzeźwieć; kontynuuj terapię w poradni, przestrzegaj HALTu,
rozmawiaj z trzeźwymi alkoholikami, planuj czas na wypoczynek, na zabawę, nie
odpuszczaj sobie mitingów - traktuj mitingi jak pigułkę, którą powinieneś
połykać regularnie, aby utrzymać się przy zdrowiu, a w konsekwencji przy życiu.
Dzisiaj nie wierzę
w to, że spotkania AA mogą komuś nie pasować. Jest ich zbyt wiele, są zbyt
często i są na nich zbyt różni ludzie, aby ktoś podał mi przekonujący argument
za tym, że: „mitingi - to nie dla mnie".
Alkoholik stale
broniący się przed wspólnotą AA, zdaje się być po prostu „w silnych
mechanizmach choroby alkoholowej": racjonalizuje, szuka wymówek, odwraca
uwagę, „duma" mu nie pozwala, obwinia, uważa się za innego niż
wszyscy, wyjątkowego itd. Zgadzam się z powiedzeniem: „przynieś ciało, a
reszta dojdzie potem"
Obecnie pracuję w
przychodni leczenia uzależnień oraz co miesiąc, w ośrodku stacjonarnym. W
związku z tym miałem i mam okazję pracować z osobami, które walczą o swoje
życie w różnych momentach terapii. Czy są to pierwsze dni abstynencji, czy jest
to czwarty tydzień terapii w ośrodku, moment kończenia terapii w ośrodku,
kontynuowanie leczenia w poradni, czy jest to zakończenie programu ponadpodstawowego
- w każdym momencie - warto aby mitingi były
nieodłącznym elementem zdrowienia człowieka uzależnionego.
Maciek Gortatewicz
psycholog,
terapeuta uzależnień Warszawa, 25.09.2008
Kto zadba o interesy AA?
Do powstania tego artykułu przyczyniła się rozmowa jaką przeprowadziłem z pewnym psychologiem
stykającym się nieraz w swojej pracy z alkoholikami. Mówiliśmy na temat naszej
wspólnoty. Ze zdziwieniem usłyszałem o ostrożności z jaką
postępuje wobec osób informujących go o uczestnictwie w AA. Tak się składało,
że często za taką informacją szło oczekiwanie o inne traktowanie, prośba o
opinię do sądu, że to od kilku dni delikwent jest aniołkiem i nie katuje już
żony, albo gwałtownie potrzebuje zasiłku, itp…
Sięgnąłem pamięcią do moich pierwszych dni
trzeźwości. Już po uczestnictwie w kilku mityngach uważałem się za członka AA. Jako potwierdzenie miałem w uszach oklaski na pierwszym
z nich i słowa, że zostałem przyjęty i mam prawo do uczestnictwa w mityngach na
całym świecie. Uwierzyłem wtedy głęboko w swoją przynależność do AA; poczułem
się członkiem, który ma prawo do wszystkiego co tylko
jest dostępne dla alkoholika i chciałem z tego korzystać. Przy okazji moja
próżność zastała skutecznie połechtana. Niech się cieszą - że taka wspaniała
osobistość, czyli ja - zaszczyciła wspólnotę swą obecnością. Powstał jednak
dylemat Czy moje przekonanie było wystarczające by już nazwać się członkiem AA?
Szczególnie wobec ludzi spoza wspólnoty? Na początku drogi nie zadawałem sobie
tych pytań, później zrodziły się wątpliwości. Każdy może nazywać się według
swego upodobania, nawet w to uwierzyć, a mimo to stwierdzać coś
co dopiero może stać się prawdą. Postawa konsumencka nie jest
oczekiwanym obrazem przynależności, raczej jest nim dopiero podjęcie aktywnej
odpowiedzialności za funkcjonowanie wspólnoty.
Kiedyś, chcąc otrzymać skierowanie do
Strzyżyny, poszedłem do centrum odwykowego i tam po wypełnieniu ankiety
otrzymałem je. Za jakiś czas przysłano mi inną ankietę, w której byłem wypytywany jako pacjent tego ośrodka o wyniki terapii. Nie
odpowiedziałem. Byłem wdzięczny za pomoc /choć pewnie
jedynie w tych słowach/ lecz ani przez moment nie mogłem się nazwać pacjentem
tego ośrodka, tym bardziej uczestnikiem terapii. Nie czułem się odpowiedzialny
za jego pracę.
Teraz rozumiem dlaczego
na mityngach AA możemy spotkać ludzi zupełnie nie zainteresowanych życiem
wspólnoty AA. Zachowują się podobnie jak ja w stosunku do pracy centrum
odwykowego. Nastawiony byłem na osiągnięcie doraźnej korzyści a nie udział w
terapii. A teraz wielu zachowuje wstrzemięźliwość wobec wspólnoty. Niestety
zupełnie zapominają o prostym fakcie. Nie nauczy się pływać, kto nie wejdzie do
wody i nie skorzysta z programu AA, kto nie zaangażuje się w życie wspólnoty.
Samo oglądanie nie pozwoli poznać smaku ciastka.
Powstaje tylko problem. Wystarczy przez moment
wyobrazić sobie mityng, gdzie wszyscy przyszli szukać doraźnej korzyści,
wyrzucić coś z siebie albo pochwalić sytuacją materialną, opowiedzieć o
ostatniej awanturze. Mówią kolejno a nikt nie słucha. Brak zainteresowanych
wzajemnymi doświadczeniami. Robi się nudno, narasta zniecierpliwienie, chęć
ucieczki. Kto wtedy uzdrowi atmosferę? Jakie posłanie otrzyma nowy, który
akurat przyszedł na swój pierwszy mityng? I jak tu mówić o dbałości o interesy
AA. Stawianie własnych oczekiwań nad dbałością o źródło pomocy rokuje kiepskie
czasy dla naszej wspólnoty.
Bogu dziękuję za uczestników mojego
macierzystego mityngu. Każdym nerwem czułem, czym dla mówiących jest wspólnota
i jej program. Byłem dla nich najważniejszy. Obdarowano mnie bezinteresowną
miłością i zainteresowaniem. Tego brakowało mi najbardziej. A jeszcze dali
nadzieję na życie bez alkoholu. Dzisiaj czuję, że tak obdarować potrafią tylko
ci, którzy sami zostali obdarowani przez Boga. Tej miłości nie mogłem odpłacić
odrzuceniem.
Nieraz się słyszy, że alkoholicy nie potrafią
działać dla wspólnego celu. Chyba jest w tym stwierdzeniu dużo racji. Miałem
ostatnio okazję przebywać na Zlocie Radości AA poza Warszawą. Własnym oczom nie
wierzyłem, gdy zobaczyłem stoisko sprzedaży literatury. Kolorowo, bogato, ale
nie od publikacji wydawanych przez BSK AA. Tego nie widziałem. Poczułem się
kompletnie zdezorientowany. Rozsądek nakazuje najpierw wypełnić obowiązki wobec
własnej wspólnoty, a dopiero później, jeśli są możliwości to również pomagać
innym, a nie odwrotnie. To nie koniec niespodzianek. Brałem udział w
spotkaniach warsztatowych, gdzie wyraziłem zdziwienie brakiem literatury AA.
Odniosłem wrażenie, że jednemu z kolegów nie spodobały się moje słowa.
Wieczorem wszystko się wyjaśniło, gdy zobaczyłem tego kolegę rozkładającego
drugie, jeszcze bardziej imponujące stanowisko literatury spoza AA. Dla mnie
był przykładem osoby dbającej bardziej o własne interesy niż zainteresowanego
niesieniem posłania naszej wspólnoty. Ale tak się często dzieje, gdy inne cele
zasłaniają wartości AA.
Z niedocenianiem zasad AA możemy się czasem
spotkać wśród ludzi podejmujących pracę na polu zwalczania alkoholizmu. Lecz
musimy przy tym pamiętać, że zawodowi pracownicy różnych placówek odwykowych, nawet jeśli są trzeźwiejącymi alkoholikami, zajmują się
przede wszystkim realizowaniem zadań swojej placówki a nie dbałością o
wspólnotę AA czy propagowaniem jej programu. I trudno się dziwić. Za to mają
pieniądze. Podobnie się dzieje jeśli alkoholicy
utworzyli stowarzyszenia pomocy potrzebującym, fundacje czy inne formy
zorganizowanej działalności charytatywnej. Wymagają one zupełnie odmiennych
metod pracy. I mimo iż wypełniają cele podobne jak AA, to teraz działanie tej
instytucji staje się dobrym powodem na poniechanie zadań wspólnoty AA, a co
gorsza, to również i zasad AA.
Im dłużej się zastanawiam, jak to się dzieje,
że nasza wspólnota istnieje i nadal pomaga cierpiącym alkoholikom, tym bardziej
utwierdzam się w uczuciu uczestniczenia w nieustającym cudzie. Gdy jedni
utrwalają postawę niegotowości, drudzy odchodzą do zadań poza AA albo znikają z
horyzontu, to jednak znajduje się grupka ludzi podejmujących trud służby. Nie
sposób przecenić ich rolę. Ktoś powiedział, że 1/10 członków AA wykonuje 9/10
wszystkich niezbędnych prac. Myślę, że liczba aktywnych członków może być nawet
mniejsza.
Powrócę więc do podstawowego pytania. Kto zadba o wspólnotę AA? A
gdy przychodzą mi na myśl rozpadające się rodziny, pokaleczone związki,
zawiedzeni przyjaciele, odpowiedź może być jedna. Czas dorosnąć. Działa to w co wierzysz.
I za to jestem odpowiedzialny. A Ty?
Pozdrawiam Marek, Warszawa 21 lipca 2005r
Ognisko w Halinowie
Właśnie radosny wróciłem z ostatniego w tym roku ogniska w
Halinowie, organizowanego przez nasz Region AA. Byłem tam parę razy. Odbywały
się w drugą sobotę miesiąca. Ja za każdym razem jechałem tam po warsztatach w PIKu na Brazylijskiej, dzięki czemu mogłem zabrać do auta
paru przyjaciół z AA. A raz to nawet żonę, swoją, zabrałem. Wytańczyliśmy się w
tym Halinowie, że hoho, jakbyśmy mieli po 20 lat! (a przecież tyle to jesteśmy małżeństwem). Poznałem też
znajome mojej żony z zaprzyjaźnionej wspólnoty Al-Anon.
No, mówię Wam, fajna sprawa ten Halinów.
Dzisiaj akurat dużo czasu zajęły nam powarsztatowe
rozmowy, przy gorącej herbacie i ciastku. Wśród szumiących drzew Halinowa
kontynuowaliśmy temat „służby skarbnika”, dzieląc się swoim
doświadczeniem, szukając wspólnie odpowiedzi na nurtujące pytania. Dwie godziny
warsztatów to widać mało.
Kiedyś udało mi się też zagrać w piłkę nożną. Szło mi
dobrze, jak w tańcu. Bowiem na ognisko w Halinowie przyjeżdżają całe rodziny i
w drużynie przeciwnej było dużo dzieci.
Po takim aktywnym wypoczynku mogłem nagrodzić się kiełbaską
pieczoną nad ogniskiem. A wszystko za grosze, bo organizująca to grupa
przyjaciół z AA traktuje to jako służbę.
Serdecznie Wam tą drogą dziękuję i pozdrawiam. Do zobaczenia
w maju 2009.
odprężony, najedzony,
wypoczęty i uśmiechnięty
- S. AA
„Służba Mandatariusza”
relacja z warsztatu zorganizowanego przez Zespół do spraw
Literatury,
13 września 2008 r.
Warsztaty prowadziła Teresa. Wzięło w nim udział
osiemnaście osób. Każdy z uczestników otrzymał pytania, które swoja treścią
przybliżały istotę służby mandatariusza. Część uczestników warsztatu
odpowiedziało na te pytania pisemnie. Pozwalają one dzielić się doświadczeniem
także tym, którzy nie zabierają głosu.
Adam – Podjął
służbę mandatariusza w tym roku. Poprzednik wskazał mu sposób swojej pracy, ale
na początku nie bardzo wiedział na czym ona ma
polegać. Myślał, że jego zadanie polega jedynie na przekazywaniu wiadomości z
prac Intergrupy i z grupy na Intergrupę.
Obecnie zachęca innych uczestników grupy do przychodzenia na spotkania Intergrupy. Zdobył poparcie skarbnika, który z nim
uczestniczy w pracach Intergrupy. Zaproponował na
grupie pracę nad tradycjami AA, wyjaśnił pełniącym służby istotę ich służb, dał
im broszurę o grupie AA i o tego momentu grupa zaczęła lepiej pracować. Stał
się osobą bardziej odpowiedzialną. Bierze udział w warsztatach, pracach Intergrupy.
Sławek - Gdy
rozpoczął pełnienie służby mandatariusza myślał, że jest to prosta służba.
Nawet nie wiedział, że ma obowiązek brania udziału w pracach Intergrupy i Rady Regionu. Na czym polega praca
mandatariusza zdał sobie sprawę, gdy zobaczył pracę innych kolegów. Do tego
momentu myślał, że nie może sobie nic zarzucić, że jest „wielki”,
ale dopiero teraz zorientował się, że nic nie wie od odpowiedzialności, o
Tradycjach AA. Od tego momentu dostosował swoje życie prywatne do rytmu prac Intergrupy. Nauczył się odpowiedzialności. Poczuł się
prawdziwym łącznikiem grupy ze światem AA, gdy zaczął przekazywać informacje z Intergrupy na grupę i odwrotnie. Sławek dostrzegł też siłę
Tradycji, gdy jeździ po kraju i odwiedza różne mityngi.
Jędrek - Przyjechał
na 2 tygodnie do Polski. Zaczął trzeźwieć w Polsce
Obecnie mieszka na stałe w New Jersay w USA. Pracuje tam
kilka polskojęzycznych grup AA. Nie zauważył rozbudowanych służb. Wie, że
istnieje Intergrupa. Podstawą pracy AA są mityngi.
Nie wie w jaki sposób pracują służby na mityngach angielskojęzycznych, bo na nie nie
chodzi z powodu trudności ze zrozumieniem języka. Mityngi, na które chodzi
pracują według starych sprawdzonych przez wiele lat istnienia AA wzorów. Jest
prowadzący, który musi mieć co najmniej 90 dni
trzeźwości, skarbnik z paroletnim stażem w AA. Bardzo podkreślana jest rola
sponsora w trzeźwieniu. Na koniec miesiąca odbywają się mityngi rocznicowe.
Uroczyście obchodzone są także krótsze okresy trzeźwości, nie tylko pełne lata.
Piotr - Dużo czyta
literatury AA, ale jej treść go nie przekonuje. Dopiero bezpośredni kontakt z
członkami AA dużo mu daje. Obecnie jest mandatariuszem grupy Odrodzenie.
Mandatariuszem został z przypadku. Był skarbnikiem na innej grupie i w
zastępstwie mandatariusza tej grupy poszedł na spotkanie Intergrupy.
Wtedy podjął się służby mandatariusza na swojej grupie. W związku ze specyfiką
pracy swojej grupy zaczął odwiedzać różne mityngi w poszukiwaniu chętnych do spikerowania na mityngu. W pracy mandatariusza dużo się
nauczył. Przyjął nowe służby. Został pisarzem na grupie WARS. Zmuszony tym
został do nauczenia się obsługi komputera. Wyrzeka się swojego samolubstwa. To
jest poświęcenie, gdy trzeba dostosować swoje życie osobiste do służby w AA. A
niewielu chce wyręczyć go w jego pracy. Znalezienie chętnych do pełnienia dyżuru
telefonicznego w PIK-u jest bardzo trudne. Dziś wie, że gdy będzie musiał zdać
swoją służbę znajdzie swojego następcę. Mandatariusz nie powinien być
„brany z łapanki”. Powinien być zdolny do przekazywania informacji
i pracy. Piotr dostrzega także jak ważne są Tradycje AA. Są one podstawą
działania AA.
Marek –
Przyszedł do AA, bo był egocentrykiem i egoistą, któremu się nie powiodło. Gdy
został mandatariuszem odkrył cały inny świat AA ze swoimi prawami. Służba
mandatariusza pomaga nam otworzyć oczy w AA i na AA jako
całość. To jest łaska.
Andrzej - Przebywał
przez ostatnie 5 lat w USA. Obecnie widzi, że polskie AA to „1 liga
AA”. Jest literatura na grupach. Tam, gdzie są służby, tam następuje
wzrost. Kocha AA, uwierzył w program. Przypomniał, że służba jest jednym z 3
legatów AA. Musi zdobyć wiedzę o AA, musi nieść posłanie. Gdy ktoś mówi, że
kocha AA, tak jak on, to powinien pracować. Gdy został mandatariuszem i wziął
udział w konferencji poznał siłę AA. Grupa AA dawała mu miłość, a teraz widzi
AA w kontekście IV Tradycji, która pozwala się związać z tą wspólnotą.
Przypomina sobie, że na początku nie było literatury AA. Na początku nie było
oficjalnych tłumaczeń. Nie wiadomo było na czym polega
służba mandatariusza. Obecnie widomo, że grupa daje mandatariuszowi mandat do
podejmowania decyzji np. na konferencji. To
mandatariusz mówi co buduje naszą jedność. W AA ważne jest by
czerpać z doświadczeń poprzedników. Na początku uczyliśmy się na własnych
błędach. Te błędy opisane są w starych Mityngach. Bycie mandatariuszem otwiera
drogę do pełnienia innych służb w kraju, Europie, USA, na świecie. Zna grupy polskie w New Jersay, zna wielu alkoholików z Polski. Także tam wielu
dopiero uczy się AA. Są lepiej lub gorzej pracujące grupy. Obserwuje niechęć do
pracy w służbach, udziału w warsztatach tematycznych. Pamięta jak niewielu
alkoholików jechało pierwszy raz do Akron, do kolebki
AA. W 2004 r zaś pojechało z New Jersay
Janek - Jest od 2
lat w AA. Od roku prowadzi mityng. Niestety wielu członków AA wie jaką rolę pełni mandatariusz, co to jest Region, Intergrupa. Same mityngi takiej wiedzy nie dają. Nie mówi
się na nich o Tradycjach. Jeżeli mamy być odpowiedzialni to musimy zrozumieć
także funkcjonowanie AA.
Tosia -
Mandatariuszem na grupie Ursynów jest od lutego. Jest to jej pierwsza służba.
Słyszała długo na grupie, że
grupa nie ma mandatariusza
i czuła się odpowiedzialna za jego brak. Zgłosiła się sama do pełnienia tej
służby. Odbyło się głosowanie, ale to była jej własna inicjatywa
. Do tego momentu myślała, że to rzecznik jest strażnikiem Tradycji na
grupie.
Odkąd jest w AA słyszała, że na spotkaniach Intergrupy alkoholicy się kłócą, spierają. Nie zauważyła
tego na Intergrupie, w której pracach bierze udział.
Została pisarzem na Intergrupie Mokotów. Trochę ją ta
służba wyłącza ze śledzenia przebiegu pracy Intergrupy.
Na swojej grupie przypomina o niesieniu posłania. Przekazuje informacje z Intergrupy. Pamięta jak ważne było dla niej pierwsze
spotkanie z grupą AA. Dostała na niej wiele nadziei, ciepła .
To grupa skupia się na niesieniu posłania. Na początku pamięta, że było
jej głupio, że bierze pieniądze z kapelusza na zakup literatury. Duże wrażenie
zrobił na niej udział w konferencji służb. Ważny jest dla niej mandat zaufania,
który dostała od grupy. Informuje zawsze grupę jakie
stanowisko zajęła w imieniu grupy. Zauważyła z jakim
oporem alkoholicy pełnią służbę. Nawet do pełnienia służby przy telefonie w
PIK-u trudno znaleźć chętnych. Ona – Tosia - wie jaką
ma satysfakcję, gdy udało jej się poprzez dyżur telefoniczny nakłonić 2 osoby
do przyjścia do wspólnoty.
Teresa - Pełniła w
grupie Kontakt wszystkie służby. Grupa zadecydowała także, że została
mandatariuszem. Wszystkie służby pełniła intuicyjnie. Gdy pierwszy raz przyszła
na spotkanie Intergrupy, zdziwiona była problemami
poruszanymi na Intergrupie. Pierwsze sprawozdanie z Intergrupy „odbębniła”. Potem powoli
udoskonaliła swoją pracę. Uważa, że mandatariusz powinien być wdrażany w prace
przez poprzednika. Wyraża wdzięczność przyjacielowi, który w zasadzie na
początku zmusił ją do przyjmowaniu służb. Gdy zdawała służbę mandatariusza
czuła dużą satysfakcję. Obecnie pełni służby w służbach krajowych, ale została także
mandatariuszem na grupie, która właśnie się odradza po przejściowym upadku.
Andrzej - Gdy miał 3
miesiące trzeźwości brał udział w II Zjeździe Krajowym w Zawierciu. Brak było
organizacji, doświadczeń, ale był zapał. Było mało grup, alkoholicy bili się o
możliwość pełnienia służb. Na tym zjeździe czerpał nadzieję i wiedzę od Boba
– księdza z Bostonu. Były plakietki, plakaty , dużo
emocji. W kasie było 500.000 zł i nikt nie wiedział co
z nimi zrobić, jak je zaksięgować, ale nie to było najważniejsze. Istotą służby
mandatariusza jest łączność z
regionem, BSK. To łączność zapewnia więź i tożsamość z innymi
alkoholikami. Właśnie mandatariusz może wnieść bardzo dużo poprzez prace w PIK.
Poprzez prace jako mandatariusz nauczył się odpowiedzialności
i solidarności.
To on wpływa na grupę by czytano i omawiano na grupie
Tradycje AA. To właśnie z powodu nie przestrzegania Tradycji wrócił do picia.
Podkreśla, że mandatariusza w służbę powinien
wprowadzać poprzednik.
Kasia - Została
mandatariuszem „z łapanki”. Obecnie pełni służbę mandatariusza na 2
grupach. Na początku nie wiedziała jak pełnić tę służbę. Na początku
przekazywała tylko pieniądze z grupy. Nie wiedziała co
przekazywać po spotkaniach Intergrupy. Dopiero, gdy
na jednej z grup złamano VI tradycję pojęła, że wiedza o Tradycjach jest
konieczna. Zaczęła je studiować. Wprowadziła omawianie Tradycji na grupach. Bez
Tradycji nie ma AA. To właśnie Intergrupa i
doświadczenia innych grup pomogły jej rozwiązać ten problem. Informacje,
doświadczenia innych grup przekazuje na swoich grupach. Wprowadziła zwyczaj
przekazywania informacji z Intergrupy na początku
drugiej połowy mityngu. W informatorze „Co?Gdzie?Kiedy?”
podkreśla na kolorowo na jakie informacje należy
szczególnie zwrócić uwagę i zostawia ten informator na stołach mityngu. Często
spotyka się z niechęcią innych alkoholików nie
zainteresowanych jej pracą. Pracą nad Tradycjami. Trudno jej nawet
znaleźć zastępstwo na dyżur telefoniczny. Z 50 osób przychodzących na jej mityng tylko 4
osoby pojawiły się na Intergrupie.
Piotr - Podkreślił
doniosłość przekazu werbalnego informacji. Najpierw czyta informator
„Co?Gdzie?Kiedy?” Ważny jest dla Piotra fakt, że zna członków
AA, wie o kim mówi przekazując informacje o
zdarzeniach w AA. Tradycje w AA są bardzo ważne. Wielokrotnie odczuł niechęci alkoholików gdy dbał o ich przestrzeganie. Gdy walczył, by ważniejszy był mityng niż spotkanie sylwestrowe.
Teresa - Na pierwszej
konferencji, na której była, odbyła się wielka awantura. Ale jako mandatariusz
odczuła zainteresowanie wspólnotą. Obecnie bierze chętnie wszystkie zastępstwa
w służbach. Oddaje się poprzez służenie. Czuje, że to jej obowiązek być
dyspozycyjną dla innych.
Andrzej - Podkreślił,
że na grupie musi być czas dla mandatariusza. Dostarcza on informacje na grupę.
Właśnie wtedy grupa zauważa, że jest ważna we wspólnocie. Jego zdaniem
mandatariusz wychowuje alkoholików poprzez wielokrotne podkreślanie ważności
Tradycji. Służby pomagają w utrzymaniu trzeźwości.
Piotr - Bycie
mandatariuszem to także bycie rzecznikiem grupy AA na zewnątrz..
Warsztaty zakończyliśmy odmówieniem wspólnie modlitwy „O pogodę ducha”. Alunia
LISTY DO REDAKCJI
Modlitwa
Nazywam się
Inka. Jestem alkoholiczką.
Do religii,
do modlitwy, do Kościoła - zawsze mi było daleko. Choć pochodzę z rodziny
tradycyjnej. A może właśnie dlatego. Bo klepanie
pacierza – tak, rozmowa z dziećmi – nie. Szybko się zbuntowałam.
Ale
przechowuję w pamięci dwa wspomnienia. Pierwsze z bardzo wczesnego dzieciństwa,
gdy babcia mówiła mi, że skoro byłam taka grzeczna, to w nocy pewno mi się
jakiś święty ukaże. I ja potem długo się modliłam, prosiłam Boga, żeby mi się
nic nie pokazało, bo ja się boję duchów. Drugie, późniejsze, wiąże się z osobą
ojca. Mama z siostrą chodziły w niedziele na mszę poranną, ja z tatą na
wieczorną. Tj. wychodziliśmy razem, oglądaliśmy samochody pod ambasadami,
często wstępowaliśmy na jakieś ciastko. Nigdy się nie wydało. Nigdy też o tym
ze sobą nie mówiliśmy.
Przez całe
swoje dorosłe życie omijałam dużym łukiem problematykę religijną. A już jakieś
przeżycia duchowe? To śmieszne przecież, dobre dla maluczkich. Podobnie jak
cała sfera uczuciowa: miłości, zdrady, romanse – w sam raz dla dla kucharek.
Taka sensowna, taka zorganizowana i coraz bardziej
nieszczęśliwa. Zapijałam coraz częściej czarną dziurę, nazywałam ją depresją,
bo żadnych powodów racjonalnych do rozpaczy nie mogłam zobaczyć.
Aż, rozsypana
całkowicie, trafiłam na terapię, zaczęłam też chodzić na mityngi. Pojęcie Siły
Wyższej, kroki AA, Dezyderata i Modlitwa o pogodę
ducha, sporo wypowiedzi „starych” trzeźwiejących alkoholików -
zmusiły mnie do myślenia. Myślenia, bo świadomie przeżywać to ja jeszcze nie
umiałam.
Własnym rozumem
odnalazłam w sobie pustkę duchową, tę ssącą czarną dziurę, którą chciałam
wcześniej zapić. Uznałam, że ona właśnie stanowi moje największe zagrożenie.
Więc coś powinnam z sobą zrobić, jakoś się jej pozbyć.
Daleko odeszłam od
Boga, trudno wrócić. Z nadzieją pojechałam do Lichenia, nic mi to nie dało.
Zaczęłam codziennie się modlić: o łaskę wiary. I „odklepywać”
modlitwy zapamiętane z dzieciństwa. Licząc może, że ilość przejdzie
w jakość. W każdym razie nie rezygnuję, bo z zazdrością patrzę na
innych, dających świadectwa i wiem, jak mi potrzeba autentycznej (tj.
przeżytej, a nie wyrozumowanej) Siły Wyższej. Więc
kolejny krok – to Zakroczym. I spowiedź generalna włącznie z
wypowiedzeniem wszystkich wątpliwości. Dostałam rozgrzeszenie, mimo że nawet
grzechów z wrażenia nie pamiętałam, tylko płakałam bez przerwy.
Nie wiem, czy
wierzę w Boga. Ale CHCĘ wierzyć. Na dziś moją SIŁĄ WYŻSZĄ jest sumienie. Nie
przepiłam go, mówi do mnie, choć czasem cichutko...
Kiedy postępuję z
jego wskazówkami, zdobywam siłę. Do życia, i do
miłości. Nie zatruwam się martwieniem, co będzie, co ludzie powiedzą,
kombinowaniem, jak coś zdobyć, załatwić.
Kiedy jednak
głuchnę na głos sumienia, daję się ponieść własnemu egoizmowi, zaczynam
manipulować innymi i sobą samą chcąc na siłę przeprowadzać własną wolę - płacę
później cenę zburzenia spokoju wewnętrznego.
„Niech się
dzieje wola Twoja, a nie moja...” - recepta
prosta, ale jak trudna w realizacji. Bywam jeszcze czasem własnym wrogiem.
Od dwóch
przynajmniej lat czytam rano medytacje 24 godzin. Potem modlę się. Teksty
zapamiętane z dzieciństwa, wyklepane jakoś. I podziękowania. Dziękuję za...
Lista rzeczy i spraw robi się coraz dłuższa. Jestem
coraz uważniejsza na otoczenie, dostrzegam więcej pozytywów. Więc
„moszczę się” z prawdziwą przyjemnością w tym uświadamianiu sobie,
co dostałam i dostaję w trzeźwym życiu.
Pamiętam
przeraźliwą samotność pod koniec picia. Nie miałam już nic wspólnego z ludźmi
wokół, drażnili mnie tylko, byłam obca. I pierwsze mitingi, na których
przeżyłam pozytywny szok. Zabierający głos po kolei mówili o mnie. Ja też tak
miałam, też tak mam. Wielka ulga. Więc nie jestem kimś z innej planety, jestem
takim samym człowiekiem. Mogę się wreszcie porozumiewać, być z innymi,
przynależeć.
Od dawna nie czuję
się samotna dzięki Wspólnocie. I od dawna codziennie za to dziękuję. Komu? Nie
wiem. Samej Wspólnocie, Sile Wyższej, sobie?
@ z korespondencji mailowej @
Mailowa historyjka
Pewnego dnia, na placu targowym, pośród tłumu ludzi siedział
niewidomy z kapeluszem na datki i kartonikiem z napisem: „Jestem ślepy,
proszę o pomoc” Pewien mężczyzna, który przechodził obok niego. Zauważył,
że jego kapelusz jest prawie pusty, zaledwie parę groszy... Wrzucił mu parę
monet, po czym bez pytania niewidomego o zgodę, wziął jego kartonik, odwrócił
na drugą stronę i napisał coś.... Tego samego popołudnia, ten sam mężczyzna
znowu przechodził obok tego samego niewidomego i zauważył, że tym razem jego
kapelusz jest pełen monet. Niewidomy rozpoznał kroki
tego człowieka i zapytał go czy to on odwrócił kartonik i co na nim napisał...
Mężczyzna odpowiedział:
„Nic, co
nie byłoby prawdą. Przepisałem Twoje zdanie tylko troszkę inaczej."
Uśmiechnął się i oddalił.... Niewidomy nigdy się nie dowiedział, że na jego
kartoniku było napisane:
"Dziś
wszędzie dookoła jest wiosna... A ja nie mogę jej zobaczyć..."
Zmień swoją strategię jeśli coś nie jest tak, jak być powinno. A
zobaczysz, że będzie lepiej... Spróbuj dostrzec wiosnę, nawet
jeśli czasem jest to trudne...
Żółte maki
Wycieczka
w góry. Jest nas sześciu. Docieramy na miejsce kolejką linową, a dalej już na
piechotę w stronę grupy szczytów górskich, tak by zrobić dużą pętlę i na koniec
zejść z drugiej strony. Pokonujemy pierwszy odcinek, pośród przepięknej roślinności,
a w końcu przekraczamy granicę dwóch tysięcy metrów i krajobraz zaczyna się
zmieniać, pustoszeje.
Ścieżka
doprowadza nas w końcu do podstawy jednego ze szczytów, który rośnie przed
nami, jak wielka bryła wymierzona w niebo. Obok nas już tylko lodowa szreń i skały, skały, skały.
I
właśnie w tej chwili, pośrodku tego przepastnego morza kamieni, jeden z nas
dostrzega żółty mak. Pojedynczy. Samotny. Jeden jedyny mak pośrodku rozległego
morza kamieni. Nie wiedziałem nawet, że istnieją żółte maki. Istnieją. Ten tu,
stworzył spektakl zapierający dech w piersiach.
Słyszę
tuż za sobą rozmowę moich przyjaciół:
„-
Jak to możliwe, że on rośnie pośrodku skał?”
„-
Ponieważ wystarcza mu niewiele do życia.”
„-
Ale dlaczego… sam?”
„-
cóż… pewnie dlatego, że nie ma zbyt wielu
takich, którym wystarcza to „niewiele” do życia.”
Cisza.
Wiatr. Zatrzymuję się i podnoszę oczy w stronę górskiego szczytu. I zaczynam
modlić się do mojej Siły Wyższej, bym potrafił być takim żółtym makiem w Jego
Rękach, istotą cieszącą się każdą okruszyną ziemi, każdą kroplą wody – tym co dostaje w darze i co ją zanurza w strumieniu życia.
Insieme,
włoski biuletyn AA, nr 4 2004
Powrót do Kroków X-XII w Woźniakowie, jesienią 2008
Jednoosobowy
pokoik urządzony skromniutko, jak klasztorna cela – tapczan, szafka,
jedno krzesło. W tym miejscu zresztą nie powinno to dziwić. Były do wyboru
także sypialnie dwu lub trzyosobowe, ale ja chciałem właśnie tak, o to mi
chodziło. Kiedy kończy się burza mózgów podczas zajęć grupowych, mogę się tu
schować, zostać, choćby przez chwilę, z własnymi myślami, wnioskami, wątpliwościami. Nikt i nic mnie nie rozprasza, niczego nie
zagubię w gwarze wesołego towarzystwa.
Tym razem
przedmiotem naszych rozważań jest Program Dwunastu Kroków. Po pierwszych
dziewięciu prześlizgujemy się szybko i sprawnie – z założenia miały być
tylko przypomnieniem, a cały ciężar tego spotkania, maksimum czasu i uwagi,
postanowiliśmy przenieść i poświęcić problematyce Kroków X-XII. I tak się stało
i udało.
Dwa lata
temu „robiłem” już Kroki X-XII w Strzyżynie
i pewnie dlatego nie oczekiwałem specjalnie po
tegorocznym Woźniakowie jakichś spektakularnych odkryć czy powalających swoją
wagą przeżyć. Tym razem chciałem po prostu porozmawiać na temat Programu. W
końcu tkwi w błędzie tylko ten, kto własnych przekonań nie konfrontuje
systematycznie ze spostrzeżeniami innych ludzi.
Przemyślenia
i wnioski, z którymi wracałem, choć pozornie bezładne, może nawet chaotyczne,
dla mnie stanowią logiczną i spójną całość. Tym niemniej,
w trosce o czytelność tekstu, postaram się jakoś je ponumerować. Poza tym mój
sponsor zmusza mnie ostatnio do odnajdowania samej istoty rzeczy i trenowania
umiejętności zawierania jej w kilku czy kilkunastu zdaniach.
1. Od
zawsze zdawałem sobie sprawę, że Program Dwunastu Kroków nie jest programem
religijnym. Zauważam jednak, że czasem mam ciągotki (i chyba nie tylko ja) do
traktowania go jako program magiczny. W magii, jak
wiadomo, wystarczy wymówić zaklęcie, jakieś hokus-pokus lub abrakadabra i
stoliczek sam się nakrywa, zmienia się rzeczywistość i – może przede
wszystkim – my sami. Pewnie tego właśnie dotyczą słowa: „Sądziliśmy, że potrafimy znaleźć
łatwiejszą, łagodniejszą drogę”.
Program jest
sugestią i propozycją jednak w swojej skondensowanej formie nie zawiera
instrukcji, która wyjaśniałaby jednoznacznie, jak to zrobić, i tu właśnie jest
szczelina, przez którą wkradają mi się ciągotki magiczne. W książce
„Dwanaście Kroków i Dwanaście Tradycji” napisano: „Zrozumienie
jest kluczem do właściwych zasad i postaw, a właściwe postępowanie jest kluczem
do dobrego życia…”.
Program Wspólnoty
AA jest programem duchowym, a nie religijnym czy magicznym! A zrozumienie, o co
tu chodzi, jak zrobić, czego się ode mnie oczekuje itp., jest równie ważne jak
wiara w skuteczność programu.
2. Podobno
alkoholicy są niedojrzali. W moim przypadku jest to niewątpliwie prawdą. Może
to wstyd się przyznać, ale już kilka razy złapałem się na tym, że po czterdziestce
próbowałem się bawić w tropiciela śladów. Dotyczy to rzecz jasna poznawania
woli Boga z Kroku XI.
Już raz, dawno temu, oberwałem po
łapach, bo czyjąś śmierć uznałem za specjalny znak dla siebie. Usłyszałem
wtedy, że Bóg nie morduje jednych, by dawać znaki innym, a ja, jako
chrześcijanin i człowiek podobno dorosły, mam przestać bawić się w Sokole Oko,
mam dać sobie spokój z tropieniem i magiczną interpretacją jakichś tajemniczych
znaków, i woli Boga szukać raczej w Dekalogu. Tam przynajmniej jest mniejsze
niebezpieczeństwo, że za ukrytą w znakach wolę Boga wezmę po prostu jakieś tam
swoje własne projekcje, imaginacje czy skryte pragnienia.
Warto też żebym
pamiętał, że wiara to decyzje, wybory i działanie, a nie uczucia, emocje i
egzaltacje.
3. Fakt, że Kroki
I-IX AA dotyczą uporządkowania relacji z Siłą Wyższą i rozliczenia się z
przeszłością, podczas gdy X-XII odnoszą się do teraźniejszości, chwili bieżącej
i przyszłości, wydaje się oczywiste. Najdłużej jednak nie mogłem uchwycić
związku między Krokami X i XI. Widać komplikator w
mojej głowie utrudniał mi dostrzeganie rzeczy stosunkowo prostej:
jeśli Krok X jest korektą
zachowań,
to Krok XI stanowi niewątpliwie okazję do korekty intencji.
Być może, dla
kogoś, kto pomocy potrzebował i ją otrzymał, jest to obojętne, ale dla mnie,
alkoholika – nie, bo potrafię zamanipulować i zafałszować dokładnie
wszystko. Dlatego nie tyle może chcę, co muszę nieustannie sprawdzać, czy
pomagam z miłości bliźniego i w myśl XII Kroku, czy po prostu po to, żeby poczuć
się lepszym, popisać się, zrobić wrażenie na atrakcyjnej koleżance z mityngów.
Czy jest coś złego w byciu lepszym? Pozornie nie, wprost przeciwnie. Problem
tylko w tym, czy chcę być lepszym (prowadzącym mityng, mandatariuszem, itd.)
dla innych czy… od innych.
Z Woźniakowa wyjeżdżałem z jednym postanowieniem: będę się
starał mówić cicho i spokojnie, bo krzyk to czasem oznaka słabości, ale zawsze
napaść, agresja i gwałt na rozmówcy.
Wracałem też z
pewną wątpliwością, tematem do przemyślenia, który związany jest z powtarzanym
często w naszym środowisku powiedzonkiem: „dzielimy się doświadczeniem, a
nie wiedzą”.
Czy więcej sensu
ma postawienie przed głodnymi gośćmi zupy, czy może zamiast niej, uraczenie ich
opowieścią o palcu skaleczonym podczas obierania marchwi, o przypalonym garnku,
o nadmiarze soli? Czy nie jest tak, że wiedza wynika z przeżyć i osobistego
doświadczenia?
Muszę nad tym
wszystkim pomyśleć, rozważyć, bo… tu kłania się kolejna stara prawda:
„obłędem jest oczekiwanie odmiennych efektów przy niezmienionym
działaniu”.
Meszuge (X 2008)
„Nasze
korzenie...”
Grupa
„Poranek”
została założona w 1993 roku. Pierwszy mityng odbył się w
niedzielę 7 listopada 1993 roku i ta data jest przez grupę uznawana
jako data powstania grupy. Inicjatorką i współzałożycielką była siostra
Lidia /dobrze znana na tamten czas alkoholikom z Pragi-Północ/ oraz przyjaciele
z AA: Andrzej "Apostoł", Ula oraz śp. Adam "Pudełko".
Jeśli kogoś pominęliśmy to bardzo przepraszamy.
Grupa od tamtego dnia spotyka się w każdą
niedzielę o godz.11. Wszystkie mityngi są otwarte. Dotychczasowe miejsca
spotkań grupy to w kolejności: Klub Seniora przy ul.Brechta,
Punkt PCK przy ul.Kłopotowskiego i od 8 lat świetlica
osiedlowa dla dzieci przy ul.Węgrowskiej 3. Od
początku ideą założycieli był wybór miejsca neutralnego i tak to jest
kontynuowane do dzisiaj. Nazwa powstała od wspomnień z dzieciństwa, kiedy to w
niedzielę o godz.11 były wyświetlane w kinach filmy dla dzieci, tzw. Poranki.
Od 9 lat w każdą drugą niedzielę miesiąca odbywa się mityng spikerski. Grupa
pracuje wyłącznie na literaturze AA. Przez te wszystkie lata grupa nie miała
problemów z pełnieniem służb na grupie jak i w pozostałych strukturach
AA. Zapraszamy wszystkich przyjaciół AA do nas na mityng w każdą
niedzielę o godz.11.
Grupa „Strzyżyna”
powstała 26 listopada 1991 roku.
Założycielami
grupy byli Tadek, Waldek, Karol i Bogdan.
Grupa
powstała jako pomysł na kontynuację pracy rozpoczętej
na warsztatach w Strzyżynie koło Warki i od tego
miejsca wzięła swoją nazwę. Od początku istnienia miejscem spotkań grupy była
parafia kościoła "Podwyższenia Krzyża Świętego” przy ul. Słomianej
2/4 na Jelonkach (Bemowo).
Spotkania
odbywają się w każdy wtorek o godzinie 18:00. Mityng trwa dwie godziny z 10
minutową przerwą.
Grupa
„Strzyżyna” pracuje na krokach i
tradycjach AA (zgodnie z miesiącem kalendarzowym), przy czym tradycje
przerabiane są w każdy pierwszy wtorek miesiąca (mityng otwarty), kroki w
pozostałe wtorki (mityngi zamknięte). Grupa prowadzi kolportaż literatury AA.
Drodzy
Przyjaciele! Teksty do „Naszych Korzeni...” pisane są przez służby danej grupy i przekazywane do
Archiwum Regionu, a stamtąd trafiają na łamy MITYNGU. Piszcie, zapraszamy! red.
Łzy grzesznika
Nie pamiętam gdzie to było, chyba w BSK, rozmawiałem z jednym z naszych
przyjaciół w korytarzu. Był chyba ze Śląska. Byłem wówczas w marnym stanie
emocjonalnym. Trochę się użalałem, trochę żałowałem, ogólnie mówiąc, byłem na
poczuciu winy. (Chyba chciało mi się pić, mówiąc po naszemu.) Czułem z jego
strony współczucie i zrozumienie. Słuchał, wtrącał czasem jakieś zdanie.
„rozmawiało nam się dobrze”. Takie miałem
wrażenie. Kiedy przerwałem, on powiedział: Opowiem ci historyjkę o Piotrze.
Nie pamiętam jej już dokładnie, ale postaram się oddać jej sens. Było to
jakoś tak:
Pewnego
razu Święty Piotr wezwał do siebie Archanioła i powiedział tak:
Idź
ty Archaniele na ziemię i przynieś mi coś co mnie
zadziwi, co uznasz za najbardziej cenne, najbardziej wartościowe, wzniosłe i
piękne.
Co
było robić? Spakował manatki i zszedł na ziemię. Archanioł zobaczył pośród łąk
piękny staw a na nim okazały wodny kwiat. Nie widział wcześniej tak dorodnego.
Zerwał go i zaniósł Piotrowi. Ten obejrzał kwiat, zachwycił się jego wonią, kolorem,
dorodnością, aż się zarumienił z wrażenia. Po chwili jednak odłożył kwiat,
pokiwał głową i rzekł:
Piękny
ten kwiat jego woń czarująca, nie widziałem nigdy czegoś tak doskonałego, ale
nie tego oczekiwałem. Musisz poszukać czegoś innego.
Archanioł
bardzo się strapił, ale polecenie wykonał i wrócił na ziemię. Chodził po polach
lasach aż natknął się na bitwę żołnierzy. Natychmiast pomyślał o żołnierskim
trudzie, poświęceniu, o przelewanej krwi, śmierci w imię ojczyzny i wolności. Uznał że krew żołnierza może być cennym i pięknym
darem. Nabrał w fiolkę krwi i zaniósł
Piotrowi. Ten popatrzył na krew żołnierzy, wysłuchał opowieści o ich męstwie,
bólu, poświęceniu, śmierci, pokiwał głową i rzekł:
Tak,
krew żołnierzy to cenny dar, a ich męstwo godne naśladowania. Ich trud i
tęsknota mnie wzrusza. Mimo ich poświecenia nie zadziwiłeś mnie Archaniele i
musisz poszukać czegoś innego.
Poszedł więc z powrotem szukać. Łaził po
ziemi zaglądając w różne zakamarki. Wiele rzeczy zadziwiało go i wzruszało, ale
nie znajdywał niczego o czym by wcześniej nie
wiedział. Zmęczył się tym szukaniem. Zobaczył w oddali przydrożny krzyż i
kapliczkę. Postanowił pod nim odpocząć. Gdy się zbliżył dostrzegł w cieniu
krzyża, starca skulonego w kucki. Przysiadł się i zobaczył że
płacze. Czemu to starcze płaczesz? - spytał.
Ten
opowiedział mu o samotności i całe swoje życie. Jakim był draniem. Jak wielu ludziom uczynił krzywdę.
Jak stracił rodzinę i dzieci. Jak trudno mu
teraz, gdy to życie się kończy, gdy zrozumiał swoje błędy i jak bardzo żałuje
swoich czynów. Zasłuchał się Archanioł, kiwał głową ze
zrozumieniem, nawet starał się go pocieszać, pod koniec wyjął małą fiolkę i
nabrał łez płynących po policzkach starca.
Zaniósł
tę fiolkę Piotrowi i opowiedział historię człowieka, płaczącego pod krzyżem.
Wzruszył się Piotr. Współczuł starcowi, a na koniec powiedział tak:
Dobrze się sprawiłeś Archaniele. Przyniosłeś mi piękny kwiat, którego
uroda była niezwykła. Przyniosłeś mi krew żołnierzy a z nią miłość i ból, to
też było cenne.
Ale
ten ostatni dar jest najcenniejszy spośród wszystkich, które można znaleźć na
ziemi.
Nie
ma nic cenniejszego i wartościowego od łez skruszonego grzesznika.
Pozdrawiam-lechu02
Na kolana i dziękuj!
Moje
doświadczenie modlitwy nie jest łatwe. Jako dziecko była dla mnie całkowitą abstrakcją. Moi rodzice byli niezbyt religijni. Pozostały mi
wyuczone pacierze przez babcie i na religii. Ale moja modlitwa była całkowicie
pozbawiona treści. Nie rozumiałem po co należy się
modlić, nie lubiłem tego, był to dla mnie całkowicie pusty rytuał, który nie
wiadomo dlaczego ma być miły sile wyższej.
Krótkie
przebudzenie religijne przeżyłem w szkole średniej dzięki fajnemu
księdzu. Ale potem szybko przyszła dorosłość, w której postanowiłem dość
radykalnie zmienić swoje życie. Mając 21 lat zrezygnowałem z praktykowanej od
kilku lat abstynencji, czystości, chęci pomocy innym i postanowiłem, że teraz
będę żył niemoralnie. Wpadłem na pomysł, żeby odwrócić swoje życie o 180 stopni.
Wydawało się, że tak będzie bardziej poważnie, że w ten sposób wyrażę swoją
dorosłość.
Przez
kilkanaście lat w zasadzie nie praktykowałem modlitwy. Z wyjątkiem chwil, gdy
znajdowałem się naprawdę w tarapatach – jak mi się wydawało – bez
wyjścia. Najczęściej działo się tak na skutek mojego picia, na totalnym kacu,
po jakiejś kolejnej wpadce, gdy wydawało mi się, że
wszystko wali się na głowę. Wtedy błagałem o pomoc z całej siły i o dziwo najczęściej ją otrzymywałem. Ale gdy tylko poczułem
się lepiej, zapominałem o modlitwie i znów szedłem własną drogą.
Nie
zapomnę też modlitw zanoszonych pod sam koniec mojego picia. Błagałem o
odebranie mi życie, prosiłem „Panie, zabierz mnie stąd. Chcę umrzeć. Nie
chcę już więcej żyć. Zabierz mi życie”. Na szczęście te modlitwy nie
zostały wysłuchane. Gdy było już bardzo źle podczas rzadkich wizyt w kościele np. w święta modliłem się, żebym przestał pić. Myślałem, że
Siła Wyższa uleczy mnie, a wtedy w mgnieniu oka wszystko odmieni się na lepsze.
Ale nic nie robiłem, żeby jej pomoc. Zupełnie jak w tym dowcipie o Icku, który
prosił Boga o wygraną na loterii bez wykupienia losu.
Gdy
zacząłem trzeźwieć, nie od razu wróciłem do modlitwy. Byłem całkowicie pusty
duchowo. Całą energię i wysiłek poświęcałem na zachowanie abstynencji.
Myślałem, że trzeźwość jest jak trening, umiejętność, nie zdawałem sobie sprawy
z jej związku z duchowością.
Ale na
wszystko przyszedł czas. Spotkałem na swojej drodze terapeutkę –
alkoholiczkę z ponad 20-letnim stażem trzeźwości. Dziś wiem, że to nie był
przypadek. To ona pierwsza powiedziała mi, że trzeźwienie opiera się głównie na
duchowości, że to stałe poszukiwanie i rozwój. Początkowo brzmiało to jak biała
magia, ale wziąłem z jej słów tyle, ile mogłem wówczas zrozumieć. Opowiedziała
mi swoje rozmowy ze sponsorem na początku jej trzeźwości. Jego pierwsza rada brzmiała: „Co rano, jak tylko wstaniesz z łóżka,
klękaj na kolana i dziękuj! Nawet jeśli nie masz na to
ochoty, jeśli ci się nie chcę, jeśli uważasz, że nie masz za co”.
Brzmiało to dla mnie jak fantastyka. Ja mam klękać? Jeszcze przy żonie? I za co
mam niby dziękować? Natychmiast dostałem odpowiedź: za życie, za nowy dzień, za
zdrowie, za brak kaca, za trzeźwość, za bliskich, za słońce, za jasne niebo, za
pracę, dach nad głową itd.
Postanowiłem
zaryzykować. Następnego dnia kolana nie chciały mi się zgiąć do klęknięcia.
Myśli układały się w twarde zdania. Ale wykrztusiłem z siebie po cichu to, o
czym z grubsza mówiła terapeutkę. Robiłem to trochę na siłę. Ale już po
zakończeniu pierwszej modlitwy od lat zobaczyłem, że dobrze się z tym czuję. Że
spada ze mnie jakieś napięcie, strach, że nie jestem sam w obliczu
rozpoczynającego się dnia. Od tej pory codziennie rano klękam na kolana,
dziękuje, powierzam swoje myśli, swój dzień sile wyższej, dziękuję za
poprzednie 24 godziny i proszę o opiekę podczas kolejnych 24. I to działa. Nie wiem jak, ale działa. Wierzę, że Siła Wyższa jest ze
mną.
Po jakimś
czasie przestałem się już zmuszać do porannej modlitwy. Stała się zwyczajem,
rytuałem, elementem każdego dnia tak jak mycie zębów, czy zakładanie skarpetek.
Z wielu powodów jest mi ciężko dogadać się z moją Siłą Wyższą, ale wiem, że
muszę próbować, nie mogę się od niej odcinać, odwracać obrażać. Jeśli pozostanę
sam ze swoim życiem, to nie dam sobie rady, polegnę. Mam AA, przyjaciół,
program, ale przede wszystkim mam modlitwę, która uczy mnie pokory, przypomina
mi, że nie jestem sam, że to nie ja kręcę tym interesem. I czuję się z tym
bardzo dobrze. Więc na kolana i dziękuję!
Marcin AA
Apel o wsparcie
Cześć Przyjacielu!
Czy znajdujesz w sobie gotowość?
Gotowość
do niesienia posłania na mityngu AA w Zakładzie Karnym w warszawskiej
Białołęce. Jeśli masz już trochę trzeźwego życia za sobą - podziel się z
osadzonymi swoim doświadczeniem i nadzieją. Osadzeni często piszą i mówią o
tym, jak bardzo pomogły im mityngi prowadzone po tamtej stronie muru, za
kratami. Te mityngi są wręcz niezbędne.
Przyjaciele w ZK Białołęka Dworska czekają w środy o 16:00, ul. Ciupagi 1.
Skontaktuj
się z łącznikiem ds. ZK swojej Intergrupy albo
przyjdź na Zespół ds. Zakładów Karnych w każdy czwarty czwartek miesiąca o 18:00 do PIK na Brazylijską 10.
Zatem zwracam się do wszystkich przyjaciół naszej wspólnoty
AA o wsparcie mityngów w Zakładzie Karnym Białołęka.
Bliższe informacje: tel. 791
– 936 -603, Stefan AA
P.S. A w
listopadzie, 22-go o 15:00 w tymże PIKu,
odbędą się warsztaty dotyczące tematyki - „Mój pierwszy mityng w
ZK”. Po prostu przyjdź.