MITYNG 12/138/2008
DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO
Rok 2008
dobiega końca, nadchodzi też okres świąteczny - dla wielu z nas
oczekiwany i radosny. Upływający
rok daje możliwość refleksji nad wkładem w
naszą trzeźwość - nad tym co zrobiliśmy dla AA i dla swojej rodziny.
Alkohol staje się mglistym mrocznym wspomnieniem, do którego nie mamy
najmniejszej ochoty powrócić. Zapracowaliśmy na to na mityngach, wczytując się w doświadczenia zawarte w naszej literaturze, stawiając pierwsze kroki w pracy razem ze
sponsorem, podejmując
służbę...
Zaczynamy odkrywać sens w naszej drodze do
trzeźwości. Mając w sobie to nowe, jeszcze nawet trudne do nazwania, uczucie radości, staramy się przekazać je tym, którzy dopiero do nas przychodzą.
Przed nimi być może jeszcze długa droga. Oni są dopiero na początku. Możemy być
z nimi nie tylko na mityngu. Nie pozwólmy aby samotność i lęk były jedynymi
świątecznymi wspomnieniami. Wszak jesteśmy razem we Wspólnocie Anonimowych Alkoholików i nasza Preambuła codziennie przypomina nam:
Naszym podstawowym celem jest trwać w
trzeźwości i pomagać innym alkoholikom w jej osiągnięciu.
Kochani! Pogody Ducha,
Wesołych Świąt
Oraz
Szczęśliwego Nowego Roku 2009 życzy
redakcja Mityngu oraz Rada Regionu Warszawa
12 Tradycja Wspólnoty AA
Dwunasta
Tradycja Wspólnoty Anonimowych Alkoholików brzmi: „Anonimowość stanowi
duchową podstawę wszystkich naszych tradycji przypominając nam zawsze o
pierwszeństwie zasad przed osobistymi ambicjami”.
„Anonimowość
to pokora w działaniu, a jej duchową istotę stanowi poświęcenie” –
takie i tego typu wypowiedzi brzmią wspaniale i niewątpliwie mogą robić
niesamowite wrażenie podczas mityngów AA, zwłaszcza w obecności nowych członków
Wspólnoty płci… przeciwnej.
Warto
jednak czasem zadać sobie pytanie, czy dla głoszącego takie prawdy, dla mnie
osobiście, coś one faktycznie znaczą, i to tak na co dzień, w praktyce? Bo
jeśli nie… Ale tu już powinna działać zasada bezwzględnej uczciwości
– przynajmniej wobec samego siebie.
Dwunasta
Tradycja Wspólnoty AA (według Meszuge)
„Alkoholik”,
alkoholiczka”… określenia te mają w każdym chyba społeczeństwie
ewidentnie pejoratywne znaczenie, a nawet potrafią stać się wyzwiskiem.
Alkoholicy mają bez wątpienia wyjątkowo złą opinię i – co może dziwnie
brzmieć w ustach alkoholika – moim zdaniem słusznie i zasłużenie.
Między
sobą, we własnym gronie i środowisku, możemy nieomalże w nieskończoność
udowadniać oraz przekonywać się wzajemnie, jacy to z nas wartościowi, wspaniali
ludzie, jak cała reszta świata nie rozumie istoty choroby alkoholowej, jest
niedouczona w tym zakresie itp. Pomysły na temat: „co oni powinni dla
mnie i wobec mnie jako alkoholika”, uważam za nierealistyczną postawę
roszczeniową i zwykłe bujanie w
obłokach, bo smutna prawda wygląda tak, że nasze otoczenie nie ocenia ani
choroby jako takiej, ani nawet nadużywania alkoholu, co w naszym kręgu
kulturowym jest dosyć powszechne, ale nasze zachowanie, postępowanie i relacje
z innymi ludźmi, tak w ogóle.
Alkoholicy
nie są „źli” z powodu alkoholizmu, ale w związku z kradzieżami,
kłamstwami, wyłudzeniami, oszustwami, znęcaniem się nad domownikami –
psychicznym, fizycznym, albo i jednym i drugim – gwałtami małżeńskimi,
niezdolnością do miłości, egoizmem, egocentryzmem, pozbawianiem rodziny
poczucia bezpieczeństwa, środków do życia, szansy na normalne funkcjonowanie,
rozwój, itd.
Kiedy
wyobrażam sobie konsekwencje ewentualnego przerwania abstynencji, przychodzi mi
do głowy wstyd wobec kolegów z AA, upokarzająca wizyta w poradni odwykowej,
skrępowanie w związku ze wspomnieniem, bezwartościowych najwidoczniej,
rocznic… no, ewentualnie może jeszcze utrata pracy. Jakoś zupełnie nie
myślę o tym, co chyba najważniejsze – o powrocie do zachowań i postaw,
które wymieniłem wcześniej. Czyżby roiło mi się, że pomimo powrotu do picia,
udałoby mi się w razie czego zachować wysokie standardy moralne, z których
obecnie jestem tak dumny?
Wyjątkowo
ważnym elementem pokory wydaje mi się świadomość, że od takich właśnie
społecznie nieakceptowanych zachowań dzieli mnie tylko jeden kieliszek, a także
przyjęcie do wiadomości faktu, że alkoholizm jest chorobą chroniczną –
ma, lub może mieć, nawroty.
W zasadzie
od samego początku obserwuję, najpierw u siebie, później nie tylko u siebie,
tendencję do myślenia o sobie dwubiegunowo (psychologowie nazywają to zdaje się
„mechanizmem rozproszonego ja”), czyli: ja pijany – zły, ja
trzeźwy – dobry. Uleganie takiej pokusie wydaje mi się wyjątkowo
niebezpieczne, gdyż w ten sposób coraz bardziej dystansuję się od swojej
przeszłości. Niby nadal na mityngach opowiadam paskudne przypadki z lat
uzależnionego picia, ale robię to z daleko mniejszym zaangażowaniem, jakbym
opowiadał o kimś innym, albo streszczał film.
Nie
sprawia mi przyjemności dopuszczanie do swojej świadomości faktu, że ten pijak,
złodziej i oszust, to nadal ja, a nie jakiś inny Meszuge. Jeżeli jednak pójdę
tym torem i zacznę widzieć siebie z tamtych czasów jak kogoś innego, albo
postrzegać swoją pijaną przeszłość jak zamkniętą raz na zawsze księgę, może
zacząć działać stare aowskie powiedzenie: „im dalej ostatniego kieliszka,
tym bliżej pierwszego”.
Tak,
złodziej, kłamca, oszust… to nadal ja – wystarczy jeden kieliszek,
i choćbym został największym guru w AA, to ten fakt pozostanie niezmienny po
kres moich dni.
Jako, że
alkoholizm jest nieuleczalny, w moim życiu nigdy nie nastąpi taki moment, w
którym mógłbym bezpiecznie, dla siebie oraz Wspólnoty AA (przecież nasze
wspólne dobro jest najważniejsze!), zacząć realizować swoją wewnętrzną potrzebę
ekspiacji, autoreklamy i innych form poprawiania sobie bilansu emocjonalnego na
jakimś szerszym forum, w TV lub innych mediach.
Ludowe
powiedzenie mówi, że upadek z wysokiego stołka bardziej boli i niewątpliwie
jest w tym sporo racji. Ewentualny upadek, zapicie anonimowego alkoholika, jednego
z dziesiątków tysięcy, nie zagrozi Wspólnocie AA właściwie w żaden istotny
sposób, a i on sam prędzej pozbiera się po cichutku, w gronie kilku przyjaciół,
niż gdyby zwrócone były na niego oczy (i kamery) całego świata. Natomiast
złamanie abstynencji Prezesa AA (gdyby taki istniał), albo znanego aktora czy
polityka, chwalącego się, że jest członkiem Wspólnoty Anonimowych Alkoholików,
mogłoby pociągnąć za sobą niepowetowane straty – wielu ludzi straciłoby
nadzieję, być może ostatnią, no bo jeżeli TAKI człowiek zapił, to widocznie
całe to AA nie działa i nie jest tak skuteczne, jak opowiadają.
W książce
„Dwanaście Kroków i Dwanaście Tradycji” jej autor zwraca uwagę na
potrzebę stałego poświęcania przez alkoholików celów osobistych w imię
wspólnego dobra. Oczywiście ma rację, jednak żeby nie dopuścić do nieporozumień
warto odpowiedzieć sobie na pytanie, o jakie osobiste cele chodzi?
Anonimowi
Alkoholicy nie wymagają od swoich członków poświęceń w postaci rezygnacji z
awansu na majstra w fabryce obrabiarek. Sugerują natomiast, że lepiej będzie
dla wszystkich zainteresowanych, aby alkoholik swoje cele osobiste, np. w
postaci potrzeby uznania, zadośćuczynienia, odkupienia win, oczyszczenia,
demonstracji zmian postawy i innych takich, realizował bez mieszania w to
Wspólnoty AA na forach publicznych i w mediach.
Rozmawiając
niedawno na temat słabej i silnej woli, starałem się przekazać, że to nie wola
była i jest moim problemem, ale raczej samowola. „Egoizm, egocentryzm,
koncentracja na samym sobie” – to przecież ja i to nie tylko w
okresie picia. A jeśli tak, to zamiana osobistych, prywatnych zachcianek na
posłuszeństwo zasadom służącym wszystkim (większości), może być dla mnie
uzdrawiającą nowością.
Przez
większą część życia, tego przed uzależnieniem także, funkcjonowałem napędzany i
motywowany własnymi zachciankami, wyobrażeniami, pomysłami, rojeniami,
ambicjami – i skończyłem na detoksie.
Od kiedy
nie piję, wiele razy podczas mityngów AA mówiłem o swojej gotowości i
determinacji we wprowadzaniu zmian w swoje życie, myślenie, postępowanie, itd.
Czy rzeczywiście gotów jestem zacząć zmieniać swoje ambicje na zasady
Wspólnoty, która ratuje mi życie? I żadne tam „daj czas czasowi”!
Czy jestem gotów zacząć to robić już dzisiaj, od zaraz?
W aowskim
środowisku bardzo często można usłyszeć powiedzenie, czy też sugestię, zgodnie
z którą – „najpierw rzeczy najważniejsze”. I tak XII Tradycja
Wspólnoty AA po prostu jasno i wyraźnie proponuje mi, sprawdzone w działaniu
priorytety, określa właśnie to, co jest najważniejsze, żebym jako alkoholik
mógł żyć obok alkoholu, bez alkoholu.
Meszuge (VII 2008)
Czy mityngi są potrzebne do trzeźwienia?
Wielokrotnie
jako terapeuta uzależnień spotykałem się z pytaniem „czy warto chodzić na
mityngi AA?” zarówno ze strony rodzin, samych pacjentów jak i niektórych
terapeutów.
Z tego co
obserwuję wśród samych profesjonalistów stosunek do mityngów jest
niejednoznaczny, niektórzy z nich (na szczęście w zdecydowanej mniejszości)
prezentują wręcz niechętny stosunek do wspólnoty AA. Myślę, że te postawy i
wątpliwości wynikają z nieznajomości idei AA i braku zrozumienia mechanizmu
działania Wspólnoty.
Ogromna
większość ludzi zajmujących się pomaganiem osobom uzależnionym docenia w pełni
ogromną rolę jaką pełni Wspólnota w procesie trzeźwienia. Myślę też, że dla
wielu ludzi uzależnionych mających zarówno wątpliwości jak i obawy przed
podjęciem leczenia w różnego rodzaju placówkach zajmujących się problemem
uzależnienia oferta AA może być bardzo atrakcyjna.
Ja osobiście
jestem wielkim fanem Wspólnoty Anonimowych Alkoholików i bardzo zachęcam
zarówno swoich pacjentów jak i inne osoby zadające mi to pytanie do korzystania
z oferty prezentowanej przez AA - spróbuję wyjaśnić dlaczego:
Po pierwsze
– ogromnym atutem dla osób wahających się czy zrobić coś w sprawie
swojego picia jest podstawowa zasada Wspólnoty – zasada anonimowości.
W każdej
innej formie leczenia trzeba ujawnić swoje imię i nazwisko, adres, a trzeba
pamiętać, że choroba alkoholowa nadal jest postrzegana jako coś wstydliwego
– szczególnie przez ludzi, którzy na nią chorują, a także ich rodziny.
We
wspólnocie AA nikt nie pyta o dane personalne, można przedstawić się wymyślonym
imieniem czy pseudonimem. Nie trzeba wypełniać ankiet, poddawać się badaniom
wystarczy na pierwszym mityngu na który się trafi odpowiedzieć na 2 pytania 1)
czy masz problem z piciem? i 2) czy chcesz przestać pić? Odpowiedź twierdząca
daje wstęp do wspólnoty i możliwość nieograniczonego udziału w mityngach
wszędzie tam gdzie one działają (do wspólnoty przystępuje się tylko raz)
Po drugie
– zasada dobrowolności – we wspólnocie nie obowiązują listy
obecności, każdy przychodzi na spotkania wg własnego uznania i zapotrzebowania,
nikt kto został członkiem Wspólnoty nie może z niej zostać wykluczony, tylko
osoba zainteresowana może sama zrezygnować w obecności we Wspólnocie. Nie ma
też przymusu mówienia o sobie, każdy członek mityngu decyduje czy chce zabrać
głos, czy nie.
Ta zasada
jest ogromnie ważnym argumentem dla ludzi uzależnionych z bardzo aktywnym
systemem dumy (często słyszymy od alkoholików „nikt mi nie będzie mówił
co mam robić” „nikt mi życia układał nie będzie” „ja
najlepiej wiem co mi potrzebne” itd.) – przy tej zasadzie niema z
kim walczyć, co skutecznie redukuje opór przed korzystaniem z pomocy. Brak
przymusu regularnego udziału w określonym mityngu ułatwia też zadanie tym
którzy mają nienormowany czas pracy i mogą dotrzeć na spotkania w różnych
porach.
Nie
obowiązują też żadne opłaty poza całkowicie dobrowolnymi datkami w dowolnej
wysokości, uzależnionej od aktualnych możliwości zainteresowanego (to wbrew
pozorom mocny argument dla wielu ludzi - trzeba pamiętać, że sytuacja finansowa
znacznej grupy ludzi rozpoczynających trzeźwienie jest tragiczna)
Po trzecie
– program trzeźwienia (program 12-stu kroków) – Wspólnota
AA jako jedyna poza terapią profesjonalną oferuje pomysł na drogę trzeźwienia,
a nie tylko ofertę zaprzestania picia.
Każdy
alkoholik ma przerwy w piciu, ale niestety po nich najczęściej następuję powrót
do picia, choroba rozwija się dalej i szkody narastają. Przyczyną powrotów do
picia są najczęściej nieumiejętności społeczne osób uzależnionych i nie
załatwione problemy życiowe które wywołują na tyle silne i trudne emocje, że
jedynym sposobem na ich przetrzymanie wydaje się picie).
Program 12
kroków daje możliwość wprowadzania takich zmian w życiu które ułatwiają
funkcjonowanie w kontaktach społecznych i porządkowanie, a także likwidację
zniszczeń (głównie w relacjach z ludźmi) Co za tym idzie – ludzie
uzależnieni uzyskują spadek napięcia, zmniejszenie intensywności takich uczuć
jak wstyd, czy poczucie winy i są mniej narażeni na niechciane powroty do
picia.
Co poza
programem oferuje Wspólnota?
Otóż co
najmniej kilka niezwykle ważnych spraw
- przede
wszystkim – nowe otoczenie społeczne, kontakty z ludźmi.
Trzeba pamiętać, że w ogromnej większości ludzie
zaczynający trzeźwienie są przeraźliwie osamotnieni. Odstawienie alkoholu
powoduje, że zanikają dotychczasowe kontakty z pijącymi oparte na wspólnocie
interesów w piciu. Z kolei kontakty z niepijącymi, lub pijącymi umiarkowanie są
tak bardzo obarczone wstydem lub poczuciem winy (związane z zachowaniami z
okresu picia), że zamiast wsparcia, czy przyjemności są źródłem ogromnych
napięć.
Człowiek który
przestaje pić unika i pijących i niepijących, pozostaje sam ze swoimi
wątpliwościami i nieumiejętnościami, bez pomysłu czym wypełnić wolny czas
dotychczas wypełniany alkoholem. I tu oferta wspólnoty jest nie do przebicia
– oferuje ona kontakty bezpieczne, z ludźmi którzy nie są zbyt skorzy do
ocen z racji osobistych doświadczeń. Ludźmi wobec których nie trzeba się
wstydzić dotychczasowych doświadczeń życiowych, rozumiejących dobrze trudności
związane z odstawieniem alkoholu i chętnych do pomocy.
- Mityngi to forum, na którym można opowiedzieć o
swoich radościach i problemach dostając w zamian doświadczenia i pomysły
innych uczestników (nie rady – tych alkoholicy słuchają bardzo
niechętnie, a mądrość wynikającą z osobistych przeżyć)
- Wspólnota dostarcza też pozytywnych, możliwych do
zaakceptowania wzorców osobowych w postaci ludzi dłużej trzeźwiejących.
To oni w sposób praktyczny, na własnym przykładzie pokazują, że utrzymanie
abstynencji i wprowadzanie pozytywnych zmian w życiu jest możliwe, że nawet bardzo
dramatyczny punkt wyjścia do trzeźwienia (tzw „głębokie dno”) nie
jest przeszkodą aby nie pić i żyć w sposób satysfakcjonujący
- Ludzie biorący udział w mityngach często mówią o
„doładowaniu akumulatorów” czyli wzroście pozytywnej energii,
chęci działania i nadziei na pozytywne rozwiązanie wielu trudności
życiowych
- Wspólnota oferuje też opiekę w
postaci tzw sponsora – człowieka o dłuższym stażu w trzeźwieniu
pomagającego w utrzymaniu abstynencji tym, którzy dopiero zaczynają swoją drogę
i miejsce gdzie można się schronić (choćby na 2 godziny) w sytuacji głodu
alkoholowego.
- I wiele, wiele więcej – tu bardzo
często rodzą się autentyczne przyjaźnie na lata, powstają trwałe, dobre
związki, ludzie trzeźwiejący uczą się nowego, wartościowego sposobu życia bez
alkoholu, znajdują pomysły na działania będące źródłem radości, nadające sens
życiu po odstawieniu butelki.
Reasumując - moim (i nie tylko) zdaniem Wspólnota Anonimowych Alkoholików niesie ze sobą obok wielu niedoskonałości i wypaczeń tak wiele cennych wartości, że odpowiedź może być tylko jedna – Warto brać czynny udział w spotkaniach, poznawać i realizować w życiu program 12-stu kroków aby skuteczniej, szybciej i łatwiej wchodzić w trzeźwe życie bez alkoholu.
SW
Przełamałem lęk przed niesieniem posłania
Zacząłem
trzeźwieć dwa lata temu pod koniec listopada. Z pierwszych mityngów niewiele
pamiętam poza atmosferą, poczuciem ulgi i bezpieczeństwa, które ogarniało mnie
w sali. Potem ta chwila ulgi kończyła się i znów znajdowałem się we wrogim
świecie, ale jakoś umocniony. Zupełnie jakby otoczono mnie jakąś niewidzialną
tarczą. To jej działanie przekonało mnie do AA. Mityngi zaczęły ciągnąć mnie
jak magnes, lubiłem rozmawiać i przebywać z ludźmi poznanymi w AA, chciałem nabrać
ich spokoju, dystansu do rzeczywistości, ciepła, pogody ducha.
Gdy
zaczynałem, niewiele do mnie docierało o Kroku 11, czy 12. Zacząłem wsłuchiwać
się w kroki dopiero od stycznia i bardzo mi to odpowiadało, bo 1, 2 i 3 Krok
były jakby w sam raz dla mnie.
Na terapii
dowiedziałem się o niesieniu posłaniu i ostrzeżono mnie, żebym na razie się za
to nie zabierał. To tam poznałem znaczenia słowa dwukrok, czyli łapanie się za
niesienie posłanie, gdy nie mam jeszcze w pełni przerobionego Kroku 1. Nie
groziło mi to. Niesienie posłania dla mnie - niepijącego od kilku tygodni -
wydawało się zupełnie absurdalne. Postanowiłem sobie, że przez pierwszy rok w
ogóle nie będę się tym zajmował, ani o tym myślał. Wręcz wbiłem sobie w głowę,
że może to być dla mnie zabójcze, szkodliwe.
Przełomem
była sytuacja, gdy ktoś poprosił mnie, żeby zawieźć nowicjusza na mityng.
Miałem wtedy może ze trzy, cztery miesiące abstynencji. Najpierw odmówiłem, ale
ktoś powiedział mi, że nie ma innych chętnych i dodał: zobaczysz jak dobrze się
potem poczujesz. Zrobiłem tak, trochę ze złością na samego siebie, że nie
okazałem się dość asertywny. Nie doznałem olśnienia, ani nie pękłem z poczucia
dumy, ale odkryłem, że nawet ja - także zupełny nowicjusz w AA - mogę być komuś
pomocny na swoją miarę. Tym kimś była starsza ode mnie osoba, która właśnie
wyszła z terapii pod Warszawą - żeby nikt z bliskich i znajomych się nie
dowiedział - i chyba miała jeszcze większy strach niż ja kiedyś przed pójściem
na mityng na mieście i otwarte przyznanie się do choroby. Okazało się, że moje
doświadczenie sprzed kilku miesięcy jest dla niej bardzo pomocne, dodaje
otuchy. Potem często się o tym przekonywałem, gdy na mityngi trafiali nowi, a
ja miałem pięć miesięcy, pół roku, rok, itd.
Dość szybko
- bo jeszcze przed upływem roku - podjąłem pierwsze służby w AA. Poszedłem na
dyżur do PIK, a tam dzięki innym alkoholikom zobaczyłem w praktyce jak wygląda
niesienie posłania. Wcześniej miałem stereotyp, że to chodzenie na detoks, do
izby wytrzeźwień, na Centralny, do noclegowni i szukanie tam chętnych do AA. Na
to na pewno nie byłem gotowy. Ale posiedzieć w miłym miejscu przy telefonie i
udzielić prostej informacji - czemu nie. I tak się zaczęło. Po dwóch, trzech
dyżurach z innymi sam odebrałem pierwszy telefon, potem byłem na dyżurze, który
spędziłem w pojedynkę i jakoś sobie dałem radę. Rzeczywiście - satysfakcja była
ogromna. Mogę być komuś potrzebny aż przez 5 godzin. Nawet ja, taki
nieopierzony żołtodziób, który jeszcze niedawno był na dnie.
Dziś nie
wstydzę się podejść do nowych, mówię im o sobie, zabieram głos, gdy są na
pierwszym mityngu, staram się dodać otuchy w przerwie. Wiem, ile dla mnie
znaczyły takie gesty, gdy zaczynałem. Jeden uśmiech, ciepłe słowo, wyciągnięta
ręka, rzucone w przelocie „Dobrze,
że jesteś" czy kubek z gorącą herbatą mogą zmienić czyjeś życie. Tak było
ze mną, bo przychodząc do AA, nie planowałem, że zostanę tu na dłużej. Ale
spodobało mi się...
Niosę posłanie
na swoją miarę alkoholika z niezbyt dużym stażem. Niedawno odezwał się kolega z
czasów picia, który wyładował na detoksie. Od kilku tygodni chodzi na mityngi.
Opowiadam mu o sobie, poświęcam mu czas, mówię co czułem kiedyś i czuję dziś,
co się przez te dwa lata zmieniło w moim życiu. Reszta zależy od niego, ale czuję,
że robię swoje. Znajomi w pracy wiedzą, że można się do mnie zwrócić w razie
potrzeby, by zapytać się co zrobić ze sobą albo z kimś bliskim.
Tak dziś pojmuję niesienie posłania. Może kiedyś będzie mnie stać na jeszcze więcej. No i zacząłem pisać do „Mityngu". Żadne mądrości. Po prostu to, co czuję, co było i jest moim doświadczeniem. Może komuś się przyda.
Marcin AA
Mamy dla Ciebie dobry pomysł na zbliżające się dni.
Jeśli z jakichś powodów nie będziesz mógł
spotkać się na mityngu z przyjaciółmi, a znajdziesz chwilę czasu między karpiem
a fajerwerkami - napisz do biuletynu MITYNG! Podziel się swoją radością z
trzeźwienia.
Jeśli więc znalazłeś chwilę czasu i czytasz MITYNG to cieszymy się razem z Tobą. A jeśli masz ochotę pisać do nas - nie zwlekaj! Wyślij na
redakcja@mityng.net
albo mityng@op.pl
lub
dostarcz tekst osobiście, albo też wyślij go na adres
PIK, Brazylijska 10 , 03-946 Warszawa, z dopiskiem MITYNG
„Oczekiwania i obawy uczestników
2-dniowej Konferencji Regionalnej”
Warsztat nr 2
Udział w
warsztacie wzięło 34 osoby, w tym zaproszony gość - były delegat narodowy
Tadeusz z Regionu „Galicja”, powiernik naszego Regionu Małgorzata
oraz byli rzecznicy Regionu Warszawa - Andrzej „Siwy”, Marek
„Walizka” ,Włodek S. i Zbyszek z Siedlec.
Na
początku spotkania głos zabrał Tadeusz i przedstawił jak w obecnej chwili
wygląda przebieg Konferencji Regionu „Galicja”. Opowiedział
obszernie o celach Konferencji, jej przebiegu, ewentualnych problemach
technicznych, a także o atmosferze na niej i korzyściach wynikających z takiego
2-dniowego systemu obrad.
Z
wypowiedzi wynikało, że Region „Galicja” duży nacisk kładzie na
sprawozdawczość a wystąpienia poszczególnych służb dotyczą jedynie pytań, które
uczestnikom nasuną się podczas czytania sprawozdań. Inną specyfiką Konferencji
Regionu „Galicja” jest fakt uczestnictwa w niej jedynie delegatów z
poszczególnych Intergrup, przy czym „silniejsze i bogatsze” kolejno
sponsorują przyjazd delegatów Intergrupy najmniej zasobnej. Nie biorą w niej
udziału wszyscy mandatariusze Grup, co powoduje lepszą sprawność organizacyjną.
Opowiedział też, że zanim rozpoczęli przygotowania do systemu 2-dniowych
Konferencji, najpierw postawili sobie cel: mieć taką samą Konferencję jak
Konferencja Światowa. Zaczęli zatem od przygotowania projektu co chcieliby
zmienić, aby osiągnąć zamierzony cel.
Na tym
zakończyła się część wstępna, po której zabierali kolejno głos uczestnicy
warsztatów. Zadawali Tadeuszowi szereg pytań i wyrażali własne opinie, które
wahały się od wątpliwości po nadzieję. W trakcie wymiany opinii zarysowały się
dwie koncepcje: jedna z nich postulowała całkowitą zmianę obecnego systemu a
druga zachowanie go z pewnymi modyfikacjami. W przypadku obu koncepcji wysuwano
także wiele różnych wariantów, często nawzajem się wykluczających. W tym czasie
Tadeusz musiał opuścić już warsztat, aby zdążyć na pociąg do Krakowa. Zanim to
jednak nastąpiło zadano mu szereg pytań:
1.
Czy nie było oponentów pomysłu na 2-dniową Konferencję?
2.
Czy zawsze uczestnikami byli delegaci, czy kiedyś również mandatariusze?
3.
Jak wygląda sprawa wyżywienia?
4.
Kto załatwia sprawy organizacyjne?
5.
Jak długo trwa kadencja delegata?
6.
Czy raporty z Konferencji docierają do wszystkich Grup?
7.
Czy Region „Galicja” ma zespoły regionalne?
8.
Co z mandatariuszami, którzy nie są delegatami a przyjadą na Konferencję?
9. Czy Region
„Galicja” nie miał obawy, że wprowadzając delegatów w miejsce
mandatariuszy może podzielić Wspólnotę?
Na wszystkie
te pytania Tadeusz odpowiedział obszernie, stwierdzając przede wszystkim, że
sprawne przeprowadzenie takiej Konferencji możliwe jest pod warunkiem
obdarzenia zaufaniem odpowiednich służb. Pozostawił przykładowe materiały dla
mandatariuszy uczestniczących w Konferencji Regionu „Galicja”.
Warsztatowicze podziękowali mu za przekazanie mnóstwa zasad oraz szczegółów
technicznych.
Potem dyskusja
rozgorzała na całego. Szczególną uwagę zwróciły dwie wypowiedzi. W obu
przypadkach zabierający głos byli rzecznikami dwóch różnych koncepcji. Za
pierwszą koncepcją przemawiała Małgosia powiernik naszego Regionu, która bardzo
optowała za poszerzeniem czasowym trwania Konferencji. Argumentowała to w taki
sposób, że dwa lub trzy dni spędzone przez delegatów z dala od Warszawy i trosk
dnia codziennego spowoduje zmianę nastawienia uczestników oraz całkowite
skupienie się na pracy. Dłuższy czas pozwoli także na lepsze zapoznanie się z
kandydatami do służb, co zaowocuje bardziej odpowiedzialnymi wyborami. Brak
pośpiechu na Konferencji powoduje obniżenie się poziomu emocji, zmniejszenie
ilości konfliktów i spornych kwestii, a co za tym idzie bardzo pozytywnie
wpływa na jedność naszej Wspólnoty. Dzięki temu nowemu sposobowi Służby
przygotowane będą na piśmie do omawianych tematów. Skróci to czas wypowiedzi i
pozwoli na dłuższe warsztaty i spotkania w grupach tematycznych. Poparł ją
Marek „Walizka”, który twierdził, że takie kuluarowe spotkania
bardzo zmieniają atmosferę i nastawiają do siebie przyjaźnie uczestników
Konferencji, z których część nie zna się zbyt dobrze. Z wypowiedzi innych
zwolenników takiej Konferencji przebijały jednak wątpliwości czy powinni w niej
uczestniczyć tylko delegaci czy raczej mandatariusze wszystkich chętnych Grup.
Na zastrzeżenia natury finansowej padły stwierdzenia, że przecież każda Grupa,
aby wysłać swojego delegata może zbierać na to pieniądze przez dłuższy czas, a
w zamian żądać od niego dłuższych i precyzyjniejszych relacji z życia
Wspólnoty.
Przeciwnikiem
pierwszej koncepcji był Andrzej „Siwy” były rzecznik Regionu
Warszawa. Podzielił się on swoimi doświadczeniami z kilkuletniego pobytu w USA
i kontaktów z polskojęzycznymi grupami w Nowym Jorku. Bardzo podobały mu się
struktury, które tam zastał a w ramach których działali mandatariusze.
Opowiedział również jak pozytywnie zaskoczyła go różnica świadomości AA-owskiej
w Polsce sprzed wyjazdu i po powrocie. Znaczny wzrost tej świadomości złożył na
karb uczestnictwa mandatariuszy w Konferencjach Regionalnych a także w pracach
zespołów regionalnych. Postulował zatem, aby nic nie zmieniać w sposobie
przeprowadzania Konferencji i pracy Regionu, a jedynie usprawnić i polepszyć
jakościowo te działania, angażując w nie maksymalnie wielu alkoholików.
Następnie
zabierali jeszcze głos inni uczestnicy warsztatu. I tak: Witek rzecznik
Intergrupy „Atlas” stwierdził, że jego Intergrupa odrzuciła już raz
taki pomysł 2-dniowej Konferencji, ale wynikało to przede wszystkim z braku
wiedzy na ten temat. Gdyby przedstawiono im problem w taki sposób jak na tym
warsztacie, być może mandatariusze z jego Intergrupy zagłosowaliby inaczej.
Tomek skarbnik
Regionu wyraził wątpliwości organizacyjne i finansowe. Z kolei Zbyszek były
rzecznik Regionu, postulował za likwidacją zespołów twierdząc, że to co jest
robione na zespołach może być robione przez poszczególne Intergrupy. Robert
mandatariusz z dwumiesięcznym stażem, będący po raz pierwszy na Konferencji
stwierdził, że według niego prawdziwa Konferencja odbywa się w czasie
warsztatów, a dla niego jako alkoholika ważne jest wyciszenie się na Konferencji.
Włodek, przewodniczący Zespołu Organizacyjnego, powołując się na przykład
Intergrupy z Siedlec zaapelował do wszystkich tych, którym leży na sercu dobro
Wspólnoty, żeby zacząć od sprawy podstawowej, czyli od zmiany nastawienia
mandatariuszy Regionu Warszawa do samej Konferencji. Do tej pory większość z
nich podchodzi do tego jak do przykrego obowiązku i trzeba to zmienić na
świadomość pracy na rzecz Wspólnoty, a co za tym idzie na pracę nad własną
trzeźwością w grupie przyjaciół na Konferencji. Całą dyskusję podsumował Lechu,
który stwierdził, że jeśli coś (w tym wypadku 2-dniowa Konferencja) nie budzi
powszechnego przekonania, to warto z takim czymś poczekać, przedyskutowywać i
pracować nad tym aż do skutku.
Do zabrania
głosu było jeszcze bardzo dużo chętnych, ale wobec braku czasu nie mieli
możliwości się wypowiedzieć. Ustalono zatem, że temat 2-dniowej Konferencji
wymaga jeszcze wielu warsztatów, bardzo dużo pracy i dyskusji.
Na tym
zakończono warsztat modlitwą o „Pogodę Ducha”.
przygotował
Przewodniczący Zespołu Organizacyjnego Włodek
Anonimowość? Czym jest dla mnie?
Czasami jest tak, że w mojej wciąż bardzo
chorej głowie pojawiają się "stop klatki" z rozmaitymi myślami.
Dziś rano
usłyszałam w sobie kolejny raz takie
zdanie: "Codziennie zrób coś dla kogoś dobrego i nie mów o tym
NIKOMU." Skąd taka myśl? A może to Tradycja
XII ją obudziła? Chyba tak. Przecież to właśnie tak rozumiana przeze mnie
anonimowość pozwala mi na ćwiczenia z pokory, nie szukania poklasku, anonimowe
realizowanie V Tradycji i 12 Kroku na przykład na dyżurze w PIK. Ponieważ wiele
frajdy sprawiają mi rzeczy, które robię dla Wspólnoty i pojedynczego alkoholika
wciąż cierpiącego, to pozwolicie, że na tym wymienianie zakończę – nie
chcę sobie popsuć poczucia bycia użyteczną
anonimowo. Bo właśnie
brak fanfar i oklasków przy pełnieniu służby sprawia mi najwięcej satysfakcji.
Przewrotne? Nie. Wg mnie bardzo przydatne w moim w zdrowieniu. Stopuje moje
gwiazdorskie zapędy. Nie pozwala mi
na realizowanie własnych ambicji i odgania myśli, że służby w AA dają mi
możliwość robienia jakiejś tam kariery. Chcę wrócić na mojej grupie do mycia
szklanek - jeśli oczywiście sumienie grupy mi na to pozwoli. Potrzebuję pokory
do swojego trzeźwienia a ten sposób dla mnie jest najbardziej skuteczny.
Jest
jeszcze wg mnie coś ważnego w tej Tradycji. Dziś identyfikuję się ze swoją
chorobą. Jako pojedyncza alkoholiczka bez oporów mówię o swojej chorobie ze
swoimi przyjaciółmi z poza AA – a przecież znają mój adres, nazwisko.
Kiedy jest taka potrzeba, bez oporów podaję swoje dane przy okazji różnych
sytuacji w AA. Wiem, że jest taka potrzeba np. przy niesieniu posłania do ZK i
bycia tam na mityngu. Czasami muszę podać swoje dane personalne meldując się w
hotelu przy okazji zlotu radości czy wyjazdowych warsztatów. Wtedy jest to moja
decyzja – to też jest super ważne dla mnie – ja decyduję o tym
komu, kiedy i po co ujawniam więcej danych o sobie.
Gdy jestem na
mityngu, warsztatach, w służbie przedstawiam się swoim imieniem – nie
pseudonimem. Ja tak mam. Mówię o sobie, swoim doświadczeniu, swoich myślach i
swoim rozumowaniu i realizacji Programu.
Wraz z tym jak się zmieniam, odkrywam też i zmiany w sobie dotyczące
najczęściej mojego rozwoju. I nie zawsze jestem z siebie dumna. Nie zawsze moje
rozumienie wczorajsze jest w mojej ocenie dobre. Często muszę przyznawać się
– zrobiłam błąd. I robię to szczerze, bo dla mnie uczciwość, to też
umiejętność przyznania się do błędów w myśleniu, działaniu.
Tak jest, bo
czuję się bezpiecznie w salce mityngowej czy warsztatowej. I nie chciałabym,
aby to, co tam powiedziałam, było przenoszone w „kuluary” lub do
innych sal i podpisywane moim imieniem bez możliwości autoryzacji czy co gorsza
dyskutowane, krytykowane, wyśmiewane. I Tradycja XII też powinna mnie przed tym
chronić. To tyle - chciałam z Wami się tym podzielić, bo jesteście dla mnie
ważni.
Gosiali
LISTY DO REDAKCJI
Prowadzę nadal obrachunek moralny codziennie
Mam wiele lat trzeźwości. Żyję – staram się żyć po
aowsku. Wieczorem rozmyślam, jaki jest ten mój rachunek dzisiejszy. Dzień, jak
co dzień. Szary, pełen pracy i służby rodzinie. Nadal nie godzę się z
uzależnieniem od nikotyny. Nie ruszam się z pierwszego kroku – z
bezsilności. Nic nie robię, nie mam mocy, aby się podźwignąć i rzucić ten
nałóg. Moi przyjaciele z AA wszyscy rzucili palenie, tylko ja pozostałam jak
samotny rozbitek na wyspie.
Drugi punkt rachunku, to użalanie się nad zamknięciem w
domu. Wszyscy opowiadają jak pięknie spędzili urlop a ja od dziesięciu lat
nigdzie nie wyjechałam.
Trzeci - żal do samej siebie, że coraz gorzej, niesmacznie gotuję.
Czwarty – ciągle choruję i nie pomaga żadne pocieszanie mnie, że będzie lepiej.
Piąty – żyję w ciągłym strachu, stoję nad przepaścią
własnej bezsilności, znoszenia groźby, przemocy z zewnątrz (nie z mojej winy).
Więc tyle
pracy nad sobą, opieki nad córkami i wnukami, daje odwrotne rezultaty.
Pytam: Jak
długo muszę się godzić z tym, czego zmienić nie mogę? Nie chcę porównywać się z
innymi. I tak jestem zgorzkniała. W ostatnim 4/08 „Zdroju” napisała
Ola, iż ma 44 lata i czuje się staro. A ja mam 64 lata i czuję się na 94 lat.
Dziękuję Ci gorąco Olu, że uzmysłowiłaś mi, ze mam prawo czuć się stara. Gdy
miałam 44 lata piłam i upodlałam się. Cały świat był przeciwko mnie. Teraz nie
dopuszczam myśli o piciu, nie ma w moim domu żadnych przyjęć, więc jestem w
rodzinie uważana za Kaczkę Dziwaczkę.
Pragnę być
wolna od lęku i cierpień. Pragnę być cierpliwa, ale ostatnio jestem bardzo
wybuchowa. Brakuje mi na opłaty. Męczy bezsenność, czarnowidztwo i stały lęk o
nawrócenie dorastającego wnuczka. Tak wygląda moje trzeźwienie. Czytam
literaturę, czasami uczęszczam na mityngi, rozmawiam z przyjaciółmi.
Obrachunek:
„Oni sobie radzą – ja nie radzę sobie.” Taki jest mój bieżący
rachunek. Oczywiście – porównywałam się z innymi. Modlę się- dziękuję za
każdy trzeźwy dzień, proszę i proszę o
stabilizację życia w moim domu. A jest coraz trudniej.
Cieszę się
przyrodą, chodzę do lasu z tym małym wnuczkiem. Zbieramy żołędzie, jarzębinę, pouczam,
że nie wolno zaśmiecać lasu. Wracamy, wchodzę na podwórko i już mam złe emocje.
Już wiem, że córka wróci zmęczona, zdenerwowana – jak to córka
współuzależniona. Już wiem, że mąż się będzie czepiał. Już wiem, że do
starszego wnuka nie dotrą żadne prośby. A przyroda???
To jesień,
zima, przytłaczająca, spadające liście sypią mi się na garb codziennych
problemów.
Nie
potrafię się cieszyć i nic nie mogę na to poradzić. Jedyna radość z tego, że
nie piję, że nie piją moje „Gwiazdeczki” – córki. To za mało.
I tak będzie do wiosny. A ja mam żyć dniem dzisiejszym. A dziś: odprowadziłam
wnuczka do przedszkola. Z drugim się męczę, nie daję się naginać do jego
wybujałych potrzeb. Przypaliłam grzyby, smażę drugie. Poczytałam literaturę,
którą przekazał mi kochany Piotruś- przez córeczkę. Dziękuję Piotrowi. Teraz
idę odebrać wnuczka z przedszkola. A wieczorem zrobię obrachunek, będę
współczuła całemu, zbolałemu światu a siebie uznam za nieudacznicę życiową i
już. Pragnę zakończyć moje obrachunki optymistycznie, spróbuję!
Dziś wieczorem pogodzę się z tym, co mi przyniósł ten dzień. Bóg czuwa nade mną i według Swojej woli przemieni kiedyś moje życie.
Pozdrawia rozżalona Stenia AA, Rembertów 15.09.2008 r.
Modlę się, abym nie dbał zbytnio o osąd i ocenę
świata. Modlę się, abym w swoich wyborach kierował się własnymi normami i
wartościami.
Nazywam się Inka. Jestem alkoholiczką.
Myślę sobie, że kiedyś byłam jak kameleon. Swobodnie
zmieniałam poglądy w zależności od otoczenia. "Zmieniałam poglądy"? -
ja ich chyba nie miałam.
Bardzo surowo potrafiłam oceniać ludzi, którzy mi nie
pasowali. Wtedy byłam zasadnicza. 10 przykazań - owszem.
"Odpowiednie" pochodzenie, wychowanie, zachowanie - owszem. Właściwe
ustawienie polityczne - owszem. I co tam jeszcze było na podorędziu.
Ale mnie to wszystko nie dotyczyło. Nawet nie miałam
świadomości, że mogłabym też stosować się do reguł społecznych. W moim
przypadku ważne było jedno kryterium: czy coś się wydało, czy nie. Jeśli nie,
to wszystko w porządku.
Okazało się jednak, że sumienia nie przepiłam.
Siedziało sobie gdzieś cichutko i tylko zbierało, zbierało, zbierało... Długo
jeszcze na terapii nie umiałam się w tym połapać. Dlaczego jest mi źle, skoro
zrobiłam coś, co mi się opłaciło, a w dodatku czuję się bezpiecznie (nikt się
nie połapał). Moja wrażliwość rosła, czułam rosnącą gulę w żołądku, aż mnie od
tego brzuch bolał.
Aż dotarło do mnie, że moje sumienie mieszka u mnie
właśnie w brzuchu. I daje znać, kiedy mu coś nie pasuje. Zrobiłam sobie
generalny remanent wartości, ustawiłam w odpowiedniej kolejności - i zaczęłam
się tego trzymać. Na tym fundamencie rozpoczęłam odbudowę poczucia własnej
wartości: "jestem w porządku". Jakoś wolniutko idzie do przodu, jest
coraz lepiej.
A co z myśleniem pozytywnym i konstruktywnym? Staram
się. Nauczyłam się ważnej zasady: że jeśli coś spieprzę, albo napotykam na
trudności - to nie wstydzę się pytać innych, naprawiać tego, co popsułam i
próbować dalej.
Wszystko to, co opisuję, brzmi może łatwo i prosto. W
rzeczywistości ciągle się potykam, ciągle prostuję. Cieszę się jednak, że z
pogubienia i chaosu wychodzę na prostą, bo mam dość jasno wytyczoną drogę.
Jaki piękny ten
dzień
Mam 30
lat. Nie piję od trzech miesięcy. Wróciłem właśnie z biegania. Nie drży mi ciało,
serce nie kołacze. Nie przeżywam żadnego lęku. Zacząłem normalnie żyć.
Przestałem myśleć o tym, co jutro wypić albo czy uda się skombinować nową
butelkę?
Mnóstwo
rzeczy dzieje się wokół mnie; każdego dnia, każdej godziny. Dostrzegam to, a
czasami nawet wykorzystuję. Dawniej praca po godzinach wiązała się z tym, że
zarabiałem na alkohol. Dzisiaj zarabiam w ten sposób spore pieniądze i nie
piję. W zasadzie nie wiem jak to się dzieje, ale z pracą układa mi się
świetnie. Mam wolny wybór. Pojawiły się nowe perspektywy bo działam zupełnie
inaczej niż dawniej.
Widzę
zmiany, niby proste, jednak znaczące. Prowadzę samochód. Bez lęku, strachu
– a kiedyś, szczególnie w soboty, było to niemożliwe.
Niestety,
życie to nie jest sielanka. Dobija mnie ilość przychodzących rachunków. Jeszcze
nie potrafię pogodnie przyjmować przeciwności losu, raczej niepotrzebnie
roztrząsam sprawy, aż do bólu głowy. Bywa, że sięgam do programu HALT, często
idę na mityng. Próbuję stosować te zasady, mimo że jeszcze nie widzę w tym celu.
Kłopoty
traktuję jak kłody rzucane pod nogi. To Bóg sprawdza co czynię, czy korzystam z
szansy, którą mi dał. Staram się pomodlić i pomyśleć o tym, by jutrzejszy dzień
był lepszy, spokojniejszy. Te prośby często skutkują.
Terapia,
na którą uczęszczam, jakoś zbytnio mi nie pomaga. Jednak kilka rzeczy
zrozumiałem. Na przykład głód alkoholowy, który był u mnie bardzo duży, teraz
osłabł. Atakował najczęściej w piątki i trwał do niedzieli; i tak co tydzień.
Aż nastąpiła niespodzianka. Głód skończył się gdzieś dwa tygodnie temu. Mimo to
trudno mi jeszcze zapanować nad emocjami. Weekendy upływają teraz dużo milej.
Robię przyjemności sobie i całej rodzinie.
Ogrom
spraw, które się zdarzyły od czasu kiedy nie piję zaskakuje. – Zacząłem
biegać, schudłem, z twarzy i rąk schodzi opuchlizna. Ustały bóle głowy,
ciśnienie wraca do normy. Fizycznie czuję się dobrze. Żeby tak jeszcze było z
psychiką! Zacząłem dostrzegać daty, już pamiętam kiedy komu złożyć życzenia.
Tym razem jednak nie chodzi o to aby się wyrwać z domu by pić alkohol.
Lepiej mi,
gdy jestem trzeźwy, choć bywają trudne chwile. Kiedyś myślałem właściwie tylko
o alkoholu a teraz mam marzenia. Wróciłem do zajęć, które dawniej sprawiały mi
przyjemność.
Okres
picia nie pozwalał na pozytywne zdarzenia. Po miesiącu trzeźwości udałem się na
pielgrzymkę. Choć początkowo traktowałem ją jako przygodę to dzisiaj myślę
bardziej sensownie. Miałem tam kilka fajnych przeżyć, które zapamiętam na
długo.
Dochodzi
właśnie trzeci miesiąc trzeźwości, a tyle się wydarzyło. Co będzie za rok? -
Zobaczymy. Życie samo przynosi radości i smutki, ale przeżywane trzeźwo mają
inną jakość. Radość jest pełniejsza a smutek dzielony z przyjacielem daleko
lżejszy. Bez alkoholu łatwiej wychodzić z opresji. To cieszy.
Próby
samotnego zaprzestania picia nie spełniały się. Teraz wiem, jak ważna jest
pomoc drugiej osoby. Mam twardy charakter. Byłem sportowcem a sporty wyczynowe
to nie przelewki.
Alkohol
zabrał mi zdrowie, ambicje, marzenia, wiarę w siebie i nade wszystko chęć do
życia. Dziś, po tak krótkim okresie abstynencji, życie wraca do mnie.
Boże!!! Jaki piękny ten dzień.
Bartek
alkoholik, Warszawa 22 X 2008 r.
Obchody
15-lecia powołania Regionu AA Warszawa
AA
istnieje w Warszawie od 25 lat, ale struktura Regionu została utworzona 15 lat temu.
Nie
pierwszy raz podjęto się organizacji obchodów rocznicy Regionu Warszawa. Była
już 10 rocznica zorganizowana na Grochowskiej w budynku Urzędu Dzielnicy.
Połączono ją wówczas z mityngiem informacyjnym.
Tym razem
zorganizowano ją trochę spontanicznie, ale „jakoś” poszło.
Następny
termin za rok 24.10.2009 (sobota) i wówczas będzie można coś poprawić. Termin
mamy zarezerwowany i wpisany w kalendarz projektowany przez AA.
Rozpoczęliśmy
o 17-00 mityngiem wspominkowym weteranów, współuczestniczących przy
zawiązywaniu się struktur Regionu Warszawa. Odmówiliśmy wspólnie deklarację
odpowiedzialności – „Jestem odpowiedzialny”. Potem odczytano
archiwalny protokół ze spotkania powołującego Region. Zdmuchnęliśmy
symbolicznie 15 świeczek na torcie.
O wypowiedzi poproszono
byłych rzeczników: Felka z Mokotowa, Andrzeja (siwego), Marka (walizkę), Włodka
S. Wypowiadała się również Teresa (św), która też od początku była z nami.
Potem odbył się zwykły mityng AA. Na Sali było około 100 osób i w miarę
przybliżania się do zabawy tanecznej, frekwencja rosła. Zasada
samowystarczalności i wynagrodzenie kapeli muzycznej zmusiło nas do
przyjmowania dobrowolnych datków (nie mniej jak 15zł od osoby). A warto było,
bo jak się potem okazało grali romantycznie.
Pomysł
powołania Regionów powstał po pierwszych Kongresach AA. Funkcjonowała wówczas
tak zwana SIÓDEMKA, czyli siedmiu alkoholików o największym stażu trzeźwości
(pochodzących z różnych stron Polski), którzy wówczas próbowali wypełniać
zadania dzisiejszych powierników. Największą ilością materiałów od światowych
służb dysponowały wówczas: Poznań, Kraków, tam gdzie była największa emigracja
do USA i Niemiec. Nie było wówczas takich jak dziś struktur. Na kolejne
Kongresy przybywała coraz większa liczba mandatariuszy z grup AA z całej
Polski. Za każdym razem byli to inni mandatariusze i trudno było o kontynuację
rozpoczętych prac na kolejnym Kongresie. Obliczono że przy 500 mandatariuszach,
udzielając każdemu tylko 5 minut na wypowiedź, należałoby obradować co najmniej
42 godziny non stop. Ile dziś zajęło by to czasu, gdy mamy ponad 2000 grup?
Tak powstała
konieczność na wysyłanie delegatów z Każdego z powstających Regionów, a tym
samym zmniejszenie ilości uczestników Kongresu, który potem przyjął formę Konferencji
Krajowej AA. Początkowo było to 3 delegatów z każdego regionu, a potem jeden.
Wówczas było 49 województw z których powstawał obecny podział Polski. Około
1993 roku podjęto uchwałę że Struktura regionów AA będzie się pokrywać z mapą
administracyjną Polski. W 1994 roku na Kongresie w Gorzycach zatwierdzono
powołane Biuro Służby Krajowej AA.
Wspomnę tu, że
te trudne decyzje podejmowano przy olbrzymich emocjach i różnicach poglądów.
Bywały spotkania, gdy kilkanaście razy przerywano obrady modlitwą „O
Pogodę Ducha” dla rozładowania napięcia. Dziś możemy powiedzieć że
podziałała. Tym ogólnopolskim ustaleniom nie podporządkowała się Intrgrupa
„Królewska” z Lublina. Miała do tego prawo. Pozostała niezależna.
W wyniku tych
działań i ustaleń, w Warszawie również przyjęto je i w 1993 roku (18 grudnia)
powołano Region Warszawa. Początkowo siedziba Regionu mieściła się na ulicy
Wileńskiej przy tamtejszym kościele. Jesteśmy wdzięczni władzom kościoła za
użyczenie nam lokalizacji. Potem przenieśliśmy się na ulicę Staszica. Kolejną
lokalizacją był lokal przy ulicy Berezyńskiej i jednocześnie nasz PIK. Potem po
wymówieniu przez dawnego właściciela budynku, pozyskaliśmy lokalizację na ulicy
Brazylijskiej, przy wielkiej przychylności Gminy Praga Południe. Jesteśmy tam
do dziś.
Pierwszym
rzecznikiem Regionu Warszawa został Felek (malarz). potem Andrzej (siwy) Potem
rzecznikiem był Marek (walizka), w tym czasie Skarbnikiem został Janusz. Dziś księgowy w BSK. Potem
rzecznikiem został Włodek (S), potem Piotr ze Wschodu, potem Stanisław ze
Wschodu, Zbyszek z Atlasu a teraz jest Andrzej z Rembertowa.
W 1998 roku
podjęto uchwałę o utworzeniu w Warszawie Punktu Informacyjno Kontaktowego. Jednak
zrealizowano to w późniejszych latach. Zainicjowano pierwsze warsztaty tematyczne
„Służba drogą do pokory i odpowiedzialności”. Podjęto się
organizacji mityngów informacyjnych na ulicy Nowowiejskiej. Powstały zespoły
tematyczne przy Regionie. Podejmowano także zaproszenia do składania tzw:
„Świadectw” w czasie mszy. Odstąpiliśmy od tego w miarę rozumienia
„anonimowości”. Wspomniano Gargamela, który był pionierem AA w
Zakładach Karnych, o pierwszych spotkaniach informacyjnych z pracownikami
więzień, kuratorami, lekarzami, duchownymi. (Dziś najbardziej dopracowana
struktura AA w Europie jeśli chodzi o niesienie posłania AA w ZK.)
Od 1992 roku
towarzyszy nam Biuletyn MITYNG. Do dziś wyszło 137 numerów. Pierwsze numery
pisane były na maszynie i potem powielane. Było to główne pismo przynoszące
informacje o warszawskim AA. Początkowo wydawano je raz na kwartał a potem co
miesiąc. Obok indywidualnych wypowiedzi alkoholików zamieszczamy w nim relację
i materiały z odbytych warsztatów w Regionie Warszawa. Mamy nadzieję, że były
Wam pomocne przy organizowaniu własnych. Pierwszym redaktorem dzisiejszego
MITYNGu był Andrzej (siwy) Pierwotnie cała literatura AA była nie
uporządkowana, a raczej nie było jej. Krążyły różne swobodne przekłady i
tłumaczenia w formie skryptów, broszur, luźnych notatek w nieautoryzowanej
formie. Często różniły się zawartością między sobą. Dodatkowo wiele drukarni,
wydawnictw terapeutycznych i nie tylko, wprowadzało swoje własne opracowania
oznaczając je symbolem AA. Nikt nad tym nie panował. Wprowadziło to chaos i
dezorientację wśród AA, odczuwalną do dziś. W tej burzy informacji przyjęliśmy
nieświadomie zastępcze symbole AA (wielbłąd) zapominając o trójkącie
symbolizującym PODSTAWĘ programu AA JEDNOŚĆ, SŁUŻBA, ZDROWIENIE.
Te wszystkie
naleciałości wolniutko zaczęły się usuwać po uzyskaniu legalnych i prawnych
licencji na druk literatury przez BSK AA, uzyskanych od GSO w Ameryce. Region
Warszawa też miał spory udział w tłumaczeniach i pracach przygotowawczych do
pierwszych wydań. Było to bardzo wyczerpująca i wręcz heroiczna praca. Często
wykonywana w ramach służby. Trudnym do wyobrażenia wspomnieniem dzisiejszych
weteranów było opowiadanie o ich pierwszych służbach; myciu szklanek (Andrzej),
parkingowy - (Marek), opowiadali o tym z humorem i bardzo zabawnie.
Felek
wspomniał tez o swoim udziale w tworzeniu się AA w Afganistanie, Ukrainie,
Białorusi, Litwie, Rosji.
W początkach
AA, mówiących o służbach, nazywano „porąbańcami”. Dziś trochę się
ten stosunek do służebnych zmienił.
Wraz z
rozwojem Regionu i jednoczesnym postępie technicznym, wkroczyliśmy w nowe
media. Jest to Internet. Szczególnie mocno zaangażował się w tę formę
informacji Mirek(1,2,3). Z jego inicjatywy rozwinęła się służba dyżurnego
on-line przez czat internetowy. Był głównym inicjatorem powstania infolinii AA
0-801 033 242, pierwszej w Polsce testowanej w naszym Regionie. Aby
realizować tę formę posłania założono zespół ds. Internetu przy Regionie
Warszawa. Z ich inicjatywy zorganizowano kilka ogólnopolskich warsztatów
„Jak nieść posłanie przez telefon i Internet”. „Służba
dyżurnego”
Przez
kilkanaście minut Teresa (św) opowiadała nam o swoim udziale w duchowym
wsparciu przyjaciół AA. Z wrodzoną skromnością starała się pozostać
niezauważona. Wspominała swoje pierwsze konferencje i jak „dostrzegła
pieniądze w AA”. Przypomniała nam że dar życia otrzymany w AA trudno jest
przeliczyć na pieniądze.
Potwierdziła nam znaczenie literatury AA i biuletynów w zwrotnych punktach
trzeźwości i jak czasem czytanie pomaga jej w pokonaniu słabszego nastroju, czy
samotności. Przy pomocy wypowiedzi z biuletynów może być z każdym z nas.
Czytuje często MITYNG.
Zawsze po
wysłuchaniu lub przeczytaniu wypowiedzi zastanawia się z jak wielkim bólem
dzielił się autor. Dziękuję za każde wasze słowo. Dobrze że jesteście. Zakończyła.W
trakcie mityngu wspomnieliśmy także, że nadszedł czas na przeorganizowanie
naszej Regionalnej Konferencji, na 2 dniową. Być może łączy się to z głębszą
reorganizacją struktur Regionu. Dyskusje i konsultacje trwają w zespołach. Na
razie nie ma jednoznacznej przegłosowanej formy. Padały jednak wątpliwości
prowadzącego Konferencję. Włodek (Wars) opowiadał o wielkich rozterkach, gdy
MUSI przerwać wypowiedź mandatariusza ze względu na rygor czasowy. Mówił o
powierzchowności omawianych wniosków do konferencji ze względu na ograniczenia
czasowe. O sprowadzaniu Konferencji jedynie do części wyborczej. Od niedawna
wprowadziliśmy zasadę warsztatów tematycznych podczas Konferencji. Ale i te
muszą odbywać się w ekspresowym tempie przy jednodniowym systemie, który
aktualnie obowiązuje. Na ostatniej XXX tej Konferencji Regionu Warszawa
wysłuchaliśmy doświadczeń Tadeusza F. z Regionu Galicja, gdzie wprowadzono już
2 dniową Konferencję.
Wielu było
przed nami, którzy wiele zrobili dla AA. Odeszli. Dzięki nim AA istnieje nadal.
I za to
jesteśmy odpowiedzialni!
Zakończyliśmy
część wspominkową, tradycyjnie – modlitwą O Pogodę Ducha.
Notatkę wykonał lechu02
na prośbę nowego sekretarza Regionu Warszawa
BEATY z Pułtuska
„Nasze
korzenie...”
Grupa
AA „LICZYDEŁKO”
Założona
została 21 kwietnia 1993 roku w mieście Ząbki. Dzieli nas
Wówczas w
Warszawie było niewiele mityngów, a potrzeby mieszkańców podwarszawskiego
miasteczka były równie duże.
Wielkim
zwolennikiem powstania grupy w Ząbkach był ksiądz Jan, który pracował w tutejszej
parafii. Ks. Jan jeździł na mitingi AA w W-wie i prosił uczestników o założenie Grupy AA w Ząbkach. Dzięki
uporowi i szczerej życzliwości Ks. Jana
Grupa powstała i spotykała się w pomieszczeniu przy kościele św. Trójcy w
Ząbkach, ul Piłsudskiego 49.
Długo
zastanawiano się nad nazwą grupy. Kilka mityngów odbyło się bez nazwy. Było
wiele wzniosłych propozycji.
Od momentu
powstania Grupy na pierwsze mitingi z radością
wpadał ksiądz Jan i po cichu
wskazując palcem wyliczał ilu alkoholików aktualnie spotyka się i czy stadko
się powiększa?
Tym sposobem,
założyciele grupy, chcąc upamiętnić przyjaznego księdza, nadali grupie nazwę
„Liczydełko”.
Przez wiele
lat grupa spotykała się na tyłach kościoła w salce Szkoły Katechetycznej. Nigdy
nie było problemu z kluczami czy zaufaniem ze strony hierarchów Kościoła.
Mimo
zmieniających się księży Proboszczów, nasze relacje są bardzo poprawne. Co
miesiąc opłacamy skromną sumę za wynajem sali. Pozwolono nam zamieścić nasze
plakaty w gablotach przy kościelnych i kilka aowskich tekstów w sali spotkań.
Założyciel
grupy – Bogdan, przez kilka pierwszych lat wychwytywał Ząbkowiaków na
mityngach warszawskich. Tak stało się ze mną. Wstydziłem się uczęszczać w swoim
miejscu zamieszkania. „Wyłapał” mnie na Mokotowie w Warszawie.
Pierwszą służbę podjąłem właśnie w „LICZYDEŁKU”. W służbach grupy
jest ciągła rotacja. Ostatnio przybywają do nas coraz młodsi AA. Cieszy nas to.
W ramach posłania chodziliśmy na detoks w pobliskim szpitalu
„Drewnica”, adres pewnie znacie? Mityngi odbywają się w oparciu o
literaturę aprobowaną przez Konferencję Ogólną służb AA, wydawaną przez BSK AA.
Ostatnio
naszym miejscem spotkań jest sala św. Józefa na I piętrze w budynku parafii
przy kościele. Grupa liczy około 15 osób. Dawniej obchodziliśmy dość hucznie
rocznice naszej trzeźwości, lecz wraz ze zmieniającą się tendencją,
zmniejszyliśmy nieco rozmach a nadwyżki z kapelusza przekazujemy na cele
Intergrupy „SAWA”. Rocznice wyznaczamy sobie w najbliższą środę po
dacie założenia.
Oczekujemy na
wszystkich chętnych w każdą środę.
Na podsumowanie
mojego kolejnego, trzeźwego roku.
„Przestać
pić to każdy głupek potrafi” – tak mówił mi jeden z przyjaciół.
Byłam najpierw oburzona! Dziś trudno mi z tym nie zgodzić się. Bo… no
właśnie… przez całe lata byłam takim głupkiem.
Przecież nie piłam 24h/24h bez przerwy. Z całą powagą
piszę, że przestawałam
pić,
gdy mój organizm nie dawał rady znieść kolejnej dawki alkoholu. Przestawałam na
kilka godzin, dni, tygodni. Gdy zauważyłam, że coraz trudniej jest mi panować
nad swoim piciem, zaczęłam „szkolić się”. Zdobywać informacje o
alkoholizmie i o tym jak przestać pić, nabrać sił i zaczynałam od nowa wędrówki
do sklepów po alkohol. A potem – na kacu, wracałam do swojej wiedzy. I
znów potrafiłam przestać pić. Tyle, że z tymi informacjami. Więc na dłużej. Nie
piłam tygodnie, miesiące, nawet pół roku.
- A więc…hurra, eureka! Potrafię przestać
pić. Podszkolę się i będę umiała pić wtedy, gdy zechcę. A jeśli zechcę to może
zostaną abstynentką? Będą mi zazdrościć. Podziwiać moją silną wolę. –
takie to moje myślenie.
Czyż nie byłam
takim głupkiem? BYŁAM.
Spotkałam nawet na swej drodze osoby, które przestały
pić bez niczyjego wsparcia nawet na 5 lat (kosmos!). Więc jest to możliwe. Ale
spotkałam je po ich kolejnym ciągu, na terapii. Poobijanych. Dobrze, że nie
wcześniej. Wtedy w mojej głowie powstała na krótko myśl – „to
jednak można, po co mam się wysilać, łazić na mityngi, terapię, przechodzić
ciernistą drogę zmian. Znosić ten ból, wstyd, zażenowanie?”
Byłam już w AA. I właśnie dowiedziałam się, że
przestać pić to potrafi każdy głupek, a mi zaczęło zależeć już nie na
przestaniu picia. Mnie zaczęło zależeć NA NIE WRACANIU DO PICIA.
Tu zaczęła się moja praca. Najpierw zrozumiałam, że
sama nie dam rady. Muszę prosić o pomoc tych, którzy sobie radzą. Że muszą we
mnie nastąpić zmiany, by powrotu do picia w moim wykonaniu nie było.
Jak radzić sobie z głodem, jak zmieniać swoje pijackie
przyzwyczajenia – przeczytałam i czytam w „Życiu w
trzeźwości” i słuchałam na mityngach. Jak mam zmieniać siebie w środku
– przeczytałam w „Anonimowych Alkoholikach”,
„12x12” i słuchałam na mityngach. Pracuję ze sponsorką przy pomocy
tych książek. Nie wyobrażam sobie inaczej.
Ale do mojego zdrowienia potrzebna jest jeszcze Służba
i Jedność. O tym przecież tak naprawdę mówi mi Krok 12ty. Nie inaczej. Bo jak
mam się zmieniać sama bez niesienia posłania?
A jak je nieść, to mam wyłożone w „Przekaż
dalej”, „AA wkraczają w dojrzałość”, „Dr Bob i dobrzy
weterani” i dowiaduję się na mityngach. Mam też deskę ratunkową zawsze w
torebce – „Jak to widzi Bill” a na chwile skupienia,
medytacji „Codzienne refleksje”.
Pewnie, że to
mój wybór czy korzystam z literatury czy nie.
Już dziś nikogo natrętnie nie namawiam do czytania. Po
co? Jeśli potrafi sam przestać pić i to jej/jemu wystarczy – dobrze.
Ja jestem zachłanna na swoją trzeźwość. Nie chcę być
tylko abstynentką, więc czytam i mówię o tym. Dzielę się swoim doświadczeniem
na mityngu. Chce ktoś je wziąć, niech weźmie. Nie chce – niech zostanie
przy swoim.
Mija kolejny rok. Mój rok w trzeźwości. Rok pełen
bolesnych zmian i radosnych chwil, gdy odkrywałam je. Mija kolejny rok blisko
Boga w moich modlitwach i blisko ludzi, którzy są mi życzliwi. Mija kolejny rok
moich służb w AA dla tych, którzy wciąż cierpią i dla tych, którzy są blisko
mnie. Mija kolejny rok ciężkiej pracy nad sobą, dzielenia się moim
doświadczeniem, siłą i nadzieją.
Jeśli chcesz coś z tego wziąć Mój Przyjacielu –
weź. Jeśli nie - zostań przy swoim.
A ja dziś życzę Wam i sobie 24 godzin na dziś i każdy
następny dzień w 2009 r. pozostania na tej drodze, by móc kiedyś powiedzieć
– warto było podjąć ten trud tworzenia nowej siebie – potrafiącej
na trzeźwo rozwiązywać problemy, na trzeźwo radzić sobie z kłopotami dnia
codziennego, umiejącej cieszyć się cudami przyrody i słyszącej bijące serca
Przyjaciół.
Pozdrawiam radośnie Gosiali
*** Sposób
prenumeraty biuletynu MITYNG ***
Cena 1 egz. - 2 zł
Waga
1 egz. -
Koszt
wysyłki (znaczek wg aktualnej taryfy pocztowej + waga + koperta)
1 egz. -
1,50 zł + wartość biuletynu
2 egz. -3 egz. - 1,70 zł + wartość biuletynów
4 egz. - 9 egz. - 1,85 zł + wartość biuletynów
10 egz. - 15 egz.. - 2,45 zł + wartość biuletynów
16 egz. - 30 egz. - 4,85 zł + wartość biuletynów
(o
zmianie taryfy pocztowej i w związku z tym również zmianie kosztów wysyłki
będzie informacja)
Kolporter
literatury Regionu Warszawa, Zbyszek, przyjmuje zamówienia na prenumeratę
MITYNGU. Chętni mogą kontaktować się 502-075-011 lub osobiście w PIK.