MITYNG 02/140/2009
DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO
Między krokiem pierwszym a trzecim
Kiedy piłem miałem wciąż pogłębiające się trudności. Z
wieloma sprawami, a z zaufaniem w szczególności.
Choć
chętnie deklarowałem, że u mnie słowo droższe jest pieniędzy
- byłem bardzo chwiejny - nie ufałem tak naprawdę sam sobie. Nie
wierzyłem również ludziom w pracy, byłem chorobliwie podejrzliwy wobec żony.
Przeskakiwałem też w skrajności – obdarzałem wybrańców ponadnaturalną ufnością i szybko
przeżywałem rozczarowania. To był życiowy paraliż.
Osiągnięte
dno pomogło mi zaprzestać pić, uznać bezsilność wobec alkoholu. Nie odmieniło
jednak mego życia od razu. Sam bowiem byłem zdany na
trwanie w tym paraliżu dalej.
Ufność
potrzebna była mi do dalszego działania, do pracy nad sobą. Jakimś cudem stałem
się mniej krytyczny i sceptyczny – zaczynałem słuchać innych ludzi.
Alkoholików, którzy - tak ja - przeszli swoje trudy życiowe, ale
mieli jakiś cudowny sposób na dalsze, bezpieczne życie. Słuchając ich czułem,
że jestem taki sam i zaczynałem wierzyć, że ja też mogę lepiej żyć. Że to jest w ogóle możliwe.
Wsłuchałem
się na mityngach i
wiele razy czytałem te proste słowa:
1. Nie pij
2. Idź na mityng
3. Czytaj literaturę AA ...
a
odnajdziesz drogę do Boga, który Ci pomoże.
Była to zapowiedź dobrych rzeczy, które mogą mi się zdarzyć.
Ważne,
żebym w to wierzył, ufał, pielęgnował.
S. AA
Jedna grupa AA czy
kilka?
Kiedy kolejny raz od nowicjusza usłyszałem
pytanie: „czy mam chodzić na jedną grupę, czy na różne?”, przypomniałem sobie swoje własne, doświadczenia związane z
tym tematem i postanowiłem podzielić się nimi na szerszym forum.
Pamiętam,
jak pewnego razu na grupę, z którą się identyfikowałem, przyszło kilku
nowicjuszy. Przyszli i… zostali, to znaczy zaczęli na tą grupę
przychodzić stale. Atmosfera na grupie nieco się zmieniła. Już nie zawsze
czułem się tam tak dobrze, jak przedtem. Może nie źle, ale… Jakoś inaczej
w każdym razie.
W
tej sytuacji, podczas któregoś z obowiązkowych spotkań z szefem przychodnianych „odwykaczy”,
opowiedziałem, co się dzieje i zdradziłem się z myślami, a może nawet planami,
opuszczenia AA, bo tam już nie jest tak, jak chciałem, jak się przyzwyczaiłem,
jak lubiłem. Liczyłem na jego zrozumienie i poparcie. Może nawet chciałem, żeby
użalił się nad moją niedolą.
Zaskoczenie
i rozczarowanie było ogromne, bo oczywiście doktor S. wylał mi na głowę kubeł
lodowatej wody, „objechał” z góry na dół jak święty Michał diabła,
a kiedy nareszcie trochę się uspokoił zapytał, czy mi się przypadkiem coś nie
pomyliło, czy ja na pewno wiem gdzie i po co chodzę?
Usłyszałem
między innymi, że Wspólnotę AA pomyliłem najwyraźniej z jakimś klubem
towarzyskim lub knajpą (bez wyszynku), gdzie chodzę spotykać się z koleżkami, a
także po to, żeby dobrze się poczuć, poprawić sobie nastrój, rozerwać się.
Takie
były początki długiego procesu weryfikacji moich przekonań na temat chodzenia
na jedną grupę, a także chodzenia na mityngi AA w ogóle.
Przez
pierwszą połowę swojego trzeźwego życia byłem, w zasadzie, aowcem
jednej grupy. Natomiast w drugiej połowie ruszałem już tyłek ze swojej grupy, a
nawet z miasta i wykorzystywałem każdą okazję do spotkania i wymiany
doświadczeń z członkami AA spoza „mojej paczki”. Dlaczego i po co?
1. W
pewnym momencie zrozumiałem, że siłę Wspólnoty stanowi Program AA, a nie
mityng. Mityng to tylko narzędzie. Podczas mityngu zebrani dzielą się
doświadczeniami i efektami pracy nad Programem. Jeśli zamiast pracy zajmę się
kolekcjonowaniem narzędzi, to efekt może być… różny od oczekiwanego.
Delikatnie rzecz ujmując.
2. Mityng nie
służy do poprawiania nastroju i samopoczucia. Tym celom znakomicie służył mi
alkohol, a zdrowienie z uzależnienia (popularnie nazywane trzeźwieniem) nie ma
chyba polegać na tym, żebym mityngu AA używał jako
zamiennika dla flaszki i knajpy.
3. Mityng
Wspólnoty AA to nie jest spotkanie w klubie abstynenta – nic nie ujmując
tym ostatnim. Swoje potrzeby, czy nawet aspiracje, towarzyskie powinienem chyba
jednak realizować gdzieś indziej. I to z korzyścią zarówno dla siebie, jak i
innych Anonimowych Alkoholików.
4. I wreszcie,
co chyba jest najważniejsze, zamykając się w jednej tylko grupie, w dość
istotny sposób ograniczam swoje możliwości wyzdrowienia z alkoholizmu. A czy
nie o to cały czas przecież chodzi?!
W okresie, kiedy jeszcze chodziłem na jedną
tylko grupę, często przychodziłem na mityng wcześniej. Chodziło mi o to, żeby
nikt nie zajął mojego ulubionego miejsca przy mityngowym stole. Kiedy to sobie
dzisiaj przypomnę, to aż śmiać mi się chce – w czasie mityngu miałem
pełną gębę opowieści o tym, jak to zmieniam siebie i w ogóle na te zmiany
jestem gotowy i zdeterminowany, ale w rzeczywistości nie byłem gotów nawet
miejsca zmienić i faktycznie źle się czułem, kiedy ktoś inny mi je zajął.
Na jednej grupie, wśród takich samych jak ja stałych
bywalców, prędzej czy później (a raczej prędzej) następowało nieuniknione:
znaliśmy siebie nawzajem i nasze historie życiowe na pamięć i na wyrywki. W
takiej sytuacji szansa na to, że dowiem się czegoś nowego, pożytecznego,
czegoś, czego jeszcze nie słyszałem sto razy, była niewielka i z czasem
niestety coraz mniejsza. Owszem, czułem się tam bardzo bezpiecznie, bo z góry
dokładnie wiedziałem, kto co powie, jak zareaguje itd. no, ale jak się to ma do
mojej potrzeby zmiany siebie, niezbędnej przy zdrowieniu z alkoholizmu?
W
praktyce okazywało się często, że na mityng idę po to, żeby spotkać tam Kazia, Ziutka czy Alę i po prostu z nimi pogadać. Gdybyśmy
spotkali się na rogu ulicy czy w barze, pewnie też opowiadalibyśmy sobie
nawzajem, co też się u nas wydarzyło od ostatniego spotkania. Tutaj
wykorzystywaliśmy tzw. „problemy i radości”, żeby w formie
terapeutycznej rundki poinformować przyjaciół, co to się ostatnio w naszym
życiu stało. Szansa na zmianę, na korektę swojego myślenia i zachowań?
Właściwie żadna.
W naszych relacjach (cały czas mam na myśli
stałą paczkę z jednej grupy AA) sporo było zrozumienia, akceptacji,
wyrozumiałości i sympatii. To oczywiście bardzo było miłe, ale zauważyłem, że
przy okazji zaczęliśmy się wzajemnie chronić i osłaniać. Ja nie powiedziałem
nic nieprzyjemnego Ziutkowi, bo to mój przyjaciel, więc po co mu sprawiać przykrość. Ziutek
nie zdobył się na bolesną szczerość wobec Ali, żeby jej nie zranić, a Ala nieco
złagodziła swoją wypowiedź, żeby nie urazić Frania.
Przyjemnie było, ale czy w takich warunkach można
rzeczywiście i skutecznie trzeźwieć? Wydawało mi się, że tak, w końcu zawsze
mogłem odpowiedzieć, że przecież chodzę na mityngi, pracuję nad sobą, zmieniam
się i kilka podobnych ogólników, z których kompletnie nic nie wynika. I
wszystko wydawało się w porządku, dopóki nie wybrałem się na mityng w zupełnie
innej miejscowości.
Usłyszałem wtedy kilka ciekawych wypowiedzi –
usłyszałem, a nie tylko ich słuchałem – już choćby
dlatego, że były nowe. Z jednymi się zgadzałem, z innymi nie, ale to
inna sprawa, bo przede wszystkim zmuszały mnie do myślenia, zastanowienia,
odniesienia tego do siebie.
Nikomu nieznany, a więc i nie
powiązany z nikim żadnymi relacjami towarzyskimi, nie byłem też jakoś
specjalnie chroniony, nikt się nade mną nie rozczulał. Usłyszałem w związku z
tym kilka rzeczy, które w niewygodny sposób naruszały moje, z takim trudem
zbudowane wśród przyjaciół, wyobrażenie o sobie. Wracając z tego mityngu
zastanawiałem się, czy jest sens robić takie eksperymenty – w końcu wcale
się tam dobrze nie czułem. Ano właśnie… znów szukałem dobrego
samopoczucia…
Wtedy mój drugi sponsor podpowiedział mi coś, co
zapamiętałem do dziś, zaproponował mianowicie, żebym poszukał odpowiedzi na
pytanie, co we mnie jest takiego, że się tam niezbyt dobrze czułem?
Zaskoczył mnie kompletnie. Gotów byłem długo i
namiętnie mówić o tym, co w nich tam, na tej obcej grupie, jest takiego, że się
tam źle czułem, ale że to coś jest we mnie, to mi do głowy nie przyszło.
Oczywiście znalazłem to coś, a był to całkiem niezły
zestaw moich wad charakteru, na które przyjaciele i znajomi ze starej paczki
nie zwracali już uwagi, przyjmując po prostu, że „to przecież Meszuge, on już tak ma, nie znasz go?”.
Ja nie wiem, czy da się wytrzeźwieć
zamknąwszy się na jednej tylko grupie AA. Być może i można, ja tam nie wiem,
natomiast mam pełne przekonanie, że dla mnie nie jest to dobry ani bezpieczny
pomysł. Nadal i wciąż najlepiej się czuję na swojej grupie, jednak bardzo
pilnuję tego, żeby przynajmniej raz czy dwa na kwartał wybrać się na jakąś inną
grupę, „przewietrzyć poglądy”, jak to nazywam. Pilnuję też, żeby
nie przyzwyczajać się do miejsca za stołem. Już choćby dla zasady…
Ja jestem w tej komfortowej sytuacji, że w
moim mieście działa pięć grup AA i odbywa się kilkanaście mityngów tygodniowo.
Co mają zrobić aowcy, w których miejscowości jest
tylko jedna grupa? Polska to nadal nie Ameryka i zwyczaju jeżdżenia po
M. (I 2009)
Przedruk z relacji 14 Europejskiego Mityngu Służb AA. Wystąpienie
inauguracyjne
Służba: nasza
przyszłość i odpowiedzialność
Julio E., Dział Międzynarodowy, GSO Nowy York
Dobry wieczór.
Mam na imię Julio i jestem alkoholikiem. Jestem zaszczycony i wdzięczny za
przywilej zwrócenia się do was dzisiaj wieczorem na początku 14 Europejskiego
Mityngu Służb, którego tematem jest "Służba: nasza przyszłość i
odpowiedzialność".
Droga,
która przywiodła mnie tutaj dzisiaj od beznadziejnego pijusa do wdzięcznego
członka personelu GSO USA/Kanady nie byłaby możliwa bez służby. Służba w mojej
trzeźwości jest drogą, którą nie zawsze podejmowałem ochoczo. nie była to także
droga, którą sam stworzyłem. Było wielu, którzy wskazywali mi drogę, którzy z
mozołem torowali ją. Im i tym, którzy kroczyli przed nimi, jestem całkowicie
wdzięczny.
We wstępie
do "Podręcznika Trzeciego Legatu", później nazwanego Podręcznikiem
Służb AA, nasz współzałożyciel Bill W. napisał:
Nasz
Dwunasty Krok - niesienie posłania jest
podstawową służbą, jaką oferuje Wspólnota AA; jest to nasz główny cel i główny
powód naszego istnienia. Dlatego AA jest czymś więcej niż zbiorem zasad, jest
Wspólnotą alkoholików w działaniu. Musimy nieść posłanie, w przeciwnym razie
zginiemy sami, a ci którzy nie poznali prawdy mogą umrzeć. Dlatego służbą AA
jest wszystko, co pomaga nam dotrzeć do kogoś cierpiącego - poczynając od
samego działania w ramach Dwunastego Kroku, od telefonu za dziesięć centów i
filiżanki kawy, do Biura Służby Krajowej AA. Całkowita suma tych wszystkich
służb to nasz Trzeci Legat.
Co zwraca
moją szczególną uwagę, to słowa „Wspólnotą alkoholików w
działaniu”.
Ma to dla mnie podstawowe znaczenie. Moja trzeźwość, w tej chwili,
będzie odzwierciedlała i będzie wynikała z tego, jak byłem aktywny w moim życiu
w AA. W podobny sposób AA jako Wspólnota, będzie odbiciem tego jak aktywni są
jej członkowie, jako Wspólnota musimy nadal nieść posłanie nadziei.
Samozadowolenie dla alkoholika może oznaczać śmierć. Dla AA jako całości,
oznaczałoby to w zasadzie to samo. Nasze pismo The Grapevine, swój ostatni numer poświęca samozadowoleniu i na
okładce jest obrazek mężczyzny spokojnie czytającego na swoim krześle, tyle że
to krzesło stoi na środku torów kolejowych. Moim zdaniem, to znakomity obraz.
Inna część
cytatu z Billa W., która mnie urzeka, to „służbą AA
jest wszystko, co pomaga nam dotrzeć do kogoś cierpiącego”. W swoim
"egocentryzmie" zawsze czułem. że nie mam nic, czym mógłbym się podzielić
lub dać. Miałem szczęście znaleźć życzliwego sponsora, który zauważył, że może
jest ktoś, kto nie może zachować trzeźwości, bo nie wie, jak to zrobiłem, że
nie piłem tego dnia. Moja droga do dzbanka z kawą również była dobrym
nauczycielem. Dzięki tej prostej służbie, której na początku mocno się
sprzeciwiałem poczułem, że jestem częścią grupy. Inne możliwości służby
poszerzyły moje horyzonty i sprawiły, że poczułem się częścią jeszcze większej
Wspólnoty. Nadal muszę koncentrować się na tym, co mogę zrobić i szukać
sposobów, jak być przydatnym i maksymalnie służyć moim przyjaciołom bez
koncentrowania się na swoich ograniczeniach i nie czyniąc z nich wymówki, że z
tego powodu nie uczestniczę w służbach. Są rzeczy, które przychodzą łatwo, inne
zadania, które mogą stanowić większe wyzwanie, ale wszystko sprowadza się do
tego, aby to, co robię robić najlepiej jak z miłością zauważyłby mój sponsor
"to nie chodzi o ciebie". Przez kilka pierwszych lat nie potrafiłem
wyjaśnić, dlaczego służba sprawdza się w moim przypadku, ale czułem że "AA
sprawdza się dla tych, którzy działają dla AA, jak później usłyszałem z czyichś
ust.
Tak więc, co z
naszą przyszłością i odpowiedzialnością? Cóż myślę, że dla większości z nas
jest jasne, że bez pracy służb przyszłość byłaby wątpliwa. Jasne jest także to,
że jest to nasza odpowiedzialność. Wiem, że teraz robię za kaznodzieję dla
ludzi. którzy są zaufanymi sługami, ale kiedy myślimy o naszej przyszłości
wierzę, że musimy stawiać wyzwania samym sobie bez przerwy sprawdzając naszą
wizję przyszłości i to, jak postrzegamy swoją odpowiedzialność.
Czy aż tak
bardzo przyzwyczailiśmy się do naszych dróg, że nie poszukujemy nowych. Dzięki
którym dotrzemy do alkoholika obojętnie gdzie on się znajduje? Kiedy patrzymy w
przyszłość powinniśmy być elastyczni, jednocześnie nie stając się tak
wyluzowani, że nasze metody i nasze posłanie mogą zostać rozwodnione.
Powinniśmy zachowywać stabilność nie stając się tak sztywnymi, że nie możemy
się zgiąć, aby sprostać zmieniającym się potrzebom alkoholika, który wciąż
jeszcze cierpi. Powinniśmy nadal badać nowe drogi współpracy z
profesjonalistami działającymi na polu alkoholizmu nie tracąc naszej tożsamości
i celu. Powinniśmy znaleźć inne drogi, aby informować ludzi o AA o tym co
robimy i gdzie jesteśmy. Musimy rozważyć nowe pomysły, nowe poglądy tak samo
jak zrobili to pierwsi członkowie.
AA jest
częścią tego bez przerwy zmieniającego się świata i tak jak zmienia się świat i
sposób w jaki się w nim komunikujemy, AA także powinno wypatrywać znaków na horyzoncie.
Są miliony cierpiących alkoholików, którzy jeszcze muszą znaleźć rozwiązanie.
Musi być nowa droga, aby do nich dotrzeć. Muszą znaleźć się nowe odpowiedzi na
niektóre stare pytania. Przyszłość AA jest w waszych rękach i moich rękach i
wszystkich członków AA na całym świecie. Recepta, która działała w przeszłości
to "znajdź potrzebę i zrealizuj ją". Ten cel i wizja mogą przenieść
nas w przyszłość.
Dla tych
wszystkich, którzy już pełnią służbę wizja powinna zawierać znajdowanie dróg,
aby zaangażować w działanie członków AA. Czyż nie byłoby wspaniałe, gdyby
wszyscy członkowie AA mieli możliwość ujrzenia pełnego obrazu służby? Ci którzy
wybierają ścieżkę służby będą wzbogacać swoją trzeźwość dziesięciokrotnie
dzięki witalności całego programu, a ci którzy nie wybierają jej będą lepiej
poinformowani.
Służbą w AA
może być wiele rzeczy. Od waszych obowiązków jako delegaci na tym mityngu do
czyszczenia czajnika do kawy w grupie macierzystej, ale wszystko to odgrywa
rolę w umożliwieniu tego, aby cierpiący alkoholik wszedł dzisiaj do sali i
znalazł to, co ja znalazłem kilka lat temu: posłanie nadziei i cudowne nowe trzeźwe
życie.
Służba jest tym, co umożliwi alkoholikom znalezienie AA w przyszłych latach.
W tym aowskim sposobie życia mamy trzy wspaniałe i trwałe Legaty:
Zdrowienie Jedność i Służbę. Są to jednakowo ważne boki trójkąta, ale w służbie
moim zdaniem zbiegają się wszystkie. Dla mnie służba to wdzięczność w
działaniu.
Dziękuję.
Co to jest inwentura,
dlaczego
jest ona ważna dla niesienia posłania przez grupę AA?
-
sprawozdanie z warsztatu odbytego w dniu 29.11.2008. w siedzibie intergrupy AA Mokotów, ul. Dereniowa 12 w Warszawie.
[pełny tekst
sprawozdania - na stronie internetowej www.aa.org.pl]
...
przeszliśmy do dzielenia się doświadczeniem na temat warsztatów w oparciu o
pytania pomocnicze:
czy
mityng organizacyjny to jest to samo, co inwentura grupy? Czy rozróżniam te
pojęcia?
czy inwentura ma wpływ na jedność
grupy AA?
jak rozumiem pojęcie: „sumienie
grupy” i w jaki sposób się ono wyraża?
jak moja grupa niesie posłanie AA?
czy mityngi zwane inwenturą i mityngi
organizacyjne zniechęcają mnie do udziału w nich? Co mogłoby mnie zachęcić do
pracy nad inwenturą?
sposoby na sprawne przeprowadzenie
inwentury?
Wypowiedzi
uczestników warsztatu:
Uczestnik
1: nie są to te same pojęcia. Inwentura to obrachunek moralny grupy,
analiza pracy grupy.
Uczestnik
2: rozróżniam te pojęcia. Sprawy organizacyjne to kwestia wyboru służb i
sprawy porządkowe. Kiedyś popełniłem błąd „zwołując” inwenturę
grupy a zrobiłem mityng organizacyjny. Na inwenturze podejmowane są
zobowiązania całej grupy a nie pojedynczych członków grupy. Z zobowiązań całej
grupy powstają działania wzmacniające jedność grupy. Co do sumienia grupy: było
głosowanie na grupie i jedna osoba była przeciw. Po wypowiedzi tej osoby
zmienił się stosunek głosów i zostało ustalone inne rozwiązanie niż na
początku. Mniejszość musi mieć prawo do swobodnej wypowiedzi. Moja grupa pełni
dyżury w PIK-u, poza tym nie niesie posłania AA. Wstyd mi za siebie. Kiedyś
moje stanowisko do inwentury było takie, że jeśli miała ona być w drugiej
części mityngu to się ulatniałem, bo to nie było dla mnie ciekawe ani
interesujące. Gdy zechciałem się dowiedzieć, czym jest inwentura oparłem się na
osobach służebnych we Wspólnocie i zmieniłem swoje podejście do tego
zagadnienia i zacząłem uczestniczyć w inwenturach. Do inwentury przyciąga mnie
jedność, mówi o tym broszura AA. Jak to robić dobrze mogę poszukać u tych,
którzy maja już doświadczenie w prowadzeniu inwentury. Uczestnik 3: dla
mnie to kolosalna różnica. Grupa bez inwentury to taka „mało
ścisła” grupa. Praca nad sobą na Krokach i Tradycjach jest moim zadaniem.
Mam wiele pytań, ale zapewne tutaj otrzymam odpowiedzi. .
Uczestnik
4: Mityng organizacyjny a inwentura, to, co innego. Inwentura to głęboka
analiza tego, co robi grupa AA do niesienia posłania AA i jak „trzyma się
„ Tradycji AA – dwunastu, zresztą. Na mojej grupie inwentura odbywa
się w innym terminie niż terminy mityngów, raz na 3 miesiące. Inwentura ma
wpływ na jedność grupy. Jest niezbędna by grupa niosła posłanie jak najlepiej i
skutecznie. Sumienie grupy AA to wypowiedzi, które rozwiązują dany problem
zgodnie i w duchu 12 Tradycji AA, nie wykraczając poza nie. I nie ważne ile
jest takich głosów. Większość nie zawsze ma rację, a w taki sposób najłatwiej
złamać którąś z Tradycji AA i przerzucić odpowiedzialność na tzw. większość.
Demokracja to nie jest jeszcze Sumienie grupy. Sumienie grupy AA to coś więcej.
Inwentura to nie jest jakiś program rozrywkowy dla kibiców, to czysta praca.
Uczestnik
5: jest różnica, ale nie są od siebie oddzielone. Jest niechęć do inwentury
tak samo jak niechęć do pracy nad 4 Krokiem. Jak nie rozumiem sensu pracowania
nad moim obrachunkiem moralnym, tak nie zrozumiem sensu uczestniczenia w
inwenturze. Rzecznik na mityngu spełnia ważną służbę – pilnuje
przestrzegania Tradycji AA. Rzecznik powinien rozumieć Tradycje AA. Jak
przeprowadzać inwenturę na grupie jest w broszurce AA i warto się do tego odnieść
a inwenturze grupy AA. Zrozumienie sensu:, czym jest inwentura jest podstawą,
tak samo jak sens Kroku 4-go.
Uczestnik
6: jeszcze w połowie tego roku nie znałam tego słowa – inwentura. Cóż
nie ma sponsorów to nie ma właściwego przekazu posłania AA. W broszurce jest
przecież wszystko (tutaj cytat). To stwierdzenie otworzyło mi oczy na inwenturę
a kiedyś zdarzało mi się unikać wyboru do służb. Grupa AA ma cele i powinna je
realizować. Grupy mają różne możliwości, aby nieść posłanie, ale jest wiele różnych
sposobów by te cele realizować. To nie tylko ulotki, mityngi informacyjne,
rozmowy na detoksie, ale niesieniem posłania jest także schludny i czysty
wystrój sali, opieka nad nowicjuszem a w tym zadbanie o to by otrzymał
„:pakiet startowy”. Dążenie do tego, by nowicjusz znalazł swoje
miejsce w grupie. Jeśli nie ma informacji na grupie, po co istnieje grupa AA,
to jest problem. Posłanie to także naprawdę drobne, proste, ale podstawowe
sprawy do załatwienia. Na mojej grupie nie pytamy czy ktoś chce przestać pić.
Niesieniem posłania może być odpowiednia nazwa grupy AA, taki termin mityngów,
by nie kolidował z innymi mityngami, literatura na grupie, herbatkowy,
proste sprawy. Inwentura wpływa na jedność grupy, bo gdy zmywam
„gary” i zamiatam to - jestem u siebie! To wszystko było dla mnie
odkryciem. Na naszej Intergrupie przygotowaliśmy się
do inwentury intergrupy i to zadziałało, ale w czasie
inwentury nie było dyskusji o wszystkim a w końcu o niczym. Ważne stało się dla
mnie przekazywanie sobie wzajemnie informacji. Ja chodziłam wiele lat na
mityngi i nie słyszałam o inwenturze. Sumienie grupy jest po to, by grupa
wypracowała wspólne konkretne zdanie, ale wypowiedzieć się powinni wszyscy.
Przygotowanie się do tego warsztatu dało mi bardzo wiele dobrego.
Uczestnik7:
w inwenturze brałem udział kilkakrotnie. Na grupie Kontakt były wcześniejsze
przygotowania do inwentury, np.; służby zajęły się
szukaniem „cienia”, także już przed inwenturą byli kandydaci do
rotacji w służbach. Służby przygotowywały także plan spotkania, gdyż inwentura
bardzo się wiąże ze sprawami organizacyjnymi. Inwentura to obranie przez grupę
AA kierunku jej działania a w sprawach organizacyjnych wybraliśmy służby, które
dostają wypracowany kierunek działania i wiedzą, nad czym maja pracować. Wyrobiliśmy
się z tymi wszystkimi sprawami w godzinę! A moje doświadczenie jest takie, że
inwentura trwała – 3 niedziele, ludzie nie zostawali na drugą część
mityngu i ciągle rozmawialiśmy o służbach przez długi czas. A tak, dzięki
„cieniom” zniknął problem ze służbami i z chętnymi do służenia
Wspólnocie AA. na grupie pracujemy na literaturze AA. Do inwentury
przygotowywaliśmy się 2 miesiące, żeby służebni nie byli „z
łapanki”, ale ludzie odpowiedzialni. I wtedy grupa AA się scala.
[...]
Warsztat zakończył się niedosytem wielu wypowiadających się uczestników i głosami, by temat „pociągnąć” dalej, gdyż z pewnością nie jest do końca przepracowany.
c.d.n.
Drodzy
Przyjaciele! Niżej zamieszczamy zapiski w postaci oryginalnej z warsztatów z 1993
roku na temat sponsorowania.
Warszawa 12.07.93 r.
Intergrupa Sawa.
Informacja z drugiego spotkania zorganizowanego przez Wspólnotę
warszawską AA, które poświęcone było sponsorowaniu.
Marcin - informacja
Doświadczenie
moje wyniesione z obserwacji w USA, mówi że
nowoprzybyły do Wspólnoty AA, dostaje natychmiast sponsora lub nawet dwóch
sponsorów do różnych zagadnień.
Sponsor - inaczej opiekun, patron, poręczyciel, dzielący się
doświadczeniem.
Temat - l. Sponsorowanie różni się od posłannictwa w ramach 12 Kroków.
Sponsorowanie jest to ciągła odpowiedzialność za pomoc nowemu uczestnikowi w
radzeniu sobie w życiu.
Temat - 2. Sponsorowanie daje nowemu pewność, że istnieje osoba, do której
może się zwrócić bez obaw i z pełnym zaufaniem
Temat - 3. Nowy wybiera sobie osobę, która stosuje program, nie pije od
roku, trzeźwość stanowi dla niej radość i przyjemność
Temat; - 4. Sponsor i podopieczny czuje się najlepiej z podobną sobie
osobą związaną przez zawód, wyznanie, zainteresowania
Najlepiej
gdy mężczyzna sponsoruje mężczyźnie a kobieta kobiecie.
Sponsor nie świadczy usług pracownika służby zdrowia lub pracownika
socjalnego. Posiada tylko osobiste doświadczenie i obserwacje. Związek pomiędzy
podopiecznym i sponsorem powinien być otwarty
i uczciwy.
Felek - Wynika z mojego doświadczenia, że pomiędzy sponsorem a
sponsorowanym musi być stworzona atmosfera ufności i wolności. Tak naprawdę
celem w AA Jest dojrzałość. Ja mam prawo przymusić sponsorowanego do stosowania
programu. Program AA jest moją drogą, którą sam muszę znaleźć. Mam tylko
podzielić się swoim doświadczeniem, jeśli mówię "zrób to i to" to
zabieram człowiekowi wolność. Uważam, że przychodzi takt okres, kiedy człowiek
musi stanąć na swoich nogach bez sponsora. Sponsor pomaga w dojrzewaniu. Niedobrze
jak osoba sponsorowana wiesza się na mnie (wtedy ta osoba staje się krytyczna).
Nie ma lepszego niesienia posłania jak sponsorowanie. Kiedy jestem konsekwentny
i wytrwały daje mi to poczucie własnej godności. Bardzo ważna jest przy
sponsorowaniu bezinteresowność, która nie stwarza nieczystej sytuacji. Widzę
zasadność poznania rodziny sponsorowanego, uzyskuję wtedy pełniejszy obraz.
Jeśli sponsoruję, to tak, jakbym robił coś bezinteresownie - jest to coś z
godności.
Teresa - We wspólnocie jestem 13 lat i zauważyłam że wielu
alkoholików trzeźwieje bez sponsora. Przy
przerabianiu 12 Kroków na mityngach, rodziło sie
wiele pytań, które można było wyjaśnić w rozmowach indywidualnych, po ich
zakończeniu. Aktem pokory jest zwróceniem się do kogoś o pomoc. Uznanie własnej
bezsilności. Moje doświadczenia mówią o tym, że warto mieć na danym etapie
tylko jednego sponsora, gdyż niektóre sprawy można pogubić i rozmydlić. Przy
wyborze sponsora kieruję się zasadą "trzymaj się ze zwycięzcami”.
Felek - Dla sponsorowanego jestem partnerem i nie prowadzę go za rękę. To
on ma problem i musi go sam rozwiązać przez dokonanie wyboru. Ja nie mam
podejmować decyzji za sponsorowanego. Nie może
obarczać mnie odpowiedzialnością za to co robi. Wszystko czego na sobie
doświadczyłem, jest wiarygodne. Trzeba serca a nie bycia nauczycielem. którego we mnie chce widzieć osoba
sponsorowana. Największą krzywdę jaką mogę zrobić człowiekowi to zabrać mu jego
drogę.
Jak to jest - być sponsorem?
Chcę podzielić się swoimi spostrzeżeniami, przemyśleniami, a zwłaszcza doświadczeniem na temat sponsorowania, bowiem kilka lat temu, kiedy pisałem Czwarty i Piąty Krok miałem sponsora, a dzisiaj, od prawie dwóch lat, sam nim jestem. Bardzo cenną wypowiedź usłyszałem zanim zabrałem się do czwórki i piątki naszego Programu. Jeden z alkoholików powiedział coś takiego: tacy znani ludzie, jak królowie, książęta, prezydenci czy też papież - mają doradców, a ty co? Uważasz, że ich nie potrzebujesz, że sam świetnie sobie z tym radzisz? To stwierdzenie uświadomiło mi moje człowieczeństwo odsuwając lub przesuwając trochę od siebie stan boskości, nieomylności, jak również dało oddech mojej dumie i próżności. Dość szybko do mnie dotarło, że mając sponsora, nie mam go po to, aby on załatwiał za mnie sprawy, które tak naprawdę mogę załatwić sam o ile tylko jestem gotów do nich i chcę je załatwić. Druga, bardzo ważna sprawa to dystans emocjonalny sponsora do spraw, zdarzeń, sytuacji dziejących się na co dzień wokół człowieka, z którym współpracuję. Bez zbędnego bagażu emocjonalnego łatwiej i prościej jest mnie zobaczyć zdarzenia, takimi jakimi one były, a przecież właśnie owe emocje, cały czas leczone, są przyczyną choroby jakiej podlegam. Trzecia i chyba najbardziej istotna sprawa to stosunek emocjonalny, zażyłość, przyjaźń i świadome dobro, jakie tworzy się między mną pomagającemu, a tym, któremu pomagam. Pamiętam natomiast swoje uczucia, jakie były we mnie kiedy po raz pierwszy poproszono mnie, abym został sponsorem. Umysł byt dumny i wyniosły, a uczucia? Zakłopotanie i strach. Czy ja sobie z tym poradzę? Dlaczego ja? Odpowiedź połowiczna - pomyślę nad tym! To jedyna rzecz sensowna na jaką wówczas byłem w stanie się zdobyć. A później główkowanie, ile to wtorków czy też sobót, jak również dni niewiadomych - wyjętych z własnych potrzeb, pragnień, ba zachcianek i chciejstwa - na rzecz drugiego człowieka. Czy poradzę sobie z odpowiedzialnością i konsekwencją spraw, w które mam się zaangażować? Czy aby jestem pewien, że podołam, że wytrzymam, że zdobędę się na wykrzesanie z siebie tego, czego oczekuje ode mnie człowiek, taki sam jak ja. Ten ja sprzed paru 1at. Obawa wahanie, wątpliwości lecz nie zwątpienie, załamanie, przerażenie. I wreszcie urodzona po bólach decyzja - o key, fajnie, cieszę się, że będziemy razem pracować. Nad czym? Ano nad tym, aby stawać się coraz bardziej dorosłymi, wolnymi ludźmi. Dociera dzisiaj do mnie fakt dania kto, komu i co? On mnie - pełną ufność, szacunek oraz mądrość i wiedzę. A co ja? Myślę, że głównie zrozumienie, aby zrozumiał samego siebie, poczucie bezpieczeństwa wraz z akceptacją oraz dobroć, serdeczność, przyjaźń. Emocjonalne przekonanie, że robimy coś dla siebie, coś co da nam zobaczyć świat oczyma miłości, dobra, radości. (...)
Sam bym tego nie dokonał
Są dwie rzeczy, których z
powodzeniem trzeźwiejący alkoholik nie zapomni do końca swoich dni. Pierwszą z
nich jest ostatni ciąg alkoholowy, a drugą jego pierwszy mityng we Wspólnocie
AA.
Pamiętam
dobrze wysoki mur jaki oddzielał mnie od Boga, siebie samego i drugiego
człowieka, gdy w dniu 1-go stycznia 2004 ujrzałem po raz ostatni dno wychylonej
przeze mnie butelki. Jakże smutny, upokorzony, przestraszony byłem wtedy, gdy
niektórzy z Was bawili się bez alkoholu
na sylwestrowych balach, a może przygotowywali się do podzielenia się swoją
trzeźwością na pierwszych mityngach w Nowym Roku. A ja w tym czasie opróżniałem
w obecności mojego niespełna trzynastoletniego syna ostatnią mam nadzieję w
moim życiu butelkę wódki, nie mogąc przy tym spojrzeć ani za siebie, ani przed
siebie.
Byłem
już wtedy przyjęty do Wspólnoty, ale musiało jeszcze upłynąć trochę czasu nim
do niej się sam przyjąłem. Miałem za sobą pierwszy mityng, ale wciąż jednak
szukałem, czym różnię się od tego bractwa miast szukać podobieństw i identyfikować
się z nim jako Andrzej Alkoholik.
Dziś
siedzę z Wami na moim rocznicowym mityngu wpatrzony w płomień mojej świeczki z
cyfrą 5, z sercem przepełnionym wdzięcznością. A takie serce nigdy, jak ktoś
powiedział, nie pozwoli sobie na samozachwyt i
samouwielbienie. Chłonę całym sobą każdą wypowiedź, każdy uśmiech, wychwytuję
pojedyncze gesty. Znajduję w nich siłę, wiarę i nadzieję do budowania kolejnych
pokoi na fundamencie mojego domu trzeźwości. Jest wśród Was osoba, która
przyjmowała mnie do Wspólnoty, jest też na sali kilka kobiet, które to Bóg
postawił na mojej drodze trzeźwienia. To one w dużym stopniu swoją subtelnością
i ciepłem pozwoliły mi zaaklimatyzować się w tej Wspólnocie
„uruchamiając” mnie do działania, do służenia, do nowego pojmowania
przez mnie czym jest miłość?
Siedzę
i porównuję siebie z sobą samym z przed pięciu lat, gdy to proboszcz jednej z
parafii otworzył drzwi salki mityngowej i wprowadził mnie w nowy świat. Sam bym
tego nie dokonał. Musiałem w końcu
przyznać, że ja nie mogę – On może – a ja Mu pozwolę. Już po
niespełna roku uwierzyłem, że siła większa od nas samych może przywrócić nam
zdrowie. W mieniącym się wszystkimi barwami jesieni parku nad Utratą,
wysłuchawszy ośmiu świadectw przyjaciół na mityngach spikerskich, zacząłem
wierzyć, że może i mnie uda się, żyć, działać i kochać bez alkoholu. Znalazłem
coś, co wypełniło mi moją pustkę egzystencjalną. Tym czymś była Wspólnota AA,
która przez te pięć lat stała się moją przystanią, portem do którego często
zawijałem, by korzystać z doświadczenia innych alkoholików i starać się tak jak
potrafię stosować zasady i tradycje Wspólnoty we wszystkich moich poczynaniach.
Te
pięć lat to droga mojego przebudzenia duchowego - od salki mityngowej w
drewnianym baraku do konkursu karaoke na sylwestrowym
balu bez alkoholu w Otwocku. Wiele było w jej
trakcie rożnych wydarzeń, moich zadziwień,
lekcji pokory, poznawania świata i samego siebie.
Chcę
dalej kroczyć tą drogą i wierzę, że to co mnie czeka to długa rzeka, a nie
krótka historia...., przygody mojego życia z udziałem członków Wspólnoty i jej
sympatyków. Jeden z przyjaciół w przerwie mojego mityngu rocznicowego
powiedział „Program AA jest prostym programem dla skomplikowanych
ludzi”. Niewątpliwie takim człowiekiem byłem i jestem w pewnym stopniu nadal,
niemniej jednak, już w połowie drogi zachwycają mnie rezultaty i powoli w moim
życiu zaczynają się spełniać obietnice AA.
Chciałem
tą krótką refleksją wyrazić swoją wdzięczność tym wszystkim, którzy pozwolili
mi odnaleźć w sobie te przymioty, które przez lata były jakby uśpione we mnie,
a które mogę dziś wykorzystać dla siebie i bliźniego na drodze służby i
miłości.
Andrzej 04 AA
LISTY
DO REDAKCJI
Podjąłem
wyzwanie
Swoje picie zaczynałem od picia
towarzyskiego. Piłem w klubach i na domówkach; miałem
fajną pannę, dużo znajomych. A z kasą nie było problemu. Mieszkałem na Pradze
Północ, w okolicy ulicy Brzeskiej. Tam albo się kradło albo chodziło na metę,
gdzie zawsze mogłem wziąć wódkę na kredyt.
Zamieszkałem na swoim z dziewczyną, z którą
się zaręczyłem. Pracowałem na budowie, zarabiałem około 2,5 tysiąca zł, ale
piłem codziennie. Zaczęły się kłótnie, doszło do rozstania, mimo, że byliśmy
razem 2 lata. Upijałem się prawie codziennie, nie dbałem o siebie, chodziłem
brudny, zarośnięty. Śmierdziało ode mnie wódą na kilometr.
Wylądowałem na detoxie.
Zawiozła mnie tam matka. Kiedy wyszedłem stamtąd to do domu wróciłem pijany; do
tego pobiłem się z ojczymem. Matka wyrzuciła mnie z domu, więc pojechałem do
kolegi. Tam piliśmy wódę, browar, a jak kasy nie było to dobre i nalewki.
Widziałem jak ludzie, z którymi ja piłem,
umierają z przepicia. Byłem przekonany, że to mnie nie dotyczy. Więc piłem
dalej, aż do chwili, gdy spotkałem na swojej drodze księdza. Po spotkaniu z nim
pojechałem na detox. Byłem tak zajechany, że ludzie
mnie palcami pokazywali. Z ledwością się poruszałem.
Po detoxie
wybrałem terapię, w której uczestniczę już 3 tygodnie. Dowiedziałem się tam,
jak blisko byłem śmierci. Teraz codziennie non stop poznaję ciekawe rzeczy.
Zaczynam wierzyć, że można żyć bez wódy i browara.
Mam 23 lata. Wiele już w życiu straciłem.
Rodzinę, zdrowie, pracę, a nawet marzenia. A ile razy mówiłem sobie –
mnie to nie dotyczy. Okazało się, że dotyczy, do tego bardzo boleśnie. Jestem
alkoholikiem, który podjął wyzwanie by żyć w trzeźwości. Uczęszczam na
spotkania AA, to nic nie boli, ani nie
kosztuje. Może jeszcze uratuję swe życie? Dzisiaj znów nie piłem.
Sebastian
lat 23
Bezsilność i pogodzenie
Nazywam się Inka, jestem
alkoholiczką….
Całe swoje życie, gdy zdarzało się coś
złego, to starałam się po prostu nie myśleć. Odsuwałam, zażywałam proszki na
uspokojenie, piłam alkohol. Na terapii okazało się, że jestem ekspertem od
wypierania: zupełnie nie pamiętałam wielu ważnych, tragicznych zdarzeń z
własnej biografii. Udało mi się dotrzeć do wspomnień z dzieciństwa: kiedy na
"niegrzeczność" nie byłam karana, tylko dostawałam relanium. I że
jestem kompletnie nieprzygotowana do przeżywania silnych emocji w ogóle.
Doskonale pamiętam pierwsze moje uczciwe,
trzeźwe zetknięcie z nieszczęściem. To głupio zabrzmi, wiem, ale dla mnie było
doświadczeniem kompletnie czegoś nowego, wstrząsającego. Moja 14-letnia kotka
nagle zachorowała. Wcześnie właśnie to ona jedna towarzyszyła mi w końcówce
picia. Przytulałam ją, płakałam, użalałam się. I ona jedna była niezadowolona z
mojej terapii: gdzie ja się włóczę? Więc wieczorem, po zajęciach w poradni,
wzięłam ją na kolana i zaczęłam wpychać do pyszczka lekarstwo. Kotka się
broniła, a nagle znieruchomiała: zdechła. Syn powiedział: dobra była z niej
kotka. Wziął do pudełka od butów, postawił koło swojego łóżka i całą noc coś do
niej mówił. Słyszałam, bo nie spałam. Rano zakopaliśmy ją pod sosną w ogródku.
Przez miesiąc chyba, tak na raty, wspominałam Myszkę, płakałam.
Cztery lata później przeżywałam długą chorobę
mamy. Miała nowotwór kości, bardzo cierpiała. Towarzyszyłam jej w agonii. Potem
pogrzeb. Jakieś konflikty w zwariowanej rodzinie. Byłam i jestem wdzięczna Sile
Wyższej za każdy dzień - trzeźwy. Nie przepiłam swojego człowieczeństwa, mogłam
do końca żegnać się z mamą.
Dalej: zaczął chorować ojciec. Kiedy go
odwiedziłam w szpitalu, przeprosił mnie za bycie złym ojcem. Fakt, najlepszym
nie był, ale mu to dawno wybaczyłam. Pierwszy raz rozmawialiśmy szczerze, bez
podtekstów. To bardzo ważne dla mnie. Teraz dzwoni często, widujemy się.
Więc w trzeźwym życiu dotarłam najpierw do
koszmarnego dzieciństwa, a potem pogodziłam się z faktami - bardzo pomogli mi w
tym rodzice; tak jakbym ich dopiero niedawno zyskała. Nauczyłam też godzić się
z przemijaniem, odchodzeniem. Mam też zgodę na własne starzenie, na coraz
więcej ograniczeń.
Choć z alkoholizmem nie musiałam się godzić.
Uważam, że dzięki niemu o wiele więcej zyskałam niż straciłam.
Trudno
znaleźć
Ostatnim czasem, na mityng AA spóźniłem się parę minut, bo byłem w tym
miejscu pierwszy raz i straciłem trochę minut na znalezienie pomieszczenia
grupy AA. To już dla mnie „normalka”. Adres w spisie mityngów, to
ogromne ułatwienie, ale często pod wskazanym adresem trudno znaleźć TO
pomieszczenie. Tak sobie pomyślałem, że często w takich miejscach jest jakaś
tablica ogłoszeń – to dobre miejsce by umieścić informację, jak trafić do
pomieszczenia „mityngowego”. A tu nawet informacji o samym mityngu
nie ma! Nie ma też w innym - DOSTĘPNYM miejscu, które jest bezpośrednio
kojarzone z podanym adresem, np.: jakieś główne
drzwi.
Uważam,
że dobrym dla Wspólnoty AA byłoby zadbanie o innych członków (szczególnie o
„nowicjusza”) i umieszczanie w ogólnodostępnym miejscu informacji:
w którym pomieszczeniu odbywa się mityng AA i jak tam trafić. Jestem
przekonany, że to jest do zrobienia ale to już rola każdej grupy z osobna. Może
ktoś powiedzieć, że ktoś, kto chce znaleźć, to znajdzie – ale czy to jest
takie oczywiste? Ja sobie już dziś radzę z takimi sytuacjami – ale jakbym
szedł pierwszy raz, to na wiele mityngów bym po prostu nie trafił !!! Trzeba by
się ludzi pytać, może czasem dzwonić po jakiś domofonach i inne takie –
nieprzychylności.
Raz
jeden - takie moje doświadczenie - nawet już myślałem, że znalazłem mityng, bo
słychać ludzki gwar. A tu: spotkanie jakiejś grupy ludzi i właśnie sobie
polewają, bo będą wznosić toast, za coś tam. Tak sobie zadaję pytanie: czy
warto zadbać o potrzebującego, ale tak bez moralizowania, wygłaszania teorii za
i przeciw, a zamiast tego – zrobić coś, by nie utrudniać. Nakład pracy
mały a efekt... efekty należą do pana Boga - oczywiście. Ja mam zrobić. Nie
gadam tak po próżnicy, gdyż jestem z grupy AA, której mityng jest tak
oznakowany, że po prostu nie można nie trafić do właściwych drzwi – jeden
stres mniej, a to ważne dla człowieka o skołatanych, przez alkohol, nerwach.
Pamiętam, że to ja chcę i jestem anonimowy ale Wspólnota AA - NIE!!! Wspólnota
powinna być WIDOCZNA!!! Czyżbym wyczuwał poczucie... wstydu???
Tak
sobie myślę, że wynika to bardziej z braku „przekaż dalej” niż
„złych intencji”. Aby słowa i myśli płynące na mityngach nie były
płonne (wiara bez uczynków jest martwa, to tym bardziej gadanie) i przechodziły
w działanie niezbędna jest, wg mnie, także i ta trzecia noga od AA-owskiego stołka, czyli Służba. A w tym względzie jest
tak, jak jest. Ten tekst to podzielenie się własnym doświadczeniem ale i apel a
właściwie zaproszenie do działania – w prostej sprawie ale uważam, że
wartej przemyślenia na poszczególnych grupach. Ja wiem, gdzie jest
„mój” mityng, ale ktoś, kto nosi się z zamiarem „zapoznania
się” z AA - nie wie.
Zastanawiam
się teraz, co mówi AA-owski tekst o odpowiedzialności
- przecież: „... chcę aby napotkał wyciągniętą dłoń AA. I za to jestem
odpowiedzialny!” [„... chcę by napotkał wyciągniętą ku niemu
pomocną dłoń AA. I za to jestem odpowiedzialny.” – przyp. red]
Właśnie - WYCIĄGNIĘTĄ DŁOŃ !!! Więc to ja mam tę rękę wyciągać a nie chować pod
kapotę, bo co?: bo boję się żeby mnie kto za czasem nią nie złapał??? a jak mnie ktoś za nią złapie: ludzie!, to
nie moja ręka !!! Przecież – „ja nic nie muszę”!!! – to
głęboko fałszywy slogan – ale jak będę słuchał kłamstwa 1000 razy, to
staje się prawdą, niestety!
Są
pomysły we Wspólnocie AA o spotach informacyjnych w TV –ok. Ale to
„gruba” robota, niecodzienna, wymagająca łączenia sił wszystkich
służb AA, jako całości. Zawsze warto „potrenować” na czymś
codziennym, można by rzec: przyziemnym - ale, z pewnością, nie mniej ważnym. A
i do tego, każdy, dosłownie, każdy, kto tylko będzie chciał może się w takie
działanie włączyć na „swojej” grupie a to już jest doświadczenie w
działaniu – rzecz nieoceniona.
zachęcam
i pozdrawiam – alkoholik
P.S. Tak w ogóle to myślę, że
temat nie jest jakiś nowy. Intergrupa Mokotów, swego czasu, wykonała jednolite
„logo AA” i każda grupa takie logo dostała na swój mityng. Jedno
takie widziałem też w PIK-u. Nie mam wiedzy, czy inni „podchwycili”
ten pomysł ale na mityngach tego nie widzę, chyba że czasem wewnątrz
pomieszczenia – choć chodzi o to, by było widoczne na zewnątrz –
dla innych, przynajmniej na czas trwania mityngu. Może warto o tym pomyśleć, w
imię Jedności AA, jako całości – tak, o takim jednolitym znaku dla każdej
z grup, jak i o rzetelnej informacji każdej z grup, gdzie dokładnie odbywa się
ten właśnie mityng AA – które to drzwi, dosłownie.
Z korespondencji mailowej
Mój Krok
Dziesiąty
Pełen
miłości do całego świata, a jechałem robić zakupy na swój mityng
rocznicowy, podjechałem na parking supermarketu. Pusty był. Zdecydowałem
zaparkować przy główniejszym wejściu, bo była wczesna pora i to bliższe mogło
być zamknięte. Na parkingu dla taxi stał jakiś „złotówa”
więc stanąłem obok niego. Ten z gębą wykrzykiwał, że nie mam prawa tu stawać,
mimo że na tym miejscu nie było widocznego oznaczenia, że to parking dla taxi.
Wciąż
jeszcze pełen miłości do ludzi pomyślałem - "Lepiej z mądrym zgubić niż z
głupim znaleźć" więc po namyśle wsiadłem do auta. Jak cofnąłem, to
rzeczywiście zauważyłem, że nie widać oznaczenia boksów, bo zrobione z
czerwonej kostki są prawie niewidoczne. Przepakowałem, a ten nadal do mnie. -
„W Niemczach to by nikt tak nie stanął, bo od razu by przyjechała
laweta" itd.
No
i miłość od całego świata ulotniła się, łącznie z tym nędznym złotówą. Zwłaszcza, że tego dnia obudziłem się z bolącą
głową, i mimo żony propozycji nie wziąłem proszków. Więc mówię mu
-
Co się pan tak żołądkujesz! -
No i w tym momencie przyjrzałem mu się.
Bardzo
prawdopodobne, że miał kaca - podejrzewałem. To walę:
-
Napij się pan to panu przejdzie.- Ten próbował szukać wsparcia u przechodzącego
ochroniarza, ale ten wyraźnie go unikał.
Miłość
do całego świata była już hen, hen. Ogarnęła mnie złość. A ten znowu z tymi
Niemcami. Zawsze bierze mnie cholera jak ktoś bredzi o tym, jak to za granicą,
a szczególnie w Niemczech, jest porządek i praworządność. Pewnie robił tam na
czarno dla pracodawcy Niemca, i tak wygląda uczciwość ich obojga - pomyślałem.
-
Tu jest Polska, jak panu źle to wynoś się pan do tych swoich Niemiec. A za
szkalowanie narodu polskiego powinno się panu odebrać obywatelstwo - dorzuciłem
mściwie.
Nie zdążyłem nawet wejść do sklepu, kiedy na
moim miejscu stanął inny kierowca. Tamten coś jeszcze do mnie wykrzykiwał:
- No widzisz pan!
Już odwrócony plecami rzuciłem, że
"mało mnie to obchodzi" Ochroniarz w sklepie przyszedł mi w sukurs
"Panie, nie trzeba było nic mówić i auta nie ruszać. On tak zawsze.
Klienta nie ma".
Ja jednak nie potrafiłem odpuścić. Trudno mi
było skoncentrować się na zakupach. Zacząłem nawet planować zemstę.
„Kurde, zadzwonię po straż miejską, że jest pijany” ale przez głowę
przeszło mi, że to mściwość, bo nie jestem tego pewien. No to napiszę na
którymś z portali lokalnych o agresywnym złotówie
przed tym hipermarketem. Ostatecznie stanęło na tym, że po wyjściu ze sklepu
zapytam go, czy w tych swoich Niemczech pracował legalnie i czy ów Niemiec
miłujący, jak wszyscy, prawo też go legalnie zatrudnił.
Ale
taksiarza nie było. A ja nadal z nim rozmawiałem.
Dopiero jak parkowałem auto przed cukiernią
olśniło mnie, że mamy październik i tłuczemy na mityngach 10 Krok. Odmówiłem za
„tego” taksiarza modlitwę.
Jakie ja popełniłem błędy:
Chciałem
naprawić człowieka i to od razu, a to w ogóle niemożliwe
Oczekiwałem,
że jak ja jestem pełen miłości do całego świata to świat odpłaci mi tym samym
Zapomniałem,
co jest dla mnie najważniejsze.
Ant październik 2008 r
„Nasze
korzenie...”
Grupa AA „ISKIERKA”
[z opisem
historii AA w powiecie Wołomińskim – redaktor]
XX
- rocznica powstania gr. AA „ISKIERKA” w Wołominie przeszła bez
większego echa, mityng rocznicowy odbył się jak zwykle w lipcu. Nie doczekał go
śp. Stasiek, odszedł na Wieczny Mityng w ubiegłym
roku (2007). To dzięki jego ogromnej determinacji powstała pierwsza w naszym
powiecie grupa AA. To śp. Stasiek i lekarz ze
szpitala w 1988 zaczęli spotykać się w pomieszczeniach tejże przychodni.
Początki były trudne – choć pacjentów było dużo, chętnych do trzeźwienia
brakowało. Lekarz Stanisław odszedł gdzieś na Pomorze i Stasio został prawie
sam. Przychodząc jesienią 1989 r. zastałem dwóch alkoholików - Stasia i Sylwka. Ja jestem Marian i jestem alkoholikiem,
pacjentem poradni przeciwalkoholowej byłem od wczesnych lat 80 ub. wieku, a
rezultatów w trzeźwieniu ZERO.
Za niedługo dotarł Wiesiek z Wołomina i został na dłużej. Z początkiem 90
r. przyszedł Tadek z Wołomina (weteran odwyków i terapii) rezultaty w
zdrowieniu mizerne. Wniósł wiele energii i ciepła do grupy. Mityngi były
obowiązkowo palące, na koniec pod sufitem bywało sino. Niedługo dotarła
pierwsza kobieta - Aika. Frekwencja była mizerna,
więc jeździliśmy na mityngi do W-wy. W 1993 r. nawiązaliśmy kontakt ze
schroniskiem dla bezdomnych w Czarnej koło Wołomina (DON ORIONE), był czas, że
na spotkania przyjeżdżali alkoholicy z W-wy. W międzyczasie próbowaliśmy
założyć gr. AA w Zielonce efekty mimo wsparcia proboszcza były mizerne, dopiero
przyjście Marka z Zielonki i Ryśka zaowocowało powstaniem prężnej grupy.
W 1995 r. w maju powstaje gr. AA w Radzyminie, wielki wysiłek w
powstanie tej gr. włożył człowiek, który nigdy się nie upił, był to Pan śp.
Dąbrowski Kazimierz, działacz samorządowy. Duże wsparcie mieliśmy od ludzi z
„ISKIERKI”. Na pierwszym
spotkaniu prócz mnie był Heniek, Waldek, Jacek. Największym utrapieniem dla
istnienia grupy są sprawy lokalowe - na dzień dzisiejszy jest to szósty adres.
Za niedługo w Radzyminie zaczynają spotykać się Alanonki.
W kryzysowym momencie spotykaliśmy się w jednej z kancelarii szkół
Podstawowych, na dzień dzisiejszy koło tej szkoły jest już gr. AA „POD
DOBRYM PASTERZEM”, motorami tej gr. są Tadeusz z Nadmy
i [-] Marian.
W
międzyczasie do „ISKIERKI” przychodzi Franek, przyczynia się do
postania dwóch nowych grup AA w Wołominie. Powstają gr. AA w Kobyłce, Tłuszczu,
Markach, Poświenty, o Ząbkach nie wspominam, mają
bliżej do W-wy i swój oddział odwykowy. „LICZYDEŁKO” jest jedną z
prężnie działających grup AA w naszym powiecie. Na dzień dzisiejszy odrodziła
się na nowo gr. AA w Czarnej koło Wołomina. Przez wiele czasu dźwigał cały
ciężar prowadzenia tej grupy śp. Krzysiek, wyszedł z bezdomności i swój trzeźwy
czas poświęcał na niesienie pomocy potrzebującym, przyczynił się do powstawania
gr. AA w swoich rodzinnych stronach Zabrodzie gr. „KROKUS”. Drugim
pensjonariuszem w przytułku był śp. Jurek z Marek. Wiele energii włożył w
powstanie gr. AA w Markach „CEGIEŁKA”. Choroba alkoholowa nie była
jego jedyną chorobą śmiertelną , odchodził z tego świata świadomy i spełniony.
Wielką stratą dla AA było odejście z tego świata śp. Wiesi, u której choroba
alkoholowa też nie była jedyna chorobą śmiertelną. Pierwszy, który opuścił nas
w „ISKIERCE” był śp. Jurek z Prostyni,
szwagier śp. Staśka, obecnie w Prostyni
jest już grupa AA.
Nigdy nie myślałem, że tak ułoży się moje życie - od 19 lat zachowuję abstynencję.
Marian z Radzymina
ZZA
KRAT
Mój
drugi rok w AA – kolejny rok trzeźwości.
Podsumowując swoje dotychczasowe 39-letnie życie, powiem krótko:
Od 2 lat wiem, że żyję, jestem człowiekiem szczęśliwym i
„wolnym” – wolnym od nieodpartej obsesji picia przeze mnie
alkoholu. 19 lat swojego życia po prostu przepiłem i robiłem wszystko, prawie
wszystko, by zdobyć alkohol. To było silniejsze ode mnie – chęć!.
Nieodparta chęć napicia się alkoholu. Wszędzie fałsz i obłuda . Żyłem niczym
pasożyt kosztem innych – matka, żona, dzieci. To wszystko dla mnie się
nie liczyło – alkohol był mi w tamtych czasach najbliższy. Był mi
kompanem, przyjacielem, rodziną, balsamem na życie. Potem dołączyła samotność.
Wolałem być sam – tylko ja i mój alkohol. Każdy, kto chciał wkroczyć w
moje życie (pomóc mi, bym więcej nie pił) traktowany był przeze mnie jak wróg.
Gdyby nie Bóg, mój Bóg jakkolwiek Go pojmuję, pewnie bym się zapił na śmierć,
bo tego właśnie chciałem. Tak, właśnie dla alkoholu gotów byłem poświęcić swoje
życie. Dziś jest inaczej. Od 2 lat należę do Wspólnoty AA. Dokładnie 2 lata
temu na moim pierwszym mityngu powiedziałem z pełną świadomością, że jestem
alkoholikiem. Człowiekiem chorym i uzależnionym od alkoholu. Moja bezsilność
wobec alkoholu uświadomiła mi, jak bardzo śmiertelnie jestem chory. Te 2 lata
we Wspólnocie, to coś wspaniałego. Tu mam prawdziwych przyjaciół, tu nie ma
fałszu, tu nie ma obłudy, tu wszyscy jesteśmy równi. To tak jak bym żył w innym
świecie. Mimo to, że przebywam teraz w więzieniu, jestem człowiekiem
szczęśliwym, że dane mi było wstąpić do Wspólnoty AA. Bóg wiedział chyba co
robi, dając mi kolejną szansę na życie.
Nigdy w życiu nie przeczytałem żadnej książki. Dziś jest inaczej. Od 2 lat
stałą moją lekturą jest biuletyn MITYNG. Czytam go od deski do deski. Pożeram
wzrokiem i nie mogę się doczekać, kiedy za miesiąc pojawi się nowy numer.
Chodzę tu na mityngi, uczęszczam na grupy wsparcia. Poprosiłem przyjaciela z
wolności, by został moim sponsorem, oczywiście zgodził się. Rozmawiam z
przyjaciółmi z AA, czytam literaturę aowską –
obecnie „Przekaż dalej” no i dzielę się swoimi doświadczeniami,
pisząc do biuletynu MITYNG. A mi wciąż mało, jestem zachłanny na swoją
trzeźwość, jednak wiem, że gdy to wszystko robię, wtedy właśnie żyję normalnie,
godnie, pełną piersią, według zasad i Programu AA.
Co mnie skłoniło, bym ponownie napisał? Jest w tym coś cudownego, są to
zdarzenia, ludzie, sytuacje z dnia powszedniego, są to przyjaciele, moi
przyjaciele z AA.
W tym Nowym 2009 Roku chciałbym serdecznie podziękować mojemu sponsorowi Jurkowi. Jest mi jak ojciec, którego nigdy nie miałem. Darkowi Wdzięcznemu Alkoholikowi, Włodkowi, Jarkowi, Grześkowi, Maćkowi, Sławkowi, Januszowi, Arturowi, Krzyśkowi z Antyradia – wszystkim tym, którzy przychodzą na mityngi do AŚ Warszawa Mokotów. No i Gosiali, dzięki której między innymi postanowiłem napisać swoje doświadczenia z alkoholem. Po przeczytaniu jej artykułu pt.: „Mój cichy przyjaciel MITYNG” nr 10/124/2007 uwierzyłem w siebie, mogę być pomocny a to pomaga mi w trzeźwieniu. Dzięki temu robię kolejny Krok w życiu, a jest to moim kolejnym celem.
Pozdrawiam serdecznie i radośnie Tomaszek alkoholik 10.01.2009
Można żyć godnie
Mam na imię Janusz i jestem
alkoholikiem. Postanowiłem podzielić się swoim doświadczeniem w AA i okazać, że
można żyć godniej i uczciwiej podchodzić do życia bez alkoholu.
Moja burzliwa historia z alkoholem zaczęła się bardzo wcześnie, w wieku
szkolnym. Pewnie jak niejeden podobny do mnie alkoholik zaczynałem od kłamstw
swoich najbliższych, rodzinie, znajomych. Piszę to i zastanawiam się czy jest
sens i czy warto powtarzać to co przechodziłem i nadal przechodzą podobni do
mnie. Z całego serca pragnę się zmieniać na dobre, być dobrym człowiekiem,
ojcem i mężem dla swojej rodziny, którą tyle lat krzywdziłem. Tyle chciałbym
wyrzucić z siebie brudów, które nazbierały się przez 20 lat mojego picia. Mam
34 lata w tym 12 lat za murami różnych aresztów, zakładów a w dodatku przede
mną jeszcze kilka lat tej monotonni życia więziennego. Będzie to około 6 - 7
lat. Te same twarze i to samo bagno. Ale na szczęście jest jeszcze AA w
zakładach karnych, gdzie mogę spotkać takich samych przyjaciół z podobnymi
problemami.
Moja przygoda, a raczej droga, z AA zaczęła się osiem lat temu w
areszcie na Służewcu w czasie mojej odsiadki 4 i pół roku. Piszę
„przygoda”, bo była tylko sposobem na ucieczkę z celi. Trwało to
przez dwa lata, ale tylko trwało, bo nie chciałem poznać, zrozumieć a tym
bardziej przyznać się do tego, że jestem alkoholikiem.
Chodziłem na mityng po to aby posłuchać, a raczej popatrzeć na fajną
kobietę [korekta redaktora], która przychodziła z wolności nieść posłanie innym
alkoholikom. Opowiadała o jakiś tam swoich problemach, przeżyciach ale co mnie
to obchodziło jak to oni mieli problem a nie ja. Przecież ja nigdy nie miałem
żadnych problemów a tym bardziej z alkoholem. Mijały dni i miesiące a ja
chodziłem na mityngi. Oczywiście przez gardło przechodziły mi słowa:
„Janusz alkoholik”, ale to i tak było dla pozoru. Rzadko się
zdarzało abym przeczytał tekst Kroków czy Tradycji, nie mówiąc już o czymś
więcej. Tak minęło 2 lata mojej przygody z AA. Oczywiście wychodząc z aresztu
obiecałem wszystkim, że już nie zajrzę do kieliszka. Wszystkim, tylko nie
sobie. Po wyjściu byłem 4 lata na wolność, ale zaliczyłem jeszcze areszt na 4
miesiące, za kilka dni na 6 miesięcy za jazdę po alkoholu i jak by było mało,
to kilka mandatów na rzecz Świętego Krzysztofa, a teraz wbiłem gwóźdź do trumny
na kilka ładnych lat.
Przyznam się Wam szczerze, że ja to ja i czy jestem tu czy na wolności, to
jakoś to będzie, ale jakie ja zgotowałem życie swojej żonie i dzieciom. To nie
ja cierpię tylko oni i to ja jestem za to odpowiedzialny. Tak w ogóle, to kawał
bydlaka ze mnie. Łotra bez serca i bez
żadnych wyrzutów sumienia. Kradłem, biłem i czułem się twardzielem.
Nawet myślałem, że jestem dobrym ojcem i mężem dla swojej rodziny. Ale tylko ja
tak myślałem. Byłem na tyle bezczelny, że sam poprosiłem o pomoc psychologa,
aby mnie skierował na terapię alkoholową na Rakowiecką, bo chciałem być bliżej
domu. Oczywiście tak się stało jak sobie zaplanowałem. Przyszedł termin na Atlantis – wrzesień 2007. Oczywiście znalazłem się na
oddziale terapeutycznym. Cele pootwierane, siłownia i w dodatku terapeutki,
fajne kobiety [korekta]. Od razu mi się spodobało. Moje myślenie: trochę
popiszę, trochę pokombinuję i terapia ukończona, problemy wyprostowane,
wcześniej do domu. Tak trwało to około 2 miesięcy mojego pobytu na Atlantisie.
Pewnego dnia moja terapeutka „Natka” dała mi kartkę, abym ją
wysłał do swojej żony. Żona miała napisać kim ja jestem, co lubię i jak się
zachowywałem w domu. Żona odpisała z powrotem prawdę jakim ja jestem człowiekiem.
Ani nie byłem mężem, ani ojcem. Poczułem się jakby mi ktoś wbił kołek w serce,
ale to była prawda o mnie. O Januszu. O nikim innym tylko o mnie. Ale to
jeszcze nie było to. Jeszcze byłem tym samym złym człowiekiem.
Przyszedł czas na piciorys. No to szybciutko
napisałem na kartce, to co chciałem napisać. Rano miałem przepisać to na
tablicę i przedstawić grupie. Dzień wcześniej odbył się mityng. Był tam
alkoholik z wolności Grzesiek. Powiedziałem mu, że jutro mam piciorys i trochę się wstydzę i waham jak mam go napisać i
przedstawić na grupie. Teraz mogę powiedzieć, że jest to mój przyjaciel. Jestem
mu bardzo wdzięczny, że powiedział mi: „Pisz jak czujesz i chcesz czuć.
Oszukasz wszystkich, tylko nie siebie.” Rano napisałem na tablicy
wszystko, to co miałem na kartce. Zebrała się moja grupa i oczywiście moja
terapeutka. Powiedziała, żebym przedstawił piciorys.
Stanąłem przed tablicą i zamarłem. Nie wiedziałem, co tam jest napisane, bo był
to piciorys ale nie mój – innego Janusza.
Przeciętny piciorys trwał około godziny.
Mój trwał około trzech godzin. Wyrzuciłem z siebie wszystko. Dosłownie
wszystko. Na tym piciorysie dowiedziałem się kim
naprawdę jestem, co ja w życiu zrobiłem. Przeanalizowałem wszystko i dotarło do
mnie, że naprawdę mam problem z alkoholem i że powinienem coś z tym zrobić. Ale
co i jak, jeśli kończy się pobyt na terapii? Udałem się do terapeutki, aby mnie
zostawiła jeszcze na terapii. Powiedziała, że nie ma takiej siły, abym został.
Udałem się do kierowniczki terapii. Prosiłem, a wręcz błagałem, aby mi pomogła.
I dano mi szansę i zostałem. Ukończyłem grupę złości, nawroty, asertywność i
medytacje. Połykałem wiedzę na temat choroby alkoholowej jak tylko mogłem. Pod
koniec mojego pobytu na terapii dostałem propozycję, aby założyć i prowadzić mityngi
w areszcie w Grójcu. Przestraszyłem się takiej odpowiedzialności, ale to była
dla mnie jeszcze jedna szansa na zmianę swojego myślenia, zrobienia czegoś dla
innych z podobnymi problemami jak ja. Tak się stało. Pojechałem do Grójca,
założyłem tam grupę CHMURA. Z problemami, ale się udało. Na mityngi przychodzi
około 10 przyjaciół. Administracja dała mi szansę pracy na wolności. Byłem
zadowolony. W kwietniu na Rakowieckiej była 15 rocznica założenia Atlantisu. Dostałem zaproszenie. Załatwiłem przepustkę,
ale… no właśnie nie dotarłem na rocznicę, bo tydzień wcześniej upomniał
się o mnie sąd i przewieziono mnie do aresztu na Służewiec. A tak chciałem
podziękować osobie za daną mi szansę bycia jeszcze człowiekiem, mężem i ojcem.
W AŚ Służewiec są nadal dwie grupy: RUBENS i NOWE ŻYCIE. Zapisałem się do dyrektora z prośbą o zezwolenie na uczęszczanie na mityngi. Na mityngach okazuje się, że nie ma prowadzącego. Od razu podjąłem się prowadzenia obu grup. Prowadzę je nadal i jestem bardzo wdzięczny, że mogę pogłębiać swą wiedzę na temat swojej choroby. Pragnę podziękować za nie skreślenie mnie jako człowieka.
Alkoholik Janusz
Sprawozdanie z warsztatów niesienia posłania do ZK
W
dniu 22 listopada 2008 r. odbyły się warsztaty zorganizowane przez zespół ds.
Zakładów Karnych (ZK), w naszym PIKu na
Brazylijskiej. Tematem warsztatów był „Mój pierwszy mityng w ZK”.
Mimo małej frekwencji (uczestniczyło 13 przyjaciół) warsztaty okazały się
bardzo owocne tym bardziej, że zaszczycili nas swoją obecnością przyjaciele z
Regionu Dolnośląskiego (Intergrupa Odra -Wrocław).
W warsztatach uczestniczyli przyjaciele, których alkoholowa
beznadzieja zaprowadziła za mury więzień jaki i ci, którzy nie spędzili jednego
dnia w odosobnieniu, dziś natomiast i jedni i drudzy ramię w ramię niosą
posłanie AA do kryminałów. Byli też przyjaciele, których obecne obawy jeszcze
nie pozwalają na niesienie posłania do takich miejsc, ale sam fakt ich
obecności i dzielenia się tym co czują utwierdził wszystkich w przekonaniu o
potrzebie tego typu warsztatów. Wypowiedzi płynące z głębi naszych serc
wzruszały i wywoływały radość, a oto niektóre cytaty:
Początkowo bałem się osadzonych, ale to z czasem minęło, a dziś
idę tam do przyjaciół, bez uprzedzeń i obaw
Byłam przerażona, ale już po pierwszym mityngu wiedziałam, że to
jest miejsce dla mnie, że jest mi potrzebne do mojego trzeźwienia
Osiągnąłem gotowość do chodzenia na mityngi do ZK wtedy gdy
uwierzyłem, że ten program działa, że nie mogę być wciąż pasożytem, nic od
siebie nie dawać dla wspólnoty, tylko brać
Myślę, że Siła Wyższa zesłała mi ten dar bym dojrzał, że niosę
pomoc tym, którzy tego potrzebują, bez względu na ich wyznanie i przekonania
Nie chciałem tam chodzić, ale dlatego że nie chciałem - chodzę
tam od kilkunastu lat i jestem trzeźwy
Wiezienie uratowało mi życie i tam się odnalazłem, dlatego dziś
jestem szczęśliwym człowiekiem
Na mityngu pytałam siebie i BOGA - co ja tutaj robię? Słysząc
szczęk krat byłam przerażona. Tam przypomniało mi się, że sama o mały włos nie
zabiłam ojca i też mogłam trafić do ZK- tak zaczęłam chodzić na mityngi.
Warsztaty zakończyliśmy wymianą pozdrowień dla naszych
przyjaciół za murem gdzie niesiemy posłanie oraz modlitwą o pogodę ducha.
Grześ aa