MITYNG 03/141/2009
DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO
Kto szklanki myje ten nie zapije.
Nie zawsze tak było w AA, żeby herbatę i kawę dla pozostałych robiła jedna osoba. Coraz częściej można ten zwyczaj zauważyć „na grupie” Teraz dostrzegam zalety tego obrządku.
Tylko jeden kręci się przy stole. Sam nakłada woreczki z herbatą, nasypuje kawę do szklanek nie ma zamieszania, przeciskania się, zabierania sobie wzajemnie łyżeczki. Rozsypywania cukru pośpiesznie słodzonej kawy.
Gdy zaczyna się
Dwie łyżki kawy, dwie cukru i koniecznie woda po samiusienieńkie wręby, bo musi się po drodze wylewać! Jak się nie wylewa, to znaczy że było za mało. Nie dobrrra! Trzeba dolać!
Czasem ten „herbatkowy” postawi przede mną taką właśnie kawę, a ja piję. Nie kapryszę, nie żebym się bał. Od niego po prostu mi smakuje. Dziękuję wam że jesteście.
Jesteście debeściaki, i wasza służba też. O kawie nie wspomnę.
smakosz kawy ”po aowsku”
Odzyskałam swoje
życie
Moje życie zawsze było inne. Odkąd pamiętam zawsze chciałam być kimś innym niż byłam. Wyobrażałam sobie całkiem inny świat, inną matkę i całą rodzinę. Wstydziłam się własnego domu. Kiedy koleżankom opowiadałam o sobie, to przedstawiałam zupełnie inny świat. Moja rodzina była super, matka pracowała gdzieś na dobrym stanowisku, a ojciec za granicą. Oczywiście tak nie było. Matka pracowała w szpitalu jako salowa a ojciec siedział w więzieniu. W domu zaś jedna libacja za drugą. Nie mogłam tego wytrzymać ani z tym się pogodzić. Bardzo mnie to dotykało. Wykorzystywana, bita, wyrzucana z domu, ciągle przestraszona bałam się obudzić ze snu. Moczyłam się w łóżko, nawet jako większa dziewczynka. Nikt mnie nie rozumiał. Jak zmoczyłam łóżko nie chciałam się budzić, nasłuchiwałam tylko, czy matka jest w dobrym nastroju, to znaczy czy jest pijana. I ciągły lęk. To był jeden wielki koszmar.
Jak tylko sięgam pamięcią, kradłam matce i jej kochankom wódkę a następnie odsprzedawałam aby mieć pieniądze na jedzenie. Tak było do 15 roku życia, kiedy to nie mogąc znaleźć dla siebie miejsca, uciekłam z domu. Zamieszkałam u chłopaka, brata mojej koleżanki. Niestety tam też pojawił się alkohol. Już wcześniej go próbowałam i źle się po nim czułam. Pojechaliśmy do znajomych chłopaka i tam się upiłam do nieprzytomności. Potem rozbiłam się na motorze. Jeszcze nic mi to nie mówiło. Spaliśmy z chłopakiem na melinie. Picie, spanie, picie spanie … Kiedy piłam wydawało mi się, że jestem inna; bardziej odważna, śmiała, przestawałam się bać. Pojawiła się też agresja. Kradzieże, burdy, bijatyki były na porządku dziennym. Nikogo ani niczego się nie bałam. Pomiatałam wszystkim i wszystkimi. Tak trwało kilka lat.
Kiedy miałam 17 lat zapoznałam sobie chłopaka, za którego wyszłam za mąż. Mam córkę. W 6 miesiącu ciąży mąż poszedł siedzieć, ale ja nie czekałam na niego. Spodobało mi się rozrywkowe życie. Zapoznałam sobie chłopaka, młodszego od siebie i zaczęliśmy balować. Piłam, a do tego doszły narkotyki. Razem piliśmy, ćpaliśmy, biliśmy się, i tak to się toczyło.
Jeździłam do męża do kryminału. Teraz wychodził. Byliśmy już osobno. Każdy z nas bawił się na swoja rękę. W tym czasie urodził się syn.
Ja stawałam się coraz słabsza psychicznie, nie dawałam sobie rady, zaczęłam kombinować kasę. Skończyło się wyrokiem i koniecznością zwrotu pieniędzy. Piłam coraz więcej. Aby trzymać fason, wymyśliłam sobie, że narkotyki będę brała po wypiciu.
Zawsze miałam słabą głowę, szybko się upijałam. Do tego dochodziły narkotyki. Czułam się zatruta, do tego zaczęły pojawiać się stany depresyjne, myśli samobójcze i wtedy sięgałam po środki uspokajające. Wtedy wzywano pogotowie. Myślałam, że umrę. Odtrucie a potem znów kolejne picie…I tak trwało coraz częściej. Stoczyłam się na dno. Pojawiły się jeszcze próby samobójcze. Nic mnie to nie nauczyło. Wracałam do dawnego życia oszukując siebie, że tym razem nie będzie jak poprzednio. Było jak dawniej, a nawet gorzej. Po drugiej próbie samobójczej doszło do mnie, że coś jest ze mną nie tak. Upijam się, jestem agresywna a dziwię się, że nie chcą mnie zapraszać na imprezy. Porównując się z gorszymi udowadniałam sobie, że ze mną nie jest tak źle. To pomagało na chwilę, a potem myśli wracały i koszmar zaczynał się od nowa.
W szpitalu porozmawiałam z psychiatrą. Powiedziałam, że chcę coś zrobić ze swoim życiem. Oczywiście nie widziałam swojego problemu alkoholowego. Winą obarczałam matkę, rodzinę, męża, który nie wracał na noc i nie dawał pieniędzy do domu. Ja musiałam sama o wszystko się troszczyć, myśleć .. i już nie dawałam rady.
Lekarz wysłuchała mnie i powiedziała, żebym zgłosiła się do poradni uzależnień. Był to rok 2002.
W rozmowie z psychologiem opowiadałam o tym, że przyszłam po pomoc bo mój mąż pije, ćpa, awanturuje się i wtedy usłyszałam pytanie – czy pani pije alkohol? Wiec odpowiedziałam, że tak, ale nie tyle co mój mąż. Raz na miesiąc czy dwa, czasami weekendowo. Dbam o dom, dzieci, mam dyplom wzorowej matki z przedszkola, mam wszystko co dla nich potrzeba. Ubranka czyste, oryginalne itp.. Ale pani psycholog na to powiedziała mi, żebym zaczęła siebie leczyć a nie mojego męża, że to ja mam problem, który zaczął się wiele lat temu w moim domu rodzinnym. Fakt, że moja matka nic w życiu nie osiągnęła; bieda aż piszczy. Pamiętam jak mówiła, że pije kiedy chce, a kiedy nie, to nie. Niestety, zawsze chciała.
Myślałam sobie. Ja mam wszystko. Dom, samochód, super ubranka; jestem zadbana itd.. Ale przypominam sobie również przyjaciółkę, która mi ciągle mówiła, że się upijam i zostawiam dzieciaki same. Przestałam się z nią spotykać, bawiłam się i piłam dalej. W tym czasie moja przyjaciółka zaczęła się spotykać z alkoholikiem, który nie pił już 3 lata. Dziś wiem, że to cud, że to Bóg postawił mi go na drodze. Poznałam go na dyskotece, ale nasza rozmowa trwała 3 godziny. Rozmawialiśmy o moim piciu i zachowaniu, aż się popłakałam. Poszłam do domu i przypomniało mi się całe moje życie. Co robiłam po pijanemu, jak przeszły moje dni i co nadal robię? Znów się popłakałam. Postanowiłam się poprawić. Na 3 miesiące to mi pomogło. Potem znów picie, ćpanie, zeszmacenia. W tym dwutygodniowym ciągu świat się przewrócił całkowicie. Prochy, lekarstwa, picie. Piłam, brałam leki i wyłam… samotność, bezsilność!!!. W tym momencie nie interesowały mnie dzieci, które płakały przy mnie i prosiły – Mamusiu, prosimy cię….
To było moje dno. Poprosiłam koleżankę, żeby zadzwoniła po pogotowie bo nie jestem w stanie przerwać ciągu. Czułam, że umieram. Strach, lek panika. Dorwałam się prochów. Chciałam zasnąć i nic nie czuć. Wylądowałam na oddziale intensywnej terapii, ledwo mnie uratowano. W głowie miałam chaos. Jak przestać pić i jak pokazać się na podwórku? A drugiej strony chciałam żyć. I wtedy przyszedł do mnie do szpitala niepijący alkoholik z moją przyjaciółką. Zapewnili, że zajmą się dziećmi a ja żebym poddała się detoksykacji. Broniłam się przed tym myśląc, że detoks jest tylko dla meneli, a ja tak się nie czułam. Zauważyłam tylko, że dotychczasowi przyjaciele nie zainteresowali się mną, mieli mnie gdzieś. Na detoxie przebywałam 10 dni. Zmieniło się wszystko. Dostałam tyle ciepła, miłości, wsparcia jak nigdy dotąd. Zapragnęłam żyć jak terapeutka, która tyle czasu mi poświeciła. Dostałam od niej książkę - Dorosłe Dziecko Alkoholików – i w niej odnalazłam swoje życie. Zgodziłam się, że jestem współuzależniona, ale nie chciało do mnie dojść, że jestem alkoholiczką. Nie czułam tego ale mimo wszystko podjęłam leczenie. Dziś mogę powiedzieć, ze była to najlepsza decyzja w moim życiu. MOGĘ PRZESTAĆ PIĆ. Podjęłam leczenie na terapii(4 lata), chodzę na mityngi AA. Moje życie zmieniło się radykalnie. Choć nadal nie jest mi łatwo, a początki były trudne, to nie zamienię obecnego życia na żaden dzień z poprzedniego. Piąty rok nie piję; kiedy jest mi trudniej to chodzę częściej na mityngi. Mówią mi – udało ci się. Pewnie tak. Kiedy mam kłopoty i sobie nie radze to dzwonię do przyjaciół i proszę o pomoc. Nie jestem sama. Spotykałam się ze swoją psycholog, chodziłam na terapię nawrotów i równocześnie nie zaniedbuję mityngów. Skończyłam szkołę i potrzebne kursy, ułożyłam sobie życie. Odzyskałam jego sens. Dostałam swoje mieszkanie, nie muszę już mieszkać u matki. Znalazłam niepijącego partnera życiowego, urodziłam dziecko. Coraz częściej czuję się szczęśliwa. Jestem wdzięczna Bogu za to, że mogę teraz inaczej żyć.
20 01 2009 r Warszawa
Czy jestem gotowy?
Zadaję sobie to pytanie, odkąd redaktor „Mityngu" podał je jako temat wiodący na marzec. I przyznam się, że miałem z tym kłopot. Zawsze, gdy mam kłopot, to staram się dojść do prawdy przez zaprzeczenie. A więc odwrócę pytanie z tytułu: Kiedy nie byłem gotowy? Z tym jest mi znacznie łatwiej. Nie byłem gotowy, gdy pięć lat temu po raz pierwszy trafiłem na mityng AA, bo trzeźwieję dopiero od dwóch i pół roku. Pięć lat temu nie byłem gotowy przyznać i zaakceptować, że jestem alkoholikiem. Nie byłem gotowy - a nawet nie chciałem - ogłosić bezsilności wobec alkoholu, nie mówiąc już o przyznaniu się do braku kontroli nad własnym życiem. Przez lata nie byłem gotowy zaakceptować swojej sytuacji w życiu, tego, że jestem ojcem, mężem, głową rodziny, pracownikiem, synem, przyjacielem itd. Wszystko mi jakoś nie pasowało, chciałem się od tego wszystkiego uwolnić, zrobić po swojemu, poprawić, zacząć od nowa, co nieustannie kończyło się piciem.
Ale to się wreszcie zmieniło. Najpierw poczułem gotowość, by przyznać, że jestem alkoholikiem i ogłosić bezsilność wobec alkoholu. Potem przyszedł czas na akceptację, że nie kontroluję swojego życia. No bo przecież, jaki mam wpływ na to w jakim humorze przyjdzie z pracy moja żona, w jakim humorze jest mój szef, sąsiad itp. Nie mówiąc już o wpływie na to, co się stanie jutro, ile będę żył, czy przytrafi mi się jakieś nieszczęście albo groźna choroba.
Im dłużej trzeźwieję, tym bardziej rozumiem, że gotowość to nie kwestia jednorazowa, ale co dzień staję przed wyborem, czy jestem gotowy, czy nie. Czy jestem gotów pójść dziś na mityng, czy jestem gotów zrobić coś nowego dla swojego trzeźwienia, podjąć służbę, nieść posłanie, zagadać do nowego w AA, uśmiechnąć się i powiedzieć mu „dobrze, że jesteś". Dla mnie były to kolejne stopnie, do których musiałem dojrzewać, czyli dorastać do gotowości. Z niektórymi mam zresztą problem do dziś. Prawie rok zajęło mi dorośnięcie do gotowości, by zagadać do sąsiadki z problemem, która nadal cierpi, powiedzieć jej o sobie i zaprosić na mityng odbywający się na końcu naszej ulicy. Męczyłem się z tym strasznie, ale w końcu do tego dorosłem. Skończyło się na wzruszeniu, łzach. Przy okazji dowiedziałem się, że sąsiadka była wiele lat temu we wspólnocie, ale się zgubiła. Wciąż jeszcze cierpi, bo nie może się zdecydować na powrót, ale ja wiem, że zrobiłem co do mnie należy i teraz zawsze delikatnie przypominam jej, że może jednak warto wrócić, że mi AA pomaga, że nie ma co marnować sobie życia. Dziś wiem, że jestem gotowy, by tak mówić, choć pewnie nie zawsze i nie wszystkim. Więc ciągle stoi przede mną dorastanie do gotowości.
Gdy robiłem IV i V krok to osoba, która mi w tym pomagała, powiedziała, że skoro przez jakiś czas nie piję, to pewnie instynktownie robię pierwsze trzy kroki nawet, jeśli sobie nie zdaję z tego sprawy. Chodzi o to, żebym pogłębiał ten stan i postępował bardziej świadomie. Czyli pracował nad własną gotowością. I tak się z tym zmagam. Trochę mi nawet wychodzi, bo te same rzeczy, które kiedyś mnie drażniły, dziś sprawiają mi przyjemność albo są całkowicie do zaakceptowania. Nie znosiłem, gdy ktoś coś ode mnie chce. Chciałem robić wszystko po swojemu i kiedy ja chcę. Dziś jestem gotów wsłuchiwać się w głos dobiegający z zewnątrz - od siły wyższej oraz innych ludzi. To nie znaczy, że zawsze za nim pójdę, ale często udaje mi się. I tak mija mi dzień za dniem, w którym staram się być coraz bardziej gotowy.
Marcin AA
Po co mi ta służba?!
Wiele
razy byłem w swoim trzeźwym życiu świadkiem, jak ktoś kogoś przekonywał i
zachęcał do takiej czy innej służby w AA. Padały argumenty takie jak na
przykład: „ze służby odniesiesz korzyści i ty także”,
„zobaczysz, jak bardzo ci się to w zdrowieniu przyda”,
”służba to milowy krok na drodze trzeźwienia” itp. Pomimo takich
zachęt, w mojej części Polski problem ze służbami jest nadal i wciąż ogromny.
Czemu? Może między innymi dlatego, że namawiający nie
tłumaczą, jakie korzyści ze służby odniesie ten, kto się jej podejmie i do
czego niby mu się ta służba tak bardzo przyda.
U mnie
wyglądało to tak…
Pełniłem
kiedyś służbę rzecznika grupy AA. Jako jednemu z
„ojców założycieli” nie wypadało mi jej nie przyjąć. Faktem jednak
jest, że była to raczej „sztuka dla sztuki” – nie miałem
pojęcia, jak się taką służbę pełni, co należy do moich obowiązków i jak się z
nich wywiązywać. Pomagałem prowadzącemu utrzymywać porządek na mityngach, albo
sam je prowadziłem i… to w zasadzie było wszystko.
Do
służenia poważnego przekonał mnie sponsor. Wówczas jeszcze moim sponsorem nie
był, ale potrafił w hipnotyzujący wręcz sposób opowiadać o Wspólnocie AA i
swoich rozlicznych służbach na jej rzecz. To, co mówił trafiało mi do
przekonania. Poza tym pokazywał Wspólnotę, o jakiej mi się nie śniło.
W tym
okresie byłem w stanie wojny ze swoją Intergrupą o
Internet. Uważałem, że z ludźmi, którzy odcinają się od całej wiedzy ludzkości
zawartej w Internecie (w tym tekstów i materiałów aowskich),
ja zdecydowanie nie mam i nie chcę mieć nic wspólnego.
Dzięki
przyszłemu sponsorowi nie tyle może zmieniłem stanowisko, co uchyliłem
zatrzaśnięte dotąd na głucho drzwi. Teraz gotów już byłem przynajmniej
wysłuchać argumentów drugiej strony i starać się je zrozumieć, bez kierowania
się emocjami, w tym głównie urazą i złością.
Przyjąłem
zaproszenie Intergrupy, spotkaliśmy się raz i drugi,
wiele rozmawialiśmy i ostatecznie po 2-3 miesiącach Intergrupa
powierzyła mi służbę łącznika internetowego. Podjąłem się pełnienia tej służby
kierowany raczej zaufaniem do Hipnotyzera, bo wewnętrznego przekonania do tego
„przedsięwzięcia” nadal chyba jeszcze nie miałem.
Jak
służba wpłynęła na utrwalenie mojej trzeźwości, świadomość aowską,
zadowolenie z życia?
Gdzieś
wyczytałem, że istotą służby jest pokora. Wydaje mi się, że sporo w tym racji.
Służący… służący, a nie „służebny”, bo takie słowo we
współczesnym języku polskim nie występuje w formie osobowej (rola lub funkcja
może być służebna, ale człowiek – nie), a więc służący, jak sama nazwa
wskazuje, jest od wykonywania poleceń, a nie od rządzenia i decydowania. Ma
robić to, co mu się zleci i to w wyznaczony sposób.
Większą
część życia spędziłem napędzany jedynie własnymi popędami, zachciankami i
fantazjami. Ot, typowy alkoholik – egocentryk i egoista. Moje JA CHCĘ
było najważniejsze. A tu nagle okazuje się, że muszę wykonywać pewne prace i to
w określony sposób – owszem, mogę zaproponować pewne rozwiązania, ale to nie
ja sam podejmuję ostateczne decyzje. Muszę składać z tej pracy sprawozdania i
wyjaśnienia, a kiedy tylko ktokolwiek podczas spotkania Intergrupy
zechce mnie o coś zapytać, czy coś mi zarzucić, mam wytłumaczyć swoje
postępowanie i ewentualnie skorygować je na przyszłość.
Mam się
wreszcie dostosować do większości, a nie nią rządzić.
Pamiętam,
że kiedyś mocno byłem rozczarowany i zawiedziony błahością spraw omawianych
podczas spotkań Intergrupy czy Regionu. Tam nie
zapadały decyzje o losach świata, a zebrani dyskutowali namiętnie o jakichś
„duperelach” – jak je nazywałem. Z
czasem zdałem sobie sprawę, że nie waga spraw ma tu decydujące znaczenie, ale
to, jak ja się potrafię dostosować do konieczności współpracy z innymi i
podporządkowania się woli większości. Służba, była i jest, moją szkołą życia.
Jest też czasem i miejscem, w którym program Wspólnoty AA ma szansę mnie
zmienić, uzdrowić moje chore ego.
Pełniąc
służbę poza grupą, zaczynam mieć pojęcie, jak działa Wspólnota Anonimowych
Alkoholików, staję się jej członkiem i pełnoprawnym uczestnikiem, a nie tylko
„konsumentem”, który po zakończeniu mityngu AA wychodzi nie
troszcząc się o całą resztę, zadowolony, bo sobie „naładował
akumulatory”.
Może
wydawać się to dziwne, ale służba w strukturach AA ma dość istotny wpływ na
całą resztę mojego życia, a zwłaszcza na poziom satysfakcji i zadowolenia.
Dobrze jest czuć się i być potrzebnym, dobrze jest robić coś wartościowego dla
siebie i innych, dobrze być czasem bezinteresownym, dobrze jest mieć poczucie
wspólnoty i przynależności. Dobrze jest nareszcie znaleźć swoje miejsce w
życiu…
Meszuge (I 2009)
Przekaż Dalej!
Przeglądając
archiwa biuletynu MITYNG oraz omawiane doświadczenia „Naszych”
alkoholików spostrzegłem pewną analogię z tytułem ksiązki „PRZEKAŻ DALEJ”.
Nasze rzeczywiste sposoby przekazywania sobie wzajemnie doświadczeń. Może
zacząłem trochę przemądrzale, ale zaraz postaram się wyjaśnić
o co mi chodzi.
Na przykład: kolporter w
PIK-u opowiada mi o tym jak „nowy kolporter” Grupy dzwoni do niego
i pyta jak on ma kupować literaturę? Jakie są zasady? Jak to jest rozliczane,
jeśli chodzi o to, czy tamto? A co to jest komis, a jak on ma spłacać?
A co? - poprzednik ci nie
przekazał jak to robił? Nie! Zostawił
mi wszystko, bo jego służba się skończyła i nic mi nie wyjaśnił! He, to jak
to jest? Przecież łatwiej spytać kogoś, kto już to robił! Pomyślałem. Może
popełnił jakieś błędy? Może miał jakieś trudności? Może wprowadził sobie jakieś
ułatwienia? Nic! Nic nie widomo „nowemu” o tym jak to robił jego
poprzednik. MUSI ROZPOCZYNAĆ OD ZERA! Od początku pokonywać te same trudności i
od początku doświadczyć wszystkich niewiadomych, „wymyślać żarówkę na
nowo”. Zadaję sobie pytanie: dlaczego? Dlaczego
ten nowy kolporter, czy mandatariusz musi zaczynać od „przedszkola’,
od sikania pod wiatr? Od niczego? Dlaczego nie ma szansy być bogatszy o to,
czego wcześniej nauczył się jego poprzednik? Czy wówczas można mówić o rozwoju
lub postępie?
Wydaje mi się, że jako
ludzkość nie zeszlibyśmy z drzewa ewolucji, gdybyśmy nie nauczyli się korzystać
z doświadczeń innych. (w
naszej literaturze znalazłem podobną wątpliwość: czy każdy alkoholik musi
umrzeć, żeby urodzić się na nowo?)
Potem przyglądałem się
archiwum MITYNGU. Faktycznie. Ten brak przekazywania dalej jest bardzo mało
„u nas rozbudowany”. Z trudem sporządziliśmy notatki i sprawozdania
z warsztatów tematycznych. Najwięcej zapisków jest dotyczących służb w Grupie
AA. Poruszających najczęściej zagadnienia podstawowej grupy AA.Z archiwum
wybrałem 120 stron z opisami doświadczeń omawiających życie i funkcje w Grupie
AA. Dużo! Opisy służb, inwenturę, i wszystko co
dotyczy życia Grupy Aa. Po głębszej analizie z tego
pakietu wybrałem 30 stron.Tych moim zdaniem
najciekawszych. Ku mojemu zaskoczeniu pojawił mi się piękny obraz Poradnika
Grupy AA. Pewnie może być doskonałym uzupełnieniem praktycznym ulotki
„GRUPA AA-GDZIE WSZYSTKO SIĘ ZACZYNA” Wydawanej przez BSK AA. Znalazłem wiele obowiązków, praw, przywilejów, tradycji, zwyczajów praktykowanych w
Grupie AA. To doskonały, moim zdaniem materiał dydaktyczny. Ale to moje zdanie.
Ten materiał powstał dzięki wysiłkowi wielu osób, spisujących relacje z
warsztatów, relacje z pełnionych służb w grupie, spostrzeżeń obserwatorów, i
wszystkich tych którzy zechcieli podzielić się swoimi
poglądami. Super. Nie napisał tego żaden mądrala ani doktor. To są nasze własne
doświadczenia. Daje to obraz zbiorowej mądrości. Niektóre wypowiedzi w tych
materiałach, są w opozycji do innych na ten sam temat. Czytelnik może sam
wyciągnąć wnioski, które postawy są mu bliższe. W końcu „Każda Grupa jest
niezależna”, ale jeśli chce być grupą AA to jednak coś tam MUSI!
Moja dociekliwość i
nadgorliwość, popchnęła mnie dalej.
A co, mogę dowiedzieć się o
kolejnym stopniu wtajemniczenia - INTERGRUPIE?
Tu doznałem z kolei
rozczarowania! Z archiwum wynika, że spisana wiedza o INTERGRUPIE jest
niewielka. Nie mogłem znaleźć odpowiedzi na najprostsze pytanie.
Po co nam Intergrupa?
Kto ją powołał? Co to za ważniaki w niej są? Dlaczego musimy na nią płacić? Kto
i jak dzieli tam kapelusz? Czy tylko kapelusz, czy i wpłaty z grup podlegają
podziałowi na Region i BSK? Kto i po co w niej służy? Dla kogo są zespoły
tematyczne?
Jaki jest cel INTERGRUPY?
Komu i jak niesie posłanie? Co należy się Grupie w zamian za wpłaty?
Stan odpowiedzi bliski zeru!
Spróbowałem też znaleźć wypowiedzi na temat, np.: Co
to jest Region, po co ???? Na co??? Itp…Co to za twór? Komu służy? Jak wypełnia 7
tradycję?
UhUhuhuhUhuuuu!
Nie mogę podać stanu zapisów
materiałów na minus. Bo to absurd!
Dlaczego jest ich tak mało?
Kto jest za to odpowiedzialny?
Niestety, ja też.
Pewnie na najbliższej swojej Intergrupie, będę dumnie, kolejny raz odmawiał deklarację:
GDY KTOKOLWIEK, GDZIEKOLWIEK
POTRZEBUJE POMOCY CHCĘ …(ale nie
tu, nie teraz, ale
nie mój następca)
nad archiwum
medytował lechu02
Z KORESPONDENCJI MAILOWEJ
Moja droga
Zależy kiedy umiejscowić początek. Tak naprawdę na właściwą drogę wszedłem dopiero przed siedmiu laty. Wcześniej wkraczałem na drogę trzeźwienia wiele razy, ale tylko tak mi się wtedy wydawało. Było to bardzo wiele razy, lecz jak się potem okazywało, nie była to droga do trzeźwości, lecz do niepicia na jakiś czas, choć byłem za każdym razem przekonany, że już nic mi nie zagrozi. Wtedy jednak o tym nie wiedziałem. Zaczynałem za każdym razem wszystko od nowa, od początku, od zera i coraz większych strat po kolejnych upadkach, dążąc do sukcesu, a w rzeczywistości umacniałem tylko pychę z niepicia, nie mając pojęcia co oznacza trzeźwość.
Zgubnym paradoksem było to, że po kolejnym upadku zdobywałem coraz więcej majątku, ale równocześnie umacniałem się w pysznym przekonaniu o swojej wielkości. Może nie byłem jeszcze przygotowany, a może nie chciałem, może nie potrafiłem, a może nie był to jeszcze czas abym zrozumiał. Po dwudziestu kilku pobytach w szpitalu psychiatrycznym – o czym zresztą zawsze tylko ja sam decydowałem, a gdzie była tylko jedyna możliwość przerwania mojego ciągu alkoholowego, zaczynałem wszystko od nowa z przekonaniem, że teraz już się nie dam opętać. Za wszelką cenę udowadniałem wszem i wobec, że potrafię. Tylko co? No właśnie.
Moim celem było pokazać że jestem gość, lepszy od innych, od nie pijących i od pijących. Zdobywanie pozycji, kasy, majątku itd. Rzucałem się w wir pracy, aby zdobywać. I zdobywałem, osiągałem sukcesy, miałem więcej od wielu, nowe auta, pełne konta bankowe , nowy dom itd. Szastałem pieniędzmi aby udowodnić na co mnie stać, aby odrobić okresy upadków, aby udowodnić, że jestem ponadalkoholik, lepszy, mocny, niezniszczalny. Nawet wydawało mi się, że będę żyć wiecznie. Opętany ślepotą brnąłem dalej. Im miałem więcej, im więcej kupowałem do domu, im lepsze samochody, meble, rzeczy potrzebne i niepotrzebne, aby tylko mieć, tym gorzej było w domu. Ciągłe pretensje żony, niezrozumiałe wyrzuty, krzyki, wrzaski oraz oddalanie się ukochanej córki, którego nie dostrzegałem. Było coraz gorzej. Wydawało mi się, że swoją miłość okazywałem poprzez kupowanie, dostarczanie prezentów, ciuchów, które tak naprawdę to tylko mnie cieszyły i przesłaniały mój egoizm. Szlag mnie trafiał za brak szacunku, pochwał, uznania, że nie piję, że zarabiam, że mamy wszystko, że nic nam nie brakuje. Nie miałem żadnej radości z wracania do domu. Oczekiwałem szacunku, pochwał, posłuszeństwa i akceptacji moich decyzji. Byłem przekonany, że moje decyzje są najlepsze, najmądrzejsze, więc jak mogłyby być podważalne i nie akceptowane. W końcu dochodziłem do wniosku, że lepiej mi było gdy piłem. Wtedy żona się bardziej zajmowała domem, gotowała, sprzątała, była lepsza, milsza. Odwiedzała mnie w szpitalu psychiatrycznym za każdym razem gdy tam trafiałem, sprzedawała za każdym razem obrączki i inne rzeczy ponownie nabyte w okresie mojego kolejnego dorabiania się, gdy brakowało na moje leczenie i na życie, była miła i dobra. Tak "przeżyłem" 21 lat małżeństwa, ponad 25 pobytów w psychiatryku, tyle samo upadków, bankructw, piekieł. Ostatni upadek był najgorszy. Wcześniejsze były wobec niego niczym. Te wszystkie zdobycze i "sukcesy" straciłem bezpowrotnie. Wszystko przepadło, łącznie z nowym pięknym domem. Żona straciła zmysły, staliśmy się bezdomni, bieda, nędza, upokorzenie i wiele, wiele więcej. Tym razem „zdobyłem” ponad milion zł długów, dziesiątki tytułów egzekucyjnych.
Przed siedmiu laty ostatni pobyt w psychiatryku, po wyjściu beznadzieja, przerażenie i potworny strach odbierający resztki zmysłów. Pierwszy raz w życiu poczułem, że nawet alkohol nie będzie w stanie zabić strachu, że nawet on nie pozwoli mi uciec od tego wszystkiego, od myśli co będzie dalej, jak będziemy żyć, gdzie będziemy mieszkać, co będziemy jeść. Świadomość, że najgorsze dopiero nadejdzie, że zaczną mnie ścigać banki, firmy, wierzyciele powodowała paraliż umysłu i ciała. Pierwszy raz w życiu ujrzałem swą bezsilność wobec kompletnie wszystkiego. Któregoś dnia pojąłem w jednej sekundzie bezsens i pokręcenie mojego poprzedniego życia, postępowania, myślenia, a właściwie bezmyślności, nieodpowiedzialności, pomieszania wszelkich wartości. Pierwszy raz zobaczyłem ogrom krzywdy wyrządzonej moim najbliższym, żonie i córce dla których jak się okazało byłem największą miłością. Córka zamknęła się w sobie, zawaliła liceum i poszła do pracy jako wolontariuszka do domu opieki społecznej za wyżywienie. Córka jednego z najbogatszych niedawno ludzi w mieście. Pierwszy raz pojąłem, że przez te wszystkie poprzednie lata nie oczekiwały one ode mnie tego wszystkiego co jak mi się wydawało miało zapewnić im szczęście, majątku, pieniędzy itd. Pierwszy raz zrozumiałem, że oczekiwały ode mnie ojca i męża, kochającego, rozumiejącego, troskliwego szacunkiem i miłością, a nie dawaniem i kupowaniem. Byłem przerażony widząc kim byłem naprawdę. Pierwszy raz nie oczekiwałem już niczego od nich. Nic nie obiecywałem bo nic już obiecać nie mogłem nie potrafiłem. Dawać siebie nie umiałem, a rzucić się w wir pracy nie byłem w stanie gdyż byłem już wrakiem fizycznym i psychicznym. Najgorsze było jeszcze to, że musiałem zamknąć żonę w szpitalu psychiatrycznym pod przymusem sądowym, ponieważ nie miała poczucia swojej choroby psychicznej, a brak leczenia mógł doprowadzić do tragedii. Nie miałem już żadnych oczekiwań, wobec nikogo. Strach i beznadzieja prowadziła mnie do opętania.
Naprawienie czegokolwiek było już niemożliwe siłami ludzkimi. Powtarzałem jak opętany w kółko tylko jedno : Boże co ja narobiłem. Pamiętam tamten dzień, tamtą chwilę przed siedmiu laty, gdy zapragnąłem tylko jednego, pierwszy raz w życiu. Zapragnąłem stać się innym człowiekiem, dobrym człowiekiem. Zaczęła opanowywać mnie jakaś wiara, że wszystko co się wydarzyło stało się dla mego dobra, paradoksalna wiara. Nie pragnąłem już nic odzyskać, marzyłem tylko o jakiejś piwnicy, w której moglibyśmy zamieszkać, lecz każda próba ułożenia jakiegoś planu działania powodowała przerażenie, potworny lęk i beznadzieję. Może dlatego nie było mi trudno uchwycić się obietnicy, którą wiem, że z woli Boga wyczytałem sięgając bezwiednie do pewnej książki przywiezionej przed wielu laty ze spotkań trzeźwościowych - że jeżeli zapragnę być lepszy, inny, zmienić się to resztę ułoży Bóg. Przepitym denaturatem i o wiele gorszymi trunkami wzrokiem czytałem to w kółko. Tak się tego schwyciłem, że nie puściłem do dzisiaj. Nie oczekiwałem niczego, nie pytałem kiedy, jak, co, gdyż na rozum nic nie było już możliwe. Wierzyłem jednak po cichu, że może kiedyś odzyskam miłość córki, ukochanej córki, może za wiele lat, lecz o odzyskaniu czegokolwiek od żony (tak bardzo wtedy chorej) nawet nie myślałem. Wiedziałem tylko jedno, że nie mam prawa uciec w samobójstwo, stchórzyć, bo ja spowodowałem to piekło. Myśl, że zostawię moje kobiety poprzez ucieczkę, że moje dziecko zostanie z piętnem ojca samobójcy trzymała mnie przy życiu. Wiedziałem, że w tej nędzy muszę pozostać z nimi. Poszedłem drogą zmian, zmian siebie i tylko siebie, po cichu, poprzez mityngi, czasem z zaciśniętymi zębami, uczyłem się pokory, służenia najpierw najbliższym, potem innym. Zaczęły wydarzać się cuda i wydarzają się do dzisiaj. Wiem, że w końcu wybrałem drogę właściwą. Wiem, że tamte bogactwa nigdy nie dawały mi szczęścia i tak naprawdę nigdy nie cieszyły. Dzisiaj zasypiam spokojnie, skończyły się tygodnie nocy bez snu. Jesteśmy razem, żona wyzdrowiała wbrew diagnozom, że to niemożliwe, córka wyrzucona w wieku 16 lat z liceum studiuje na dwóch uczelniach, w tym na kierunku, który pokochała w wyniku pokochania ludzi bardzo ciężko upośledzonych, którymi opiekowała się aby mieć co jeść. Poznała i pokochała także AA, bardzo jej pomogli alkoholicy. Jesteśmy szczęśliwi, nic nam nie brakuje, mamy więcej niż potrzeba, kochamy się wszyscy miłością prawdziwą, uczciwą. Cud opamiętania zapoczątkowany moim piekielnym dnem i upadkiem. Nie potrafię opisać radości jaką otrzymuję z dawania (nie tylko tego co kiedyś) moim ukochanym kobietom nie oczekując nic w zamian. Właśnie żona przyszła zapytać co robię, zobaczyła, że „mitynguję” na AA 24 h , z miłością powiedziała mi dobranoc i poszła się położyć uśmiechnięta i szczęśliwa. Czy można oczekiwać czegokolwiek więcej, czegokolwiek piękniejszego? Jestem dzisiaj szczęśliwym człowiekiem, szczęśliwym trzeźwym alkoholikiem.
pozdrawiam ; Wojtek (dawny wojhan)
DO TATY ...
Nie chciałeś żebym Ci mówiła o swoich uczuciach – takie odniosłam wrażenie.
To teraz Ci napiszę :
czuję się jak mała dziewczynka, której nagle ktoś zabrał kochanego tatusia.
Kiedy zacząłeś pić chciałam krzyczeć żeby mi cię „oddali”, żebyś znowu był jak kiedyś.
Nagle ze wspaniałego ojca zrobiłeś się pijakiem. Powiedzieli mi, że ja jestem bezsilna
i że ty przestaniesz pić kiedy osiągniesz dno. Ja na to, że jak oni mogą życzyć Ci źle.
I powiedzieli, że jak naprawdę będziesz chciał to przestaniesz.
Zawiodłam się na Tobie. Sprawiłeś mi tyle bólu. A ja na to pozwoliłam.
Chcę Ci opisać ostatnie święta. Okres marzeń i nadziei.
Od ostatnich świąt nazwałabym je okresem rozczarowań. Chciałam żeby stała choinka
i pół dnia męczyłam się żeby odkręcić stojak. Może w swojej naiwności liczyłam na to,
że to dzięki choince będą fajne święta. Potem wyszłam na spacer z Moniką. I mimo tego,
że prze ostatnie dni było mokro i szaro zaczął padać śnieg. Taki świąteczny, lekki i biały.
Złapał mnie świąteczny nastrój, nastrój nadziei.
Nie wierzyłam, że będą to „białe” święta, a jednak. Spadł śnieg!
Wróciłam do domu. Wszystko było uszykowane oprócz choinki. Ja oparłam ją o ścianę
i rzuciłam kilka łańcuchów. Chyba cały czas liczyłam na to, że ta choinka wszystko uratuje.
Tak naprawdę wyglądała jak ze śmietnika.
Szybko się przebrałam i była kolacja. My z mamą siedziałyśmy i jadłyśmy, a Ty spałeś pijany.
Ty mój kochany tatuś, który dawniej był mi jedynym wsparciem.
Nie zapomnę tej kolacji nigdy. Znowu się zawiodłam, znowu uwierzyłam, miałam
nadzieję, a wyszłam na głupią.
Było mi smutno, czułam żal i gniew. Bo to ty spieprzyłeś tamtą wigilię, a ja dopiero teraz
rozumiem, że to, że kiedyś byłeś wspaniały powoduje to, że w wigilię i wiele innych razy
czułam się tak okropnie.
Dzięki tobie zrozumiałam jak trudno jest kochać i nienawidzić i czuć żal i gniew.
Kiedyś myślałam, że Cię znam i nagle stałeś się mi obcy.
Zraniłeś tak jak nikt inny. Ranisz ciągle. Ale kiedyś przestanie mnie to boleć, bo już wiem,
że się przyzwyczajam powoli.
Chciałam to z siebie wyrzucić. Ale to było niewiele z tego co czuję. Siedzi we mnie bardzo
wiele podobnych uczuć.
Przykro mi, że nie jesteś teraz takim ojcem jakiego kiedyś miałam i chciałabym mieć teraz.
O Tradycji Trzeciej
Jedynym warunkiem
przynależności do AA jest pragnienie zaprzestania picia.
Byłem na górzystym południu Polski w delegacji i poszedłem na mityng. Było kilka osób. Obok mnie siedział nowy, ciężko wzdychał, nieogolony, chyba pełen nadziei...
Jako temat mityngu podano Tradycję III. Jeden z przyjaciół rozpoczął swoją wypowiedź od podania wizytówki w postaci ponad 10 tysięcy dni bez alkoholu i zaprezentował swoje stanowisko wobec mityngowych praktyk dotyczących III Tradycji. Zaraz po nim, równie krótko, wypowiedziała się druga osoba, zajmując stanowisko odmienne. Wobec braku chętnych – ponownie odezwał się ten pierwszy, dobitnie uzasadniając swój punkt widzenia. Potem znowu ten drugi, z coraz większym zaangażowaniem bronił swoich poglądów. I potem tamten, i znowu ten. Wypowiedzi stawały się coraz krótsze, ostrzejsze ...
Spierali się, za przyzwoleniem prowadzącego, o to czy należy zadawać wprost pytanie nowoprzybyłemu, czy też nie należy tego robić.
A on siedział obok mnie. Głowę miał spuszczoną. Wzdychał. Aż w pewnym momencie usłyszałem cichutkie: k... mać.
Ale nie wyszedł. Pewnie nie miał już gdzie.
S.AA
Wrogowie Wspólnoty AA
Wspólnotą AA, a zwłaszcza i szczególnie
jej historią, interesuję się od wielu lat. Przeczytałem wszystkie powszechnie
dostępne pozycje na ten temat, dotarłem także do kilku mniej dostępnych. Jako
alkoholik, obserwuję też Wspólnotę metodą obserwacji uczestniczącej.
Spisałem historię jednej z grup (brałem udział w jej zakładaniu) i
chętnie czytam lub słucham opowiadań o powstawaniu i działalności innych.
Problemem Wspólnoty nie jest
forma własności środków produkcji, ustrój społeczno-polityczny, forma rządów,
wojna czy trzęsienie ziemi. Jak dowodzi historia, z tego typu problemami
Wspólnota AA radzi sobie całkiem nieźle. Gdzie w takim
razie szukać największych wrogów AA?
Ameryki pewnie nie odkryję
twierdząc, że takim wrogiem jest po prostu ludzka natura, a zwłaszcza te jej
elementy, które w chorobie alkoholowej uległy pewnemu zwyrodnieniu i
wyolbrzymieniu.
Wydaje mi się, że od samego
początku, od narodzin, Wspólnota AA nieustannie, stale i wciąż musi się
przeciwstawiać dwóm poważnym zagrożeniom. Jednym z nich jest – nie zawsze
uświadomiona – wewnętrzna potrzeba stworzenia organizacji, a drugim
ciągoty i pokusy o charakterze sekciarskim.
Świat pijącego alkoholika
nie jest światem bezpiecznym. Bardzo dobrze pamiętam jeszcze swój ciągły strach
przed konsekwencjami picia – bałem się, że mnie złapią w pracy pod
wpływem alkoholu, że po pijanemu wyrządzę jakieś szkody, że całkowicie stracę
zdrowie albo, że po prostu umrę. Bałem się pewnie ze stu innych rzeczy, ale nie
chodzi mi w tej chwili o ich wyliczanie. Poza tym każdy z nas ma swój własny zestaw
strachów.
Organizacja wydaje się być
całkiem niezłym lekarstwem na wiele lęków. W jej strukturze wiadomo, kto jest
nad, a kto pod, kto wydaje polecenia, a kto ma ich
słuchać. Regulaminy lub inne spisane reguły decydują za mnie, co wolno mi
robić, a także, jakie konsekwencje poniosę za złamanie zasad. Kary też są
ściśle określone i wiadome z góry. Wiadomo kogo i
czego się bać, a kogo i czego – nie.
Świat organizacji, z jej
strukturą i obowiązującymi zasadami, jest światem stosunkowo bezpiecznym.
Zwłaszcza dla osoby, która wyłania się z chaosu czynnego alkoholizmu. W związku
z tym, ciągotki do przekształcenia otaczającego mnie świata, w organizację, są
dosyć zrozumiałe i oczywiste, i absolutnie nie mają nic wspólnego ze złą wolą.
Pewnie nawet wprost przeciwnie…
Często obserwuję zadowolone
miny urzędników lub pracowników, w firmie czy instytucji, którzy z całkowitym
spokojem mogą odpowiedzieć: „wie pan, ja to bym oczywiście zaraz i
natychmiast, ale regulaminy (prawo, przepisy, zasady itp.) nie pozwalają”.
I już nie trzeba ryzykować, narażać się, podejmować jakichś wątpliwych decyzji.
Jest bezpiecznie.
Może się mylę, ale jakoś tak mi się wydaje, że te
tęsknoty do ponoszenia odpowiedzialności są wśród Anonimowych Alkoholików co najmniej mocno wyolbrzymione, a z ich
realizacją bywa… różnie.
Przypomina mi się, jak w początkowym okresie swojej
abstynencji powtarzałem jak papuga, jaki to ja teraz jestem szczęśliwy, że mogę
i chcę nareszcie ponosić konsekwencje swoich czynów. Może nawet wierzyłem w to,
co mówiłem? Już nie pamiętam.
Jak to się często zdarza, życie zweryfikowało wkrótce
moje bombastyczne deklaracje. Kiedy oskarżono
mnie o kradzież, którą jak najbardziej popełniłem, okazało się nagle, że wcale
nie chcę z radością w sercu i śpiewem na ustach wylądować w
„pierdlu” szczęśliwy, że nareszcie mogę odpowiedzieć za swoje czyny
i ponieść ich konsekwencje. Nie, stawałem na
głowie, żeby od odpowiedzialności się wymigać.
Organizacja i jej atrybuty „odpowiednio”
skonstruowane, potrafią skutecznie zdjąć z nas całkiem spory kawał
odpowiedzialności i przerzucić go na – stworzony przez nas samych –
system. Przykład? Proszę bardzo: „my byśmy cię chętnie do naszego AA
przyjęli, ale w scenariuszu mamy zapisane, że musisz odpowiedzieć twierdząco na
dwa pytania, a ty odpowiedziałeś tylko na jedno, więc… sam
rozumiesz…”.
Czy w takim razie Wspólnota AA ma się obejść i
zrezygnować ze wszelkich kart konferencji i innych takich regulaminów?
Oczywiście nie o to chodzi! Jednak zawsze należy pamiętać o różnicy pomiędzy
działaniem dobrze zorganizowanym (dla którego
wystarczy minimum prostych zasad), a organizacją z jej strukturą i
rozbudowanymi i skomplikowanymi przepisami, normami, zasadami i regulaminami.
Myślę, że wszyscy i zawsze powinniśmy być czujni wobec
działań i pomysłów, które stwarzając złudne poczucie bezpieczeństwa pozwalają
jednocześnie osobistą odpowiedzialność przerzucać na system.
Drugim zagrożeniem, o którym
wspomniałem, są ciągotki sekciarskie. Tak, jak i pragnienie ulokowania samego
siebie w bezpiecznej organizacji z mocno ograniczoną odpowiedzialnością, tak i
tu absolutnie nie chodzi o czyjąś złą wolę, a raczej o nieco zaburzone potrzeby
osoby uzależnionej.
I znów sięgając pamięcią
wstecz przypominam sobie, jak przez pierwsze dwa lata abstynencji głośno i
namiętnie deklarowałem swoje ogromne i niezaspokojone pragnienie powrotu do
normalności. Wszyscy to chyba kiedyś robiliśmy, w końcu trzeźwość to
normalność, więc tak trzeba było.
Na dwa-trzy lata tego
pragnienia jakoś mi wystarczyło, ale później okazało się, że jako alkoholik i
DDA (DDD) pojęcie o normalności to ja,
tak w ogóle, mam dość mętne, a poza tym normalność ma cechy, do których tak
naprawdę chyba jednak zupełnie nie tęskniłem: zwyczajność, przeciętność,
codzienna powtarzalność. No, przecież ja piłem po to, żeby nie było
przeciętnie i zwyczajnie!
Jako alkoholik, z jednej
strony nie znałem siebie zupełnie, ale z drugiej uważałem, że jestem nikim. Byłem też bardzo samotny, właściwie bez swojego
miejsca w życiu. To dość oczywiste, prawda?
Chciałem wreszcie być kimś,
nie wiedziałem jeszcze za bardzo kim, ale wiedziałem,
że nie byle kim. Chciałem też w końcu odnaleźć to swoje miejsce w życiu, ale
ono też nie miało być byle jakie.
Pić przestałem, jednak moje
pragnienia i potrzeby jakiejś niezwykłości, wyjątkowości i nieprzeciętności
pozostały. Tak było, a ja nie mam do siebie o to pretensji.
Myślę, że miałem szczęście,
że w tym okresie nie trafiłem do jakiejś prawdziwej sekty. Oczywiście nie
chodzi mi o taką lub inna doktrynę (religijną albo inną), ale o te elementy
sekty, które zapewnia ona swoim członkom… przynajmniej w początkowym
okresie: poczucie identyfikacji i przynależności, jakaś wyjątkowość i swoiste
praktyki, ekskluzywizm (niedostępność dla ogółu), tajemnica, specyficzny język,
obrzędy i tradycje, jakieś specjalne znaki i symbole identyfikujące, określone
rytuały inicjacyjne, itd.
Sekciarstwa w swoim życiu
sobie nie życzę i boję się go, bo zdaję sobie sprawę, że piłem, żeby było
wyjątkowo i teraz – zamiast po prostu dołączyć do całego społeczeństwa
– chętnie zdrowiałbym w jakiś wyjątkowy, szczególny sposób w tajemniczej
i zamkniętej grupie o specjalnych regułach. Wspólnota AA stała się częścią
mojego życia, dlatego właśnie na sekciarstwo w AA się nie godzę i jestem
szczególnie wyczulony na jego przejawy. Choćby drobne i pozornie mało ważne.
Pamiętam z
jaką dumą nosiłem w klapie swojego
pierwszego (i ostatniego) wielbłąda. Uśmiechałem się lub mrugałem
porozumiewawczo do innych posiadaczy wielbłądów, mając świadomość, że w wielkim
tłumie poznał swój swego.
AA noszą wielbłąda,
wolnomularze (masoni) symbol kielni… co w tym
złego? Może i nic, poza tym, że przypinając niezrozumiały dla innych znak
dokonałem podziału na „my” (my, alkoholicy) i „oni”
(oni to cała reszta świata). A przecież miałem się łączyć i upodabniać, a nie
znów wyróżniać i izolować…
Scenariusz mityngu AA jest z
założenia pomocą, ściągą dla prowadzącego, prostą rozpiską
tego co i w jakiej kolejności ma się dziać, żeby na
wszystko starczyło czasu i żeby o czymś nie zapomniał. Martwi mnie i mocno
niepokoi obserwowany czasem proces transformacji scenariusza w opis czy
instrukcję jakiegoś ceremoniału, w którym znalazł swoje miejsce także specjalny
rytuał przyjmowania nowych członków do grupy. To, że jakiekolwiek przyjmowanie
do grupy AA jest skandalicznym nadużyciem, powtarzać chyba nie trzeba.
Podczas mityngu przypominane
są Kroki i Tradycje AA, zwykle uczestnicy czytają je kolejno. Co się jednak
dzieje, kiedy na mityngu jest więcej niż 24 osoby? Otóż często wymagane jest,
żeby ci, dla których tekstów do odczytania nie starczyło, wzięli na moment w
ręce kartkę z nimi (jakby była to jakaś świętość) i wymienili swoje imię. Tak
oto proste przypomnienie Kroków i Tradycji zmieniło się w jakiś obrządek czy
ceremoniał.
Pamiętam wątpliwości
niektórych AA dotyczące tego, czy mityng w ogóle może się rozpocząć i czy
będzie on „ważny” jeśli gdzieś się
zapodziała świeczka. Jakby miała ona tu jakiekolwiek znaczenie…
Jak gorące pragnienie
powrotu do normalności ma się do używania jakiegoś specjalnego, udziwnionego
języka? Przykładem może tu być choćby słowo „służebny”, które we
współczesnym języku polskim w ogóle nie występuje w formie osobowej, ale w AA w
Polsce pleni się aż miło. Po co?
Znajomy, nie alkoholik, ale
znający ludzi uzależnionych chyba lepiej niż oni sami, powiedział kiedyś ze
sporą dawką goryczy: „Wy nie chcecie wyzdrowieć i wrócić do normalnego
społeczeństwa, wy chcecie w nieskończoność trzeźwieć, tylko na tym wam
zależy”.
Oczywiście mówił o
„trzeźwieniu” w specyficznym, aowskim
znaczeniu tego słowa, które z normalną polszczyzną niewiele ma wspólnego.
Czasem zastanawiam się, jak
wiele prostoty, miłości i służby, zalecanych przez doktora Boba, zostało we
współczesnej wersji Wspólnoty AA w Polsce…
A jak wiele zostało jej we
mnie?
„Ten wspaniały, dobrze
znany, szeroki uśmiech znów zajaśniał na jego twarzy, gdy powiedział nieomal
żartobliwie: «Pamiętaj Bill, nie spaskudźmy tego. Zachowajmy to w
prostocie!» Odwróciłem się nie mogąc wykrztusić słowa. Wtedy widziałem go
po raz ostatni”. („Przekaż
dalej” str. 365)
Meszuge (luty 2009)
ZZA KRAT
Moje miejsce
Mam na imię Paweł i jestem alkoholikiem.
Moja przygoda z AA rozpoczęła się gdy odbywałem karę pozbawienia wolności w ZK Nowy Wiśnicz i pamiętam, że wtedy zostałem skierowany do oddziału terapeutycznego przez panią psycholog, na co się zgodziłem. Chodziłem na mityngi AA. Nigdy nie wypowiadałem się, wręcz przeciwnie – śmiałem się z wypowiedzi innych ludzi.
Obecnie jestem w oddziale terapeutycznym w Areszcie Śledczym Warszawa – Mokotów. Przyjechałem tutaj z własnej woli. Rozmawiałem z panią psycholog w Z.K. Nowy Sącz, że dotarło do mnie iż mam duży problem ze swoją chorobą alkoholową. Psycholog skierowała mnie do tutejszego A.Ś. „Atlantis”. Po rozmowie z moją terapeutką oświadczyłem iż mam bardzo duży problem z alkoholem, że będę chodził na mityngi AA. Lecz tak naprawdę nie miałem odwagi iść i powiedzieć że ja jestem alkoholikiem. Wstydziłem sie tego i bałem się reakcji ludzi przychodzących na mityngi.
Mój pierwszy mityng zrobił na mnie ogromne wrażenie, gdyż ludzie którzy tam byli opowiadali o swoich doświadczeniach, a mi wydawało się wtedy jakby ktoś opowiadał moje dotychczasowe życie. Gdy powiedziałem, że jestem alkoholikiem to od razu poczułem się lżej, jakby spadł ze mnie ciężar, który nosiłem ze sobą aż tyle lat.
Moje błędne myślenie i tłumaczenie sobie samemu, że przecież nie piję już od ponad trzech lat i mogę żyć bez alkoholu – to jakim ja jestem alkoholikiem? Zawsze alkoholika widziałem tak go sobie sam stworzyłem, że jest zaniedbany, brudny, śpi na dworcu i codziennie pije, itp. Ale bardzo się zdziwiłem, że moi przyjaciele byli tacy jak ja, pochodzili z normalnych dobrych domów, pracujący, mający rodziny, dzieci, prowadzili własne firmy. Było to dla mnie duże zdziwienie, które dodatkowo wpłynęło na moje życie.
Z doświadczeń nowych znajomych dowiedziałem się jak żyć z tą chorobą i co robić aby nie wrócić do tego co robiłem.
Musiałem czekać aż 19 lat żeby dojść do wniosku, że i ja mogę spróbować. Bo przecież nic nie tracę, a wręcz przeciwnie – mogę zyskać to czego tak naprawdę pragnę – TRZEŹWOŚĆ. Moje dotychczasowe życie, gdy patrzę w przeszłość, opierało się głównie na piciu i braniu narkotyków, co wiązało się z kłótniami z rodziną, tak naprawdę straciłem wszystko, odeszła ode mnie pierwsza konkubina z córką, druga konkubina z synem. Jedyną szansą mojego powrotu jest TRZEŹWOŚĆ.
Wiem, że wyrządziłem mojemu dziecku dużo krzywdy, że powinienem być teraz przy nim, a nie w Z.K. Moją konkubinę tak bardzo raniłem, robiłem jej awantury, ubliżałem jej i parę razy uderzyłem. Tego nie powinienem robić, ale wtedy wydawało mi sie że nie mam sobie nic do zarzucenia, że ja robię wszystko dobrze, że inni są dla mnie źli, nie rozumieją mnie. Teraz dotarło do mnie, że tak naprawdę obwiniałem wszystkich ale nigdy nie umiałem spojrzeć na swoje zachowanie. To ja zaniedbywałem swoją rodzinę i przychodziłem pijany do domu, robiłem awanturę tylko o to, że konkubina prosiła mnie abym przestał pić i zajął się domem, rodziną. Zawsze jej odpowiadałem, że pijąc nie robię nic takiego, ale teraz zrozumiałem, że samym piciem wyrządzałem dużą krzywdę mojej rodzinie i znajomym.
Każde moje przestępstwo popełniłem pod wpływem alkoholu i narkotyków. W Zakładach Karnych odsiedziałem prawie 17 lat i ma dość takiego życia, wiem że mogę żyć inaczej, że mogę być TRZEŹWY, normalnie pracować, zająć się rodziną. O ile konkubina mi wybaczy, wróci do mnie – to zależy w większości od niej.
Do końca kary zostało mi 4 lata i wiem, że przez te lata musze dużo pracować nad sobą. Dzisiaj bałbym się wyjść na wolność, nie jestem jeszcze na to przygotowany. Nie chcę zmarnować swojej szansy. Będę chodził na mityngi, wypowiadał sie i dzielił swoimi doświadczeniami. Bo wiem, że to pomaga. Ja nigdy nie chciałem powiedzieć ani słowa na mityngu. Dopiero na grupie „Atlantis” odważyłem się opowiedzieć jak wyglądało moje dotychczasowe życie i jak chcę to zmieniać. Cieszę się teraz, że odważyłem się na wypowiedź, czuję się o wiele lepiej, lżej. Pokora i praca nad sobą dodają mi siły i wiary i może kiedyś tu przyjdę na mityng: będę człowiekiem wolnym i trzeźwym i będę mógł nieść posłanie trzeźwości innym alkoholikom, tak to teraz robią inni.
Dzisiaj pragnę podziękować mojej terapeutce, która namówiła mnie abym poszedł na mityng, zobaczył jak jest i zdecydował czy coś mi to daje.
W AA jest moje miejsce, gdzie czuję się bardzo dobrze.
Paweł z Krakowa, „Atlantis” 17.01.2009r.
Źle się stało - czegoś zabrakło
W lutowym numerze MITYNGU na pierwszej stronie wymienione zostały sugestie:
1. Dziś nie pij 2. Idź na mityng 3. Czytaj literaturę AA, a zabrakło 4. Rozmawiaj ze sponsorem
(Pełny tekst dotyczący sugestii prowadzących do Boga, który nam pomoże, znaleźć można m.in. w artykule z 1998 roku, MITYNG 3/26/98 str. 44)
Otóż tylko 3 punkty mogłyby mylnie sugerować, „że istnieje łatwiejsza, łagodniejsza droga”, ale takiej przecież nie znajdowaliśmy.
W moim przypadku to właśnie praca ze sponsorem pokazała mi, że poza moją ulubioną grupą istnieje coś jeszcze. To właśnie sponsor wprowadzał mnie w służbę, poznawałem Intergrupę, Region, PIK, dyżury telefoniczne, warsztaty. Służba pozwalała mi poznawać szeroki świat AA i nawet nie potrafię powiedzieć od kiedy realizacja kolejnych kroków Programu odwołujących się wprost do Boga, przestała być dla mnie problemem, możliwa była bez zastrzeżeń.
Dzisiaj myślę, że sponsora nie może zabraknąć. „Nie masz sponsora, to nie zacząłeś trzeźwieć” – to zdanie przed laty irytowało mnie ogromnie. Prawie tak samo, jak kiedyś, gdy mówiono mi, że za dużo piję.
Punktu o sponsorze zabrakło, a nie powinno. Tak jak nie powinno go zabraknąć na aowskiej drodze trzeźwości.
pozdrawiam, S.AA
P.S. Źle się stało. Przepraszam za ten błąd