MITYNG 05/143/2009
DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO
Sponsor mówi
jestem też mandatariuszem naszej grupy. Właśnie wróciłem (18
IV) z Konferencji Służb Regionu AA Warszawa w Sochaczewie. To parę słów
Ci powiem.
Mandatariusz
jest swojego rodzaju łącznikiem grupy ze Wspólnotą AA. Ma prawo zgłaszać na intergrupie czy wspomnianym spotkaniu służb Regionu sprawy,
do których upoważnia go sumienie grupy, ale też przekazuje grupie rzetelne
informacje z takich spotkań.
W
Sochaczewie akredytowanych było blisko 150 osób, o około 30 osób więcej niż
zwykle. Spowodowało to pewien kłopot, z którym jednak zgodnie sobie
poradziliśmy. Co dwie głowy to nie jedna, a tu było ich dużo
...
Korzystając
z doświadczeń poprzednich spotkań, już na początku przedstawiono kandydatów
do służb. Żeby ich - wiesz - poznać, żeby o sobie opowiedzieli, żeby w trakcie
przerw zadać pytania, zastanowić się przed wyborem. Kandydaci Ci otrzymali
wcześniej rekomendacje ze swoich intergrup.
Później
delegaci służby krajowej naszego Regionu oraz rzecznicy intergrup
powiedzieli o swoich służbach i odpowiadali na pytania.
Od dawna już na takich regionalnych spotkaniach służb odbywają się warsztaty tematyczne. Tym razem było o informacji publicznej, o roli służby oraz o archiwum. A wszystko w kontekście tematu wiodącego: Komunikacja podstawą porozumienia. Nie mogłem być na wszystkich. Ale mam nadzieję, że sprawozdania z nich znajdą się w biuletynie MITYNG, niebawem.
Były delegat narodowy
Jacek opowiedział o swojej służbie. Dało się poczuć międzynarodowego ducha AA,
niektórym łezka się w oku zakręciła. AA to siła! Zdrowienie nie zna granic! W
międzyczasie Tomek - obecny delegat narodowy, przebywający akurat za granicą, a
wywodzący się z naszego Regionu - przesłał życzenia udanego spotkania...
Wybory były jak zawsze
niełatwe i wymagające ciągłego zaglądania a to do Karty Konferencji, a to do
swoich sumień. A nawet wprost odwołaliśmy się do Siły Wyższej. Naprawdę!
Wybieraliśmy
delegata do służby krajowej w komisji informacji publicznej – został
Paweł z intergrupy Wschód, opiekuna warszawskiego PIKu na Brazylijskiej – został nim Mariusz z intergrupy Mokotów. Najdłużej wybieraliśmy nowego skarbnika
Regionu. No i tu właśnie losowanie było takim odwołaniem się do Siły Wyższej.
Wybrany został Lechu z Sawy.
Uzgodniliśmy
też, że następną Konferencję zorganizuje intergrupa
Mokotów.
Wspólnie
zdecydowaliśmy się przedstawić kandydaturę naszego Regionu do organizowania
40-lecia AA w Polsce w 2014 roku!
I jak to
bywa na spotkaniach służb, Przyjacielu, witaliśmy się tekstem „Jestem
odpowiedzialny” a żegnaliśmy się „Modlitwą o pogodę ducha”.
Dla mnie
ważne było to, że temat spotkania sprawdził się w praktyce: mimo różnych zdań,
czasem skoku ciśnienia, do końca rozmawialiśmy. Dopóki rozmawiamy, porozumienie
jest zawsze możliwe.
No, to
tyle... Ale Ty mnie tu zagadałeś przecież. Wróćmy do ostatniej rozmowy.
To do której służby gotów jesteś się przygotować, Przyjacielu?
Rzecznik Regionu w AA Warszawa
Rzecznik
wypełnia bardzo ważną funkcję w Regionie polegającą na mądrym i wyważonym
koordynowaniu wszystkich działań służb AA wypełnionych dobrymi chęciami, które
dość często z powodu braków informacji stają się wzajemnie kontrowersyjne.
Wymaga to
od Rzecznika niezwykłej cierpliwości i tolerancji, aby osiągnąć zamierzony cel.
Rzecznik nie ma czasu uczyć się dopiero zasad AA, Tradycji lub Koncepcji AA. On
musi już umieć je stosować. Czasem spotkania służb przebiegają dość
emocjonalnie. Trzeba wykazać wówczas przytomność umysłu i wiele taktu, aby zapanować
nad emocjami sali. Czasem pomaga przerwanie spotkania i odmówienie wspólnie
modlitwy „O Pogodę Ducha”. Najczęściej działa, ale na długo nie
wystarcza.
Podczas
roboczych spotkań Rady Regionu i Konferencji pojawia się konieczność odwołania
się do zapisów Karty Konferencji Regionu. Wielce pomocne jest, aby jego
zastępcy wspierali go interpretacją. W Służbach Krajowych jest to doradca do
spraw Karty Konferencji. Najczęściej jest to weteran z dużym stażem w AA, ponad
10 lat.
Sam
Rzecznik wszystkim obowiązkom nie podoła. Musi umieć prosić o pomoc i
mobilizować do pomocy najbliższych współ służących. To wielka sztuka i szkoła
pokory. Fachowcy od organizacji pracy nazywają tę umiejętność
„delegowaniem obowiązków”. Dla Nas jest to trudna sztuka.
Kandydat
na tę funkcję powinien mieć za sobą długą drogę wcześniejszych służb oraz co
najmniej 7 lat trzeźwości i pracy nad programem, cieszyć się szacunkiem i
poważaniem.
Oprócz
elementarnych, podstawowych obowiązków Rzecznika takich jak:
Organizowanie
pracy Regionu
Prowadzenie
spotkań Rady Regionu
Koordynacji
organizacji Konferencji i Zlotów
Udział w
konferencji Regionu
Udział w
zespołach tematycznych
Odwiedzanie
Intergrup
Funkcja rzecznika wymaga poświęcenia dużej ilości czasu naszej Wspólnocie.
Warto o tym pamiętać kandydując do tej służby. Z moich obserwacji wynika, że
jest to co najmniej 5 godziny na dobę bez względu na
porę i dzień tygodnia. To się nazywa wdzięczność, prawda?
Ares
Relacja z V Warsztatów
Służby
Kolportera Literatury AA w Laskowicach
Pierwszego
dnia po przyjeździe w piątek, 27 marca 2009 po akredytacji uczestników,
pomogłem rozłożyć literaturę AA Kolporterowi Krajowemu. Około godziny 20.00 rozpoczął spotkanie nasze rozpoczęliśmy mityngiem.
28.02.2009
I część
warsztatów otworzył Paweł z Regionu Kujawsko-Pomorskiego. Zaznaczył, że jest 77
osób zaakredytowanych i 3 osoby dojechały tuż przed
rozpoczęciem warsztatów.
Na wstępie
głos zabrał Dyrektor BSK Witek i przedstawił historię powstania BSK oraz cel
jego istnienia. BSK powstało w celu legalnego procesu wydawniczego naszej
literatury z poszanowaniem praw autorskich.
Organizuje
Święta Zdroju, konferencje Służby Krajowej. Od 25 lat wydaje biuletyn ZDRÓJ.
BSK
uczestniczy przy organizowaniu tegorocznego Zlotu Radości we Wrocławiu.
Konferencja Krajowa w tym roku odbędzie się w Ośrodku Szkoleniowym Ministerstwa
Ochrony Środowiska w Dębe w okolicach Warszawy. Sprzedażą literatury AA zajmuje
się jedynie BSK a Regiony, Intergrupy i Grupy –
kolportażem.
Dostaliśmy
informację o tym, że na Zlot Radości we Wrocławiu będzie wydane pięć esejów
– Pięć Pism Billa.
Kolporter
BSK Andrzej zwrócił uwagę, że kolportaż literatury AA wskazuje na coraz większe
docieranie do potrzebujących.
Redaktor
Naczelna ZDROJU zwróciła się z prośbą o pisanie listów do redakcji.
Adam
redaktor KARLIKA powiedział, iż unika artykułów na temat religii, gdyż potem na
Radzie Regionu tłumaczy się. Nie drukuje artykułów, które są kontrowersyjne i
występuje w nich polemika. Pisze o warsztatach, o wydarzeniach w Regionie Katowice,
gdyż jest to biuletyn regionalny.
O
biuletynie MITYNG przekazałem, że są w nim drukowane artykuły z cyklu
„Nasze korzenie” oraz „Zza krat”, które ukazują się
cyklicznie. Powiedziałem także o wydrukowanym ostatnio „Mityngu
służb”, który składa się z artykułów spisanych uprzednio i wydrukowanych
w ciągu kilku ostatnich lat w biuletynie MITYNG. Dotyczą one warsztatów służb
na grupie.
Dyrektor
BSK zaapelował do wszystkich uczestników Wspólnoty, posiadających materiały
archiwalne dotyczące Wspólnoty (np. artykuły z
gazet), by skontaktowali się z BSK lub je tam przesłali. Aktualnie modyfikowana
jest strona internetowa naszej Wspólnoty.
W II
części dnia omawialiśmy sugestie zasad służby kolportera przedstawione
przez Mariana oraz przekazywaliśmy ogólne informacje o dostępie do naszej
literatury. Odbyło się także spotkanie kolporterów regionalnych dotyczące
ujednolicenia rozliczeń kolporterów ze sprzedaży literatury.
29.03.2009
Temat
spotkania „Zaufanie w służbie”.
Marian
przedstawił końcową wersję „Zasad poradnika kolportera”. Została
przyjęta jednogłośnie.
Na
zakończenie zabrała głos Basia. Mówiła o kolporterach, że mówią o swojej
służbie z wielką siłą, miłością i zaangażowaniem w niesienie posłania poprzez
literaturę.
Zaproponowano aby przyszłoroczne warsztaty odbyły się w Gródku nad Dunajcem. Organizatorem będzie Region Galicja.
Kolporter Regionu Warszawa – Zbyszek.
Mądrzy ludzie słów używają z rozwagą i zrozumieniem,
albowiem wiedzą, że to słowa właśnie kształtują rzeczywistość …
Czym dzieliłem się w AA…
Po
ostatniej inwenturze grupy, na której jakoś wyjątkowo często padały słowa
„wolno mi się podzielić”, „no, przecież mam prawo się
podzielić”, „muszę się podzielić” itp. postanowiłem podzielić
się swoimi przemyśleniami na temat wyjątkowego i specyficznego znaczenia tego
dzielenia się we Wspólnocie AA.
Nie ulega
wątpliwości, że zdolność do dzielenia się z innymi postrzegana jest
powszechnie, jako zaleta. Nie dzielą się egoiści i skąpcy. Dzielą się
altruiści, ludzie szczodrzy, otwarci, życzliwi. Dobrze jest umieć się dzielić,
a zdolność ta może być niewątpliwie powodem do dumy.
Bez względu na
to, czym chcę się z kimś podzielić – śledziem, radością, pieniędzmi,
doświadczeniem – dzielenie się (w odróżnieniu od dzielenia bez
„się”) wydaje się zawierać jeden podstawowy element wspólny o
kapitalnym zresztą znaczeniu – jest nim dobrowolność.
Lubię Krzyśka,
który na przednówku wydaje mi się nieco mizerny i blady, a więc chętnie
podzielę się z nim jabłkiem. Żeby dzielenie się doszło do skutku, Krzysiek musi
wyrazić zgodę na przyjęcie kawałka jabłka, którym go częstuję. Jeśli odmówi, to
nici z dzielenia się – przecież siłą do gardła mu nie wcisnę.
Sprawa jeszcze
bardziej się komplikuje, gdy przyjdzie mi ochota podzielić się czymś
nieprzyjemnym, na przykład zmartwieniem, długiem, ciężką pracą, problemem. W
takim przypadku chyba najbardziej elementarna przyzwoitość i szacunek dla
innych ludzi nakazywałyby uzyskać wcześniej ich zgodę na przyjęcie tej części,
którą dla nich przeznaczyłem.
Wydaje mi się
również, że zanim przystąpię do jakichkolwiek prób dzielenia się, warto też,
żebym zastanowił się, czy to, co chcę komuś ofiarować faktycznie jest mu do
czegoś potrzebne, może się przydać, posiada dla niego jakąś wartość. Bo jeśli
nie…
… bo jeśli nie, to chyba o szczytnej idei dzielenia
się nie ma tu w ogóle mowy. Nadal i wciąż napędzany przez „egoizm
egocentryzm i koncentrację na samym sobie” zepchnąłem, przerzuciłem na
Bogu ducha winnych ludzi to, z czym sam sobie nie potrafiłem poradzić (pracę,
uczucia, problemy). Ja odszedłem lżejszy, a oni… A cóż mnie oni obchodzą?
Każdy przecież odpowiada za siebie. Zawsze mogą przecież zrobić to samo –
przerzucić cały ten śmietnik na następną ofiarę. A ponadto, tak jak i ja, mogą
być jeszcze dumni z umiejętności dzielenia się…
Wspomniałem o
zasadzie dobrowolności, bez której dzielenie się zamienia się po prostu w
przerzucanie na innych swoich problemów i to wbrew ich woli czy potrzebom.
Odnoszę wrażenie, że zasada ta jakoś nie dotyczy niektórych mityngów AA. Sam zresztą
wiele razy z tego korzystałem.
Osiem lat temu
rzuciła mnie kobieta, którą do dnia dzisiejszego nazywam największą miłością
swojego życia. Syn nie zdał do następnej klasy, a w pracy szefowie nagle
zaczęli domagać się czegoś, czego nie chciałem zrobić. Przybiegłem na mityng.
Podczas czytania tekstów początkowych nerwowo bębniłem palcami po stole,
czekając tylko na sygnał prowadzącego, że oto zaczynają się „problemy i
radości”, a ja nareszcie mogę, zupełnie bezkarnie, wyrzucić z siebie (znane
określenie, prawda?) wszystkie swoje frustracje,
zawody, rozczarowania, żale, pretensje, lęki, prawdziwe lub urojone krzywdy i
inne takie.
Podzieliłem
się? Wówczas tak mi się pewnie wydawało, dzisiaj jednak oceniam swoje
postępowanie zdecydowanie bardziej krytycznie i uważam, że wtedy po prostu
wyrzygałem na tych ludzi swoje chore emocje, traktując salkę mityngową jak
wychodek. Zresztą wyszedłem wkrótce po załatwieniu swojej potrzeby –
przecież w tym stanie ducha nie byłem gotów na wysłuchiwanie cudzych wypowiedzi
czy doświadczeń związanych z Programem AA, czy czymkolwiek innym.
Niestety,
faktem jest, że w taki właśnie sposób „dzieliłem się” takimi…
podczas mityngów wiele razy. Jeśli nawet miałem do opowiedzenia coś
przyjemnego, to przecież nadal nie zastanawiałem się, czy swoją wypowiedzią nie
zajmuję czasu innym uczestnikom mityngu – czasu, który wspólnie
moglibyśmy przeznaczyć na „pracę na Programie”, gdyż on to właśnie,
jak napisano w naszym nowym scenariuszu, stanowi siłę Wspólnoty AA i nadzieję
dla osób uzależnionych.
„Anonimowi
Alkoholicy są wspólnotą mężczyzn i kobiet, którzy dzielą się nawzajem
doświadczeniem, siłą i nadzieją, aby rozwiązać swój wspólny
problem…”. Czy wspólnym problemem nie są, lub nie mogą być, kłopoty
z dorastającymi dziećmi, nieuczciwymi pracodawcami, rozliczeniami podatkowymi?
Ależ mogą, oczywiście! Jednak prawdą jest też, że „Anonimowi Alkoholicy
nie zajmują stanowiska wobec problemów spoza ich Wspólnoty…”
(Tradycja X), a „Każda grupa ma jeden główny cel: nieść posłanie
alkoholikowi, który wciąż jeszcze cierpi” (Tradycja V).
Jeśli na mityngu
AA podzieliłem się z zebranymi, a zwłaszcza z nowicjuszami, swoimi
traumatycznymi przeżyciami oraz niewątpliwie pasjonującymi doświadczeniami dotyczącymi
uprawnień pracowniczych, naszej polityki fiskalnej lub problemów wychowawczych,
to czy rzeczywiście ma to jakikolwiek związek z programem powrotu do zdrowia?
Jeśli opowiedziałem o problemach z zamarzniętym akumulatorem, nieuczciwym
sprzedawcą, aroganckim urzędnikiem, to czy pomogłem nowemu koledze wytrzeźwieć?
W życiu bywa
różnie i w każdej chwili może wydarzyć się coś, co wyprowadzi mnie z równowagi,
zburzy mi spokój, zabierze pogodę ducha. Mogę wtedy po prostu potrzebować się
wygadać – nic w tym złego, nienormalnego czy nagannego. W takiej
sytuacji wystarczy przecież, że poproszę któregoś z przyjaciół o rozmowę,
uprzedzając od razu, że chciałbym obgadać jakiś nieprzyjemny, albo nawet
bolesny temat. Na pewno któryś się zgodzi. Problem jedynie w tym, czy moja
pycha pozwoli mi o rozmowę poprosić?
No, cóż…
prościej pójść na mityng – tam można przecież mówić, co się chce, nikogo
o nic nie prosząc.
A jeśli sytuacja
wydaje się dramatyczna, przyjaciele rozmawiać nie chcą lub nie mogą, natomiast
za pół godziny zaczyna się mityng? Wtedy pójdę na ten mityng, przedstawię
sytuację i poproszę o możliwość opowiedzenia o tym, co się w moim życiu stało.
Bez skrupułów. Nie sądzę, żeby jakakolwiek grupa w takim przypadku odmówiła mi
pomocy. Ano właśnie – pomocy. Pomocy, o którą poprosiłem. Wyraźnie. Nie
fałszując rzeczywistości i nie nazywając tego obłudnie „dzieleniem
się”.
Phil Bosmans, autor wielu popularnych aforyzmów i „złotych
myśli” stwierdził kiedyś, że „zaśmieciliśmy nie tylko wodę,
powietrze i ziemię lecz również słowo, które jest
łącznikiem między ludźmi”. Ja jednak, jako alkoholik, obawiam się, że w
moim przypadku chodzi nie tyle o zwykłe niechlujstwo językowe, co o manipulacje
i sztuczki uzależnionego umysłu. Pamiętam przecież, jak całymi latami zwykłą
kradzież nazywałem pożyczką lub skubnięciem, kłamstwo fantazją lub
koloryzowaniem, oszustwo zaradnością…
Ja już tak nie
chcę. Nie chcę sobie na takie rzeczy pozwalać. Literatura AA i terapia odwykowa
nauczyły mnie nazywania rzeczy po imieniu. I niech tak zostanie… dla
mojego własnego dobra i z szacunku dla wszystkich ludzi, z którymi nareszcie
staram się być blisko.
Meszuge (III 2009)
Dobre zmiany
Mam na imię Józek i jestem alkoholikiem. W chwili
obecnej mam 54 lata. Do Wspólnoty AA wstąpiłem 16 kwietnia 2007 r. po
przyjeździe do Warszawy ze wschodniej części Polski, spod granicy z Ukrainą i
Białorusią. Od tej pory utrzymuję abstynencje i małymi kroczkami staram sie trzeźwieć.
Swoje
trzeźwienie zawdzięczam bardzo częstemu uczestniczeniu w mityngach w wielu
miejscach Warszawy. Odbyłem też terapię stacjonarną na Kolskiej. Terapia
poszpitalna, nawroty, wyjazd do Strzyżyny, gdzie to otworzyłem sie na ludzi – to ważne wydarzenia w moim życiu.
Wiele zawdzięczam swojej terapeutce, która mogłaby być moja córką. Z początku myślałem – co taka świeżo upieczona psycholog może mi
pomóc. Jednak opisałem całą prawdę o sobie. W piciorysie
i rozmowach indywidualnych też prawdę mówiłem.
To dzięki jej
radzie przeżyłem na trzeźwo tragedię, która wydarzyła się w rodzinie w ostatnim
czasie. Miałem wówczas 8 miesięcy trzeźwości, uwierzyłem w jej słowa, tak tez
postąpiłem i nie sięgnąłem po alkohol.
Nie będę dużo
pisać o swojej chorobie. Teraz wiem, że w wieku 18 lat byłem uzależniony od
alkoholu. Nawet byłem na leczeniu odwykowym w Chełmie Lubelskim na początku lat
90-tych. Tam nie było terapii ani mityngów, dowiedziałem się tylko jest w fazie
chronicznej , prawie wszystkie objawy na to
wskazywały. Po tym leczeniu byłem abstynentem przez 16 miesięcy, ale byłem
wówczas większym draniem. Szkodowałem pieniędzy dzieciom. Przebywałem cały czas
z kolegami, z którymi piłem.
Któregoś dnia
wypiłem tylko jedno piwo i zapoczątkowałem 8-miesięczny ciąg picia. Choroba tak
szybko postępowała, że tylko koszula odeszła od ciała. I znowu ciągi
kilkumiesięczne. Koniec z praca zawodową, bo nie dawałem rady. Przez 15 lat
pracowałem dorywczo „na kieliszek chleba”, granica była blisko
granicy, piłem o każdej porze, piłem alkohole nieznanego pochodzenia – to
doprowadziło mnie do padaczki alkoholowej.
Mimo że
wiedziałem od lekarzy, że mogę umrzeć po każdym takim ataku, piłem dalej.
Jednak zawsze
Pan Bóg postawił na drodze osobę, która wezwała pogotowie lub udzieliła pomocy.
Ja zganiałem
winę na żonę, żona na mnie. Oboje topiliśmy się w alkoholu. Znałem kolegów i
koleżanki, którzy przez alkohol stracili życie. W okolicy mojej wsi każdy się
zna, cmentarz mały, a tu 1/3 to młodzi ludzie, którzy odeszli.
Brak Wspólnoty
AA, daleko do miast, słaby dojazd, a w mieście 2 mityngi na tydzień w porze
wieczorowej. Nikt nawet o tym nie wie, władze gminy rozkładają ręce, policja
dowozi na odwykówkę z nakazem, a koledzy i koleżanki
uciekają, jak ja kiedyś. I tak życie płynie w strugach alkoholu...
Strach i lęk
Przy towarzyszą mi jak pojadę na kilka dni do domu. Szybko wracam, żeby udać
się ma mityngi, bo teraz tu mam kolegów.
Ja na
mityngach i terapii dowiedziałem się dużo o swojej chorobie. Nie wiedziałem co to uczucia, jak przeżywać emocje. Na zawołanie
miałem oszustwa, kombinacje, stwarzałem rzeczy pod którymi
był fałsz i obłuda.
Mimo że okres
mojego trzeźwienia jest krótki, jednak dużo zadziało się w moim życiu.
Odzyskuję zaufanie u córek, których prawie nie wychowywałem, a teraz mnie sie nie wstydzą. Widzę jak dorastają wnuczki, a najstarszy
wnuk sie mnie nie boi.
Ponad rok
pracuję zawodowo w Warszawie. Jestem zarejestrowany. Wyjeżdżam w delegacje na
budowy. Zadbałem o swoje zdrowie i wygląd zewnętrzny. Rodzice i siostry
przemówiły do mnie. I nawet teściowa.
Żony nie mogę
zmienić, bo nie mam na to wpływu. Nadal woli alkohol. Wierzę, że modlitwy córek
i moje pomogą, przyczynia się, że wróci na drogę trzeźwości, a Siła Wyższa w
tym dopomoże.
Ja codziennie
rano proszę Boga o trzeźwy dzień, a wieczorem dziękuję. Codziennie. Tego
nauczyłem się we Wspólnocie AA. Codziennie czytam książki AA.
Na dzisiejszy
dzień wiem, że aby trwać w trzeźwości musze się trzymać Wspólnoty i korzystać z
doświadczeń alkoholików, którzy są na tej drodze od lat.
Warszawa 14 marca 2009r.
Józek, alkoholik
Nie tylko przychodzę.
Jestem.
Nie piję
alkoholu od 20 miesięcy, a w moim życiu zmieniło się wiele.
Na
pierwszych mityngach usłyszałem, że nie pijąc będzie inaczej. Nie lepiej ani
gorzej. Tylko inaczej. Dziś mogę powiedzieć: jest inaczej.
Kolejne
święta są bez alkoholu. Choć spędzam je sam w domu, to nie czuję się samotny.
Mam psa i Wspólnotę AA. Przed Świętami trochę się działo. Nawał pracy i kłótnia
z żoną trochę mnie zmęczyła. W Pierwszy Dzień Świąt nic mi się nie chciało.
Wyszedłem na spacer. Tylko się przejść. Przechodząc koło przystanku,
zobaczyłem, że nadjechał autobus w kierunku mityngu AA. W ostatniej chwili
wsiadłem i pojechałem na mityng. Tam prawie cały czas rozmyślałem. Przypomniały
mi się słowa Przyjaciela: „Co ja chcę mieć – spokój czy rację?” . Wybrałem spokój.
Po
południu pojechałem na drugi mityng „Kontakt”. Byłem tam zmęczony ale spokojny. Paru przyjaciół martwiło się o mnie.
Wieczorem odwiedził mnie przyjaciel z AA ze swoją żoną. Zadzwoniła moja żona, a
ja ze spokojem jej słuchałem. To jest inaczej, bo kiedyś wrzeszczałem i rozmowę
przerywałem. Kiedyś takie stany tylko zapijałem a o AA zapominałem. Nieważne
było ile czasu do AA chodziłem, to i tak zapijałem.
Teraz w AA jestem, a nie tylko przychodzę, bo mam Przyjaciela na każdej, trzeźwej drodze i to jest moje inne życie. Naprawdę stokroć lepsze niż picie.
Piotr „Dziewięć i pół”
Zdrowienie nie zna granic
Warsztaty w PIK tuż przed świętami Wielkiej Nocy, w
Wielką Sobotę – nonsens. Kto przyjdzie w taki dzień ?
– pomyślałem, gdy przeczytałem informację o warsztatach
organizowanych przez Zespół do spraw Literatury. I co to za temat „Zdrowienie nie
zna granic”. Zna! Wyzdrowieję i to jest granica. A jednak
poszedłem, przecież jeszcze nigdy poprzez uczestnictwo w naszych aowskich warsztatach nie straciłem tylko zyskałem. Co
więcej, było nas tam kilka osób. Na początku tylko
przysłuchiwałem się, nie wziąłem nawet kartki z zagadnieniami pomocniczymi.
Słuchając zacząłem się zastanawiać nad tym, co mówią inni. W końcu zajrzałem do zagadnień pomocniczych i
powiem szczerze, że moja „mądrość” sprzed warsztatów prysła
zupełnie.
Zdrowienie to jeden z naszych trzech legatów,
podstawa naszego trójkąta, czyli dla mnie Mariusza - alkoholika też podstawa
mojego istnienia, funkcjonowania w otaczającym mnie świecie. Zacząłem się
zastanawiać nad problemem zdrowienie, czy wyzdrowienie i czy w tych legatach
nie ma jakiegoś błędu, na przykład w tłumaczeniu. Przecież tradycja pierwsza
mówi o wyzdrowieniu
każdego z nas. Więc
jakaś niespójność. Ale, ale. Czy ja
chciałbym pomyśleć, że wyzdrowiałem? Przypomniałem sobie, jak to kiedyś, na
początku mojej drogi w AA, popuściłem swojej fantazji. Wyobraziłem sobie, jakby
to się świetnie trzeźwiało mając bardzo pokaźną sumkę na koncie. Siedzę sobie
gdzieś na ciepłej plaży na Kanarach, albo Bahamach, albo w innym uroczym
miejscu. W koło palmy, po plaży chodzą
panienki, kelnerzy z pobliskiego hotelu, którego jestem stałym gościem. Ja na leżaczku… Na końcu tego bujania w
obłokach w moim ręku pojawił się kieliszek. Oczywiście z alkoholem. Wcześniej w
ogóle nie myślałem o alkoholu. Nie. Nie chcę dojść do wniosku, że wyzdrowiałem.
Wtedy mógłbym znów pomyśleć, że mogę pić w sposób kontrolowany, a przecież już
nie raz udowodniłem to sobie, że jest to niemożliwe.
Samo wyzdrowienie jest jednak dla mnie,
Mariusza – alkoholika, bardzo ważne. To jest cel, do którego mam cały
czas dążyć. Zdrowienie to jest moja
droga ku wyzdrowieniu. I bez konkretnego celu, ta droga i wszystko, co robię
straciłoby sens. Podsumowałem. Wyzdrowienie w pierwszej tradycji to nie
pomyłka. To cel, do którego mam dążyć i wierząc, że moje wyzdrowienie zależy od
wyzdrowienia innych, dbać o jedność wspólnoty.
I tu się pojawiło narzędzie zdrowienia. Nasz
kolejny legat, czyli jedność. Mogę o jedność dbać na różne sposoby.
Pilnując, przede wszystkim u siebie czystości intencji w tym, co robię, w
niesieniu posłania AA, w podejmowaniu się służb. Mogę mieć baczenie również na
mojej grupie, pilnując tego, żeby nie były łamane tradycje i te duże wspólne
dla wszystkich AA i te małe mojej grupy. Podejmując się służby,
naszego trzeciego legatu, korzystam z kolejnego narzędzia ku wyzdrowieniu. Uczę
się dawać innym i czerpię z tego radość, dla mnie niegdyś nie do pomyślenia,
nie do przyjęcia. Moja pierwsza służba - mycie szklanek, parzenie kawy i
herbaty pozwoliła mi odkrywać zalety służenia innym. Dać to, o co osoba
poprosiła i przyjąć słowo dziękuję, którego nie było w moim słowniku. To tak
bardzo zbliżyło mnie do innych ludzi. A przecież jak trafiłem do Wspólnoty, to
właśnie tego potrzebowałem. Innych ludzi. Przygnała mnie tutaj między innymi
samotność wywołana moim piciem. Konflikty z otaczającym mnie światem, moje
myślenie tylko o sobie spowodowało, że moi znajomi, bliscy odwrócili się ode
mnie. Poprzez służbę uczę się obcowania z innymi ludźmi. Przyjmowania zdania
większości, rezygnacji ze swoich pomysłów, które służą tylko moim ambicjom, na
rzecz dobra wspólnego. Nie kłócenia, bo ono się też zdarza, przy okazji różnych
spotkań roboczych. Nie wychodzenia obrażonym, gdy coś mnie dotknie, bo bardzo
często nikt nie miał zamiaru mnie zranić. Zadziałała tylko moja urażona duma, i
nadwrażliwość. Uczę się również odpowiedzialności za podjętą służbę,
wypełnienia obowiązków z nią związanych, czyli obowiązkowości.
Dziś
już nie twierdzę, że w AA nic nie muszę. Wiem, że jeśli chcę zdrowieć to muszę.
Korzystać z dostępnych narzędzi, a jednym z nich jest służba. Wypełniać
obowiązki związane ze służbą, skoro już się jej podjąłem. Dzięki służbie uczę
się też przełamywać swoje lęki. W chwilach zwątpienia, czy dam radę, podołam,
uczę się też kolejnej nowej dla mnie rzeczy. Proszenia. Proszenia o pomoc innych. To wszystko i
jeszcze wiele innych rzeczy, daje mi szansę współistnienia z innymi ludźmi.
Nadzieję i jest moja drogą ku wyzdrowieniu.
Drogą,
którą nazywam zdrowieniem, która dziś przynosi mi radość. Na początku tej drogi
myślałem, że będzie ona wyglądała zupełnie inaczej, że na wiele spraw w AA nie
znajdę czasu, bo przecież mam pracę (muszę odrobić straty materialne), inne
obowiązki. Muszę się zająć w końcu sobą. Okazało się, że jedyne
co słusznie zrobiłem, to postawienie mojego zdrowienia na pierwszy
miejscu z przekonaniem, ze bez tego niczego w życiu nie zbuduję. Znalazłem (bo chciałem) czas na służby w AA dzieląc go z
czasem dla bliskich, przyjaciół, znajomych. Nie musiałem zajmować się sobą,
poprzez skupianie się na sobie. Zajęcie się sobą przyszło poprzez dawanie
innym. I tu potwierdziła się prawda wyczytana książce Anonimowi
Alkoholicy. „Rzadko się zdarza by doznał niepowodzenia ktoś, kto
postępuje zgodnie z naszym programem. Nie wracają do zdrowia ludzie, którzy nie
mogą lub nie chcą całkowicie poddać się temu prostemu programowi”. Tak
mało słów, a tak dużo treści, a ja nie potrafiłem zmieścić się w tym czym chciałem się podzielić na jednej stronie A4.
Pozdrawiam, życząc wszystkim radosnego zdrowienia, ku wyzdrowieniu
Mariusz alkoholik (pv. Mariusz –
Kowboj), intergrupa Mokotów
II ogólnopolskie warsztaty łączników internetowych
Woźniaków 3-5.04.2009r.
"Jak przez internet i telefon nieść posłanie AA"
Spotkanie
zaczęliśmy przywitaniem "Jestem odpowiedzialny", warsztaty
poprowadził łącznik regionu W-wa Andrzej. Następnie
przywitaliśmy gości, Ann ze Szkocji, Grzegorza z UK (Wielka Brytania), Henia -
przewodniczącego rady powierników, Witka - dyrektora BSK, rzeczników regionów,
Andrzeja - kolportera krajowego.
Następnie
przedstawiono poradnik służb dyżurnego w PIK. Piotrek z Wrocławia zaprezentował
broszurki z okazji 35-lecia
AA we Wrocławiu. Komplet takich broszur dostaną wszyscy rzecznicy
regionów, którzy przekażą to na grupy. W czasie tegorocznych warsztatów swoje
pięć minut dostał Paweł archiwista regionu W-wa.
Prowadzący warsztaty zasugerował by zastanowić się nad
organizacją przyszłorocznych warsztatów.
W dalszej
części przedstawił się Wojtek, żywy dowód działania posłania przez internet; Wojtek utrzymuje abstynencję ponad rok. W swoim
wystąpieniu opowiedział historię, jak trafił do AA. Prowadzący warsztaty
przypomniał o założycielach systemu internetowego AA w Polsce - Mirku i Włodku.
Po
przerwie Andrzej, przewodniczący, omówił główne zasady prowadzenia dyżuru
internetowego i telefonicznego: co mówić, jakie
informacje podawać i co dajemy dla nowicjuszy. Mariusz, łącznik intergrupy Mokotów stwierdził, że bardzo ważne jest
pełnienie dyżuru w PIK, ze względu na spokój, możliwość zaproszenia nowicjusza,
spotkanie z przyjaciółmi. Andrzej z Lublina odpowiada także na listy jakie przychodzą do PIK-u. Piotr z Katowic,
koordynator ds. Infolinii powiedział, że w ich regionie prowadzą warsztaty nt. Służby dyżurnego. By pełnić służbę dyżurnego w ich
regionie trzeba mieć dwa lata pracy na programie i zgodę grupy oraz dyżur muszą
pełnić min. 2 osoby.
Mirek
powiernik powiedział, że najważniejsze jest by pełnić dyżur zgodnie z
tradycjami, nie udzielać rad, nie pouczać, mówić o sobie. Grzesiek tłumacz
powiedział, że Ann zwróciła mu uwagę, że w Anglii przeciętna rozmowa dyżurnego
nie przekracza pięciu minut. Włodek intergrupa
Powiśle powiedział, że nie wszędzie są PIK-i a przyjęcie dyżuru to przyjęcie
odpowiedzialności. Następnie głos zabrało głos kilku przyjaciół.
Dalsza
część warsztatów to tak zwana sesja główna. Sukcesy i porażki grupy 12. kroku w Anglii. Tę sesję poprowadzili goście
- Ann i Grzegorz. Ann
reprezentuje radę powierników UK. Odpowiada za służby telefoniczne i
internetowe na terenie UK. Ich struktura ma dwie formy: biura głównego i
respondentów pracujących 24 godz. na dobę. Ann pracuje w tych służbach od 15
lat, a mimo to myśli, że nie będzie mogła na wszystko odpowiedzieć. W ich
strukturach są ludzie odpowiedzialni za dany szczebel służby. Na intergrupę przypada 3 tzw. oficerów, którzy analizują
ogólną działalność. W UK istnieje 39 linii telefonicznych AA. Biura główne mają
płatnych pracowników, podbiura i respondenci pełnią
służbę ochotniczo. Najważniejsze są informacje na ulotkach AA, tj. numer linii
narodowej. Reszta numerów obsługiwana jest automatycznie. Bardzo ważne jest
oddzielenie roli dyżurnego od 12-to krokowca. 12-to krokowcy biorą się z list
tworzonych na grupach, które trafiają dalej do intergrup
i regionów. Głównym odpowiedzialnym za kontakt jest odpowiedni oficer
(koordynator). Głównym celem 12-to krokowca jest
bezpośredni kontakt twarzą w twarz. Sugestie respondenta na początku to
odwiedzenie ich strony internetowej AA. W UK bardzo zmienił się poziom dna i to
dzięki ogólnodostępności wiadomości o AA w ogólnych mediach krajowych. Różnica
w dyżurach internetowych między Anglią a Polską jest taka, że ich dyżury są
formą dyżurów e-mail. Forma pomocy w tym dyżurze jest
taka, że podaje się ścisłe informacje o kontakcie z AA, a nie podaje się innych
informacji, typu poradnie, szpitale, itp. W innym wypadku jest to łamanie
tradycji. Bardzo dbają o czystość AA.
Wymagania
dla dyżurnego i 12-to krokowca: rekomendacja grupy,
dla dyżurnego 2 lata trzeźwości, dla 12-to krokowca 1
rok trzeźwości, przejście cyklu warsztatów i posiadanie cienia, dbanie o
czystość informacji. Respondenci nie utrzymują stosunków z mediami. Od tego
jest inna komórka organizacyjna. Głównym celem przy tworzeniu jednego numeru
telefonu była jego ogólna dostępność w całym kraju. W UK też jeszcze nie działa
to w pełni sprawnie. Dzwoniący na główny numer jest widziany przez automat,
który go kieruje do odpowiedniego regionu. Na koniec tej sesji rozmawialiśmy o
kosztach takiej infolinii w UK i w Polsce. Ich koszty są niewspółmiernie
większe.
W
dalszej części były wolne wnioski. Główne z nich, to że:
12. Krok wykonujemy dobrowolnie, jest to esencja pracy nad krokami oraz praca
nad 12. krokiem jest ściśle związana z tradycjami sponsorowania. W następnej
części rozmawialiśmy o sprawach kalendarium na naszej stronie internetowej,
Andrzej Świat zwrócił się z prośbą o przekazywanie wszystkich informacji
związanych z grupami, intergrupami, takich jak
rocznice, warsztaty, zloty radości, konferencje. Bardzo ważną kwestią jaką poruszyliśmy był problem ustalania dyżurów
telefonicznych i internetowych. Powstała idea powołania koordynatora dyżurów w
PIK.
W pozostałym czasie dzieliliśmy się doświadczeniem z pełnienia dyżurów przy telefonie i przy internecie. Rozmawialiśmy o technikach i sposobach pełnienia dyżurów oraz o pytaniach i prośbach na jakie udzielamy odpowiedzi. Na koniec ustaliliśmy, że zostaną wystosowane wnioski do rady powierników o utworzenie ogólnopolskiego koordynatora dyżurów w PIK oraz utworzenie i zaakceptowanie przez radę powierników poradnika służb dyżurnego w PIK. Organizatorzy następnych warsztatów mają się zgłosić na naszym forum do 10 maja tego roku. Region Warszawa zobowiązał się do ewentualnej pomocy przy organizacji III ogólnopolskich warsztatów łączników.
Pozdrawiam, Maciek AA
LISTY DO REDAKCJI
Co zrobiła córka
Mam córkę Kasię, urodziła się w 1990 r. Już wtedy
byłem bezsilny wobec alkoholu i nie kierowałem własnym życiem. Chciałem być
dobrym ojcem, ale realia były inne. Potrafiłem być z nią na spacerze, a w wózku
pod kocykiem miałem ukryty alkohol. Piłem w parku lub na rozpoczętych budowach
razem z kolegami. Starałem się być jak najczęściej z nią, lecz ja już wtedy
swoim zachowaniem, pomimo że była małym dzieckiem, popsułem nasze relacje.
Oddalałem się od niej, aż brakło mnie
całkowicie. W 1992 roku zostałem aresztowany i dostałem 6,5
roku wyroku za pięć rozbojów, których w ogóle nie pamiętałem, bo jak
zwykle piłem do utraty świadomości. Za to pamiętam jej uśmiech, gdy mnie
widziała, jak się śmiała i jak sie do mnie tuliła. A
z mojego powodu i z mojej winy zostało to drastycznie przerwane. Na samą myśl co Kasia mogła wtedy czuć chce mi się wyć.
Będąc wtedy w ZK
podjąłem terapię alkoholową a od 1993 roku jeździłem systematycznie na
przepustki do domu, gdzie spędzałem jak najwięcej czasu z córką. W 1995 roku opuściłem ZK i pomimo że nie mieszkałem z żoną i córką,
żyliśmy jak rodzina. Starłem się być dobrym ojcem. Dbałem o Kasię. Byłem kiedy była chora, kiedy wypadały jej ząbki, kiedy szła
spać i kiedy sie budziła. Było nam dobrze pomimo
naszych problemów mieszkaniowych. Żona i córka uczestniczyły w moim trzeźwieniu
i wiele czasu spędzały z moimi przyjaciółmi z AA, z ich rodzinami.
W 1997 roku wyprowadziłem się od rodziców i
zerwałem całkowicie kontakt z rodziną.
Coraz mniej czasu spędzałem z Kasią. Aż któregoś dnia zadzwoniła mama i
spytała czy chcę rozmawiać z córką. Bo ona chce. Do dziś nie wiem
dlaczego, ale odmówiłem i po prostu sie
rozłączyłem. Płakałem, wyłem, czułem ból, byłem zły na cały świat i na siebie.
Mimo tego nic nie zrobiłem i do dziś nie wiem dlaczego
tak postąpiłem. Wtedy też zabiłem wszystko co było we
mnie dobre, przestałem czuć miłość, szczęście, radość. Czułem się niepotrzebny
i nikogo nie potrzebowałem. Czułem nienawiść i wrogość.
Tak było do 2003 roku i od tego czasu
próbowałem wrócić do normalnego i uczciwego życia. Udało sie
w 2006 roku, pogodziłem sie z rodzicami i siostrą,
odnawiając nasze relacje. Zacząłem myśleć o Kasi lecz
bałem się zrobić jakikolwiek krok. Tym bardziej że
najpierw chciałem porozmawiać z jej mamą. Na samą myśl o spotkaniu czułem lęk i
strach. Zainteresowanie córką polegało tylko na rozmowie na jej temat z
rodzicami lub siostrą. Córka wiedziała, że jestem i pogodziłem się z rodzicami.
Zrobiła coś, na co mnie nie było stać
– pomimo tak młodego wieku zadzwoniła do mnie pierwsza.
Nie potrafiłem powiedzieć ani słowa. Płakaliśmy
oboje. Tego co czułem i co myślałem nie potrafię
opisać.
Spotkaliśmy się po kilku dniach, po kryjomu
przed jej mamą. Ja tak
nie chciałem, ale tak chciała Kasia. Mama - była żona - dowiedziała
się i nasze spotkania stały się częstsze. Powolutku stawaliśmy się sobie
bliżsi. Niestety, nie dane to było na długo. Od
września 2007 roku wiedziałem, że w listopadzie mam się zgłosić do ZK celem
odbycia kary za przestępstwa popełnione przed laty. Widywałem się z Kasią, za
każdym razem chciałem jej o tym powiedzieć, chciałem być uczciwy. Lecz tego nie
uczyniłem.
Bez słowa uciekłem 24 listopada i zgłosiłem sie do ZK. Zdobyłem się na napisanie listu do córki, pisząc
jej o wszystkim, o moich uczuciach. Nie dostała tego listu, bo po prostu
zaginął. Nie zdobyłem się na napisanie ponownego, nie zdobyłem sie na zadzwonienie, na nic.
Nienawidzą siebie za to, za to że ją krzywdzę, że uciekam, że psuję coś co moja córka mi
ofiarowała. Nie wiem jak długo dam radę z tym żyć...
Karol
c.d.n.
Uczciwość w odwadze…
w słuchaniu, mówieniu o sobie prawdy
„Uwierzyliśmy, że siłą większa od nas samych
może nam przywrócić zdrowie” – zdrowy rozsądek. Tam, gdzie u mnie
pycha – zero rozsądku. Upijam się nią tak jak samo jak kiedyś alkoholem.
Upajam się swoimi wyimaginowanymi zaletami, karmionymi nie tylko przeze mnie,
ale też często też sygnałami z zewnątrz albo przeciwnie – całkowitym ich
brakiem. Kiedy sobie szybuję pod różowymi chmurkami na skrzydełkach mojej
pychy, najtrudniej mi ją zauważyć, poczuć i zgodnie z inwenturą czwartego kroku (bo w tym momencie zauważyłam ją w sobie), a przy
wskazaniach kroków następnych – pozbywać się jej. Bo tam na górze nie
słychać głosu innych. Nie widać szyderczych uśmiechów wrogów ani smutnych,
zatroskanych min przyjaciół. Jestem tylko ja i moja pycha. A wokół różowe
chmurki.
Sama nie
potrafiłam utrzymać abstynencji na dłużej. Potrzebowałam drugiego człowieka,
który powiedział mi jak działać, by do picia nie wracać. „Nie chodź tam,
gdzie piłaś, pij dużo wody niegazowanej, podjadaj
słodycze, gdy pojawia się głód…Chodź na mityngi, słuchaj innych, czytaj
literaturę, rozmawiaj ze sponsorką…”
Uwierzyłam, bo
oni nie pili po kilka, kilkanaście lat.
Razem.
Nierozerwalnie… Bóg i AA – to moja Siła Większa. Uwierzyłam, że gdy
będę pozbywać się swoich wad, zmienię się i szansa pozostania na trzeźwej
ścieżce wzrośnie. Potrzebni mi są inni więc ludzie,
bym mogła przeglądać się w nich jak w lustrze. Potrzebni są, by powiedzieć mi
wprost o moich błędach.- „Bóg przemawia przez drugiego
człowieka”. Moja pycha często jak
bielmo zakrywa moje oczy. No i uszy, bywają zatkane. Nie chcą słyszeć zdania
innych, bo przecież ja wciąż wiem najlepiej – naczytałam się literatury
AA i rozmaitych innych opracowań na temat alkoholizmu i wychodzenia z niego. Ja
wiem! Jestem specjalistką. Ja już wszystko wiem? Na pewno? O nie! Skoro nie chcę wracać do picia, nie
mogę karmić swojej pychy i nie chcę, by inni mi w tym pomagali. Więc nauka
przyjmowania krytyki jest dla mnie bardzo ważna! Konstruktywnej krytyki.
Troskliwej i pomocnej. To jedyny dla mnie sposób pozbycia się ślepych oczu w
oglądzie samej siebie i głuchych uszu na sugestie.
Jedną z moich
głównych wad było i jest gadulstwo. Potok słów i tysiące liter miały mi
zasłonić, co tak naprawdę we mnie siedzi. Ukryć strach, ból. Słowa były
budulcem na pancerz żółwia, który miał schować mój miękki brzuszek. Jednym z
moich ulubionych zajęć było „zagadywanie” pięknymi zdaniami moich
wad, lęków, uraz. Nieważny był dla mnie temat – znałam się przecież na
wszystkim! Dzięki swojemu gadulstwu głuchnę na słowa innych ludzi. Szczególnie
na tych, którzy wskazują mi błędy. Bo to oni strącają mi z głowy moją śliczną
koronę wszechwiedzącej księżniczki. A przecież, to właśnie tacy nauczyciele są
mi najbardziej przydatni. Ci, którzy z cierpliwością, łagodnością
ale i szczerością pokazują mi ślepą uliczkę, ostrzegają przed lotem pod
różowe chmurki. I z wielką radością Wam piszę, że są wokół mnie tacy ODWAŻNI. Bo wielkiej
odwagi potrzeba, by z troską wytknąć mi błędy. I za tę odwagę cenię ich
najbardziej. Co z tego, że czasem naburmuszę się? Co z tego, że poczuję złość?
Ale potem złość i obraza mija – w zamian mogę poprawić w sobie, co mi
wskażą. A to są moje małe sukcesy – osiągnięte wspólnie. Dzięki odważnym
przyjaciołom i mnie odwagi przybywa, by uczciwie spojrzeć na siebie.
Jeden z przyjaciół od lat, bardzo często na mityngach
mówi: „Proszę was, byście mi zwracali uwagę, proszę pokazujcie mi co robię źle. Jest mi to potrzebne, bo sam tego nie
widzę.” Najpierw myślałam, że wypowiada takie puste słowa, wyczytane
gdzieś albo powtarza jak nagranie zasłyszane na mityngach sam nie wierząc.
Myślałam – taka poza. Myślałam, że gdy mu powiem co
zauważam, to będzie mu przykro albo obrazi się na mnie. A on…On nie
obraża się, słucha. Koryguje swoje zachowania. Nie pije 9 lat.
Więc i ja kończę to pisanie, nie chcę Was zanudzić
swoim gadulstwem. No i czas zajrzeć w siebie –
„Co robię źle?”. A może z odwagą pomoże mi w tym ktoś na dzisiejszym
mityngu? Przyłączam się do prośby przyjaciela – mówcie mi
co robię źle. Ja sama często nie chcę tego zobaczyć.
Z nadzieją
– Gosiali.
Zrobiłem to bez
zastanawiania się, sobie na złość ...
Przyjąłem
służbę kolportera bez przekonania na służenie, tak po prostu na złość sobie i
żeby zawstydzić intergrupę. Remanent w ogóle mnie nie
obchodził, ale musiał zaistnieć. Zacząłem handlować bez entuzjazmu, tak było do
końca przez 1rok. Byłem na warsztatach w ubiegłym roku nad morzem, przy pięknej
pogodzie. Nie znosiłem kilku osób, które ciągle podkreślały swoje zasługi, taka
mania dowartościowania się. A były to kobiety, zachowam ich anonimowość.
Organizacja
warsztatów tematycznych była pożyteczna, rozjaśniła moją jaźń. Bardziej jednak
interesowały mnie imprezy towarzyszące, okolica, zatoka, wiatraki energetyczne
poruszane wiatrem, robienie zdjęć.
Po
powrocie napisałem sprawozdanie ale nie było
wyjątkowe, bez zaangażowania. Dalszy handel sprawiał mi kłopoty, nie miałem
chęci prowadzić rozliczeń tak jak poprzednicy, później pogubiłem się,
wstępowały we mnie stare nawyki, egoistyczne nastawienie
czyli samowystarczalność. Brakowało mi także czasu, smykałki do handlu.
Wolę spotkania z ludźmi i rozmowy, miałem niechęć do rozliczania się przed intergrupą, co wywoływało we mnie niezdrowe emocje.
Ogłaszałem swój stan, stosunek do tej służby, co dało chwilowe uwolnienie i
spokój. Nie byłem spokojny i zadowolony do następnego remanentu, zdania służby
po 1 roku.
Mam cenne doświadczenie, które pokazało mi brak mojej odpowiedzialności, zaangażowania. Trzeźwość to stan równowagi, który odzyskuję, powracam do siebie. Życzę innym powodzenia w służbach, ale i wyciągnięcia dla siebie wniosków z tego doświadczenia. I tak dziękuję za wyrozumiałość intergrupy i ubogacenie wspólnoty AA.
AN-SAN
„Nasze korzenie...”
Grupa AA „PRZY
TRAKCIE”
Grupa AA „Przy Trakcie” powstała po
Świadectwach AA w Parafii WNMP w Zerzeniu podczas
Wielkiego Postu 1998 r. W Świadectwach tych brali udział Przyjaciele z
wawerskich i otwockich Grup AA „Wrzos” na czele.
Po
mszy św. O godz. 12 w domu katechetycznym odbyło się spotkanie Aowców z Księżmi, podczas którego Seweryn zapytał księdza
proboszcza czy można zorganizować Grupę AA.
Ksiądz
wyraził zgodę i w niedługim czasie odbyło się Spotkanie Organizacyjne. Na
spotkaniu organizacyjnym ustalono:
-
stały termin Naszych spotkań – środa godzina 18
-
wybrano pierwszą służbę – prowadzącego
-
w porozumieniu z gospodarzem ustalono miejsce spotkań – sala nr. 10.
-
Przyjaciele z pasa otwockiego zadeklarowali wsparcie Grupy przez pierwszy
najtrudniejszy czas działania.
-
zwrócono też uwagę na zapełnienie przez grupę luki terytorialnej między Saską
Kępą – Grochowem a Aninem – Falenicą, w których to osiedlach były
już wówczas mityngi. Założycielami byli – Janek, Seweryn, Paweł.
Równolegle
z Grupą AA powstała Grupa Al-Anon. Na termin
spotkania wybrano również środę o godz.18. Utworzenie obydwu grup miały pomóc
zdrowieć zarówno alkoholikom jak i osobom współuzależnionym.
Pierwszy
mityng odbył się 28.03.1998 roku. Na mityngu tym
zaproponowano propozycję nazwy grupy i poddano je sumieniu Grupy. Wybrano też
służby.
Wybór
nazwy grupy okazał się trudny niż się spodziewano i wtedy wspierający Nas
Sławek Śpiewak zaproponował prostą nazwę „Przy Trakcie”. Nazwa
miała swoje źródło od ulicy Trakt Lubelski. Jednogłośnym sumieniem grupy nazwa
została przyjęta.
Przez
pierwszy rok działania grupa „Przy Trakcie” miała silne wsparcie z
grup ościennych. Następne lata były dla grupy niełatwe, wykrystalizował się
stały skład Mityngu. Byli to Janek, Paweł, Weronika śp., Janek Taxi, Danusia, Swietłana śp, Ania, Stasio,
Janusz, Sławek, Jasio…
ZZA KRAT
Wreszcie zaufałem
Mam na imię Marek, jestem
alkoholikiem. Już jako dziecko kradłem drobne rzeczy,
by tylko zdobyć pieniądze na alkohol. Wychowywałem się wśród ludzi pochodzących
z rodzin patologicznych, gdzie alkohol był na porządku dziennym - więc takie
życie mi odpowiadało. Alkohol mi imponował, uważałem że
takie życie jest lekkie i przyjemne. Można powiedzieć, że kradłem by pić i na
odwrót. Upijałem się często lecz z początku nie
pokazywałem się w domu po pijanemu bo bałem się Matki.
Ale
gdy trafiłem do Zakładu Poprawczego za włamania poczułem się pewniejszy i
bardziej niezależny. Zaczęły się ucieczki z ZP i następne kradzieże by zdobyć
pieniądze na alkohol. Piłem bardzo dużo i często, bywało że
upijałem się do nieprzytomności. Spałem po melinach,
ławkach przed blokami. Nie przeszkadzało mi to że
ludzie wytykali mnie palcami. Gdy piłem byłem wyluzowany, zapominałem o
problemach życia codziennego, a co najgorsze alkohol dawał mi odwagę. Stawałem
się bardziej agresywny i bezwzględny w zdobywaniu pieniędzy na zaspokojenie
moich potrzeb. Rodzina widząc mój problem z nałogiem próbowała ze mną rozmawiać
i przekonać do podjęcia leczenia – lecz niestety
ale mój zaćmiony alkoholem umysł bronił się przed utratą używki jaką był
alkohol. Odwracając fakty obarczałem swoją rodzinę za moje niepowodzenia.
Z
czasem stałem się częstym gościem izby wytrzeźwień. Karany byłem przez
kolegium, aż pewnego dnia obudziłem się w ZK z okropnym bólem głowy i
powtarzającymi się przez kilka dni wymiotami. Młody wiek i nie do końca
zniszczony alkoholem organizm stosunkowo szybko zwalczył falę narastającego głodu więc niezbyt dotkliwie poczułem brak mojej używki. Niestety ale jeszcze wtedy nie rozumiałem swojego problemu i
nawet rozmowy z psychologiem nie skutkowały w tym bym sobie uświadomił że
jestem alkoholikiem. Nie traktowałem tego poważnie lecz
raczej jako coś w rodzaju rozrywki, która bez alkoholu nie miałaby sensu. Poza
tym myślałem że jeżeli podczas pobytu w ZK przez kilka
lat nie piję to jakim ja mogę być alkoholikiem?
Po
dwóch latach wyszedłem na wolność i teraz to mogę stwierdzić, że fizycznie nie
byłem uzależniony, gdyż nie odczuwałem braku alkoholu w organizmie, lecz
psychicznie uzależnienie okazywało się o wiele silniejsze i pierwszy dzień
wolności uczciłem porządną libacją suto zakrapianą alkoholem. Nieświadom
zagrożenia ponownie wtopiłem się w towarzystwo, w którym życie toczyło się od
flaszki do flaszki. Znowu zacząłem kraść i to najczęściej z powodu braku
pieniędzy na alkohol. Piłem częściej i więcej niż kiedykolwiek. Piłem alkohol
niewidomego pochodzenia, spałem gdzie popadnie, a co najgorsze to krzywdziłem
tym nie tylko siebie, ale i moich najbliższych. Trwało to kilka miesięcy aż
trafiłem ponownie do ZK i to na dużo dłużej niż poprzednio bo na 15 lat za
zabójstwo, którego nie popełniłem choć byłem uczestnikiem. Rozmowa z więziennym
psychologiem ukierunkowana była głównie moim problemem z alkoholem i propozycją
uczestnictwa w mityngach AA. Początkowo myślałem, że to nie dla mnie, że ja nie
jestem alkoholikiem których obraz kojarzył mi się z
kloszardami trzęsącymi się z braku denaturatu i żebrującymi o drobne. Lecz w
głębi duszy czułem że małymi kroczkami zbliżałem się
do tego najgorszego, czym byli właśnie ci kloszardzi.
Z
początku bez większego przekonania przełamałem się aby
iść zobaczyć, na czym polega taki mityng AA. Zobaczyłem tam ludzi takich jak
ja, którzy z żalem i bez zahamowań opowiadali o swoim uzależnieniu. Normalni,
próbujący wyrwać się z nałogu i co najważniejsze w niczym nie przypominali
obrazu kloszardów, do których tak bałem się upodobnić. Zacząłem regularnie
chodzić na spotkania AA, a nawet sam zacząłem się wypowiadać o swoich
przeżyciach z alkoholem i o wnioskach jakie wyciągnąłem
z tamtego czasu. Pomogło mi to, zrzuciłem ciężar, który w sobie dusiłem i
dzięki mityngom zrozumiałem.
Dziś
po 9 roku uczestnictwa w mityngach AA wiem, że jestem alkoholikiem, cały czas
pracuję nad swoją trzeźwością i zdaję sobie sprawę, że po opuszczeniu ZK będę
poddany próbie i głęboko wierzę, że dam radę wytrzymać w abstynencji i że nie
przestanę uczęszczać na mityngi AA.
Marek
Coś się ze mną stało
Na samym początku mojego
burzliwego życia, a było to w czwartej podstawowej moi rodzice nadużywali
alkoholu zresztą od dawna już mieli z tym problem tylko mi to w pewien sposób
nie przeszkadzał, bo nie kontrolowali mojego stylu życia. Pamiętam tylko to, że
w moim domu były awantury a ja większość czasu spędzałem po za domem i
obiecywałem sobie, że nigdy nie będę taki jak oni i że moim dzieciom nic nie
zabraknie, po prostu miałem wstręt do pijanych ludzi, ale z biegiem czasu
pojawiły się imprezy, na których był alkohol. Na początku wcale nie miałem
chęci nawet spróbować, ale żeby jakoś zaimponować towarzystwu zrobiłem ten
pierwszy krok w przepaść – od razu się upiłem i pamiętam, że kac był
okropny, ale za to impreza wydawała mi się świetna. I tak żyłem w świecie, jak
to teraz nazywam iluzji. Wydawało mi się, że jest wszystko dobrze, choć miałem
doświadczenie z domu to znaczy picie, ale jak patrzyłem na innych jak się w ten
sposób bawili to myślałem, że to normalne. W końcu z trudem skończyłem
podstawówkę i zacząłem zarabiać pieniądze, które w większości przepijałem. W
niedługim czasie zwolnili mnie za picie i brak odpowiedzialności, ale ja
mówiłem, że ta robota to nie dla mnie i szukałem lepszej, tylko, że szukałem w
towarzystwie kumpli, którzy też mieli problemy z alkoholem, znalezieniem pracy,, ale za to zawsze znalazła się butelka do wypicia i tak w
kółko, aż w końcu trzeba było załatwić jakieś pieniądze na imprezy i to właśnie
wtedy zaczęły się problemy z prawem. Drobne kradzieże i tzw. chuliganka.
Mieszkałem wtedy w Michałowicach koło W-wy, potem przeprowadziłem się do
Raszyna. Tam też szybko odnalazłem ludzi swojego pokroju i wszystko wróciło
powrotem. Wprawdzie pracowałem, ale rano przed robotą musiało
„pęknąć” przynajmniej ¾ i potem do roboty. Wieczorem zbiórka
pod sklepem i ten sam zestaw i ci sami ludzie. W 2000 roku spotkałem
dziewczynę, spotykałem się wcześniej z innymi, ale ona jedna jest dla mnie
najważniejsza, to dzięki niej zacząłem myśleć o normalnym życiu. Były dni, że
się nie upijałem i wydawało mi się, że panuję nad sobą, ale szybko straciłem co całe „panowanie” nad sobą, i zacząłem
przychodzić pijany.
W 2003 trafiłem do A.Ś. Służewiec, miałem
wtedy już dwie córki z Grażyną (tak ma na imię moje kochanie). W tym czasie
przy każdym widzeniu w AS obiecywałem, że nie będę już pił. Pamiętam
jakie to złote góry obiecywałem, ale ten cały mój piękny świat prysnął
jak tylko przekroczyłem mury aresztu. Jeszcze tego samego dnia upiłem się i
jeszcze przez 4 dni chlałem. Stwierdziłem, że tak być
nie może i postanowiłem się zaszyć, więc przyjechał jakiś facet
i wszył mi esperal.
Wymuszona abstynencja trwała 9 miesięcy.
Zaczynało być dużo lepiej i sam teraz nie wiem jak momentalnie zacząłem
powrotem spadać na dno - zacząłem pić. Jak nie było żadnych hamulców to kładłem
się pijany, wstawałem pijany, w ciągu dnia piłem – po prostu tragedia. Organizm też już nie przyswajał ani posiłków ani
mojego wspaniałego „towarzysza nieszczęść”. Była tragedia. Trwało
to do 09.2008, aż po wódzie spowodowałem wypadek i sąd
odwiesił mi 2 lata więzienia, w którym się teraz znajduję, z czego 7 miesięcy
odsiedziałem na śledczym w 2003 r.
Tu na Służewcu zgłosiłem
się na terapię, mówiąc szczerze, żeby łatwiej dostać warunkowe, ale już po paru
spotkaniach na tzw. Grupie wstępnej, którą prowadził kier. P. Jurek, któremu dużo zawdzięczam, sam
zorientowałem się, że to jest to czego potrzebuję. Aż przyszedł czas na 1szy
mityng, na którym przyznałem się, że jestem alkoholikiem. Moje pierwsze słowa
„ja Sebastian alkoholik” były dla mnie czymś innym, niż tylko
słowami – coś się ze mną stało, a w mirę słuchania innych przyjaciół aowców z wolności po prostu nie potrafiłem ich nie słuchać.
Każda ich historia z życia normalnie wchodziła w moje uszy jak kamień w pustą
studnię – po prostu słuchałem siebie.
Do tej pory uczęszczam na mityngi AA jak jest
to tylko możliwe. Muszę przyznać, że to dzięki prowadzącemu, który poprosił
mnie o poprowadzenie czasami mityngu, zdecydowałem się na napisanie tego
listu. Zarazem to on i inni przyjaciele
z wolności, którzy mają po parę ładnych lat abstynencji i dali mi tak potrzebne
narzędzie i motywację na lepsze jutro.
Dziś wiem, że ważne jest przestrzeganie
programu HALT jak i 24h. Pilnuję tego dziś i pragnę żyć tym również na wolności bo mam przecież moją wspaniała rodzinkę: cztery
córeczki i moje oczko w głowie synka, dom i wspaniałą kobietę, która nie
odwróciła się nigdy ode mnie a dzięki wspólnocie AA mogę być dziś trzeźwy, a
dzieci mogą mieć tatę jakiego ja chciałem mieć.
Na zakończenie pozwolę sobie podziękować
wszystkim aowcom za przesłanie
jakie niosą do Zakładów Karnych i wszystkim, którzy przyczyniają się do
wydawania „Mityngu”. Aby tak dalej.
Takie wsparcie jest tu bardzo potrzebne. Gorąco wszystkim polecam.
Powodzenia, Sebastian alkoholik.
P.S. Dzięki Ci Janusz.