MITYNG 06/144/2009
DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO
„To właśnie ten krok oddziela ludzi dojrzałych od dzieci” ... różnica między „dzieckiem a
dojrzałym człowiekiem” to różnica między dążeniem do wyznaczonego przez samego
siebie celu a pragnieniem zbliżenia się do wzoru obiektywnej doskonałości,
pochodzącego od Boga... sugeruje się nam, że
powinniśmy stać się całkowicie gotowi, by dążyć do doskonałości... Z chwilą gdy mówimy „Nie, nigdy!”, zamykamy Bożej łasce dostęp do naszych umysłów... Doszliśmy bowiem dokładnie do tego punktu, w którym
rezygnujemy z naszych ograniczonych celów i zwracamy sie
ku temu co dla nas zamyślił Bóg.
Kiedy po raz kolejny czytam fragmenty z „Dwunastu
kroków i dwunastu tradycji”, przywołane w czerwcowych
„Refleksjach”, cieszę się.
Kiedyś nie
lubiłem czytać książek. Może i nie umiałem, może i nie miałem cierpliwości.
Może też, kiedy już byłem starszy, nie uważałem, że coś jest
„godne” mojej uwagi.
Dzisiaj
jest lepiej. Systematycznie sięgam po literaturę aowską,
tak jak biorę udział w mityngach AA. Czynię tak nieustannie
bo wiem, że nadal mam wiele do zrobienia, zwłaszcza w dążeniu do wzoru
obiektywnej doskonałości. Ta lektura i mityngi zdają się nie mieć końca. A ja,
o dziwo, mam na to wewnętrzną zgodę i cierpliwie się z
tym wszystkim zapoznaję. Dzień po dniu.
Tu się niczego nie zmyśla, z życia wzięte. A ja w to wierzę.
Dziś nie piję. Przyjaciele z AA - spotykani na mityngach i w literaturze aowskiej, sponsor - są dla mnie niczym lustro, w którym mogę się przejrzeć. A ponieważ mój obraz - choć już lepszy - nadal posiada wady, w dalszym ciągu nie piję, chodzę na mityngi, czytam literaturę AA, rozmawiam ze sponsorem...
AA
Siedząc na
warsztatach w Sochaczewie zadawałem sobie pytania: Co
to znaczy być przyjaznym dla naszych przyjaciół? Czy taka nacechowana językiem
serca postawa otwartości może sprawić, że będą oni jeszcze bardziej przyjaźni
dla mnie i dla nas? I
jeszcze szereg podobnych pytań. Tak jak to powiedziałem na konferencyjnej sali,
gdzie zabrakło czasu (a może mojej natychmiastowej gotowości) do wypowiedzi
podczas warsztatów, postaram się teraz podzielić swoimi refleksjami i
przemyśleniami.
Tak to się w
moim życiu stało, że jako konsekwencja okresu mojego picia od kilku już ładnych
lat jestem pod nadzorem kuratorów sądowych i społecznych. Miałem ich wielu
– mężczyzn i kobiet, w różnym wieku, o różnym stopniu świadomości o
istocie uzależnień.
W pierwszych
miesiącach mojego kontaktu z nimi łączyła ich wielka nieufność, wręcz czasami
może pewna wrogość w stosunku do mnie alkoholika. Podchodzili do mnie jak pies
do jeża. Czasami czułem się jak na przesłuchaniu na komendzie. Trudno wtedy mi
było nazwać ich moimi przyjaciółmi. Większość z nich jednak słuchało moich
opowieści o zmianach jakie w sobie obserwuję, o chorobie alkoholowej, o
Wspólnocie AA .... Zawsze starałem się wpleść choć
pojedyncze zdania, czy też myśli w odpowiedziach na ich rutynowe pytania. W
czasie naszych spotkań “podrzucałem” im egzemplarze biuletynu Mityng, czy też
kolejne wydania Wieści
z AA.
W miarę
upływającego czasu i kolejnych moich trzeźwych dni zaobserwowałem w każdym
przypadku nawiązującą się niepostrzeżenie nić porozumienia pomiędzy nami.
Słuchali mnie z zaciekawieniem, a służbowe kontakty nabrały jakby bardziej
przyjaznego charakteru.
Może ktoś
powie czy też pomyśli, że budowałem przy okazji swój obraz – tak żeby
lepiej wypaść w ich sprawozdaniach. Tysiące wypowiedzi przyjaciół na mityngach
pokazują mi jak ważne są intencje z jakimi przystępuję
do wykonywania określonych działań. Mogę przy tych moich opowieściach pyszniąc
się wywyższać siebie jakby wypinając pierś “do orderów”, ale także
mogę za drugiej strony, chowając w kąt swoje osobiste ambicje by być
“gwiazdą AA” z otwartym sercem dzielić się swoim doświadczeniem i
być może pomóc alkoholikowi, który wciąż jeszcze cierpi
... Sam nie mogę z racji pracy,
którą wykonuję uczestniczyć w mityngach informacyjnych organizowanych przez
nasz Region. Postanowiłem tą drogą wpływać na stopień świadomości grupy
kuratorów sądowych. A takie działanie jest niejako moją powinnością. Może
dzięki temu kolejni alkoholicy trafią na salki mityngowe i będą mieli okazję
skorzystać z tej samej szansy, którą mnie kiedyś dano. Mnie także na mój pierwszy
mityng skierował profesjonalista.
Dziś podczas spotkań z moją kuratorką słyszę, że bardzo lubi rozmawiać z trzeźwiejącymi alkoholikami, że wiele czerpie z naszych wypowiedzi, że daje to jej inspirację i nowe doświadczenie, które może wykorzystać w swojej codziennej niełatwej pracy. Z pewnością mogę stwierdzić, że kroczę dobrą drogą spłacając dług wdzięczności wobec wspólnoty oraz profesjonalistów, którzy mnie pośrednio do niej skierowali. A co więcej - obserwuję, że nasi przyjaciele z grona profesjonalistów stają się coraz bardziej przyjaźni dla mnie i dla nas.
Andrzej
04
Wszechwiedzący dojrzewa
Niedawno
ktoś na mityngu poprosił mnie o sponsorowanie. Musiałem odmówić – mam nadzieję,
że taktownie. Bo czasu nie mam, bo mam już podopiecznych, bo coś tam jeszcze.
Niedawno
byłem w Częstochowie. Ale nie tylko podziwiać Klasztor Jasnogórski, a na
warsztatach zorganizowanych przez Region Katowice na temat sponsorowania.
Spotkanie to miało charakter ogólnopolski i tak też było. Ja byłem
„przejazdem” z Dolnego Śląska i w drodze do Warszawy uważałem to za
poświęcenie. Ale kiedy odezwali się m.in. przyjaciele z Darłówka,
pochyliłem czoła.
Sądziłem,
że o sponsorowaniu wiem już wszystko. Jeśli wprost literatura AA nie mówi o tym
jak to robić, to ja wiele znalazłem w artykułach z MITYNGU już z lat 90-tych.
Byłem też na warsztatach w wielu miejscach, na spotkaniach służb, mam sponsora
i sam sponsoruję. Słowem – wiem wszystko. Tak sądziłem.
Pytania
– będące scenariuszem warsztatów – były gruntownie przemyślane. Od
odpowiedzi na pytanie dlaczego i jak realizuję program 12 kroków, poprzez
spojrzenie na swoje doświadczenie w szukaniu sponsora, na zagrożenia, a
skończywszy na mojej gotowości do zmieniania się oraz do niesienia posłania...
Gruntownie
zastanawiałem się nad każdym z poruszonych tematów, uczciwie sobie
odpowiadałem, uważnie słuchałem innych. Dowiedziałem się wielu nowych rzeczy,
do paru spraw podszedłem z bardziej otwartą głową i sercem. AA nie ma początku
ani końca, nie zamyka się w sztywnych ramach, regulaminach, przepisach. I
nieustannie jest dla mnie źródłem wzrastania.
Teraz
rozglądam się za tym człowiekiem, któremu odmówiłem. Nie spotkałem go do dziś.
AA
Komunikacja podstawą porozumienia,
porozumienie
podstawą duchowości
Pijalnia
piwa. Kłęby dymu snujące się z najtańszych papierosów, aromat kuflowego piwa
oraz woń pobliskiej toalety, do której drzwi zepsuły się lata temu, tworzą
specyficzny opar. Siedzimy w ośmioro przy sześcioosobowym stole. Knajpa jest
pełna po brzegi. Właśnie opowiadam jakąś historię. W tym samym momencie swoje
opowieści kontynuuje trzech kolegów. Nie słucham ich. Oni mnie pewnie też. Ale
jakie to ma znaczenie? Dziewczyny się śmieją – z czego?
nieważne! – jest super!
W domu?
Normalnie. Żadne tam ciche dni, broń Boże! Zwykły dzień:
„kto odbierze syna ze żłobka?”, „trzeba
wyrzucić śmieci”, „musimy pomyśleć o nowej lodówce”, „w
telewizji znowu nic ciekawego”.
Mityng
mojej grupy AA. „A ja się cieszę, że dzisiaj nie piję i że tu
dotarłem”. „Mnie się zepsuła spłuczka – kiedyś to bym się z
tego powodu na pewno napił, ale teraz się nie napiłem i bardzo się z tego
cieszę”.
Na
ulicy… W pracy…
Kiedyś, przez
przypadek, podsłuchałem, jak jakiś specjalista od psychologii związków mówił
komuś, że najważniejsze jest to, żeby się ludzie ze sobą komunikowali.
Wzruszyłem lekceważąco ramionami. Ależ ci ludzie wymyślają sobie problemy!
Mówić umiem? Umiem. Czasem nawet potrafię się posłużyć lepszą polszczyzną niż
wielu moich znajomych. To w czym niby problem?
Przecież się komunikuję i to całkiem nieźle. Trzeba było widzieć, jak
prowadziłem zebrania w firmie! Ja jestem specem od komunikacji!
Czterdzieści
lat samotności. Byłem jej najwierniejszym poddanym i oddanym kochankiem, a
samotność odwdzięczała mi się podążając za mną zawsze i wszędzie; była ze mną w
sklepach i w knajpach, na spotkaniach towarzyskich i w podróży, w domu i na
ulicy. Nie było od niej ucieczki, ale… przecież ja nie chciałem
uciekać.
Strach,
lęk przed odrzuceniem stał się na przestrzeni lat trwałym elementem mojego
„ja”. W związku z kilkoma wydarzeniami z wczesnego dzieciństwa, ja
z całą pewnością WIEDZIAŁEM, że nikt mnie nie kocha i nie pokocha, że nikt mnie
nie lubi i nie polubi, że nikt mnie nie rozumie i nie
zrozumie, że nikt mnie nie akceptuje i nie zaakceptuje.
A
właśnie… Zrozumienie i akceptacja! Sam siebie nie potrafiłem zrozumieć
ani zaakceptować, jak więc mogłem rozumieć i akceptować innych, tak różnych ode
mnie, ludzi?
Wiele lat
potrzebowałem, żeby pojąć, że istota moich błędów zawsze była i jest związana
ze strachem, lękiem, brakiem odwagi. Nie starczało mi odwagi, by zweryfikować
swoje wyobrażenie o tym, co inni ludzie sądzą o mnie. Bałem się odrzucenia i
śmieszności. Owszem, pod wpływem alkoholu ten strach udawało mi się
przełamywać, ale wówczas przecież nie pokazywałem im prawdziwego siebie.
Fantastycznie
rozbudowane kompleksy – przede wszystkim niższości – maskowałem
fanfaronadą i, w obawie przed kolejnym zranieniem nadwrażliwego ego, uciekałem
w samotność.
Swój
przeciągający się romans z samotnością maskowałem przeświadczeniem o własnej
wyjątkowości. Zawsze przecież byłem bardziej inteligentny i oczytany od
rówieśników. Nie dopuszczając nigdy nikogo wystarczająco blisko, tych przekonań
też latami nie poddawałem weryfikacji.
Czterdzieści
lat samotności zaowocowało także brakiem podstawowej zdolności do
porozumiewania się z ludźmi. Porozumiewania się, polegającego na czymś zupełnie
innym niż wymiana prostych informacji!
Ja po
prostu nie potrafiłem być z ludźmi. Z nikim, nawet z kobietami, którym mówiłem
o miłości.
Romans z
samotnością okazał się przekleństwem…
Ostatnie
tygodnie mojej służby łącznika internetowego.
Pojawiła
się dosyć nietypowa sprawa. Na naszym terenie powstał nowy ośrodek dla
skazanych. Ze starego ZK przeniesiono więźniów alkoholików, przyzwyczajonych,
do mityngów AA, do pracy grupy. Ich dotychczasowy „opiekun”
(łącznik z ZK i AŚ) mocno się o nich niepokoił, prosił, by
się nimi zaopiekować, jakoś o nich zadbać.
Zrobiłem
wszystko, co w tej sytuacji mogłem zrobić. Przekazałem, poinformowałem,
naświetliłem, wyjaśniłem, zaapelowałem. W sumie moich działań nie było aż tak
znowu wiele, ale ważniejsze wydaje się coś innego: cały czas w kontakcie z
innymi, porozumiewając się i współpracując, razem, zrobiliśmy coś dobrego,
sensownego, wartościowego. Bo to ruszyło! Dzięki porozumieniu dwóch intergrup zaczęło działać w czasie krótszym niż miesiąc.
Dziwne,
rzadko odczuwane ciepło. Razem. Wspólnie. Wspólnota. Porozumienie. I słowa z
Ewangelii Mateusza (Mt 18,20) już
nie tylko rozumiane, ale i doświadczane.
Czyli
jednak potrafię! Czasem wychodzi mi zarówno komunikacja, jak i porozumiewanie
się z innymi. Świetnie! Ale teraz pytania: kiedy? W
jakich warunkach? Czy na mityngach AA? No…
Ale na
pewno wtedy, kiedy robię coś wspólnie z innymi, ale dla innych – nie dla
siebie, nie w swoim interesie. A więc? Tak. Służba. Poza grupą. Taka, która
zmusza do komunikacji i porozumienia. No i praca z podopiecznym oczywiście.
Czy
potrzebne jest coś jeszcze? O tak… głód. Prawie tak wielki, jak ten
alkoholowy. Głód jedności i wspólnoty, który mogę zaspokoić tylko dzięki
komunikacji i porozumieniu. Głód, który leczy samotność.
Bo
samotność nie jest wzniosła. Nie ma w niej duchowości. Jest tylko gorycz,
tęsknota i lęk…
Meszuge (IV 2009)
Co chciałabym powiedzieć nowemu na jego pierwszym
mityngu?
Całkiem niedawno - jakby wczoraj - na swoim pierwszym mityngu w trakcie przywitania trzymałam za rękę kobietę. Mocno. Kurczowo. Jakby to była klamka od drzwi, za którymi jest moja wolność. Przez cały czas trwania mityngu płynęły po moich policzkach łzy. Z każdą łzą czułam ulgę. Pomyślałam – „Dotarłam! Wreszcie tu dotarłam! I tak naprawdę to już ode mnie zależy czy nacisnę tę klamkę, otworzę drzwi i przekroczę próg do wolności.” Tak jak od Ciebie zależy, czy zostaniesz tu z nami. Czy otworzysz swoje drzwi? Ja to zrobiłam. Zostałam. Czuję się wolna, potrafię uśmiechać się. Dziś nie piję. A na mityngach moment trzymania się za ręce na przywitanie i pożegnanie jest najprzyjemniejszą chwilą mojego dnia. Czuję przynależność, czuję wsparcie. Powtórzę za przyjaciółmi – przychodź, bądź z nami.
Gosiali
Kiedyś
udawało mi się przerywać picie, przynajmniej na jakiś czas. Ale z roku na rok
było coraz gorzej. Wreszcie - w wielomiesięcznym ciągu - przestałem wierzyć, że
można żyć bez alkoholu.
I jednocześnie całym sercem tego pragnąłem. Sam nie umiałem wyrwać się z
obłędu. Wtedy coś dobrego się stało.
Potem
trafiłem między innych alkoholików, którzy doświadczali trzeźwości od lat i z
wielkim trudem, cierpliwie, zacząłem dostosowywać się do tego
co sugerowali.
Dlatego dzisiaj z głębokim przekonaniem mogę Ci od siebie powiedzieć – życie bez alkoholu jest możliwe,. I piękniejsze.
Sławomir
Zapraszamy do kolejnych wypowiedzi. Piszcie.
Jak mówić językiem serca?
Spóźniłam się na warsztaty. Bzy pachną, konwalie, żonkile i maj oszałamia
mnie zapachami. Zaplanowałam dzień i wszystko szło zgodnie z planem. W moim
harmonogramie zaznaczyłam warsztaty o 15.00. Spóźniłam się. Było niewiele osób.
Poczułam, że jestem w bezpiecznym miejscu. I powiedziałam językiem serca, co
czułam i to czym chciałam się podzielić. Bo ja, Ela,
pokonuję wstyd, odważnie patrzę w głąb siebie i odkrywam PRAWDĘ.
Bałam się prawdy. Sadziłam, że zrzucenie maski będzie bolesne i trudne.
Dzisiaj cieszę się z tego, że jestem sobą. Dość udawania. Czasem odbieram
Wspólnotę jak teatr i czuję kto gra a kto jest sobą. Kto
służy a kto chce być na świeczniku. Właściwie to nie
lubię w codziennym życiu teatralnych póz i gestów, żartów. A sama wciąż to
robiłam. Niedoszła aktorka…
Cóż … świat tak pędzi do przodu a ja wciąż tkwię w latach
siedemdziesiątych. Tak jestem cholernie zacofana i
staroświecka. Nie lubię komórek, komputerów, telewizji. Kocham wieś, naturę,
zwierzęta i dzięki temu pachną moje konwalie a rano znów obudzi mnie śpiew
skowronka. Gałąź mojego klonu za oknem powita mnie zielenią liści. Mam kontakt
z Siłą Wyższą.. Bardzo mi było trudno mówić o sobie prawdę, mówić językiem
serca. Ponieważ nasza wspólnotowa anonimowość – fundamentalna –
niejednokrotnie była łamana i niestety dzieje się tak teraz. Dzisiaj po ognisku
w Halinowie czuję wewnętrzny ład i spokój. A najważniejsze, co usłyszałam na
warsztatach: mówić o sobie, co mi pomaga, zachować trzeźwość duszy, serca i
umysłu, równowagę emocjonalną – TRZEŻWOŚĆ
Dobranoc przyjaciele i dziękuję za miło spędzony czas w Halinowie.
Z Pogodą Ducha – E-AA
Z kącika kolportera
Na warsztaty
w Laskowicach Pomorskich zostałem wysłany jako delegat
intergrupy. Był to mój pierwszy taki zlot w A.A.
Wcześniej uważałem, że na takie spotkania powinien jeździć Kolporter Regionu i
później zdawać relację poszczególnym intergrupą, a
wysyłanie kolporterów intergrup czy grupowych jest
niepotrzebnym trwonieniem pieniędzy, które można by spożytkować na niesienie
posłania. Szybko zmieniłem zdanie.
Spotkanie
było podzielone na cykl warsztatów, w których dzielono i wymieniano się
doświadczeniem. Podczas pierwszego spotkania dopracowano sugerowany ,,Poradnik kolportera”. Jest to owoc wspólnej pracy
podczas poprzednich warsztatów. Ciekawe było spotkanie z pracownikami BSK oraz
redaktorami Regionalnych biuletynów i Zdroju.
Pracownicy
BSK opowiedzieli do czego powołane jest biuro, jednym
z celów jest wydawanie literatury zgodnie z prawem, bo jako jedyne ma osobowość
prawną i może w imieniu AA w Polsce robić to właśnie zgodnie z prawem. Mówiono
też o trudnościach jakie napotykają podczas
tłumaczenia niektórych pozycji. Na zlocie we Wrocławiu zostanie wydana nowa
pozycja.
Podczas
kolejnych spotkań dowiedziałem się jak inne regiony rozwiązują problemy
związane z kolportażem, jak to u nich wygląda. Zdarza się, że niektóre regiony
nie posiadają Kolportera Regionu. Działają kolporterzy intergrup.
Było mnóstwo pytań, np. jak tworzyć fundusz
literatury, jak zabezpieczyć powierzone mienie i pieniądze (być może będą to tematy wiodące na
kolejnych warsztatach). Słuchając tych wypowiedzi i zbierając nowe doświadczenia
uświadomiłem sobie, że w naszym Regionie W-wa
kolportaż (nie chcę przechwalić) działa dobrze. Jest mi łatwo pełnić służbę,
mam pod nosem Biuro, PIK, i książki też. Z zadowoleniem zauważyłem, że w
Warszawie i okolicach jest sporo kolporterów, wyjazd pozwolił lepiej się poznać
i zintegrować. Zmartwiło mnie tylko jedno - słuchając niektórych przyjaciół, że
brak jest rotacji w służbie. Kilku kolporterów pełni swą służbę ponad 10 lat.
Czas płynął nieubłaganie, nadeszła godzina wyjazdu.
Jeszcze kilka zdjęć na pożegnanie, uściski dłoni, ,,misiaczki”
i życzenia, abyśmy się spotkali na kolejnych warsztatach, które zorganizuje
Region Galicja.
Cieszę się, że mogłem wziąć udział w tym spotkaniu.
Zdobyłem kilka ciekawych doświadczeń, poznałem kilku fajnych
ludzi. Bardzo mi się podobało. Pozostaje mi podziękować intergrupie,
że wysłała mnie jako swego delegata, ale zrobię to
osobiście na najbliższym spotkaniu. Pozdrawiam serdecznie.
Pogody Ducha, Robert
Sprawozdanie ze spotkania Zespołu ds.
Literatury
14.05.2009
r. (II czwartek miesiąca) o godzinie 18.00 w Punkcie Informacyjno-Kontaktowym odbyło się spotkanie
Zespołu, w którym wzięło udział 16 osób.
Po
przywitaniu i przedstawieniu planu spotkania, poprosiłam o zabranie głosu Delegata
Narodowego Tomka
Ł. Usłyszeliśmy mnóstwo doświadczeń z wyjazdu naszego Delegata na Konferencje
Wielkiej Brytanii i Francji. Opowiedział nam również, czym podzielił się – jakimi doświadczeniami z naszego kraju – z
angielskimi i francuskimi przyjaciółmi. Relacje z tych wyjazdów będziemy mogli
przeczytać w ZDROJU. Z wielkim zaciekawieniem obejrzeliśmy książkę
„Język serca” wydaną w wersji francuskiej, wydawnictwa, plakaty,
ulotki, które przywiózł Tomek ze sobą. Wśród tych wydawnictw była ciekawie i
praktycznie rozwiązana ulotka-okładka, w której można pomieścić inne ulotki
tego samego formatu. Prezentacja literatury AA wraz z krótkimi informacjami o
treści, którą zawierają nasze książki nie formie pojedynczych ulotek lecz, kołonotatnika ze sztywnymi karkami, który można
ustawić na mityngowym stole a kartki przekładać w zależności od potrzeb.
Pokazał nam również sposób wydrukowania „Poradnika służb”. Jest to
segregator (kolor czarny i od tego koloru nazywany „Czarną księgą”)
z kolorowymi kartkami, które można wypiąć i wymienić, jeżeli następują zmiany w
sposobie pełnienia danej służby, bez konieczności drukowania całości po
zmianach. Taki segregator może znajdować się na grupach, w intergrupie
czy regionie i każdy zainteresowany może do niego zajrzeć. O każdym egzemplarzu Tomek opowiadał nam
bardzo szczegółowo. Z całego serca dziękujemy za możliwość usłyszenia tej
relacji oraz obejrzenia, dotknięcia tego co drukują AA
dla AA w tych krajach.
Następnym punktem spotkania
było omówienie organizacji warsztatu na temat: „…Gdzie pieniądze
spotykają się z duchowością…”, który odbędzie się dn. 13.06.09
(sobota) o godz. 15.00 w PIK przy ul. Brazylijskiej 10. Na ten warsztat chcemy
zaprosić przedstawicieli BSK.
Kolporter Regionu zgłosił
zapotrzebowanie grup na drukowanie „Modlitwy XI Kroku” (fragmentu z książki „Dwanaście
Kroków i 12 Tradycji”) w formie zafoliowanej
kartki A4. Zespół postanowił przekazać tę propozycję na spotkaniu Rady Regionu
Delegatowi Służby Krajowej ds. Literatury, by przedstawił ją na Komisji.
Uznaliśmy, że pomysł ten nie powinien pozostawać w Regionie Warszawa. Jeśli
Służby Krajowe podejmą się druku takiej ulotki, to będą mogli skorzystać
wszyscy AA na mityngach w Polsce jak również poza granicami naszego kraju
– tam, gdzie odbywają się mityngi polskojęzyczne.
Rozmawialiśmy o sposobach pozyskiwania artykułów do MITNGU. Nadal prosimy Was drodzy przyjaciele o dzielenie się swoimi doświadczeniami z pełnienia służb na szczeblu intergrupy, regionu, kraju. Czekamy na listy tych osób, które pełniły i pełnią obecnie te służby. Wydrukowane w MITYNGU, będą nam bardzo pomocne a w przyszłości do stworzenia być może kolejnego zeszytu „MITYNG SŁUŻB” lub nawet „Poradnika służb”. (...)
Sprawozdanie spisała Przew. Zespołu ds. Literatury - Gosiali
Sprawozdanie z warsztatu na
temat
„Służba
podstawą porozumienia”
Warsztat
odbył się podczas XXXI Konferencji Służb Regionu Warszawa.
Udział wzięło 54 osoby ze
wszystkich Intergrup naszego Regionu.
Uczestnicy warsztatu, wśród
których znajdował się również niżej podpisany, omówili zakres wszystkich służb
poczynając od służb na Grupie poprzez służby w Intergrupie
i Regionie a kończąc na służbach krajowych. Było to możliwe, ponieważ wśród
uczestników byli przedstawiciele tych służb pełniący je w przeszłości lub
obecnie. Oprócz omówienia dzieliliśmy się także wiedzą i doświadczeniem na
temat wpływu tych służb na komunikację pomiędzy członkami naszej Wspólnoty.
Osobiste doświadczenia
uczestników warsztatu dotyczące służby nakierowane były głównie na poczucie
wdzięczności do AA za uratowanie życia oraz „ odpłacenie za to Wspólnocie
wykonywaną służbą”.
Spora część wypowiedzi dotyczyła
jednak wpływu jaki wywiera służba na porozumienie
między naszymi członkami. Wśród nich dominowały takie, które mówiły o potrzebie
dokonywania jasnych i czytelnych przekazów dzięki czemu
unika się nieporozumień lub erupcji osobistych ambicji.
Rzetelne wykonywanie służby, obojętnie na jakim ona byłaby poziomie, bardzo jest takiemu
porozumieniu pomocne. Ma to szczególny wpływ na kontakty służebnych z
uczestnikami Grupy niepełniącymi żadnej służby. Jako
przykłady można podać mandatariusza rzetelnie przekazującego informację z Intergrupy na swojej Grupie (często wbrew jakimś niechętnym
osobom), skarbnika skrupulatnie dbającego o uzgodniony podział
„kapelusza”, czy prowadzącego niekomentującego
wypowiedzi innych uczestników mityngu. Takie
wykonywanie służby przyczynia się do podniesienia jej wartości i potrzeby w
oczach pozostałych uczestników mityngu, a szczególnie wobec tych, którzy
dopiero rozpoczynają swoją przygodę z trzeźwością. Wszyscy mamy nadzieję, że
zaowocuje to w przyszłości zwiększeniem ilości osób chętnych do udzielania się
we Wspólnocie, co bardzo przyczyni się do jakość
trzeźwienia nas wszystkich.
Takie odczucia nie powinny nam
jednak przesłaniać „ciemnych stron” podejścia wielu alkoholików do
pełnienia służby. Poszczególni uczestnicy warsztatów w swoich wypowiedziach
duży nacisk kładli na obojętność i niezrozumienie AA-owców
niepełniących służb, dla których Wspólnota jest tylko miejscem na „cieplutkim” mityngu, gdzie
można spotkać się z przyjaciółmi, wymienić ploteczki i poklepać nawzajem po
plecach. Osoby takie same nie biorąc udziału w służbach, służenie innym uważają
za niepotrzebne sądząc chyba, że wszelkie sprawy organizacyjne i techniczne we
Wspólnocie zrobią się same.
W
trakcie trwania warsztatu rozważaliśmy takie sytuacje jak wyżej wymienione i
staraliśmy się podzielić swoim doświadczeniem jak temu zaradzić: przekonać
niechętnych, wciągnąć niezdecydowanych i zainteresować obojętnych. Niestety w
wypowiedziach uczestników było niewiele optymizmu. Przeważały raczej poglądy o
daremnym trudzie, o nieudanych próbach, zawiedzionych nadziejach a w rezultacie
zniechęcenie. Przykładem mogą tu być trudności ze znalezieniem swojego tzw.
„cienia” lub tzw. „łapanki” podczas wszelkiego typu
wyborów.
Jednak
mimo tych negatywnych odczuć w końcu w wypowiedziach przebiła się podstawowa
idea działania osób będących w służbach: mówić, opowiadać, dzielić się
doświadczeniem. Jak powiedział któryś z uczestników „ziarno rzucone nawet
w najsuchszą glebę, jeśli będzie podlewane w końcu kiedyś wykiełkuje”.
Tym „podlewaniem” mają być działania nas służebnych w AA. Dlatego też w wypowiedziach na zakończenie naszego
warsztatu więcej było wiary i nadziei niż można byłoby się spodziewać.
W
odczuciu uczestników warsztat ten był potrzebny, ponieważ pozwolił nam
pełniącym służbę poczuć jedność nie tylko jako
alkoholikom, ale także jako osobom działającym na rzecz naszej Wspólnoty.
Sądzimy też, że warsztaty omawiające działanie służb w różnych ich aspektach są
niezmiernie potrzebne i powinny odbywać się w miarę często.
Sprawozdanie przygotował prowadzący
warsztat
Włodek z Intergrupy „Wars”
Co to jest język serca?
Warsztaty. Punkt Informacyjno - Kontaktowy,
Brazylijska 10, Warszawa dn. 09.05.2009
„Zauważyłem,
że nasza rozmowa była dialogiem całkowicie wzajemnym. Przestałem prawić kazania. Wiedziałem, że potrzebuję tego alkoholika w
równym stopniu, co on mnie.”
Jak to widzi Bill str. 257
- Jestem zazdrosny o to, że inni potrafią
przekazywać coś co wiedzą spokojnie i bez nerwów, bez
przemocy słownej, nie używając słów wulgarnych. Praca nad sobą i udział w
służbach pomaga w zmianie, aby być spokojniejszym. Kojąco wpływa na mnie nasza
modlitwa.
- Na początku drogi przez dość długi okres nie
potrafiłem dzielić się swymi problemami ze swym przyjacielem ani on z nim.
Dopiero po długim czasie mogę z nim rozmawiać swobodnie właśnie językiem serca.
Zaczynam potrafić słuchać, porozumiewać się.
- Zauważam, że wyczuwam człowieka, który jest
dla mnie życzliwy, że odzywa się do mnie z miłością. Lubię ludzi, z których
emanuje miłość, życzliwość i radość. Widzę, że jeśli jestem szczera podczas
rozmowy lub biorę czynny udział w mityngu, znajduję wielu przyjaciół, którzy
zaczynają mnie otaczać.
- W okresie picia nie mogłem z nikim porozumieć
się. Po przyjściu do Wspólnoty uważałem, że byłem oczytany i zacząłem
wszystkich nauczać. Zauważyłem, że ludzie ode mnie odsuwają się. Zawsze czegoś
mi brakowało, bo walczyłem o to, by mieć rację. Zauważyłem też, że szukając
porozumienia sam muszę w drugim człowieku znaleźć człowieka, który ma prawo
mieć swoje zdanie. Zaczynam odkrywać w sobie, że mogę mieć kontakt ze
wszystkimi.
- Podczas wypowiedzi powinienem omawiać swoje
postępowania nie sztucznie a z sercem. Mówiąc spokojnie często zauważam, że bez
słów można też porozumieć się.
- W pierwszym roku abstynencji zazdrościłem
ludziom akceptacji tego, co ich otacza. Nie potrafię jeszcze uśmiechać się.
Zaczynam powoli akceptować innych. Są już powolne zmiany, co zaczynam sam
zauważać. Wybaczenie jest długim procesem i z tym godzę się.
- Przełamałam wstyd. Chcę być potrzebną
wszystkim. Staram się ostatnio mówić językiem serca i przełamywać swoje
gadulstwo. Nie staram się wypowiadając swojej wypowiedzi ubierać w piękne zdania ale mówię to, co czuję.
- Język serca mogę okazać uśmiechem. Nie
krytykuję, nie kopię, nie oceniam ani nie pouczam. Brak przemocy słownej jest
bardzo ważny. Słowa wulgarne kojarzą mi się z knajpą. Doświadczenia innych
najcelniej do mnie trafiają, gdy ktoś mówi krótko i treściwie. Uczę się mówić
jasno, czytelnie, bez chaosu.
- Miłość można przekazywać gestami, oczami i
brzmieniem głosu. Wewnętrzna harmonia emanuje na zewnątrz. Energia miłości jest
dla mnie jest wyczuwalna na sporą odległość. Ludzie, którzy rozwijają się
duchowo są jak piękne, wonne kwiaty. Sprowadzają pokój na ziemię. Wspólnota AA
jest dobrym miejscem dla tych, którzy pragną zmieniać się. Tutaj jest siłą
grupy i wolność, która jest niezbędna aby wzrastać ku
człowieczeństwu. We Wspólnocie uczymy się dawać z siebie to, co najlepsze.
Dzielimy się swym doświadczeniem, aby wzmacniać innych.
- Język serca to dialog między dwoma osobami,
gdzie jeden i drugi coś z siebie dają, nie przerywanie wypowiedzi, nie wykład a
przykład.
Komunikacja
na poziomie uczuć.
Zobaczyć w
drugim człowieku takiego samego jak ja.
Można
znać się wiele lat z kimś a nic o tym człowieku nie wiedzieć.
Otwieranie
się, mówienie o swoich uczuciach, o problemach, gotowość do otwarcia.
Brak
wulgaryzmów umiejętność wyrażania swojego zdania w sposób cywilizowany.
Tolerancja,
akceptacja odmienności i brak polemiki w tym brak stereotypów (kobieta jest
„taka”, mężczyzna jest „taki”).
Brak
oceny, krytyki (wtedy poczucie bezpieczeństwa i bliskości).
Pokora,
opanowanie pychy.
Umiejętność
słuchania, uważność na drugiego człowieka.
Dążyć do
porozumienia, gdyż bez drugiego człowieka nie ma szczęścia w życiu, trzeba
mówić tak, by chciał mnie słuchać.
Czynienie
dobra wraca.
Życzliwość.
Bezinteresowność,
nie realizować swoich ambicji.
Nie
wywlekać „brudów”, bo to odwrotna pycha (patrzcie
jaki jestem odważny).
Osoba
harmonijna, spokojna, chcąca się tym dzielić z innymi.
Gesty,
wyraz oczu, ton, barwa głosu, przepływająca dobra energia – Bóg.
- Zaprzeczeniem języka serca jest polemika z innymi poglądami. „Gdzie dwóch się spotyka w imię Moje, tam i ja jestem wśród nich”. A wszystko co zrobimy razem w porozumieniu i współpracy, uwzględniając odmienne poglądy, jest możliwe przy pomocy języka serca.
Do spotkania na następnych warsztatach.
LISTY DO REDAKCJI
Znowu
(ciąg dalszy)
Drugą (po
córce) osobą na której mi zależało a z którą popsułem swoim
zachowaniem relacje jest moja była żona. Od listopada 1989 r.
kiedy zwarliśmy związek małżeński, zgotowałem jej swoim zachowaniem i
piciem alkoholu piekło na ziemi. Bardzo pragnąłem rodziny, żony, dziecka, ale
moja dojrzałość emocjonalna i przystosowanie do życia były na poziomie zerowym.
Kilkakrotnie pobiłem żonę, przepijałem wypłaty i wspólne pieniądze. Przepiłem
obrączki i pierścionek zaręczynowy oraz córki biżuterię. Żona płaciła moje
długi i odbierała mnie ze szpitala psychiatrycznego. Współżyłem z nią pomimo
jej niechęci, wiem że nie chciała i bała się. Czuła do
mnie obrzydzenie, ale ze strachu godziła się na to wszystko.
Gdy to
wszystko docierało do mnie – poczucie winy i świadomość skrzywdzenia kogoś kogo kochałem, gdy widziałem jej łzy i podbite oczy
– to nie potrafiłem tego znieść. Nie potrafiłem z tym żyć i jak
najszybciej zapijałem. Dopiero całkowita utrata świadomości, całkowite upicie sie dawało mi chwilowa ulgę. Zagubiłem sie
w tym w tym wszystkim.
W 1992
roku zostałem aresztowany i skazany na 6,5 roku. W
zakładzie karnym podjąłem terapię. Zacząłem trzeźwieć i wraz z żoną zacząłem od
nowa budować nasz związek, w którym była miłość, tolerancja, wzajemny szacunek
i zaufanie.
Odbyłem z
żoną rozmowę według ustalonego scenariusza, wraz z terapeutką, gdyż mogłem sie pogubić i nie powiedzieć czego
chciałem. Z mojej strony była to realizacja kroków 5, 8 i 9 oraz powiedzenie tego co robię, co sie ze mną
dzieje i czego pragnę. Spotkałem się ze zrozumieniem i otrzymałem nową szansę.
W 1997
roku działy się w moim życiu rzeczy, z którymi sobie nie radziłem. Uciekłem w samotność, czułem lęk że nie dam rady. Smutek, złość. Czułem przerażenie i
panikę po prostu. Uciekałem całkowicie, zrywając kontakt z rodziną, z przyjaciółmi
z AA. Tłumaczyłem sobie, że nie będzie mnie stać na zniesienie wyrzutów żony i
obwiniania mnie, jak to ją skrzywdziłem. A przecież żona nigdy po tej naszej
rozmowie nie powróciła do przeszłości, ani nie wypominała moich win.
Czasami
sobie myślę, że chciałem ją ukarać, zemścić się za to co
znowu zaczęło się dziać w moim życiu. Chciałem znaleźć sobie kozła ofiarnego za
moje błędy i niepowodzenia.
Był to
drugi raz kiedy popsułem relacje z swoim zachowaniem z
osobą, na której mi naprawdę zależało.
Do 2006
nie mieliśmy żadnego kontaktu, nasze drogi całkowicie sie
rozeszły. Połączyły się ponownie w czasie moich wizyt
u moich rodziców oraz spotkań z córką. Zostałem ponownie obdarzony zaufaniem i
szansą uczestniczenia w życiu i wychowaniu mojej córki Kasi.
Tak dużo
otrzymałem, a ja znowu to zniszczyłem. Zachowałem się nieuczciwie, znikając
ponownie. Nie było mnie stać na przyznanie się, że muszę się zgłosić do Z.K.
celem odsiedzenia starego wyroku.
Karol, 09.02.2009r. O.Z. Przywary
Mój tata
Gdy
miałam 3 latka moja Mama rozwiodła się i urodziła się moja siostra. Tata
wyprowadził się. Był duży, przystojny, ciepły, bardzo spokojny i palił fajkę.
Kochałam go i wciąż za nim tęskniłam. Dorastałam bez niego. Zazdrościłam
koleżankom ich ojców. A ojczyma nie cierpiałam. Mój Tata nie pił alkoholu. Był
elegancki a jego głos mnie urzekał. Lubiłam z nim rozmawiać
chociaż onieśmielał mnie. Jego wizyty były krótkie, za krótkie. Wciąż
tęskniłam. Potrzebowałam jego obecności i wsparcia w alkoholowym domu. Chciałam
Ojca co dzień. Kiedy skończyłam 16 lat, Tata przyszedł
na „Wesele” Stanisława Wyspiańskiego, w którym grałam Rachelę. Grałam dla niego. Jego obecność na widowni
pozwoliła mi pokonać tremę i wstyd, bo to byłą moja pierwsza rola. Dwa lata
później zmarła babcia Maria, matka ojca. Byłam na pogrzebie i stypie. Tata
zaproponował mi, abym z nim zamieszkała. Nie zgodziła się mama, bo ja nie
miałam jeszcze 18 lat.
Gdy
wyszłam za mąż za alkoholika, w najtrudniejszych chwilach spotykałam się z Tatą
w kawiarni. Rozpierała mnie duma. Kobiety za nim przepadały. Straciłam kontakt
z Tatą po jego wylewie. Mama zawiozła mnie do szpitala. Był lewostronnie
sparaliżowany. Chciało mi się wyć. Chciałam być przy nim. Mama nie pozwoliła mi
na to. Już nigdy potem nie widziałam Taty – wynajął mieszkanie i wyjechał
do B. Szukałam go. Nawet przez radio. Nie odezwał się. Dziś nie wiem, czy żyje
czy już zmarł. Próbował go szukać mój syn. Bez skutku.
Czasem myślałam, że moje życie potoczyłoby się inaczej. Alkohol nie
lałby się strumieniami z kolorowych flaszek. Miałabym poczucie bezpieczeństwa.
(?). Nie wiem. Właśnie poczucia bezpieczeństwa brakowało mi najbardziej od
dzieciństwa. Brak ojca spowodował moje szalone, nietrwałe związki z
mężczyznami, których traktowałam lekceważąco. Do dziś ponoszę jeszcze tego
konsekwencje. Stwarzam więc dystans i stawiam granice.
To jest obawa przed skrzywdzeniem. AA dało mi możliwość poznania siebie
prawdziwej. Za to Wam dziękuję przyjaciele. Z
Pogodą Ducha – E-AA- „Ary”…
„Nasze korzenie...”
Grupa AA „NIESPODZIANKA”
Postaram się opisać własnymi słowami
jakie były początki powstania wspólnoty anonimowych alkoholików w
Sokołowie Podlaskim.
Pochodzę z niedużej miejscowości oddalonej o
Bardzo zależało mi na tym
aby w Sokołowi Podlaskim powstała grupa anonimowych alkoholików. Po
około 15-stu miesiącach bycia we wspólnocie umówiłem się na rozmowę z
pracownikami Poradni Odwykowej w Sokołowie Podlaskim. Przedstawiłem się z
imienia, że mam na imię Karol i jestem alkoholikiem i że nie pije już 15-ście
miesięcy dzięki wspólnocie AA i programowi 12-stu kroków jaki
tam stosujemy.
Z pierwszego spotkania z panią Ewą D. byłem
niezadowolony, a to z powodu tego, że pani Ewa co do
powstania grupy AA podeszła sceptycznie i bardzo niechętnie, komentując to w
ten sposób: „Kilka osób z podobną propozycją do niej do gabinetu
przychodziło, potem znikali i nikomu jeszcze to się nie udało, to i mnie także
to się nie uda gdyż nie znam miejscowego środowiska”. Rozmowę zakończyłem
zadając sobie pytanie: a z jakiego ja pochodzę środowiska i czym różnię się od tych z którymi przecież tak niedawno piłem?
Mimo
takiego podejścia jednak nie zrezygnowałem, dowiedziałem się, że jest jeszcze
jedna pani psycholog, która w tym czasie była na urlopie. Tym psychologiem była
Ania G. i gdy tylko wróciła z urlopu umówiłem się z nią na wizytę w poradni.
Rozmowa dotyczyła częściowo mnie, ale głównym celem mojej wizyty było
skierowanie rozmowy na właściwe tory aby przesłanie AA
dotarło na teren Sokołowa Podlaskiego. Aby mogła powstać grupa AA musiałem
szukać wsparcia w Poradni Odwykowej albo w Kruży w kościele katolickim.
Pani Anna faktem tym, że może postać grupa
wspólnotowa w Sokołowi Podlaskim, bardzo się ucieszyła i podeszła do tej sprawy
z entuzjazmem kwitując to powiedzeniem: „może w końcu w poradni zacznie
tętnić życie, może się coś zadzieje”.
Słowa Ani sprawdzają się do dnia
dzisiejszego, do życia wraca wielu i dzieje się coś dobrego i pozytywnego.
Aby mogła powstać grupa zaangażowały się obie
panie psycholog, Ewa i Ania. Ustalanie szczegółów, sprawy organizacyjne, termin
spotkania, scenariusz i ustalenie programu, tym zajęły się panie psycholog Ewa
i Ania. Moje zadanie polegało na tym, abym zamówił Mszę Św. W Kościele
Parafialnym NMP w Sokołowie Podlaskim, znaleźć alkoholika aby
dał świadectwo swojej trzeźwości i zorganizowanie mityngu otwartego AA.
W niedzielę dn. 7 października 1990 r o godz. 16:00 odprawiona została
w Kościele Parafialnym NMP Msza Św. w intencji wytrwania w trzeźwości.
Tereska Al-anon
powiedziała modlitwę Hanki, następnie po Mszy Św. głoszone były w Kościele
przez członków Wspólnoty Anonimowych Alkoholików - „Świadectwa
trzeźwości” między innymi przez Stefana z Krzeska. Potem w Ośrodku
Kultury odbył się pierwszy mityng otwarty sokołowskiej grupy AA. Oprócz
mieszkańców Sokołowa i okolic, w tym kilkunastu osób z problemem alkoholowym,
obecni byli też gości alkoholicy z Międzyrucza,
Siedlec, Garwolina, Węgrowa i Warszawy, w tym członkowie rodzin AA – łącznie
około 70 osób. Poradnia leczenia odwykowego zorganizowała i przygotowała
skromny poczęstunek.
Z tego spotkania zapamiętałem tylko Lecha,
który zniknął na kilka miesięcy ale wypowiedź jego, że
nauczył się późno grać na gitarze utkwiła mi w pamięci. Ze względu na to
(miałem takie przeczucie) że swoją osobowością,
sposobem bycia, poczuciem humoru przyciągnie innych do naszej tworzącej się
Wspólnoty AA. Celem moim było pozyskać Lecha dla grupy za wszelką cenę.
Początki były trudne, przychodziło kilka osób,
Lecha poszukiwałem, nie wiedziałem gdzie mieszka i po kilku miesiącach
spotkałem go przypadkowo, wiele dobrego wniósł do wspólnoty, grupa ożyła, do
dnia dzisiejszego jesteśmy przyjaciółmi. W początkowym okresie spotkania
mieliśmy w Domu Kultury nad kawiarnią „Niespodzianka”. Na którymś z
początkowych mityngów grupę naszą nazwaliśmy także grupa AA
„Niespodzianka”. Spotkania odbywały się w środę o godz. 17:00, nadmienię jeszcze że Tereska Al-anon
spotkała się z żonami alkoholików i założyły grupę Al-anon.
Bardzo dobrze od samego początku układała się
współpraca pomiędzy Wspólnota AA a Poradnią Odwykową, a zwłaszcza z psycholog
Anią G. W początkowym okresie grupa musiała zmieniać miejsce swoich spotkań, w
chwili obecnej jest dobrze, grupa ma spotkania w ORPA środy, piątki i niedzielę
i dodatkowo w salce katechetycznej w Kościele NMP w poniedziałki.
Ja, Karol alkoholik, w powstaniu Wspólnoty AA
w Sokołowie Podlaskim nie przypisuję sobie żadnych zasług, po prostu miałem tak
ogromne pragnienie bycia trzeźwym, a samemu jest ciężko, więc zrobiłem to co każdy inny będąc na moim miejscu by zrobił. Wiem, że
trzeźwienie jest wielką łaską i bez pomocy Boga bym nic nie dał rady zrobić.
Jestem cały czas sługą i narzędziem w ręku Pana i staram się tę służbę pełnić
tak jak tylko potrafię.
Od strony duchowej bardzo pomocny był dla
grupy ks. Zbigniew G., często przyjeżdżał na mityngi otwarte na grupę
Sokołowską, jak i wspierał indywidualnie potrzebujących pomocy alkoholików.
Na koniec przytoczę dość nie wymowny tekst
nieznanego autora:
„Zegar życia można uszkodzić tylko raz
i nikt nie ma takiej wiedzy, by powiedzieć, kiedy zatrzymają się jego wskazówki
– w godzinie późnej czy wczesnej. TERAZ – to jedyny czas, jaki
masz, by żyć, kochać i z zapałem pracować. Więc nie pokładaj nadziei w jutrze,
bo wówczas twój zegar może już stać.”
Czego nauczyli mnie krytycy…
Nareszcie! Nareszcie ten
koszmarny dzień zbliża się do końca! Za chwilę dotrę na swój mityng, a tam w
końcu będę miał trochę spokoju. Opowiem, co mi się wydarzyło i może jakoś
spłynie ze mnie całe to napięcie, bo w pracy już myślałem, że mnie rozerwie.
Jeszcze tylko kilkanaście minut i na mityngu będę bezpieczny; tam nikt mi po
głowie nie będzie skakał, oceniał, krytykował…
Od samego rana
się zaczęło. Mleko wykipiało! No i co się stało? Od tego jest mleko, żeby
kipiało. A ona nie musiała od razu wyskakiwać z krytyką mojego sposobu
gotowania. Że nie uważałem! Rano zawsze jest bałagan w domu, do tego zaspałem,
spieszyłem się… W końcu nie mogę na wszystko uważać!
W pracy
jeszcze większy horror. „Wątpliwa metodologia, cztery błędy w
pomiarach!” Krytyk się znalazł! Już chyba zapomniał, jak przed awansem
robił moją robotę. Na pewno też nie raz zdarzało mu się pomylić. A ten zaraz
wyskoczył, że jestem niesystematyczny, nieuważny… Z żoną miałem awanturę,
to się pomyliłem. Czasem się zdarzy, nie? Nie ma co od
razu afery robić!
Na szczęście
zaraz jest mityng, a tam przynajmniej panują jakieś zasady i prowadzący nie
dopuszcza do żadnego krytykowania. Lubię moją grupę, tam zawsze się wyciszam i
ładuję akumulatory…
Po mityngu,
jak zawsze, wszystko było już w porządku. Emocje opadły, wyciszyłem się. Żona?
Nie ma się czym przejmować, zwykła domowa sprzeczka
– nie warto do niej wracać. A szef? Może chłop miał po prostu zły dzień?
Albo popił wczoraj i kac go męczył? Ha, ha, ha…
Czego
nauczyła mnie krytyka i krytycy, a w tym przypadku żona i szef? No, cóż…
Właściwie to niczego. Prawdę mówiąc ja przecież chyba nawet nie usłyszałem
tego, co próbowali mi przekazać.
Pewnego razu podczas
jakiejś rozmowy, której już nawet nie pamiętam, kiedy właśnie popisywałem się deklaracjami co do swojej gotowości na zmiany, ktoś zapytał
mnie, na jakiej podstawie chcę w sobie tych zmian dokonywać? Skąd będę wiedział co zmieniać, w jakim kierunku i w jaki sposób? Nie
potrafiłem na to pytanie odpowiedzieć. Długo. Aż do czasu, kiedy wszedłem w
konflikt z Intergrupą dotyczący zawartości stron
internetowych. Skrytykowali mnie równo!
Terapia wraz z
jej „informacjami zwrotnymi” się skończyła, podczas mityngów AA
obowiązują określone zasady… Myślę, że przynajmniej dwa lata kołysałem
się na łagodnych falach samozadowolenia, pewien, że skoro nie docierają do mnie
żadne sygnały i oceny krytyczne, to wszystko jest ze mną w porządku. Nie pomyślałem
jakoś o tym, że nie docierają, bo przecież nie stworzyłem ku temu zupełnie
żadnej okazji czy możliwości. Dopiero te strony internetowe…
Bezsensowna
„kołomyja” z Intergrupą trwała kilka
miesięcy. W jej trakcie pojechałem po raz pierwszy do Strzyżyny. Tak się
złożyło, że tam także wszedłem w konflikt z pewnym aowcem.
I znów musiałem wysłuchać „konstruktywnej krytyki”. Ale wówczas
wydarzyło się tam jeszcze coś wręcz niesamowitego. Otóż podejmując pewien
wysiłek przekonałem się, że urazę i złość mogę zamienić na wdzięczność.
Po
powrocie do domu problem z Intergrupą
rozwiązaliśmy (razem!) właściwie od ręki.
Te dwa wydarzenia nauczyły
mnie czegoś bardzo ważnego. Ich elementem wspólnym była krytyka, a ja
zrozumiałem nareszcie, że w sytuacji braku reakcji otoczenia lub samych
pochwał, ja nie podejmę żadnego działania, nie zrobię kompletnie nic, no bo i czemu miałbym coś zmieniać, jeśli najwyraźniej
wszystko jest w porządku i nie mam żadnych sygnałów, że coś ze mną jest nie
tak, jak trzeba?
Jeśli czyjaś krytyka wyraźnie „coś mi
robi”: wzbudza sprzeciw, rodzi opór, złość, urazę, chęć odwetu, to
najprawdopodobniej chodzi o jedną z trzech ewentualności: albo jest
uzasadniona, albo demaskuje moje wady (np.
pychę – jak on śmiał skrytykować MNIE?!), albo i
jedno i drugie.
Nawet jeśli krytyka jest zupełnie chybiona, mogę przy tej okazji
nauczyć się cierpliwości, zrozumienia i wyrozumiałości dla ludzkich słabości.
Ale, prawdę mówiąc, niewiele takich przypadków miałem w życiu. Zwykle jednak,
prędzej lub później, uznawałem że w krytyce –
choćby wyrażonej w sposób napastliwy i arogancki – było jakieś ziarno
prawdy. A to oznaczało szansę dla mnie.
Ja nadal i w dalszym ciągu nie pałam jakimś
szczególnym sentymentem do człowieka, z którym kiedyś tak ostro się starłem (i
nie muszę). Ale – choć może to zabrzmieć wręcz paradoksalnie –
nadal i wciąż jestem mu wdzięczny. Dzięki niemu czegoś ważnego się o sobie
dowiedziałem i czegoś przydatnego nauczyłem. Dwa lata później, w bardzo
podobnej sytuacji, takiego samego błędu już nie popełniłem, a to jest już wiele
warte.
Ludzie z mojego bliższego czy dalszego otoczenia,
przyjaciele, znajomi i nieznajomi, mogliby nie robić zupełnie nic. Nie odzywać
się, nie pisać. Ale niektórzy z nich podejmują jednak wysiłek. Oceniają mnie i
wyrażają swoją krytyczną opinię. To prawda, że czasem nie panują nad swoimi
emocjami i forma ich krytyki zupełnie mi nie odpowiada. Mimo to, kiedy już
burza ucichnie, staram się pamiętać, że mimo wszystko coś jednak dla mnie
zrobili. Ich intencje są w tej chwili mniej ważne, ale ja dostałem swoją szansę
i tylko ode mnie zależy, co z tym zrobię. Za tą szansę jestem im wdzięczny.
A emocje? No, cóż… nie każdy jest tak życzliwy,
spokojny i pełen pogody ducha, jak mój sponsor. Mnie też często „poniesie” mimo, że przecież starałem się kierować
szlachetnymi pobudkami.
Dziś nie ulega już dla mnie wątpliwości, że zamykając
drogę krytykom i krytyce, blokuję jednocześnie, i to dość skutecznie, swoją
drogę rozwoju, trzeźwienia.
Pozostaje jeszcze jedno, czysto techniczne pytanie: co mam robić, żeby z krytyką się spotkać?
Odpowiedź zawiera się właściwie w samym pytaniu i jest
nim słowo – „robić”. We Wspólnocie AA nadal i wciąż pracy
jest więcej niż chętnych do jej wykonywania. Przede wszystkim mam na myśli
służby, ale i pracę ze sponsorem.
Każda praca, nawet zwyczajne mycie szklanek,
wykonywana we Wspólnocie dla dobra nas wszystkich może stać się całkiem niezłą
okazją, bym usłyszał słowa krytyki na swój temat. Takich okazji jest jeszcze
więcej w intergrupach, w regionach, komisjach…
Wszystko to jest bardzo piękne, ale przecież krytyka
często po prostu i zwyczajnie boli, a i konieczność podporządkowywania się
decyzjom grupy do najprzyjemniejszych doświadczeń nie należy.
Tak, to niewątpliwie prawda, ale przecież nikt mi nie
obiecywał, że krytyka będzie mi dobrze służyć do poprawiania nastroju i humoru.
Przyznam, że poddawanie się krytyce porównuję czasem
do wizyty u dentysty. Mogę, i to nawet dosyć długo, migać się przed borowaniem,
ale kto będzie winien jeśli w przyszłości zakończy się
to rwaniem?
Kiedy tak rozmyślałem nad tematem dotyczącym krytyków
i krytykowania, pierwsze co mi przyszło do głowy, to
wspomnienie pewnego powiedzenia: „Trucizna czai się w stojącej
wodzie”. Coś w tym jest…
Na koniec, tak trochę pół żartem, pół serio, dodam
tylko, że kiedy przez zbyt długi czas nikt mnie nie krytykuje, zaczynam się
niepokoić i czegoś mi brakuje. No, bo jak to? Człowiekiem bez wad przecież się
nagle nie stałem, służby pełnię, pozostaje więc jedno
z dwojga: albo wszyscy uznali mnie już za typ niereformowalny i zrezygnowani
machnęli na mnie ręką, albo ja po prostu już nie żyję…
Meszuge (IV 2009)