MITYNG 02/152/2010
DO UŻYTKU WEWNĘTRZNEGO
...
jest
miłujący Bóg, jakkolwiek może się on wyrażać w sumieniu
każdej grupy...
Ja wiem najlepiej,
mnie słuchajcie! Mniej
więcej z takim właśnie przekonaniem dość długo żyłem. Być może zdarzało
się, że
była to prawda. Jednak życie pokazało, że znacznie częściej było
inaczej, że
się po prostu myliłem.
Tradycja Druga
pozbawia mnie zapędów do bycia
autorytetem – to miejsce jest zajęte. Nie jest też nim Marek,
Wacek i Pankracek.
Jedynym i
najwyższym autorytetem w AA jest
bowiem miłujący Bóg,
jakkolwiek może on się wyrażać w sumieniu każdej grupy.
Tradycja
Druga hamować
powinna też innych wobec mnie – nasi przewodnicy są tylko
zaufanymi sługami,
oni nami nie rządzą. To jest jasne i nie ma
co
komplikować. Porządek wskazywany w Tradycjach zobowiązuje i daje
poczucie
bezpieczeństwa.
Kiedyś dokonywaliśmy wyboru służb
i nie przeszedł
kandydat, na którego głosowałem. Wówczas ktoś
powiedział, że „wygrała zbiorowa
mądrość”. Nie byłem tą mądrością zachwycony, raczej
rozgoryczony. Bo poddanie
się tej zbiorowej mądrości nie jest łatwe, przymusza do ćwiczenia
trudnej
sztuki pokory.
Trudności z przyjęciem
poglądów odmiennych od moich
towarzyszyły mi chyba od piaskownicy. Często powodowały, że wycofywałem
się z
kontaktów. Obrażałem się, rzucałem zabawki. Potem trzaskałem
drzwiami i
obrażałem innych. Tak było, ale już tak nie chcę. To nie są przecież
zachowania
godne trzeźwiejącego alkoholika.
Pojawia się pytanie - a gdzie w
tym wszystkim jest
Bóg? Krok Trzeci (Postanowiliśmy
powierzyć...) i
Jedenasty (Dążyliśmy
poprzez modlitwę
...)
sugerują zapraszać
Boga do udziału w moim życiu i w życiu
Wspólnoty. Gorąco wierzę, że On pojawia się i
w trakcie głosowania na
mandatariusza na grupie, i w wypowiedziach na mityngu, i na stronach
Wielkiej
Księgi, ... Miłujący. ON, a nie kto
inny.
I nawet teraz, jeśli Ty i ja o to
prosimy – jest.
pozdrawiam,
S.AA
Kobiety w AA
Kobieta
alkoholiczka? To niemożliwe!!! Alkoholik – to FACET! AA, to
mnóstwo facetów.
Facetów
alkoholików. Jak
miałam wyjść z tej swojej pijackiej jaskini, gdzie piłam samotnie i
samotnie
połykałam łzy? Jak? Miałam iść do jakiś facetów
i
prosić ich o pomoc, bo sama już nie daję rady ze swoim piciem?
Panicznie bałam
się mężczyzn. Bałam się i nienawidziłam. Od dzieciństwa żyłam w
poczuciu
krzywdy. Krzywdy, którą wyrządzali mi ONI. Chciałam przestać
pić. Pokonałam
swój strach i… wybrałam się na swój
pierwszy mityng… kobiecy. Na tym mityngu
byłam przyjęta do Wspólnoty, o której tak dużo
czytałam. No i na tym mityngu
była przeczytana Preambuła. A w sali same kobiety. Potem kolejne
mityngi.
Mityngi, gdzie w zgodzie z Preambułą byli i mężczyźni, i kobiety. A
bywa teraz
i tak, że jestem jedyną kobietą w sali. Dziś już mi to nie przeszkadza…
Ale na początku.
Na
początku nie było łatwo. Mimo, że moja młodość utopiła się w butelce,
mimo że
alkohol zabrał mi urodę, to obserwowałam zaciekawione spojrzenia
mężczyzn w moją
stronę (a może mi się tak tylko wtedy wydawało?). Musiałam bardzo
koncentrować
się na wypowiedziach uczestników mityngu i oddzielać je od
płci – przecież to
ta sama choroba i ten sam sposób na wychodzenie z niej.
Muszę
słuchać ich sugestii, by ją zatrzymać. – myślałam.
Więc wytrenowałam w sobie
umiejętność nie zwracania uwagi na ICH
spojrzenia (ja nazywam
„łypanie ślepiami”), zaglądania w mój
dekolt, ICH zachęty do wymiany telefonów
(to ja decydowałam, komu podaję swój numer), nie słuchałam
komplementów a na
rubaszne żarciki nie reagowałam.
Nie
pozbyłam się łatwo strachu przed przypadkowo spotykanymi mężczyznami na
mityngach. To była żmudna i trudna praca. A i teraz nie każdemu ufam.
Nie z
każdym wsiądę do samochodu, gdy proponuje mi odwiezienie do domu i nie
każdego
o to poproszę.
Zaczęłam
skromniej ubierać się, na żarty pozwalam sobie tylko z tymi osobami
płci
męskiej, których zdążyłam już dobrze poznać i do
których mam zaufanie.
Wymieniam się numerami telefonów z tymi, z
którymi łączy mnie służba. Swój daję
kobietom-nowicjuszkom bądź bardzo młodym (w wieku moich dzieci)
alkoholikom. A
przyjaźnie zawiązuję z tymi, o których wiem, że dla nich
jest ważna moja
trzeźwość a nie to, że jestem kobietą. Nauczyłam się stawiać granice.
Mam też
świadomość tego, że i mój wiek zaczął mnie chronić przed
„niesieniem posłania
przez posłanie” i każdy upływający rok zaczyna mnie chronić
coraz bardziej.
Czuję się coraz bezpieczniej, ale jestem ostrożna. A Ty? Ty Droga
Przyjaciółko
z AA? Jak wyglądały Twoje pierwsze mityngi pod względem relacji kobiet
i
mężczyzn?
Z życzeniami trzeźwych
nocy i dni - Gosiali
Wypowiedziami – w
różnych miejscach i na różne tematy –
prowokowałem
tak długo, aż w końcu się doigrałem. Zadzwonił telefon – tu
Hipnotyzer (to mój
sponsor), uważam za wskazane, abyś zastanowił się nad tematem
„moja Wspólnota
AA”. Bąknął też coś o Trzeciej Tradycji, o ogonie,
który co trochę próbuje
merdać psem i z nowym zadaniem zostawił mnie samego.
Moja Wspólnota
AA
albo… noworoczne
postanowienia
Na
początku to ona nie była wcale taka moja, ta
Wspólnota, mimo, że dość regularnie chodziłem na mityngi.
Byłem po prostu
alkoholikiem, który w trakcie terapii odwykowej brał także
udział, z polecenia
terapeutki zresztą, w mityngach AA.
Minęły
lata. Pojawił się w moim życiu drugi sponsor
(ale pierwszy z prawdziwego zdarzenia), brałem
udział w warsztatach w Strzyżynie i Woźniakowie, zacząłem pełnić
służby,
wreszcie pracować z trzecim sponsorem. W życiu, także tym pozamityngowym
(a może zwłaszcza w nim), zaczęły się dla mnie liczyć Tradycje, z
którymi
najpierw musiałem się przecież jakoś bliżej zapoznać…
Wspólnota AA powoli
stawała się coraz bardziej moja, choć proces ten nie przebiegał gładko
i
jednostajnie. Zawirowania następowały, a jakże! Zwłaszcza wtedy, gdy
dochodziłem
do wniosku, że ja już wiem najlepiej, że ja już wszystko rozumiem, znam
receptę
i teraz, to proszę tylko mnie uważnie słuchać, a na pewno wszystko
będzie
dobrze.
Prosty
przykład. Swego czasu rozpętałem całkiem
sporą burzę oburzając się na obłudę grup AA i całej
Wspólnoty w Polsce, która
siedzi w kieszeni Kościoła Katolickiego, płaci czynsze grubo poniżej
stawek
rynkowych i jeszcze twierdzi, że jest samowystarczalna. To pewnie
wszystko
prawda, ale… w tym momencie Wspólnota była chyba
jednak mniej moja, niż
wówczas, gdy sam na wzburzone fale lałem oliwę zgody i
porozumienia
przypominając, że w Siódmej Tradycji mowa jest o tym, że
każda grupa powinna
być samowystarczalna, a nie, że musi taka być, albo natychmiast się
stać.
Co dobrego i korzystnego dla
Wspólnoty wyniknie z
biegłej i „na wyrywki” znajomości zasad i tradycji,
jeśli służy to tylko
miażdżącej krytyce? Powoli przekonywałem się, że słuszne argumenty i
racja, to
jeszcze nie wszystko, a poza tym… z tą racją często jest
trochę tak, jak z d… -
każdy ma swoją.
III
Tradycja Wspólnoty AA mówi, że jedynym warunkiem
przynależności jest chęć zaprzestania picia, ale ani słowa o tym, że
żeby do
niej należeć, trzeba bezwzględnie i drobiazgowo znać i przestrzegać
wszystkie
zasady, tradycje i koncepcje – traktowane przy tym nieomalże
jak jakieś
zarządzenia, czy obowiązujące normy prawne.
Moje
główne postanowienie na nowy, 2010 rok brzmi:
miłość, służba i dzielenie się doświadczeniem. Przyznaję z pewnym
zawstydzeniem, że nie pierwszy to raz, ale może rzeczywiście takie
postanowienia trzeba i warto podejmować wciąż na nowo? Nawet każdego
dnia? A
jeżeli nie od razu będzie mnie na tą miłość stać, to będę się starał
zacząć od
życzliwości, zrozumienia, akceptacji i wyrozumiałości.
Na to moje
noworoczne postawienie wpłynęło w istotny sposób pewne
wydarzenie. Święta 2009
roku spędziłem w szpitalu. Dwuosobowy pokój dzieliłem ze
starszym panem,
alkoholikiem. Kiedyś nawet trafił, sterroryzowany przez żonę, do
ośrodka
odwykowego i był detoksykowany,
ale na terapię się
nie zgodził twierdząc, że on nie jest alkoholikiem tylko
„smakoszem” i
„degustatorem” piwa. Takich określeń używał
mówiąc o sobie i swoim piciu. Pije
to piwo nadal, w ilościach… różnych –
zależnie od stanu kasy i okoliczności.
Poza okresami pobytu w szpitalach, minimum jedno-dwa dziennie. Ale, co
ciekawe,
ten człowiek dzień za dniem pomagał innym chorym i personelowi, w czym
tylko
się dało. Opróżniał rano kosze na śmieci, karmił staruszki,
które miały problem
z samodzielnym jedzeniem, woził po korytarzu („na
spacer”) w inwalidzkim wózku,
pacjentów niechodzących. Widziałem, jak wielu ludzi czymś go
częstowało i on
zawsze chętnie brał, ale zwykle większość tego, co dostał, rozdał i
rozczęstował wśród innych. Poza ciastkami, cukierkami,
owocami, dostałem od
niego trzy „święte” obrazki.
Ja
może za takimi obrazkami aż tak bardzo nie
przepadam, ale przyznam, że jego życzliwość bardzo mnie ujęła, a
postawa wobec
ludzi wyjątkowo się podobała.
Meszuge (styczeń
2010)
Nieść
posłanie AA, czy swoje
własne?
Od
kilku
lat biorę czynny udział w służbach Wspólnoty AA. Niosę
posłanie. Czym dłużej to
robię tym więcej mam wątpliwości, czy robię to właściwie? Nie zawsze
stawiałem
sobie takie trudne pytania, jak to w tytule listu. Był czas
gdy nie odróżniałem wiele i wydawało mi się, że
wystarczy „trąbić” wszem
i wobec, co mnie pomogło i jaka była moja droga osobista to odzyskania
zdrowia.
Obecnie
gdy przyglądam się dyżurom przy telefonie AA
w moim Regionie, nabieram wątpliwości, czy oby nie popełniamy jakiejś
niekonsekwencji.
Podam
może
przykład: Telefon w naszym Punkcie Informacyjno Kontaktowym opłacamy z
„własnych składek” (7 tradycja). Dyżurni są
alkoholikami, którzy pracując nad
programem AA uzyskują, bądź kontynuują trzeźwe życie. Mówimy
o sobie, że
jesteśmy w AA i stosujemy program AA.
Lecz
często gdy zadzwoni
telefon w rozmowie z potencjalnym
„przyjacielem” wówczas najczęściej,
zamiast na mityng AA, kierujemy go do
najbliższego ośrodka terapii.
O
co tu
chodzi? Gdzie zasady i Tradycje AA?
Swoje
opowieści
zaczynamy od przebytej własnej drogi w terapii. Jak by umniejszając
znaczenie
AA, insynuujemy rozmówcy, że w tej kolejności będzie lepiej. Bo
co?
„Bo
mnie w tej kolejności wyszło lepiej?” Skąd pewność,
że się nie mylę?
Tu
właśnie
nabieram wątpliwości natury moralnej.
Zadaję
sobie pytanie, tym chcę się z Wami podzielić. Czy mam moralne prawo,
korzystając z telefonu AA opowiadać swoją własną drogę ze wszystkimi
próbami
zaprzestania picia, czy ograniczyć się jedynie do tego co
uzyskałem w AA. Jak zadziałało na mnie AA? Co wziąłem z uczestnictwa?
Jak
program AA zmienił moje życie
– gdy zacząłem go
stosować?
Tym
większe mam wątpliwości, że rozmawiamy w pewnym sensie
„służbowo”, z telefonu
AA, i to całe AA, a mój Region szczególnie,
bierze odpowiedzialność
za jakość udzielanych informacji. Właśnie – czy
mam udzielać informacji
o AA? Czy prowadzić rozmowę
która doprowadzi do
cudownego przebudzenia? (czytaj
ozdrowienia za moją
zasługą).
Dawać
informację, czy starać się poradzić rozmówcy? Jak się ma
udzielanie rad do
naszych zasad ? Może właśnie dlatego
jesteśmy myleni z klubami abstynenckimi, zaszywaniem esperalu
lub przymusowym leczeniem zamkniętym? Często są to rady, własne
doświadczenia,
terapeutyczne, religijne, nie wiele mające wspólnego z
INFORMACJĄ o programie aowskim.
(nie
popieramy żadnych organizacji
).
Nie mamy
telefonu zaufania. To wielka różnica. Mam wrażenie, że
nastąpiło tu skrajne
przemieszanie pojęć. Może taka forma zniechęca do nas potencjalnych
zainteresowanych, skoro najczęściej decydują się na terapię i już tak
zostaje.
Sam swojego
rozmówcę zapraszam na otwarty mityng AA, nakłaniam do
spróbowania uczestnictwa
w mityngu, gdzie wszystkiego się dowie.
W kilku
publikacjach ŚMSAA (Światowy Mityng Służb), czytałem o tym co
było pierwsze - AA czy programy pomocy psychologicznej? Z mojego
doświadczenia
wynika, że jedno i drugie pomaga w osiągnięciu trzeźwości. Rzecz w
uzupełnianiu
się, a nie we wzajemnym zwalczaniu.
Od pewnego
czasu słyszę o wymawianiu grupom AA wynajmu sal spotkań przy ośrodkach
terapeutycznych i przychodniach antyalkoholowych. Nie wnikałem na tyle
głęboko,
aby stwierdzić czy wymawiają nam najem, bo nie spełniamy wymagań
porządkowych,
czy upatrują w AA konkurencji? Pewnie jedno i drugie pozostawia wiele
do
życzenia.
Trochę mnie ta
sytuacja dziwi, bo wiem też, ile trudu aowcy
wkładają
w informowanie o programie AA i jak pozyskują coraz to większą liczbę
sympatyków z różnych środowisk, zabiegając o
współpracę. Myślę, że nasi
powiernicy - nie alkoholicy ułatwiają nam to zadanie, są szpicą naszych
działań.
Ze swojego
doświadczenia w terapii pamiętam, że specjaliści terapii odsyłali mnie
obowiązkowo na mityngi AA. Niejednokrotnie uzależniali możliwość
udziału w
terapii z równoczesnym udziałem w spotkaniach AA. Tak
było kiedyś. Przypominam sobie, że
wielu terapeutów było alkoholikami. Ci, których
ja znałem, ukończyli
odpowiednie studia kwalifikacyjne i byli naprawdę dobrzy w swoim
zwodzie.
Bardzo mi pomogli. Czy coś się zmieniło? Czy miejsce
terapeutów „praktyków”
zajęli nowi, uzbrojeni jednie w akademicką wiedzę o chorobie
alkoholowej? Mam
nadzieję, że się mylę i chodzi tu jedynie o zbieg okoliczności!
Nie znam
odpowiedzi na moje wątpliwości. Mogę jedynie zabiegać
o
jakość informacji dawanej potrzebującym przez nasz aowski
telefon. Bardzo możliwe, że dobrym pomysłem byłoby podjąć warsztaty z
zakresu
„Służba pełniącego dyżur telefoniczny”? Póki co, w PIK
przy telefonie leży „poradnik dla pełniących
dyżur”. Można zacząć od
przeczytania go.
Wymieńmy się
poglądami, zobaczymy co
z tego wyniknie.
JEŚLI
JESTEM AA – TO PROPAGUJĘ PROGRAM AA!
Wydaje się oczywiste.
alkoholik
lechu02
Parę słów o służbie
Delegat
Regionu do spraw Literatury
„Z
marszu” przejąłem tę służbę – taka była
pilna potrzeba w Regionie. Podobnie wcześniej było ze służbą redaktora
MITYNGU
– też się do niej nie przygotowywałem, a poprzednik pełnił ją
już przez ponad 2,5 roku
i nie znalazł cienia. Potem spotykałem się z
opiniami zniechęcającymi do wypełniania służby delegata. Tak bywa. Może
się
odechcieć, ale nie trzeba się poddawać.
Formalnie
to „Regulamin Pracy Służby Krajowej AA”
mówi, że w skład Komisji
Literatury i Publikacji AA wchodzą
delegaci z poszczególnych regionów AA oraz
powiernicy skierowani do pracy w
komisji. Komisja ze swojego składu wybiera przewodniczącego, zastępcę
przewodniczącego i sekretarza komisji i zajmuje się sprawami literatury
AA.
Służba trwa 2 lata, w pierwszym
roku na Konferencji SK
jest się delegatem I-go, potem II terminu, spotkania Komisji odbywają
się 3
razy w roku.
Delegat uczestniczy
zatem w
około 6 spotkaniach i 2 corocznych Konferencjach Krajowych. Naturalną i
wręcz
konieczną rzeczą jest też udział w comiesięcznych pracach Zespołu
Literatury
Regionu.
Żeby
przybliżyć zakres tej służby - może podam na przykładzie ostatniego
spotkania
Komisji Literatury .
W
spotkaniu
uczestniczyli delegaci I i
II terminu, powiernicy
wchodzący w skład zespołu powierniczego do spraw literatury, delegat
narodowy,
osoba odpowiedzialna za wydawanie literatury w BSK (członek komisji
), członkowie kolegium redakcyjnego ZDROJU, kolporter
krajowy oraz
przyjaciele AA z Regionu Warta i Regionu Warszawa.
Ustalono,
że
Komisja Literatury spotka się trzy razy w 2010 roku.
W
2010 Komisja
zaplanowała zająć się następującymi tematami:
-
Kalendarzem na rok 2011. W swoim sprawozdaniu KL
zwraca się z prośbą, aby daty ważnych wydarzeń regionalnych do
kalendarza 2011
r. zostały przygotowane przez poszczególne regiony do 12
czerwca 2010 roku.
-
Biblioteczką ZDROJU – tematem kolejnego wydania
biblioteczki ZDROJU jest „Już po drugiej stronie muru oraz
wypowiedzi
profesjonalistów – przyjaciół
AA”.
- AA
i
weterani.
- VI
Ogólnopolskim Zlot Kolporterów.
Osoba
odpowiedzialna za wydawanie literatury w BSK poinformowała, że pierwsza
część
pozycji „ Język serca” jest już przetłumaczona,
druga część jest w opracowaniu.
Komisja
Literatury wnioskowała o dalsze drukowanie „Modlitwy 11
Kroku”. W sprawie „Desideraty”
- Komisja Literatury uznała, że jest ona teksem
dla tych którzy
chcą z niego korzystać do wyczerpania
zasobów w BSK. Ponadto Komisja Literatury rekomenduje do
Rady Powierników o
wznowienie druku oraz dalszej sprzedaży powyższej pozycji.
W
związku z potrzebą opracowania kompletnego poradnika
służb powołano zespół, który zajmie się
koordynacją prac nad powyższą pozycją
uwzględniając już zaaprobowaną treść „Poradnika służby
Kolportera”. W skład
zespołu weszli: Tomek - delegat narodowy, Marek - Region Lublin, Jurek
- Region
Dolny Śląsk, Janusz - Region Katowice.
Następnie delegat narodowy
przedstawił zasady
tworzenia zespołu ds. międzynarodowych.
Do
Kolegium Redakcyjnego ZDROJU weszli Norbert z
Regionu Radom i Wiesiek z Regionu Białystok.
W sprawach bieżących Komisja sugeruje
aby ulotkę „ AA płacą za swoje
wydatki” przekazać do Komisji Finansowej
z prośbą o wyrażenie opinii. Komisja Literatury powołała też
zespół do pracy
nad „ Schematem wydawania własnej literatury”.
Ponadto Komisja Literatury
poinformowała, że VI
Ogólnopolskie spotkanie Kolporterów literatury AA
odbędzie się w Gródku nad
Dunajcem koło Nowego Sącza na terenie Regionu GALICJA w dniach 16
– 18 kwietnia
2010 roku.
To
tyle z
ostatniego spotkania.
Kalendarz,
Zdrój, „Język serca”, Kolporterzy, Katowice,
Lublin, Białystok ... Aowski
legat JEDNOŚCI pobrzmiewa w tych pracach jak
najmilsza dla serca melodia. Wtedy łatwiej się służy.
I
właśnie w
połączeniu z tematem wiodącym tego wydania biuletynu (Sumienie grupy – zbiorowa mądrość) aowska
codzienność pisze taką oto sprawę. Gdy przekroczyłem
półmetek, żeby nie działać
na ostatnią chwilę, nie obawiać się „dziury” w
służbie, dostrzegłem kandydata
na cienia – następcę w służbie. Osobiście uważam, że ze
względów praktycznych i
mając na uwadze dobry przepływ informacji byłoby wskazane, aby służbę
redaktora
MITYNGU i delegata Regionu Warszawa ds. literatury pełniła ta sama
osoba.
Taką
też
propozycję – połączenia służby - zgłoszę do konferencji służb
Regionu. W tej
sprawie mogę się mylić, lecz takie kwestie rozstrzyga zbiorowe
sumienie. A ja
się z tym – z mniejszą lub większą chęcią – winien
jestem godzić.
pozdrawiam,
Sławomir AA
Smacznego!
Miło
minął mi czas świąteczny, choć bez zgrzytów się
nie obeszło – te niech przepadną. Bardzo pomocne było mi
zdanie przeczytane
kiedyś w
MITYNGU:
dzień
świąteczny jak każdy inny, ma tylko 24 godziny.
W wigilię mieliśmy gości,
cieszyłem się. Każdy coś ze
sobą przyniósł. Młodej gospodyni szalenie spodobał się
sernik babci. Tak się
rozsmakowała, że poprosiła o przepis.
W
wigilię byłem też chwilkę na mityngu, byłem i w
pierwszy dzień świąt. Na jednym było trzy osoby, na drugim ze
trzydzieści.
Cieszyłem się za każdym razem. I wszędzie był kawałek ciasta.
No i
to ciasto nasunęło mi pewne podobieństwo: Program
12 Kroków AA to taki właśnie przepis na dobre ciasto. Rzadko
się zdarza by
doznał niepowodzenia ktoś, kto postępuje zgodnie z naszym programem
(Anonimowi
Alkoholicy, rozdział V).
Podobieństwo
przepisu na ciasto do Programu AA – może
trochę zabawne – jest dość duże. Wynikiem ma być bowiem
coś smakowitego, cieszącego swoim widokiem, pachnącego radością. Tak
smakowite,
że aż się chce żyć.
Jeśli
jednak pominę jakiś składnik lub jakąś czynność
- może
się
nie udać. Może wyjść zakalec, albo bezsmakowa masa, która
tylko z nazwy będzie
ciastem. Pomijając któryś z kroków, zaniedbując
jego uczciwe stosowanie, mogę
stworzyć sobie pozory i nazywać swoje życie trzeźwym. Z tego wcześniej
czy
później może wyjść coś bardzo niesmacznego.
Ja
korzystam z Programu, korzystam z doświadczeń
innych. Minęły moje ósme święta bez alkoholu. Żeby nie było
za poważnie dodam,
że między świętami też nie piję.
Moje
ciasto dojrzewa na sprawdzonym przepisie AA.
Chętnie się nim dzielę.
Cukiernik AA
Drodzy
Przyjaciele!
Informujemy
i przypominamy, że
na swoją skrzynkę pocztową możecie na
bieżąco otrzymywać informacje o tym, co się dzieje w Regionie poprzez
internetowy komunikator EMITENT. Informacje te dostępne są również na
stronie
www.aa.org.pl w części
dotyczącej Regionu Warszawa.
Aby na skrzynkę e-mail dostawać te informacje, zgłoś się do łącznika internetowego intergrupy lub regionu i przekaż mu osobiście swój adres e-mail.
Kilka słów komentarza
Skarbnika Regionu.
Tradycyjnie
dokonałem na koniec roku 2009 rozliczenia
naszych datków.
Wynika
z niego, że zgodnie z Tradycją 7 AA -
samofinansowaliśmy nasze działania. Jak wynika z powyższego
rozliczenia,
głównym źródłem są datki z Intergrup, a tym samym
Grup AA.
Łącznie
wszelkie datki to kwota: 27703,-
Drugim
naszym źródłem pozyskiwania środków na Posłanie
jest kolportaż literatury i udzielone nam prowizje z tytułu zakupu
gotówkowego:
27528,-
Doszliśmy zatem do bardzo zdrowego sposobu
finansowania się 50/50 %.
Nie było to możliwe bez Waszej akceptacji i wsparcia.
Jest
to dobry wynik dzięki kolporterem Grup jak i
pełnej poświecenia służby Kolportera Regionu Warszawa oraz Waszym
zakupom.
Należy tu wspomnieć, że znaczny udział w tym wyniku ma dystrybucja
biuletynu
MITYNG, którego cenę podnieśliśmy kiedyś do 2zł, aby z
każdego egzemplarza
pozostało nam 1zł, jako stały element opłat czynszowych.
Dzięki
wam kupującym zwiększył się nakład w tym roku,
a tym samym sprzedaż z 450szt do 700szt miesięcznie. Nie sprawdziły się
nasze
obawy, że wyższa cena odstraszy zainteresowanych. Dziękuję w imieniu
całego
Regionu za zrozumienie i zaufanie. Dziś druk i dystrybucja to stały
przypływ
około 1300zł,
na nasze statutowe cele.
Być
może patrząc na tabelę wydatków będziecie mieli
wątpliwości - wszelkich wyjaśnień udzielam
co miesiąc,
w każdy pierwszy poniedziałek miesiąca od 16-00 do 19-00. Zapraszam.
Zapewniam
was Drodzy Przyjaciele, że nad każdą wydawaną złotówką z
waszych datków
zastanawiamy się wspólnie z Radą Regionu po kilka razy. Nikt
z nas nie ma prawa
decydować tu jednoosobowo.
Książeczki
adresowe mityngów drukujemy za
0,48zł
i rozprowadzamy po 0,45zł.
Poniżej kosztów produkcji.
Nie
jest to zdrowa sytuacja. Być może aby nasze środki
na produkcję nie topniały należałoby podnieść cenę do 0,50zł,
aby ich druk nie umniejszał naszych środków. Aby to zmienić
potrzebna jest
Wasza akceptacja.
Koszty
utrzymania PIK-u są w większości od nas
niezależne. Składają się na to opłaty czynszu, energii, telefonu i
Internetu,
zakupu tonerów do drukarki, środków
czystościowych i drobnych prac
konserwacyjnych.
To
wszystko daje w skali 2009 roku kwotę:
19,243,- którą
dzieląc na 12 miesięcy uzyskamy faktyczne koszty utrzymania za 1
miesiąc = 1603zł.
Nie jest to mała kwota. Może wzbudza emocje. Ktoś powiedział: a
nie można gdzieś w piwnicy tańszego poszukać?
Pewnie
można. Może nie wszyscy wiedzą, że oprócz
spotkań Naszych Intergrup,
Grup AA, Zespołów
tematycznych, Dyżurów telefonicznych i Internetowych,
zapraszamy tam gości z
zewnątrz (przyjaciół AA), że przychodzą tam czasem
nowicjusze na 1-sze
spotkanie z dyżurnym i w XXI wieku, wypada już nie straszyć ludzi
koszmarami z melin
alkoholowych. Prywatnie uważam, że i tak PIK ma baaaardzo
skromniutki wygląd, a Zakład Gospodarki
Mieszkaniowej wynajmuje go nam za bardzo obniżoną stawkę w stosunku do
stawek
pobliskich lokali. Chcemy troszkę poprawić wystrój PIK,
dlatego jeśli ktoś z
Was ma informację o krzesłach z likwidujących się biur, bądź firan,
innych
elementów wyposażenia proszony jest o kontakt z Mariuszem
– opiekunem PIK.
Wielu z Was chadza do klubów utrzymywanych ze
środków budżetowych Państwa,
widzicie różnicę? Ale i tak bardziej kochane wydaje się
własne dziecko, choćby
nieco ułomne.
Sam
czynsz za najem lokalu z wywozem śmieci płaciliśmy
do tej pory 782zł. Jak już wiecie nie udało się utrzymać tej stawki.
W 2010r będzie ona wyższa o jakieś 50%. Nie ma jeszcze
nowej umowy.
Wiemy jedynie, że będzie to około 4000zł rocznie
więcej.
Będziemy musieli te środki wygospodarować. Możliwości zgodnych z
Tradycją AA
mamy niewiele. Dziękujemy Grupom i za ten udział, który jest.
W
rozliczeniu znajdziecie pozycję „koszty przejazdów
i
transportu”. Są to zwroty części
wydatków poniesionych przez aowców
na przewóz
literatury, zwroty za wyjazd delegowanych służebnych na branżowe
spotkania
tematyczne w innych Regionach: np. Warsztaty Kolporterów lub
łączników
internetowych, wyjazdy z literaturą na rocznice Grup i Intergrup,
zwroty kosztów przejazdu do Ostrołęki (do Intergrupy
Narew) itp…,
tak naprawdę są
to także koszty niesienia posłania. Wszystkie analizujemy
szczególnie bacznie.
Często osoba uprawniona do zwrotu, otrzymaną kwotę natychmiast wrzuca
do
kapelusza. Ale w naszej rachunkowości musi ten fakt być odnotowany. Na
przestrzeni 3 lat, stan naszych środków małymi kwotami
zwiększa się. To dobrze
nam rokuje. Lecz nie zapominajmy, że wzrastają także ceny jednostkowe.
Trzymamy
stałą rezerwę. Dziś to jest 6051zł. (sześciomiesięczna
wielokrotność kosztów utrzymania PIK) Dawniej była niższa.
Jest to żelazna
rezerwa na okoliczność klęsk i nieprzewidzianych zdarzeń. Kilka lat
temu powódź
zalała nam składzik z literaturą. Dużo uległo zniszczeniu. Zawsze może
wystąpić
nagła potrzeba zmiany lokalizacji i kosztów przeprowadzki
oraz przystosowania
nowego lokalu. Nie sposób przewidzieć wszystkich.
Udział
w Konferencji Krajowej naszych 5 delegatów
kosztował Region 2175zł.
Odbywała
się ona 30 km od Warszawy. Już na styczniowej Radzie Regionu
zastanawialiśmy
się, czy następnym razem Nasi delegaci mogą dojeżdżać codziennie, aby
zmniejszyć kwotę za nocleg. Być może!? Czy zwroty na dojazd nie
zniweczą tej
oszczędności?
Dziękuję
za cierpliwość i jeszcze raz za Wasze
wszystkie datki.
Skarbnik
Regionu Warszawa-Lechu
Sprawozdanie ze spotkania Zespołu
zadaniowego ds.
organizacji
„Zlotu
Radości - Święta Zdroju
z okazji 40 - lecia AA
w Polsce 2014r.”
przez AA z Regionu Warszawa (fragmenty)
Paweł,
Andrzej i Małgosia, pokrótce przedstawili
obecnym dotychczasowe ustalenia zespołu. Wywiązała się rozmowa na temat
lokalizacji Zlotu 40-lecia i podzieliła na dwa odrębne nurty: a)
miejsce głównych obchodów Zlotu oraz b)
miejsce otwarcia i zamknięcia Zlotu.
Po
dyskusji doszliśmy do wniosku, że SGGW będzie
najlepszym miejscem na główne obchody Zlotu ze względu na
bazę noclegową i
żywieniową, dużo sal do mityngów tematycznych, hotele w
pobliżu, dobry dojazd z
lotniska i Centrum Warszawy. Głównym kryterium miejsca
otwarcia i zamknięcia
Zlotu jest możliwość zadaszenia w razie niekorzystnych
warunków atmosferycznych
zaproponowano: „Warszawianka”,
„Torwar”, „Arena”,
„Legia”, hala przy Stadionie
Narodowym na 7000 tys. osób (ma być wybudowana do 2012r.).
Wstępnie wybrano Halę „Arena” na
Ursynowie na ok. 5000 tys. osób, gdyż
jest najbliżej SGGW.
Małgosia
przedstawiła tekst „Rekomendacji”
(listu polecającego), który zostanie przesłany przez BSK do
Wojewody
Mazowieckiego i po zaakceptowaniu przez niego podpisany. List został
zredagowany przez Małgosię, rzecznika Regionu Andrzeja i Witka
dyrektora BSK.
Podczas grudniowego spotkania z Wojewodą i jego pełnomocnikiem, w
którym brali
udział Andrzej rzecznik Regionu, Paweł delegat do KIP SK i Małgosia
powiernik,
pozyskaliśmy kontakt (numer telefonu) do pełnomocnika ds.
współpracy z
organizacjami Prezydenta Warszawy - Hanny Gronkiewicz-Waltz.
Biuro umówi Dyrektora i delegację z naszego Regionu na
spotkanie w ramach
współpracy AA z innymi spoza AA. Jedynie Biuro Służby Krajowej
jako podmiot prawny może występować oficjalnie w imieniu
AA oraz wysyłać
„List intencyjny” do różnego typu
instytucji i przedsiębiorstw. Możemy taki
list intencyjny napisać i poprosić BSK o jego rozesłanie.
Jacek
zaproponował zamiast folderu przygotowanie
prezentacji multimedialnej (dopóki Region Warszawa nie ma
jeszcze mandatu do
organizowania Zlotu z okazji 40-lecia).
Do
następnego spotkania każdy z uczestników ma się
zastanowić, w jakim zespole najlepiej by widział swoją pracę w
organizowaniu 40
- lecia AA w Polsce.
Informacja
o terminie spotkania zespołu
organizacyjnego będzie umieszczana w Mityngu,
a sprawozdanie rozsyłane e-mailami i emitentem.
Działania
do podjęcia i przedstawienia na następnym
spotkaniu:
Rozeznanie
cenowe miejsc otwarcia i zamknięcia Zlotu:
SGGW-Andrzej; Warszawianka-Felek; Torwar-Jacek; Arena-Alunia.
Zwrócić
się do BSK o zdobycie Rekomendacji: PARPA,
Urząd Miasta, Wojewoda, aby podpisać listy intencyjne –
Małgosia.
Prezentacja
multimedialna Regionu Warszawa, jako
organizatora 40 – lecia
AA w Polsce – wstępnie Jacek.
List
intencyjny – Jacek.
Sporządzenie
sprawozdania ze spotkania, stworzenie
bazy danych organizatorów i schemat organizacyjny Zlotu
– Paweł.
Następne
spotkanie - w poniedziałek w dniu 1 marca 2010 r. o godz.
17:00, w PIK .
Zapraszamy!
Sprawozdanie
sporządził
– Paweł
LISTY
DO REDAKCJI
Czytanki
Już
od
jakiegoś czasu zaczęły mnie irytować „czytanki” na mityngach
AA. Uczestnicząc w tych
mityngach, zacząłem dostrzegać, co mnie irytuje. Zrozumiałem, że są to
wszelkiego rodzaju czytanki typu: 24 godziny, afirmacje, dzień po dniu.
I niby
to nic takiego. Słyszałem od tak zwanych weteranów:
bo
my na tym pracowaliśmy. Pewnie były czasy, kiedy były czytane
niektóre z tych
książek, ale czas płynie do przodu i na dzień dzisiejszy
wspólnota AA nie tylko
w Polsce, ale też na świecie zmieniła się. Wydaje swoją literaturę, bo
ta
literatura jest naszym wspólnym dobrem. Poprzez literaturę
wydawaną przez BSK
AA (Biuro Służby Krajowej – przyp. red.) możemy nieść
posłanie drugiemu
człowiekowi, który wciąż jeszcze cierpi i pokazujemy,
że jesteśmy zorganizowani a co za tym
idzie - odpowiedzialni i warci zaufania.
Dlatego
nie pasowała mi ta „Myśl przewodnia AA” z 24
godzin. Zastanowiłem się, jak w czytance, która
nie
jest aprobowana przez Konferencję Krajową AA jest mowa o myśli
przewodniej AA?
Zacząłem pytać i dostawałem odpowiedzi takie:
że mi to
pomaga, za młody jesteś by o tym mówić, zależy od grupy co
czyta...
Pełnię
służbę kolportera literatury AA i próbowałem sobie
odpowiedzieć na to pytanie
sam i chyba znalazłem rozwiązanie. Osoby, które czytają na
mityngu AA wyżej
wymienione czytanki mają brak akceptacji swojej osobowości
czyli wstydzą się tego, że są alkoholikami bo czytają coś
co nie jest
związane ze wspólnotą AA. Tak więc na dzień dzisiejszy
uważam tę myśl
przewodnią AA z 24 godzin za myśl przewodnią aktywnych
abstynentów. Mam taką
nadzieję, że osoby, które popełniają według mnie ten błąd,
są nieświadome tego,
że reklamują inne wydawnictwa i robią krzywdę komuś nowemu na
początku
drogi, wciskając mu coś pod szyldem AA. A tak
naprawdę nie mającego wiele
wspólnego z AA.
Życzę jasności umysłu i pogody ducha Grześ AA
Przyjdź, przeżyj …
Miesiąc
luty jest miesiącem dla mnie łaskawym i chciałbym wreszcie uczcić swoją
pełnoletniość uroczyście na swojej grupie macierzystej
„Nimb” w dniu 19.02.2010
r., zapraszam wszystkich
którzy obchodzili już 18 lat
przeżyte w trzeźwości. Dobrze, że mogę żyć właśnie inaczej bo
w trzeźwości, równowadze, pozwalającej mi ciągle powracać.
To nie moja zasługa,
dobrze o tym wiem jako
człowiek, bo Bóg wie najlepiej.
18 lat jest już moje,
ale to dzięki Bogu mam tyle
szczęścia by uczestniczyć we wszystkim, odmienione życie płynie we mnie
zgodnie
z planem Bożym.
Moja
gotowość na taką zmianę rozpoczęła się po wyznaniu prawdy o sobie i o
swojej
chorobie, uczciwość pozwoliła mi na doświadczenie życia w trzeźwości,
wiem o
sobie tyle na ile mam odwagę spojrzeć prawdzie w oczy. Każdy dzień
zmienia mój
sposób myślenia o Bogu, sobie i tych, którzy
uwierzyli.
Ja
uwierzyłam w to, że jestem alkoholikiem, ale nie było to
usprawiedliwieniem i
zdjęciem odpowiedzialności za moje życie. Od kiedy przynależę do
wspólnoty
przez 18 lat robię to, co może pomóc mnie i innym jakkolwiek
to pojmują. Nie
muszę już walczyć o swoje miejsce w AA, mam je do końca drogi,
którą zmierzam,
która jest bezpieczna choć
wyboista, poruszam się nią
rozpoznając swoje nawyki i przyzwyczajenia. Mam zwrotów od
życia wiele, znaczy
tyle ile zasiałem, tak dobra jak i zła. Nie muszę już uciekać albo
spychać do
nieświadomości tego, co jest uciążliwe.
Wiem,
że idąc na mityng mogę mieć nadzieję na lepsze życie dzięki innym
alkoholikom,
którzy dzielą się swoim doświadczeniem i nadzieją na lepsze
życie. Jest wielu
wśród nas, którzy traktują zagrożenie istniejące
w tej chorobie i żyją
programem AA. Kroki są jedynym ukierunkowaniem dla mnie, abym
mógł żyć
bezpiecznie, tradycje pozwalają mi na utrzymanie trzeźwości jak
również są
bezpieczeństwem dla wspólnoty. Sprawy ambicjonalne nie są w
stanie zagrozić
zasadom, a ja to akceptuję i z tym nie walczę. Bardzo mi była potrzebna
tolerancja i zrozumienie innych abym nie musiał szukać zastępczych
środków na
cierpienie i ból. Dzięki bólowi i cierpieniu mogę
uczyć się, jak zrozumieć
innych i nie przeszkadzać im, jest to prosty program zdrowienia i
powrotu do
społeczeństwa. Życie w trzeźwości składa się z naszych doświadczeń a
nadzieja w
przekazywaniu ich innym alkoholikom, którzy mają jeszcze
wątpliwość czy to
naprawdę działa.
Prawidłowe
działanie i praca ze sponsorem, pomoc literatury AA, pełnienie służby,
uczestnictwo w warsztatach oraz w życiu Regionu są to sugestie na miarę
moich
potrzeb i tak dzień po dniu uzbierałem 18 lat. Wiem, że dzięki AA mam
bezpieczne życie, w którym aktywnie uczestniczę. Dzięki
takiej postawie jestem
zdrowy, szczęśliwy pomimo zła, które próbuje mnie
usidlić. To bezpieczne
ryzyko, rezygnacja z ambicji na rzecz zasad wcale nie jest trudne, bo
dzień po
dniu jest miarą mego trzeźwego życia. Zapraszam wszystkich, będziemy
wspólnie
się cieszyć trzeźwym życiem.
Andrzej
Ogłoszenie
Firma
….. jest
dynamicznie rozwijającą się na rynku z branży
meblarsko-wnętrzarskiej. W związku ze stałym rozwojem poszukujemy osoby
do
pracy do naszego salonu na stanowisku Kierownika.
Do osoby na tym stanowisku należeć będzie
: 1. ...; 2.….; itd. Od kandydata oczekujemy:
1.... ; 2....; itd. W zamian proponujemy pracę,
motywującą płacę i ,,możliwość
rozwoju”.
Tej treści ogłoszenie znalazłem
kilka lata temu na
jednej ze stron poczytnej warszawskiej gazety.
Jako bezrobotny człowiek, na dodatek z problemem
alkoholowym, bezmyślnie
wysyłałem swoją aplikację gdzie się dało, bo strasznie potrzebowałem
pieniędzy
nie na utrzymanie swojej rodziny, lecz na utrzymanie w dobrej kondycji
swojej
choroby alkoholowej. Stanowisko
akurat dla mnie,
wyjątkowe, niezależne, z wielkimi perspektywami. Oczywiście nie poznali
się na
moich kwalifikacjach. Nawet nie mieli odwagi na to, żeby odpowiedzieć
na mojego
maila. Tak mi podpowiadała moja duma i pycha, mój wybujały
egocentryzm. Tak
postrzegałem swój magiczno-życzeniowy świat.
W
połowie 2006
roku, zdesperowany, leżąc na swoim dnie, otworzyłem (po kilku
wcześniejszych
próbach) drzwi przychodni uzależnień. I muszę się przyznać
do tego, że po raz
pierwszy w życiu powiedziałem zupełnie obcej osobie najprawdziwszą
prawdę o
sobie. Mając pięćdziesiąt lat nie potrafiłem już żyć ze sobą takim,
jakim
uczyniła mnie ta choroba.
Po
kilku
dniach byłem na pierwszym mityngu AA. Zapoznałem się z ideą
Wspólnoty, jej
programem i obietnicą, że jeżeli będę się do niego stosował we
wszystkich
swoich poczynaniach, to będą się działy cuda.
I TAK SIĘ DZIEJE. Jestem we Wspólnocie AA,
pełnię służby, przede mną
nieograniczone możliwość
rozwoju, nie takie
jak
w powyższym ogłoszeniu. Nie mam już poczucia winy. Z przeszłością się
rozliczyłem i traktuję ją jako
bagaż doświadczeń, z
którym kroczę drogą trzeźwości. Zdaję sobie też sprawę z
codziennych zagrożeń,
jakie stoją przede mną, ale też wiem, co mam robić i jak postępować w
takich
przypadkach.
Kilka
dni
temu, z ciekawości przeglądałem tę samą poczytną warszawska gazetę z
aktualnymi
ogłoszeniami pracy i wierzcie mi, czytam:
Firma
….. jest
dynamicznie rozwijającą się na rynku z branży meblarsko-wnętrzarskiej.
W związku ze stałym rozwojem poszukujemy osoby do pracy do naszego
salonu na
stanowisku Kierownika.Do
osoby na tym stanowisku należeć będzie
: 1. ...; 2.….; itd. Od kandydata oczekujemy:
1.... ; 2....; itd. W zamian proponujemy pracę,
motywującą płacę i ,,możliwość
rozwoju”.
Treść identyczna, a czas jaki
upłynął - ogromny. Czy gdybym dostał odpowiedź na wysłanego kilka lat
temu
maila z propozycją pracy i wysokich zarobków, byłbym we
Wspólnocie AA? Jak
skorzystałbym z ,,możliwości
rozwoju” przedstawionej
przez pracodawcę? Jaka by ona była? Nie wiem. Wiem tylko to, że we
Wspólnocie
AA poznałem przyjaciół, z którymi dzielę się
siłą, radością i doświadczeniem,
oraz Siłę Większą od samego siebie, która daje mi to, co
jest potrzebne do szczęścia
w tej chwili, z nieograniczonymi możliwościami prawdziwego rozwoju
duchowego.
Alkoholik Mirek
Co bym powiedział nowemu –
uwagi dinozaura
Ksywa
Dinozaur
(w moim przypadku jeszcze nie kopalny) dotyczy we Wspólnocie
AA idących już
długo drogą trzeźwienia. W moim przypadku są to już 24 lata. Czasokres
niepicia
w ogóle dla mnie kiedyś niewyobrażalny.
Cóż
bym
powiedział nowemu?
Mógłbym
opowiedzieć o swojej drodze, ale przecież każdy ma własną
równie a może i
bardziej ciekawą. Mógłbym powiedzieć, że dzień, w
którym trafiłem do Wspólnoty
AA to – jak dotąd – najważniejszy dzień w moim
życiu, przedłużonym bez
wątpienia chociażby fizycznie. Mógłbym powiedzieć, że warto,
bo warto. Mógłbym
powiedzieć: „Dobrze, że jesteś”. Mógłbym
powiedzieć, co także byłoby prawdą, że
najważniejsze dla mnie są każde 24 godziny zarówno niepicia,
jak i smakowania
mijającego bieżącego czasu w jego zwyczajności, radościach, ale
przecież i
kłopotach, jakie nie mijają każdego. Mógłbym powiedzieć
wiele.
Ale
dla mnie mówienie to mało. Bo ja w swojej
naiwności, chciałbym też, aby ten nowy wysłuchał mnie, do
Wspólnoty AA
przystąpił i trzeźwiał do końca życia. A więc pozostaje we mnie pokusa
bycia
profesorem i kaznodzieją. Bo przecież ja już wiem i chcę tę
najcenniejszą perłę
przekazać darmo dalej, a tu nie każdy skłonny jest ja przyjąć. A
cóż to za
fochy? – odzywa
się teraz we mnie obudzona próżność
okraszona warząchwią pychy.
I uświadamiam sobie, że choćbym
trzeźwiał lat 50 i
więcej, to nieodzowna we mnie powinna być czujność, gdyż w istocie od kogoś kto przestał pić wczoraj
chociażby, różnię się
zaledwie małym kieliszkiem alkoholu. Na dzień dzisiejszy uzyskałem
jednak
ufność i brak bojaźni (chociaż
szacunek ogromny jako
dla groźnego przeciwnika) wobec alkoholu.
Uświadomiłem sobie jako
prawnik i fakt inny, a mianowicie ten, że swojego trzeźwienia nie
uzyskałem
sam, a dostałem go od innych przyjaciół ze
Wspólnoty AA, nad czym na początku
trzeźwienia ubolewałem nieco, bo jestem indywidualistą i lubię
wszystkiego
dokonywać „tymi ręcami”.
Ale to szybko przeszło.
Czyżby
oznaczało to, że byłem w swojej woli uzależniony od innych,
którzy mogli mną z
łatwością powodować, a więc jakakolwiek moja inicjatywa była wyłączona?
W
żadnym przypadku.
Zawdzięczam
sobie bowiem
ów tajemniczy i do końca przeze mnie
niezrozumiały moment, kiedy przyczłapałem – zaszantażowany
przez moją zmęczona
rodzinę – w pewien piątek na swój pierwszy mityng
AA, zaś po mityngu tym przyczłapywać
nań postanowiłem dalej.
Dlatego
też
najbliższy jest mi czwarty akapit Pierwszego Kroku AA,
którego fragment brzmi:
„Zasada, że nie zdobędziemy wytrwałej siły
jeśli już
na samym początku nie uznamy się za całkowicie pokonanych jest
korzeniem, z
którego wyrasta i rozwija się cała nasza
wspólnota”.
Zupełnie
osobliwe owo poddanie się moje i uznanie bezsilności wobec alkoholu nie
drasnęło wówczas mojego mozolnie kształtowanego egocentryzmu
i nadwrażliwej
pychy, co jest również dla mnie zagadką, która tą
zagadką pozostaje, gdyż
pokusa jej rozwiązania jest mi do dzisiaj obca, a kiedyś na pewno obcą
by nie
była. Nauczyłem się nieco brać rzeczy takimi, jakie są. I uczę się
– mam
nadzieję – dalej.
Na
zakończenie, Mój Nowy Przyjacielu, do którego mam
coś powiedzieć, powiem tak:
„Bądź z nami z moich czysto egoistycznych pobudek. Jesteś mi
po prostu
zwyczajnie potrzebny, abym
mógł nadal iść drogą
trzeźwienia”.
Jacek AA
Kto
mówi językiem serca?
Dawno,
dawno temu, wybrałem się
na weekend do Poznania. Zaproszono mnie na zlot radości Regionu
„Warta” (mój
pierwszy zlot radości w życiu), na jednym z mityngów miałem
„spikerkę” i
wreszcie miałem też do omówienia i uzgodnienia kilka spraw o
charakterze,
ogólnie rzecz biorąc, biznesowym. Już w drodze zauważyłem
coś, co mnie nieco
zaskoczyło: spokój. Och, oczywiście, byłem odrobinę
podekscytowany, w końcu
jechałem do miasta, w którym nie byłem jeszcze nigdy w
życiu, do zupełnie
obcych ludzi, których nigdy wcześniej nie spotkałem, a więc
lekkie podekscytowanie
związane z przygodą uważam za normalne. Nie czułem natomiast żadnych
lęków,
obaw, niczego na zapas nie projektowałem, nie zastanawiałem się, co będzie jeśli oni… i co
oni na to, kiedy ja… Bardzo mi się ta
moja nowa postawa podobała. Była… po prostu inna niż dotąd.
Na
miejscu okazało się, że
atrakcji przewidziano dla mnie o wiele więcej, nie było więc
zbyt wiele czasu na rozmyślania, ale najdziwniejsze wydały mi się te
„interesy”. Rozmawiałem z alkoholikiem trzeźwym od
kilkunastu lat – to
niewątpliwie miało spory wpływ na nasze relacje
– ale
było też coś jeszcze… Bez głównych księgowych,
radców prawnych itp.
rozmawialiśmy w cztery oczy, zresztą bardzo krótko, bo kiedy
obie strony dążą
do porozumienia i wiedzą, czego chcą, to i nie ma nad czym się spierać.
Jednak
najbardziej podobał mi się klimat tych rozmów i język,
którego używaliśmy –
język serca.
Język
serca to nie jest
rozkoszne szczebiotanie matki do niemowlęcia, pełne zdrobnień i czułych
słówek. Język
serca to nie są piętrowe
komplementy, zachwyty dotyczące wyglądu i różne
„ochy” i „achy”
przyjaciółek,
które spotkały się po latach. Język serca nie zawiera
żadnych specjalnych
zwrotów czy określeń, właściwie… to chyba nawet
nie jest język w sensie
słownictwa – to postawa, wewnętrzne nastawienie.
W
takim razie, jacy ludzie są
gotowi, by językiem serca się porozumiewać? Trzeźwi, dojrzali, stabilni
emocjonalnie, świadomi siebie, życzliwi, ufni i otwarci wobec świata i
innych
ludzi, których, bez względu na pozycję, majątek,
wykształcenie itp., potrafią darzyć
szacunkiem i… miłością.
Szczególnie
ważna wydaje mi się
ta świadomość siebie. To dość szerokie pojęcie, oznacza wszystko to, co
o sobie
wiem – wiem, a nie tylko myślę, czy uważam! To zbudowane na
realnych podstawach
poczucie własnej wartości, to zdolność do jasnego określenia swoich
granic oraz
niewymuszona umiejętność respektowania i akceptowania odmienności
rozmówcy.
Co
z tego „wykazu” miałem w
początkowym okresie abstynencji? Nic. Kompletnie nic.
Oczywiście
wcześniej, czyli
w czasach picia, było jeszcze gorzej. Moja samoocena zależała właściwie
tylko
od ilości alkoholu w krwioobiegu i z realiami nie miała zupełnie nic
wspólnego.
Pijany, uważałem się za tytana intelektu, na kacu, miałem wątpliwości,
czy
wiedza i umiejętności, jakimi dysponuję, upoważniają mnie do używania
tytułu
robotnika wykwalifikowanego. W innych dziedzinach było tak samo. Albo
gorzej.
W pierwszych
tygodniach i miesiącach
abstynencji nadal nic o sobie nie wiedziałem. Nie wiedziałem, kim
jestem i jaki
jestem, w czym jestem dobry, a z czym sobie nie radzę, nie miałem
pojęcia, co
ja tak naprawdę lubię, jakie wartości są dla mnie ważne, ani czego tak
w ogóle
chcę, od siebie, od innych, od życia. Moje opinie
i
przekonania kształtowali raczej wrogowie (i moje urazy) niż
przyjaciele. Nie
muszę chyba dodawać, że człowiek zalękniony, niepewny, miotający się
pomiędzy
skrępowaniem i zawstydzeniem, a typową dla nastolatka fanfaronadą, nie
jest w
stanie porozumiewać się językiem serca z nikim. Nawet z sobą.
Niedobory i
niedostatki wiedzy o sobie
próbowałem łatać przy pomocy
„narzędzia”, z którego właśnie nauczyłem
się
korzystać – z mityngu AA.
Ale to się nie udało.
Jeśli facet
siedzący obok mnie na mityngu mówił, że zasnął w łazience i
wyciągnął stąd
wniosek, że jest uzależniony, to i ja pewnie też jestem alkoholikiem,
bo miałem
identyczne doświadczenia. Kiedy ktoś inny opowiadał, jak jeździł po
pijanemu i
widział w tym objaw bezsilności wobec alkoholu, to i mnie to widocznie
dotyczyło, bo i ja jeździłem nietrzeźwy.
Jeśli jednak
ktoś na mityngu mówił spokojnie, w sposób
opanowany (bardzo mi się to
podobało), to czy ja też mogłem się uważać, za człowieka spokojnego i
opanowanego? Niestety takie proste to nie było. Ja tylko chciałem być
taki, jak
on, a jaki faktycznie jestem – nie wiedziałem nadal. Bo i
skąd?
Zorientowałem
się wtedy, z pewnym
rozczarowaniem zresztą, że mityngi AA nie mogą być lekarstwem na
wszystkie moje
bolączki, a moja wiedza o sobie może narodzić się w wyniku doświadczeń
i
przeżyć, a nie mityngowego porównywania się, czy tylko
pragnienia naśladowania
ludzi, których postawy, a właściwie to chyba raczej tylko
sposób bycia, mi się
podobał.
Mityng,
który tak dobrze się sprawdzał
w zakresie identyfikacji z innymi alkoholikami, a więc i własnym
uzależnieniem,
jako narzędzie do poznawania samego siebie okazał się mało przydatny.
Ze swoim
nakazem mówienia tylko o sobie i zakazem zwracania się do
innych (krytykowania,
oceniania), nawet nie tylko nie ułatwiał mi zadania, ale wręcz
utrudniał
zdobycie rzetelnej wiedzy o sobie.
Nie znaczy to,
żebym miał coś do
zarzucenia mityngom – nie – to tylko ja
próbowałem użyć do swoich potrzeb i
celów zupełnie niewłaściwego narzędzia.
Sytuacja
zaczęła się dynamicznie i w
widoczny sposób poprawiać, gdy zacząłem pracować z drugim, a
później z trzecim
sponsorem, ale zwłaszcza i szczególnie wtedy, gdy zacząłem
pełnić służbę.
Jedną, drugą, trzecią…
Jeśli, starając
się poznać samego
siebie, nie korzystam z żadnego systemu, który by moje
przekonania i
wyobrażenia weryfikował w praktyce, to prędzej czy później
zacznę na swój temat
tworzyć iluzje tak absurdalne, jak w czasach picia.
W domu, na
kanapie, to ja mogę sobie
do upojenia wyobrażać, jaki jestem opanowany, a jak to wyglądało w
praktyce, na
spotkaniu Intergrupy?
Czy nie mówiłem podniesionym
głosem i czy nie złościłem się na kolegę, który ośmielił się
mieć inne zdanie
na jakiś tam temat? Podczas mityngu mogłem sobie roić, jak to
egocentryzm mnie
już nie dotyczy, a jak się czułem, kiedy skrytykowano moja służbę
łącznika?
Uraza i złość, prawda? Bo pozwolili sobie skrytykować mnie. MNIE,
niewątpliwie
najlepszego łącznika na świecie. A kiedy, pełen samozadowolenia,
słuchałem na
mityngu kogoś, kto w moim przekonaniu plótł duby smalone, i
cieszyłem, że taki
już jestem wyrozumiały i tolerancyjny, czy to nie sponsor
„pokazał” mi, że tu
nie chodziło o tolerancję, ale jedynie o obojętność?
W czasie
pełnienia służby i pracy ze
sponsorem, korekta wad mojego charakteru odbywa nie niejako
automatycznie. A ja
zaczynam dzięki temu lepiej poznawać i rozumieć siebie. Zaczynam być
zasłużenie
dumny ze swoich mocnych stron i bardziej pokorny wobec słabości. Co
jednak
najważniejsze – zaczynam wreszcie dostrzegać, cenić,
szanować, ludzi wokół mnie.
Uczę się im ufać i… kochać. Być może najpierw
tych,
którzy też bezinteresownie pełnią różne służby we
Wspólnocie, ale wreszcie…
Świat jest wielki!
Służby w AA to
poligon. Mogę na nim, w
bezpiecznych warunkach, zdobyć realną, niezafałszowaną swoimi chciejstwami i rojeniami, wiedzę
o samym sobie. Mogę
znaleźć odpowiedź na pytanie
„kim jestem?” i
nauczyć się ją akceptować i z niej korzystać. Mogę
wytrzeźwieć, wreszcie dorosnąć, nauczyć się porozumiewać z ludźmi
językiem
serca. To się przydaje. Może nawet bardziej w tym wielkim świecie,
który cały
czas czeka na mnie poza salkami mityngowymi, niż tylko we
Wspólnocie AA.
Meszuge (Sierpień 2009)
ZZA KRAT
Tsunami
alkoholowe
Po
raz
pierwszy po butelkę z alkoholem sięgnąłem w wieku 5 lat, po powrocie z podwórka na którym
intensywnie biegałem. Chcąc ugasić
pragnienie jak najszybciej po wbiegnięciu do domu dostrzegłem butelkę
stojącą
na parapecie okiennym. Urzekła mnie swoim wnętrzem z intensywnie
niebieskim
płynem, zanim ktokolwiek z domowników zdążył zareagować ja
pochłonąłem już
kilka łyków płynu do mycia okien na denaturacie. Zaraz potem
przeżyłem swój
pierwszy detoks, kazano mi pić zsiadłe mleko. 27 lat
po tym wydarzeniu na sali sądowej ogłoszono wyrok skazujący mnie na 25
lat
pozbawienia wolności. Zdaniem Wysokiego Sądu pod wpływem alkoholu oraz
kłopotów
rodzinnych, w trakcie spożywania wódki zabiłem własnego
ojca. Kiedy przyszedł
mój brat, po opowiedzeniu
co się stało doszło między
nami do bójki i zdaniem sądu zabiłem brata. Ja ???
W
1995
roku po kilku latach zamieszkiwania z byłą żoną oraz córką w
Monachium, po 16
latach nadużywania alkoholu w celach towarzysko –
biznesowych, a następnie z
powodu uzależnienia kumulacja przekształceń alkoholowych osiągnęła we
mnie stan
krytyczny. Byłem już nie do wytrzymania dla byłej żony, z
którą pobraliśmy się
w 1990 roku, kiedy już chorowałem na alkoholizm.
Posługując się systemem iluzji i zaprzeczeń
typowych dla alkoholika wyposażonego w system rozdwojonego,
rozproszonego Ja, w
decyzji o małżeństwie upatrywałem dla siebie rozstanie z piciem, bo
niby dla
żony to zrobię, ble, ble, ble.
Ani
była
żona, ani dziecko, ani kłopoty w prowadzeniu firmy w Polsce, nawet nie
to, że w
Niemczech otworzyły się dla mnie korzystne interesy, nie wpłynęły na
zaprzestanie picia. W moim pijanym życiu od fazy pijaka altruisty
przeszedłem
drogę do pijaka despoty. Zastępując własne pasje życiowe alkoholem,
sport,
turystyka, literatura, strefa duchowa latami zawężała się do roli woła
roboczego, który w poczuciu krzywdy musi oddać część zarobku
na utrzymanie
rodziny, zaś resztę wymienia na wódkę.
W
tak
upośledzonej psychice oraz w życiu mój egocentryzm
urósł na wysokość Himalajów,
z kolei najbliższych traktowałem jak moich poddanych. Żeby mnie opuścić
była
żona musiała posłużyć się podstępem, co pogłębiło w moim systemie
nałogowego
regulowania uczuć przepaść i chlałem więcej, agresywniej, byleby nie
czuć
alkoholowego upokorzenia –
bo jak śmiała ona ode mnie
odejść, jak mogła zabrać dziecko. P
Piłem
na
samozatracenie. W mojej zalkoholizowanej
umysłowości
walczyły żywioły choroby ciała i rozumu. Ducha już wcześniej wypłukałem
wódką.
Moim chaotycznym rozumkiem alkoholika knułem plany porwania
córki, rozliczenia
się z cierpienia i bólu z teściową i żoną, co było
ewidentnym sygnałem paranoi,
psychozy, nadciągającego dramatu. O dziwo nikt, ale to nikt z osób które
mnie otaczały, a którymi rozmawiałem o moich
planach nie próbowały mnie odwieść. Musiałem być
beznadziejnie sfiksowany,
bowiem na mojej drodze ludzie trzeźwi nie czuli
się na siłach wpłynąć na mnie – jak później
zeznawali w sądzie w charakterze
świadków. Nadrzędność roli alkoholu w życiu codziennym,
zwłaszcza w sytuacjach
głębokiego stresu, powikłanym procesem zachowań i relacji, przywiodły
mnie do
domu rodzinnego w Polsce, gdzie przebywał mój tato i z
okazji świąt mój brat.
Była żona obiecała mi, że na święta spotkamy się w Polsce i
porozmawiamy o
przyszłości. Był to kolejny z jej strony podstęp na pozbycie się
alkoholika.
Wówczas w rozmowie przez telefon dowiedziałem się od niej,
że przebywa w
Niemczech i ma nowego partnera, że dziecka nie zobaczę przynajmniej
przez 3
lata i mam się od niej odczepić, i że wystarczająco dużo życia jej
zepsułem,
stwierdziła odkładając słuchawkę.
Niestety
nie byłem trzeźwy, demony zdegenerowanego umysłu pijaka z
kilkunastoletnim
stażem zadziałały jak tzw. „efekt motyla”. Kiedyś
wlana w siebie substancja
alkoholowa, której właściwości chemiczne podtrzymywałem w
sobie przez 16 lat
(jak kroplówkę z butelką wódki) niczym fala
tsunami z zabójczą siłą porwania
emocjonalnego uderzyła moimi rękoma ojca i brata pozbawiając ich życia.
Jako
substancja alkoholowa przelałem się jeszcze przez granice Polski w roli
zbrodniarza i stanąłem przed byłą żoną.
Wyznałem jej co
się stało i poprosiłem by się ze mną spotkała o
21-szej. Ona była trzeźwa jak zawsze, wskazała mnie palcem policji. W
ten
sposób chroniła siebie i innych ludzi przed alkoholikiem
– zbrodniarzem, co
było jedynym słusznym zachowaniem, w mojej trzeźwej, ocenie z jej
strony.
Odbywam
karę 25 lat pozbawienia wolności. W poczuciu winy i częściowej
rehabilitacji
pracuje nad sobą, prowadzę i wydaję bloga
o treści
więziennej, w czym mi pomaga wspaniała kobieta, którą
kocham, z którą w 2000
roku pobrałem się. Trafiłem na oddział Atlantis, gdzie pogłębiam wiedzę
na
temat choroby alkoholowej, co pozwoli mi na wolności kontynuować
trzeźwe życie.
Opowiedziałem Wam o moich doświadczeniach z alkoholem ku przestrodze.
Renard Skryba